DRUGI OBIEG
Piątek 23, Stycznia 2026
1.
D.O. nie ma właściwie nic do powiedzenia w ten piątek. No może tylko tyle, że
pewien nieobliczalny idiota założył swoje prywatne ONZ żądając od krajów
członkowskich po miliardzie dolarów okupu, a grono innych idiotów dołączyło do
jego nowej mafii. Wśród nich był także pewien idiota, który publicznie, w naziolskiej
telewizji mówi, że popiera głównego idiotę bezwarunkowo, ze wszystkich sił.
No i co? D.O. ma się nad tym rozwodzić? Niedoczekanie wasze.
A widzieliście to banalne logo ‘Rady Pokoju’ z globusem zredukowanym do Ameryki
Północnej, pomiędzy dwiema złotymi gałęziami, które być może udają gałązki
oliwne, ale wyglądają bardziej jak laur?
2.
A propos idiotów: słowacki premier Fico wzywa do zmiany kierownictwa UE,
krytykując „nieprzygotowany”, kosztowny szczyt oraz nienawiść do Rosji.
Fico opublikował krótki vlog nagrany podczas podróży na szczyt RE w Brukseli, w
którym skrytykował kierownictwo UE za organizację szczytu, który uznał za
„nieprzygotowany”, zwołany w odpowiedzi na „panikę” „niektórych państw
członkowskich”.
W 5-minutowym nagraniu krytykuje przewodniczącego Rady Europejskiej António
Costę za zwołanie „bardzo drogiej kolacji w Brukseli” i szefową unijnej
dyplomacji Kaję Kallas za - cóż, za wszystko.
Szczególnie zależało mu na podkreśleniu swojego długotrwałego sporu z Kallas,
który rozpoczął się od wielokrotnie deklarowanej gotowości Ficy do spotkania z
Putinem, pomimo trwającej rosyjskiej agresji na Ukrainę, którą Kallas otwarcie
krytykowała.
Krytykując szefową unijnej dyplomacji w związku z niedawnym kryzysem w
stosunkach z USA, powiedział: „Nie możemy mieć w UE osób na stanowiskach
kierowniczych, z którymi kluczowe stanowiska nie spotykają się i nawet nie
rozmawiają. Jeśli sekretarz stanu USA Marco Rubio wielokrotnie odmawia
spotkania z Kają Kallas, nie mówiąc już o konstruktywnej konfrontacji z nią,
jaki sens ma jej rola?”
Fico twierdził także, że „jedyną rzeczą, która dziś napędza UE, jest
nienawiść do Rosji”.
Przekonywał, że UE może wyjść z „głębokiego kryzysu” tylko wtedy, gdy otrzyma
nowe kierownictwo, ponieważ obecni przywódcy „nie mają odpowiedzi” na żadne z
kluczowych pytań stojących przed Unią, po czym wygłosił następującą zabójczą
tezę: „W UE obowiązuje ta sama zasada, co w salonie masażu: jeśli nie
działa, nie wystarczy zmienić łóżek, trzeba zmienić personel”.
(Tak bardzo zależało nam na tym, aby wszyscy zwrócili uwagę na ten wers, że
umieścił go w swoim poście po angielsku, WIELKIMI LITERAMI.)
3.
Władimir Putin ma coś wspólnego z europejskimi przywódcami, gdyż z równą chęcią
organizuje nocne kolacje polityczne, co Costa w Brukseli.
Rozmowy Putina z Witkoffem i Kushnerem rozpoczęły się o godzinie 23.30 czasu
lokalnego.
4.
Pozostając w temacie idiotów: Nigel Farage powiedział w Davos, że świat byłby
„lepszym i bezpieczniejszym miejscem”, gdyby Ameryka przejęła Grenlandię,
podkreślając jednocześnie, że nadal wierzy w suwerenność państw narodowych. (https://www.theguardian.com/business/2026/jan/21/world-better-place-if-us-took-over-greenland-nigel-farage
)
5.
W przemówieniu na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Wołodymyr Zełenski
zaatakował Europę w swoim płomiennym przemówieniu w Davos, oskarżając
przywódców o działanie w „trybie grenlandzkim”, ponieważ czekają na przywództwo
Donalda Trumpa w kwestii Ukrainy i innych kryzysów geopolitycznych, zamiast
sama podjąć działania. „Europa pozostaje w trybie grenlandzkim: może ktoś,
gdzieś, coś zrobi”.
Zełenski nawiązał do filmu „Dzień Świstaka”, porównując sytuację na Ukrainie do
Dnia Świstaka. „Nikt nie chce tak żyć” – powiedział – „powtarzać tego samego
przez tygodnie, miesiące, lata. Już w zeszłym roku, tutaj w Davos, zakończyłem
swoje przemówienie stwierdzeniem, że Europa musi wiedzieć, jak się bronić.
Minął rok i nic się nie zmieniło. Nadal jesteśmy w sytuacji, w której muszę mówić
te same słowa”.
Zełenski powiedział również, że podczas pobytu w Davos osiągnął „porozumienia w
sprawie nowego pakietu niezwykle potrzebnej obrony powietrznej dla ochrony
naszych obywateli”.
Zełenski potwierdził też, że ukraińska delegacja udaje się obecnie do
Zjednoczonych Emiratów Arabskich na trójstronne rozmowy ze Stanami
Zjednoczonymi i Rosją.
„Zobaczymy, jak to się rozwinie i wtedy podejmiemy decyzję o kolejnych krokach”
– powiedział.
6.
Emmanuel Macron, który nadal nosi okulary przeciwsłoneczne, żeby ukryć paskudną
infekcję oka, stwierdził przed wejściem do Sali obrad w Brukseli, że czwartkowa
rada europejska jest dowodem jedności w popieraniu Danii, jej integralności
terytorialnej i suwerenności.
„Kiedy Europa jest zjednoczona, silna i reaguje szybko, wszystko wraca do normy
i spokoju” – mówi.
Powiedział jednak, że Europa musi zachować „czujność” i nadal działać „w sposób
zjednoczony”, pokazując, że ma „instrumenty do dyspozycji”, jeśli zajdzie
ryzyko i że „będzie budzić szacunek”.
Dodał również, że Francja jest otwarta na udział w większej liczbie misji NATO
(prawdopodobnie w Arktyce). (https://www.theguardian.com/world/live/2026/jan/22/zelenskyy-trump-putin-ukraine-russia-us-davos-greenland-eu-europe-live-news
)
7.
Okulary przeciwsłoneczne prezydenta Macrona nie były modelem Ray-Ban Aviator,
który rozsławił Tom Cruise, lecz Pacific S01 firmy Henry'ego Julliena,
założonej ponad sto lat temu. Są one ręcznie robione we francuskiej fabryce w
regionie Jura, z wykorzystaniem techniki Doubé Or Laminé, która łączy złoto z
metalem bazowym. Oprawki powstają w procesie produkcyjnym, który wymaga aż 279
operacji i czterech miesięcy pracy. Od października 2023 roku marka ta należy
do włoskiej grupy iVision Tech.
Po upewnieniu się, że zostały wyprodukowane we Francji Macron kupił je w 2024
roku – płacąc 659 euro. Nosi je od kilku dni z powodu niewielkiego krwotoku
podspojówkowego.
Akcje Henry'ego Julliena wzrosły wczoraj o 5,63%, zanim zostały zawieszone na
giełdzie Euronext – gdzie są notowane od 2023 roku – z powodu nadmiernych
wzrostów. Zamówienia się posypały, a wartość acji iVision podskoczyła o 27,9%,
ale tylko teoretycznie, ponieważ akcje zostały zarezerwowane i wycofane z
obrotu „do odwołania”.
8.
Francuska marynarka wojenna przechwyciła na Morzu Śródziemnym rosyjski
tankowiec, podejrzewany o bycie częścią „floty cieni”, która umożliwia Rosji
eksport ropy pomimo sankcji.
„Dziś rano francuska marynarka wojenna dokonała abordażu i przeszukania
tankowca z Rosji, objętego międzynarodowymi sankcjami i podejrzewanego o
pływanie pod fałszywą flagą” – napisał prezydent Emmanuel Macron na platformie
X.
„Operacja została przeprowadzona na pełnym morzu na Morzu Śródziemnym, przy
wsparciu kilku naszych sojuszników” – dodał, mówiąc, że statek został
„zawrócony”.
Tankowiec Grinch jest najnowszym z serii statków powiązanych z Rosją,
przechwyconych w ostatnich miesiącach przez USA i mocarstwa europejskie.
Znajdował się między południowym wybrzeżem Hiszpanii a północnym wybrzeżem
Maroka, w zachodniej części Morza Śródziemnego, a następnie został zawrócony z
kursu, poinformowała francuska policja morska w oddzielnym oświadczeniu.
„Po wejściu załogi na pokład, analiza dokumentów potwierdziła wątpliwości co do
prawidłowości bandery” – poinformowała Śródziemnomorska Prefektura Morska.
„Statek jest obecnie eskortowany przez francuską marynarkę wojenną do miejsca
zakotwiczenia w celu dalszych weryfikacji” – dodano.
UE nałożyła na Rosję 19 pakietów sankcji od czasu jej pełnoskalowej inwazji na
Ukrainę, jednak Moskwa dostosowała się do większości środków i nadal sprzedaje
miliony baryłek ropy naftowej takim krajom jak Indie i Chiny, zazwyczaj po
obniżonych cenach.
Termin „ lota cienia” odnosi się do setek nieuregulowanych, starzejących się
tankowców z całego świata, w różnym stanie technicznym, przewożących ropę
naftową z Rosji do takich krajów jak Chiny i Indie. Wiele z nich porusza się
pod różnymi nazwami i zmienia bandery, aby ominąć zachodnie sankcje gospodarcze
nałożone na Moskwę. Tankowiec przechwycony w czwartek płynął z Murmańska w
północnej Rosji, rzekomo pod banderą Komorów. …
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przyjął z zadowoleniem przechwycenie,
stwierdzając, że takie działanie to „właśnie taki rodzaj determinacji, jakiego
potrzeba”, aby powstrzymać finansowanie wojny na Ukrainie za pomocą dochodów z
rosyjskiej ropy.
„Statki muszą zostać zatrzymane. I czy nie byłoby sprawiedliwe skonfiskować i
sprzedać ropę na nich przewożoną?” – napisał na platformie X.
Macron powiedział, że działania floty cieni przyczyniły się do finansowania
„agresywnej wojny Rosji przeciwko Ukrainie”.
9.
W dniu, w którym wprowadził się z pierwszą damą do oficjalnej rezydencji
burmistrza Nowego Jorku , Gracie Mansion na Upper East Side, Zohran Mamdani
powiedział, że będzie dążył do osiągnięcia jednego celu: zainstalowania bidetów
w łazienkach. To, co niektórzy nowojorczycy odebrali jako żart, w
rzeczywistości wzbudziło zainteresowanie i odzwierciedla międzynarodowe
aspiracje nowego burmistrza: Amerykanie nie mają bidetów, a to zawsze budziło
wątpliwości, jeśli chodzi o higienę osobistą.
Prawie każdy burmistrz Nowego Jorku odcisnął swoje piętno na stuletniej
rezydencji, począwszy od Mike'a Bloomberga, który, choć wolał pozostać w swojej
kamienicy, dał zielone światło na gruntowny remont wnętrz. Ed Koch z kolei
zainstalował grilla w domu. Nikt jednak nie pomyślał o bidetach. Propozycja
Mamdaniego potwierdza otwartość wielu Amerykanów na urządzenie powszechne w
wielu częściach świata, w tym w Indiach, skąd pochodzą rodzice burmistrza.
Coś już się dzieje. Według „New York Timesa”, Tushy, firma produkująca bidety z
Brooklynu, dostarczyła na rynek amerykański dwa miliony sztuk od momentu
założenia w 2015 roku. „Kiedy zaczynaliśmy” – wyjaśnił prezes Justin Allen –
„bidety w Stanach Zjednoczonych były postrzegane jako nieosiągalny luksus i,
trzeba przyznać, coś dziwnego”. „Ale kiedy już się z nich skorzysta, trudno
zapomnieć, jak bardzo czuje się czyściej” – dodał. (https://www.repubblica.it/esteri/2026/01/22/news/new_york_mamdani_rivoluzione_del_bidet-425111818/?ref=RHLM-BG-P2-S1-T1-fdg13
)
10.
2 lata temu
1.
My tu gadu gadu, a 100 lat temu, 21 stycznia 1924 r., zmarł Lenin.
W drugiej połowie 1921 roku poważnie zachorował, doświadczając nadwrażliwości
słuchowej, bezsenności i regularnych bólów głowy. Za namową Biura Politycznego
w lipcu opuścił Moskwę na miesięczny urlop w swojej posiadłości Gorki, gdzie
opiekowały się nim żona i siostra.
Lenin zaczął rozważać możliwość samobójstwa, prosząc zarówno Krupską, jak i
Stalina, aby zaopatrzyli go w cyjanek potasu.
Zatrudniono dwudziestu sześciu lekarzy; wielu z nich było obcokrajowcami i dużo
kosztowali. Ale żaden nie potrafił postawić diagnozy.
Niektórzy sugerowali, że jego choroba mogła być spowodowana utlenianiem metalu
z kul, które utkwiły w jego ciele podczas zamachu na jego życie w 1918 r. W
kwietniu 1922 r. przeszedł operację ich skutecznego usunięcia.
Ale objawy nadal się utrzymywały. Niektórzy sugerowali, że cierpiał na
neurastenię lub arteriosklerozę mózgu.
W maju 1922 roku doznał pierwszego udaru, w wyniku którego chwilowo utracił
zdolność mówienia i doznał paraliżu prawej strony ciała.
Znów przechodził rekonwalescencję w Gorkach, na tyle skutecznie, że do lipca w
dużej mierze odzyskał niemal pełną sprawność. W październiku wrócił do Moskwy;
ale już w grudniu miał drugi udar i znów zawieziono go do Gorek.
W marcu 1923 roku Lenin doznał trzeciego udaru i stracił zdolność mówienia.
Kilka dni później znów doznał częściowego paraliżu prawej strony ciała i zaczął
tracić czucie.
W kolejnym miesiącu nastąpiła pewna poprawa, na tyle, że w maju wydawało się,
że powoli wraca do zdrowia, odzyskując część sprawności ruchowej, mowy i
pisania.
W październiku złożył ostatnią wizytę na Kremlu.
W ostatnich tygodniach Lenina odwiedzili Zinowjew, Kamieniew i Bucharin; ten
ostatni odwiedził go Gorkach w dniu śmierci.
21 stycznia 1924 Lenin zapadł w śpiączkę i zmarł tego samego dnia. Miał 53 lata.
Oficjalną przyczyną jego śmierci była nieuleczalna choroba naczyń krwionośnych.
Ale, kiedy, wbrew protestom Nadieżdy Krupskiej jego ciało poddano zabalsamowaniu
i usunięto z czaszki jego mózg, okazało się, że Lenin miał ciężką postać
stwardnienia rozsianego. W 1925 r. utworzono instytut, który przeprowadził
szczegółową analizę wszystkich możliwych patologii Ulianowa. Nie było słowa o
syfilisie, który rzekomo miał być przyczyną jego śmierci. To raczej pogłoska
autorstwa nieżyczliwych.
Rząd radziecki publicznie ogłosił śmierć Lenina dopiero następnego dnia, czyli
równo 100 lat temu od dzisiaj.
23 stycznia żałobnicy z Partii Komunistycznej, związków zawodowych i Sowietów
odwiedzili jego dom w Gorkach, aby obejrzeć ciało.
Przewieziona pociągiem, wzdłuż pogrążonych w żałobie szpalerów Rosjan, do
Moskwy, trumna została wystawiona w Izbie Związków Zawodowych. W ciągu
następnych trzech dni około miliona żałobników przyszło zobaczyć ciało, wielu z
nich stało godzinami w kolejkach na mrozie. Wszyscy płakali, nie brakowało scen
zbiorowej histerii.
26 stycznia zebrał się XI Wszechzwiązkowy Zjazd Rad, by oddać zmarłemu hołd.
Przemówienia wygłosili Kalinin, Zinowjew i Stalin.
Trocki był nieobecny; przebywał na rekonwalescencji na Kaukazie, a później
twierdził, że Stalin wysłał mu telegram z błędną datą planowanego pogrzebu, co
uniemożliwiło mu przybycie na czas.
Pogrzeb Lenina odbył się następnego dnia, kiedy jego ciało przewieziono na Plac
Czerwony przy akompaniamencie muzyki wojennej, gdzie zgromadzony tłum wysłuchał
serii przemówień. Zwłoki złożono w podziemiach specjalnie wzniesionego
mauzoleum. Znów, mimo mrozu, były dziesiątki tysięcy ludzi.
W lipcu 1929 Biuro Polityczne zgodziło się na wymianę tymczasowego mauzoleum na
stałe z granitu. Ukończono je w 1933 r.
Sarkofag wymieniono w 1940 i ponownie w 1970.
Dla bezpieczeństwa podczas Drugiej Wojny Światowej zwłoki przewieziono
tymczasowo do Tiumenia.
Mimo licznych dyskusji i obietnic, ciało Lenina pozostaje wystawione dla
publiczności w Mauzoleum na Placu Czerwonym.
2.
Mimo choroby Lenin nadal żywo interesował się wydarzeniami politycznymi. Kiedy
w procesie toczącym się od czerwca do sierpnia 1922 r. kierownictwo Partii
Socjalistyczno-Rewolucyjnej zostało uznane za winne spisku przeciwko rządowi,
Lenin wezwał do ich egzekucji. Zostali straceni podczas Wielkiej Czystki na
przywództwie Stalina.
Przy wsparciu Lenina rządowi udało się także praktycznie wykorzenić mienszewizm
w Rosji, wyrzucając w marcu 1923 wszystkich mieńszewików z instytucji
państwowych i przedsiębiorstw, a następnie wtrącając członków tej partii do
obozów koncentracyjnych.
W grudniu 1922 i styczniu 1923 Lenin podyktował swój „Testament”, w którym
omawiał cechy osobiste swoich towarzyszy, zwłaszcza Trockiego i Stalina.
Zalecił usunięcie Stalina ze stanowiska sekretarza generalnego partii
komunistycznej jako nienadającego się. Polecił natomiast Trockiego, opisując go
jako „najzdolniejszego człowieka w obecnym Komitecie Centralnym”. Podkreślał
wybitny intelekt Trockiego, ale jednocześnie krytykował jego pewność siebie i
skłonność do nadmiernych procedur administracyjnych.
Lenin wybrał Trockiego do wygłoszenia przemówienia w jego imieniu na plenum
Komitetu Centralnego w grudniu 1922, podczas którego ustalono założenia
funkcjonowania Związku Radzieckiego.
Mimo złego stanu zdrowia Lenin został wybrany na przewodniczącego nowego rządu
Związku Radzieckiego.
Pod nieobecność Lenina Stalin zaczął umacniać swoją władzę zarówno poprzez
mianowanie swoich zwolenników na prominentne stanowiska, jak i kultywowanie
wizerunku siebie jako najbliższego druha i zasłużonego następcy Lenina.
W grudniu 1922 roku Stalin całkowicie przejął odpowiedzialność za reżim
ustanowiony w Rosji przez Lenina.
Lenin był coraz bardziej krytyczny wobec Stalina. Toczyły się między nimi także
osobiste spory; Stalin zdenerwował Krupską, krzycząc na nią podczas rozmowy
telefonicznej, co z kolei bardzo rozgniewało Lenina, który wysłał Stalinowi
list wyrażający swoją irytację.
Lenin był przeciwny wielkorosyjskiemu szowinizmowi Stalina i jego zwolenników.
Nakazywał wzywać poszczególne państwa narodowe (zwłaszcza Gruzję i Armenię) do
przyłączenia się do Rosji jako półniezależne części większego związku, a nie,
jak Stalin, najeżdżać je zbrojnie.
Notabene, chciał nazwać kraj „Związkiem Republik Radzieckich Europy i Azji”.
Stalin ostatecznie zrezygnował z nazywania nowego państwa „Rosją Radziecką”,
ale za zgodą Lenina zmienił nazwę nowo powstającego państwa na „Związek
Socjalistycznych Republik Radzieckich”.
Kilka narodów nierosyjskich uzyskało niepodległość od Republiki Rosyjskiej po
1917 r., ale pięć z nich zostało ponownie siłą wcielonych w skład nowego
Związku Radzieckiego w 1922 r. Inne, przez jakiś jeszcze czas, odpierały
sowieckie inwazje.
Za jego zgodą, a nawet na jego rozkaz ZSRR napadał później zbrojnie na państwa,
które ogłosiły swą niepodległość: Polskę, Ukrainę, Gruzję, Finlandie i kraje
bałtyckie.
Dopiero gdy konflikty z Finlandią, krajami bałtyckimi i Polską zakończyły się
niepowodzeniem, rząd Lenina oficjalnie uznał ich niepodległość.
Lenin postrzegał siebie jako człowieka przeznaczenia i mocno wierzył w
słuszność swojej sprawy i własne zdolności jako przywódcy rewolucyjnego.
Biograf Louis Fischer opisał go jako „miłośnika radykalnych zmian i
maksymalnych wstrząsów”, człowieka, dla którego „nigdy nie było złotego
środka”.
Pod względem etnicznym Lenin identyfikował się jako Rosjanin. Ale uwaga:
uważał, że inne kraje europejskie, zwłaszcza Niemcy, stoją kulturowo wyżej od
Rosji.
Opisał Rosję tak, że nawet D.O. by się nie odważył: jako „jeden z najbardziej
ponurych, średniowiecznych i haniebnie zacofanych krajów azjatyckich” (Fischer,
Louis, The Life of Lenin”).
Irytowało go to, co postrzegał jako brak sumienności i dyscypliny wśród narodu
rosyjskiego, i od młodości chciał, aby Rosja stała się bardziej kulturowo
europejska i zachodnia.
Lenin miał konserwatywne podejście do seksu i małżeństwa. Przez całe swoje
dorosłe życie pozostawał w związku z Krupską, również marksistką, którą
poślubił na zesłaniu. Zarówno Lenin, jak i Krupska żałowali, że nigdy nie mieli
dzieci i lubili zabawiać potomstwo swoich przyjaciół.
Oprócz rosyjskiego Lenin mówił i czytał po francusku, niemiecku i angielsku.
Dbając o sprawność fizyczną, regularnie ćwiczył, lubił jeździć na rowerze,
pływać i polować. Rozwinął pasję do pieszych wędrówek po szwajcarskich
szczytach.
Lubił zwierzęta domowe, zwłaszcza koty.
Stronił od luksusu, prowadził spartański tryb życia. Gardził bałaganem, zawsze
utrzymywał porządek na biurku i miał zawsze naostrzone ołówki. Nalegał na
całkowitą ciszę podczas pracy. Nie podobał mu się kult jednostki, był wściekły,
gdy wierchuszka bolszewicka zorganizowała huczne obchody jego pięćdziesiątych
urodzin.
No dobrze, Czytelniku.
Co z perspektywy lat o nim sądzisz?
Anioł czy szatan – taki wybór postawił przed swymi czytelnikami „The Guardian”.
Zbawca ubogich, czy masowy morderca, twórca najokrutniejszego totalitaryzmu w
historii?
Zasługuje dzisiaj na łezkę, czy raczej na uczucie ponurej satysfakcji, że
wreszcie zmarł i to w przykry sposób?
12.
3 lata temu
1.
D.O. zapamiętał rozmowę ze swoim przyszłym Teściem, który zmarł młodo, na dwa
tygodnie przez narodzinami swojej Wnuczki, a naszej Córki. D.O. miał lat 17 i
wdając się w jakiś wywód, wychwalał „chłopski rozum”.
Może dlatego, że sam w gruncie rzeczy z chłopstwa, może dlatego, że
nastolatkowie lubią postrzegać świat prosto, bez miliona odcieni, uzależnień,
uwarunkowań, które poznaje się (jeśli w ogóle) w wieku dojrzałym.
I Teść, człowiek z dobrej rodziny, wykształcony i na stanowisku, znający bardzo
dobrze zarówno świat miejskich elit, jak i realia wsi od podszewki,
dobrodusznie D.O. skarcił. „Chłopski rozum figę jest wart – powiedział. Jeżeli
chcesz być człowiekiem światłym, musisz zawierzyć rozumom wykształconym,
wytrenowanym, finezyjnym”. Po początkowym żachnięciu się, że to takie klasowe,
że trąci wywyższaniem się, D.O. doznał iluminacji.
Być może to był jeden z istotnych zwrotów jego życia: zawierzyć rozumom
finezyjnym i wykształconym.
2.
No i na starość przyszło mu żyć w kraju, który z „chłopskiego rozumu”, z
„czerepa rubasznego” (pokaż mi swoją fryzurę, Polaku!) zrobił fetysz, idola,
totem wotywny, jak w obozowisku indiańskim. Pod naciskiem polityków, struktury
państwa nadskakują ludziom, którzy byli albo za głupi albo za leniwi, żeby
zdobywać wykształcenie, wysokie kwalifikacje zawodowe, finezję rozumowania,
pozwalającą im na właściwą ocenę rzeczywistości i dającą zdolność długofalowej
analizy zysków i kosztów. Co powinno być cenzusem, dopuszczającym do urn
wyborczych.
Ale ponieważ cenzusu nie ma, tak, jak pieniądz kretyna wart jest tyle, co
pieniądz geniusza, tak i głos człowieka niemądrego i człowieka dojrzałego wart
jest tyle samo.
Demokracja.
Ale ta tutaj, to demokracja czerepa. Czerep na piedestale, czczony, chuchany i
dmuchany, finansowany i wspomagany kolejnymi programami socjalnymi. Ale nie
edukacyjnymi. I dalejże dawać mu pieniądze za darmo, rozbudowywać systemy
socjalne, dostarczać mu wymiocin, nazywanych „kulturą masową”, girlsy, zenków,
maryle i kukizy, „elfy, cwelfy i sylfidy” – jak napisał w jednej z teatralnych
recenzji bodaj Stefan Treugutt.
Towarzyszy temu – a jakże – pogarda dla inteligenta, człowieka światłego,
oczytanego, znającego języki i regularnie się myjącego. Zwłaszcza, kiedy jest
wegetarianinem lub cyklistą. Wykształciuchem, Europejczykiem, czyli Niemcem.
Państwo polskie rozdaje ryby, nie wędki.
Nie, D.O., były czerep, nie wywyższa się, D.O. żąda równych praw.
3.
Może inteligencja to nie jeden, ale więcej procent wyborców, jak mawia pewien
polityk, ale w każdym razie niewiele jej jest. Ale to ona uchwaliła Konstytucję
3 Maja, to ona walczyła w powstaniach, przywracała niepodległość, budowała
zręby państwowości, przemysł, koleje, drogi, szpitale, ona uczyła i
przygotowywała społeczeństwo do niepodległości, a potem do życia w rodzinie
narodów dojrzałych, ona wprowadziła nas do Unii i NATO, dzięki niej domy w
waszej wsi są nowe i piękne. Dzięki niej, choć o tym nie wiecie, bo wam nikt
nie mówi. Dzięki niej, choć ochoczo krzyczycie „inteligencja wy***alać”!
Zrobiła to wszystko nie przy pomocy czerepa rubasznego, tylko MIMO niego.
Dzięki niej Polska po 89 roku dokonała ogromnego skoku rozwojowego nie dzięki
czerepowi rubasznemu, ale MIMO niego. Osiągnęliśmy jako naród, bardzo wiele
mimo potwornego balastu, mimo bezwzględnego naszego wroga wewnętrznego: szajki.
Przez Polskę przewaliło się sporo najeźdźców, wiele ich różniło, ale mieli
jedną wspólną cechę: wiedzieli, że bez inteligencji, naród będzie łatwiejszy do
podbicia i rządzenia. Hitlerowiec, bolszewik – pierwsze, co robili, to
wyłapywali i mordowali inteligentów: bez nich nie ma narodu. Agenci Wschodu, za
pierwszej i za drugiej komuny, inteligencję też na różne sposoby dyskryminowali
i dyskryminują.
D.O. żąda równości. Uszanowania i uznania zasług. Nie dla przywilejów, nie być
mieć choć krzynę lepiej, choć ciutkę więcej. Dla dobrego samopoczucia.
Bo póki inteligencji się chce, to kraj ma przyszłość. Kiedy machnie ręką,
zniechęcona, biada ci, czerepie rubaszny, tobie i twojemu „chłopskiemu
rozumowi”.
13.
4 lata temu
1. Czy D.O. już mówił, że artysta jest trochę, jak bóg? Przystępując do
realizacji swego dzieła ma do wyboru nieskończoność. A ukończone dzieło też
jest nieskończonością minus ten mikroskopijny zbiór, na dzieło to się
składający. Dzieło jest zatem nie tylko procesem tworzenia, ile eliminacji.
Rzeźbiarz usuwa z kamiennego bloku łupinę po łupinie; skończone dzieło nadal
jest kamiennym blokiem, ale odartym ze swojego nieskończonego potencjału.
Sięgając po pióro, by zapisać kolejną nutę, kompozytor ma do wyboru
nieskończoność kombinacji dźwięków; kiedy już ją zapisze, odedrze swe dzieło z
części nieskończoności.
To, co pozostaje– cóż za niezbadane misterium! – jest emanacją osobowości,
uczuć, temperamentu i nastroju autora. Jego wiedzy, umiejętności i talentu.
Jego ducha. Pod ogromną liczbą obrazów wielkich mistrzów Renesansu i Baroku są
inne ich dzieła, nie dość doskonale – ich zdaniem – wydarte nieskończoności czystego
płótna.
2.
D.O. zakłębiły się w głowie te myśli, kiedy, podniecony i wstrząśnięty, słuchał
przez radio Koncertu skrzypcowego d-moll Roberta Schumanna, jakimś cudem dotąd
mu nieznanego. Burzliwe i tragiczne życie genialnego kompozytora zawsze D.O.
fascynowało, ale to… Ten koncert napisał porwany wirem apogeum swego
szaleństwa, swej choroby, która przez ostatnie dwa lata życia uwięziła go – na
jego własną prośbę – w przytułku dla obłąkanych. Koncert napisał w 1853 roku
dla znakomitego skrzypka Josepha Joachima, a w 1854 r. skoczył z mostu do
rzeki, by się zabić, jak jego siostra 20 prawie lat wcześniej. Został wyłowiony
przez flisaków i zażądał, żeby go zamknąć w domu obłąkanych.
Na co cierpiał Schumann? Najprawdopodobniej na kiłę, którą wówczas leczyło się
rtęcią, substancją niezwykle toksyczną, prowadzącą do zaburzeń nerwowych.
Najprawdopodobniej miał też guza mózgu, oponiaka strunowatego, o którym
wiadomo, że powoduje halucynacje muzyczne. Schumann skarżył się przez lata, że
prześladuje go dźwięcząca mu w uszach nuta „A”, ale miewał też bardziej
zróżnicowane halucynacje. W efekcie, uważał się za niepoczytalnego, bał się, że
zrobi krzywdę swojej ukochanej żonie Klarze Schumann z domu Wieck, fenomenalnej
pianistce i znakomitej kompozytorce, której dopiero XX wiek, a nawet jego
końcówka przyznały należną jej kompozytorską wielkość. Nie ma pewności, czy
wynikiem choroby, czy usposobienia, były głębokie depresje kompozytora, jego
„melancholia”, jak się wówczas nazywało wszechogarniający, niemożliwy do pokonania
smutek, graniczący z paniką.
I teraz, wiedząc to wszystko, spróbuj, Czytelniku, posłuchać tego właśnie
koncertu fortepianowego d-moll, napisanego przez człowieka chorego,
zdesperowanego, ogarniętego porażającą melancholią.
D.O. mógłby tu napisać, dlaczego ten koncert tak nim wstrząsnął, opisać jego
poszczególne części, ale woli, żeby Czytelnicy sami posłuchali i wyrobili sobie
własne zdanie. Ciekawe, czy będą równie zaskoczeni i wniebowzięci, tak, jak
D.O.
I – może najważniejsze. Joseph Joachim nigdy nie wykonał tego koncertu. Uznał
go za nieudany, za wyraz konfuzji chorego, znajdującego się u schyłku życia
szaleńca. Uważał, że koncert ten może zburzyć dobrą opinię o muzyce Schumanna.
Dlatego, umierając w 1907 roku, Joachim zastrzegł w testamencie, że utwór ten
może zostać wykonany nie wcześniej, niż 100 lat po śmierci kompozytora, czyli w
r. 1956. Ale – niewiarygodne! – w 1933 r., dwie węgierskie, świetne
skrzypaczki, siostry Jelly d'Arányi i Adila Fachiri, usłyszały podczas seansu
spirytystycznego głos ducha Schumanna, informujący je o istnieniu koncertu, i
jego żądanie, by Jelly d'Arányi koncert ten wykonała! Podczas kolejnego seansu
spirytystycznego dostały dokładną informację, gdzie partytura koncertu się
znajduje: zamknięty w archiwach Pruskiej Biblioteki Państwowej w Berlinie.
Sprawa wykonania ruszyła do przodu, ale z wielkimi problemami. Początkowo
premierowe wykonanie miał zagrać Jehudi Menuhin, ale z jednej strony pani Jelly
zrobiła aferę, że przecież to jej duch Schumanna nakazał zagrać koncert, a z
drugiej, właściciel praw do muzyki - państwo niemieckie, już wówczas zagarnięte
przez narodowych socjalistów, powiedziało, że nie ma mowy, żeby Schumanna grał
jakiś Żyd, a nie Niemiec.
W końcu ani Menuhin ani Jelly d'Arányi nie zagrali premierowego wykonania, ale
wielki skrzypek niemiecki, do którego hitlerowcy nie mieli zastrzeżeń - Georg
Kulenkampff w 1937 r.
Dziś koncertowi D-moll przyznaje się wielkość, przypina różne łatki, typu
„szczytowe osiągnięcie schyłku Romantyzmu”, ale D.O. porwał swym niewiarygodnym
kontrastem między tym, jaki musiał być stan psychiczny artysty, a jego dziełem.
D.O. dawno nie słyszał takiego genialnego hymnu na cześć piękna świata, życia i
przyrody, tak niebiańskiego poczucia twórczej swobody.
Czego i Tobie, Czytelniku, D.O. życzy. W sieci jest dostępnych wiele świetnych
nagrań, a wśród nich to, zrealizowane w 1964 przez polskiego genialnego
skrzypka Henryka Szerynga z London Symphony Orchestra pod dyrekcją Antala
Dorátiego (https://www.youtube.com/watch?v=nqWG2ExkHB4
).
3.
Nie po to, broń Boże, żeby porównywać, ale D.O. ukazuje się już od prawie 7
miesięcy i przez ten czas jego autor przechodził różne koleje losu, wpływające
na jego nastrój i kondycję fizyczną. I ma nadzieję, że one nie odbijały się
zanadto na tym, co pisze.
W pierwszym życiu D.O. było dużo, bardzo dużo teatru, były cudowne teatralne
anegdoty, były też, opowiadane szeptem niemal, opowieści o występach w różnych
teatralnych facecjach aktorów właśnie, świeżutko dotkniętych różnymi osobistymi
tragediami, takimi na przykład, jak śmierć dziecka. Choć to było dawno, a D.O.
dziecięciem niemal jeszcze był, to pamięta ten ton głosu, tę napiętą twarz
zastygniętą w wyrazie bezbrzeżnego szacunku dla ludzi, będących bohaterami
takich opowieści.
D.O. nie wie, więc często zastanawia się, czy przypadkiem telewizja, a potem
eksplozja Wielkiego Ogłupiacza Sieciowego, nie wyeliminowały takich postaw, a
zwłaszcza takiego bezbrzeżnego szacunku dla ludzi silniejszych duchem od
największych nawet tragedii.
4.
Parę tygodni temu autor D.O. rozmawiał, w ramach swojego cyklu „Allegro ma non
troppo” na portalu „natemat.pl” z Marianem Marzyńskim (https://www.youtube.com/watch?v=lh4j_M9FRt8&t=111s
), wybitnym swojego czasu showmanem, a potem wybitnym autorze filmów
dokumentalnych i obdarzonym niezwykłym talentem pisarzem. Geniuszem, innymi
słowy.
Marian Marzyński był dzieckiem, kiedy jego i jego rodzinę zamknięto w Getcie
warszawskim. Cudem zeń wyprowadzony i uratowany najpierw przez dobrych ludzi,
apotem przez dobrych księży i zakonnice, zrobił o tych swoich dziecięcych
doświadczeniach kilka fenomenalnych filmów, które D.O. po raz kolejny wszystkim
szczerze poleca: są dostępne na stronach M.M. „lifeonmarz.com”. A jego cudowne,
urocze felietony można odnaleźć wszystkie na tronach „studioopinii.pl”.
M.M. przysłał D.O. list p. Adama Gryniewicza (Abram Gryniewice; https://sztetl.org.pl/.../historia.../138462-adam-gryniewicz,
niegdyś działacza TSKŻ, obecnie organizatora „Zjazdów 68”, ludzi wyproszonych z
polskiej ojczyzny po 1968 r. Oto on:
„Poświęciłem ponad godzinę na obejrzenie
a głównie posłuchanie wywiadu w podanym linku. Będąc niejako innego rodzaju
Żydem w Polsce w latach 1946-1969 mam nieco inny obraz i inne wspomnienia z
tego okresu, nawet jeśli nie neguję faktu pewnego ograniczenia objawów typowego
antysemityzmu w latach komuny.
Oczywiście mowa o objawach oficjalnych w środkach masowego przekazu, bo na co
dzień nigdy się one nie zmieniły niezależnie od typu rządów w tym kraju. Od
dziecka byłem częścią środowiska żydowskiego przez żydowski dom dziecka w 1946
roku, żydowskie przedszkole w 1947 i szkoła żydowska w latach 1948-1949 w
Łodzi. W dodatku w tych latach chodziliśmy do szkoły w niedzielę, bo nie w
sobotę. Możesz sobie wyobrazić reakcję ulicy na dzieci chodzące z tornistrami
do szkoły w niedzielny poranek. A to, co się pisało w latach 1956-1957 na
lamach prasy nie było przypadkiem a tylko namiastką chwilowego poczucia
wolności, czyli miniatura tego co jest teraz bo wtedy wolność także nie była
tej samej kategorii, jak ta po 1989 roku. Tamta trwała niecały rok i zakończyła
się zamknięciem ''Po Prostu'' już w 1957 roku. Skutek jednak był jednoznacznie
zrozumiały przez środowisko żydowskie, które zagłosowało nogami opuszczając
gremialnie Polskę w tych latach (około 100 tysięcy emigrantów, czyli blisko 10
razy więcej niż w naszej). Będąc przez wszystkie lata od 1957 roku aktywista
TSKŻ w klubie żydowskim, w akcji kolonijno-obozowej dla dzieci i młodzieży,
widziałem pełzający i rosnący w siłę antysemityzm partyjny. Dlatego 1968 rok
nie był dla mnie zaskoczeniem, ale tylko logicznym ukoronowaniem tego, do czego
szykowano się przez lata w łonie bezpieki i licznych kół partyjnych szczególnie
na prowincji.
Historia wskazuje, ze każde polskie poczucie wolności wyraża się głównie w
aktach antysemickich. Tak było w latach 1918-1919 z niezliczonymi pogromami
(szczególnie znane z tego są oddziały Hallera) jak liczne i w większości
zapomniane pogromy w 1946 roku. Nawet fizyczny brak Żydów w aktualnej Polsce
niczego w tym zakresie nie zmienił, poza faktem braku przemocy fizycznej. Myślę
jednak, że to tylko dlatego, że aktualnie nikt w Polsce nie jest w stanie
rozpoznać Żyda na ulicy. Ci co rozpoznawali, bo żyli z nimi przez wieki na co
dzień przed wojną, dawno umarli lub zapomnieli. Pokolenia powojenne nie znały
Żydów tradycyjnych a innych trudniej było rozpoznać.
Będąc w Polsce w sierpniu nie miałam wrażenia jakoby opozycja polska miała
wielkie szanse w wyborach na obalenie rządów PIS-u. Ty natomiast z przekonaniem
twierdzisz, ze tak się stanie. Może sytuacja w tej kwestii przeszła gwałtowna
ewolucję przez ostatni kwartał. Daj Boże, żeby było jak sądzisz, aczkolwiek mam
poważne wrażenie, ze to Twój przysłowiowy optymizm (o którym była mowa w
wywiadzie) przemawia bardziej niż chłodne rozumowanie. Jak mówią Rosjanie
''Pażywiom uwidim''. Pozdrawiam i życzę pełnego i skutecznego powrotu do grupy
negatywnych (covidowo rzecz jasna).
Pewnie widziałeś taki tekst:
2019 unikaj ludzi negatywnych
2020 unikaj ludzi pozytywnych
2021 unikaj ludzi
Aby to unikanie się skończyło i pozwoliło wrócić do jeszcze nie zapomnianego
życia sprzed 2020.
Adam”.
5. D.O. – upoważniony – przytacza ten list, bo… Bo przez dekady z niewiadomych
przyczyn był ślepcem, nie mogącym pojąć, czemu ci, którzy przeżyli Shoah,
Zagładę, wydają się nie doceniać łaskawości losu. Coś mu się snuło po głowie,
że ze wspomnieniami ciężko jest żyć, ale jakoś nie potrafił tego ułożyć w
logiczny wywód. Przełomem stała się samobójcza śmierć Primo Leviego,
znakomitego pisarza włoskiego, Żyda, ocalałego z Auschwitz, 42 lata po
wyzwoleniu z tego obozu Zagłady. Od wyzwolenia Auschwitz, od końca wojny minęło
77 lat a Ocaleli nadal nie mogą się uwolnić od wspomnień, które potrafią w
jednej sekundzie zamienić ich życie w niewyobrażalny koszmar.
D.O. oczywiście urodził się po wojnie, oczywiście przez kilka pierwszych dekad
swojego życia nie robił sobie problemu z tego, czy ktoś jest Żydem, czy nim nie
jest, zwłaszcza że był karmiony codzienną traumą nie-Żydów i propagandą,
zrównującą ofiarę narodu żydowskiego z cierpieniami Polaków. Ale kiedy przetarł
pokryte bielmem oczy, Zagłada stała się dla niego traumą i obsesją, chociaż
przez indukcję. Bardziej niż opowieści o wujkach i ciociach, których nigdy nie
poznał, bo zostali zabici lub zaginęli na wojnie.
6. A D.O. pisze o tym wszystkim dlatego, że Marian Marzyński, człowiek, którego
ojciec przeżył wojnę, lecz został zabity w lesie pod Puławami najprawdopodobniej
przez oddział AK (och, takich morderstw ze strony „prawdziwych polskich
patriotów” było dużo!), w „Allegro ma non troppo” mówi: „Jestem stuprocentowym
Polakiem, moja kultura jest stuprocentowo polska”.
O, to, to: D.O. bywał w rozrzuconych po świecie domach Żydów – Polaków. Ze
wzruszeniem myśli o tym przejmującym, namacalnym kulcie Polski i polskości,
jakie w większości tych domów zastał. Bywał też w domach Żydów – emigrantów z
Francji, Maroka, Kuby, Argentyny, Belgii, Niemiec i… Nigdzie nie widział aż
takiego przywiązania do dawnych ojczyzn, jak w domach Żydów – Polaków.
Oczywiście, sam D.O., będąc nie z własnej woli emigrantem, idealizował z
odległości Polskę i Polaków, ale...
Ale ta żydowska, jest idealizacją specyficzną; podszytą cierpieniem i
resentymentem kogoś, komu za bezbrzeżną miłość odpłacono nienawiścią, obelgą i
wygnaniem, a nierzadko nawet śmiercią.
Więc kiedy parę lat temu „premier” „rządu” „polskiego” składał wieniec pod
pomnikiem upamiętniającym oddział partyzancki, który zasłynął mordowaniem
żydowskich kobiet i dzieci, kiedy tenże „rząd” usiłuje narzucić kult
antysemickich morderców, atakuje naukowców, dokumentujących skalę prześladowań
Żydów przez Polaków, wtedy w D.O. narasta nienawiść.
I do wszystkich powodów, jakie ma do nienawiści dołoży jeszcze ten: nienawiść
za to, że zmuszony jest nienawidzić.
7.
D.O. pisze to wszystko w przededniu prawdopodobnego wybuchu nowej, wielkiej
wojny, w której pierwsza już umarła prawda, a teraz masowo będą ginąć ludzie.
Wojny, za którą odpowiedzialność ponosić będą w dużej mierze – jak powiedział
wczoraj w Genewie Bardzo Ważny Minister – kraje Bałtyckie i Polska,
odpowiedzialne za propagandę nieprzychylną jego jedynie słusznemu krajowi z
jedynie słusznym reżimem i jedynie słusznym prezydentem. Wśród tych, którzy
przeżyją nie będzie szczęścia. Będą istoty potwornie okaleczone, będą matki,
które nigdy nie wydobędą się z koszmaru wspomnień o zabitych synach, ojcowie,
którzy na zawsze opłakiwać będą swoje małe, śliczne, ukochane, zabite w bombardowaniach
córeczki. Będą zrujnowane piękne domy, wymuskane ulice przemienią się w
rumowiska, z parków znikną drzewa, wycięte na opał. Ucichnie muzyka, obrazy,
jeśli przetrwają, ukryte będą w głębokich bunkrach, kartki pospiesznie pisanych
opowieści spłoną, wraz z księgozbiorami i archiwami.
Michelangelo Buonarroti „Niewolnicy”.
Trzecia część koncertu skrzypcowego d-moll Roberta Schumanna.
14.
6 lat temu
Wystarczyło kilka dekad, by zniszczyć 2700 temu wielkie imperium asyryjskie,
które opanowało Żyzny Półksiężyc, Syrię, Palestynę i Egipt. Społeczeństwo
przeważnie ruralne, zdolne błyskotliwie rozwijać nauki i sztukę. Za panowania
króla Aszurbanipala w stolicy Niniwie została założona wielka biblioteka,
której dorównała dopiero za 300-400 lat Biblioteka Aleksandryjska.
I te 1600 lat supremacji zakończyło się w bardzo krótkim czasie.
O przyczynach upadku Asyrii historycy dyskutują od dekad, ale dziś, dzięki
badaniom opublikowanym w czasopiśmie Science Advances, wiemy, że Asyria upadła
wskutek zmian klimatycznych. „Czynnikiem decydującym była susza” – stwierdzają
naukowcy. Żyzny półksiężyc przestał być tak żyzny… Dalej, na południe,
Babilończycy opracowali zmyślny system nawadniania pól, więc przetrwali,
Asyryjczycy nie.
https://advances.sciencemag.org/content/5/11/eaax6656
Badania przeprowadził zespół pod kierunkiem prof. Ashisha Sinhy,
paleoklimatologa z University of California. Na speleotemach (stalaktytach i
stalagmitach) w jaskini Kuna Ba, 300 kilometrów na południowy wschód od
dzisiejszego Mosulu, gdzie kiedyś rozkwitła Niniwa, znalazł prawdę o zagładzie
imperium.
A propos: może kupią państwo piłę spalinową do drzew? Miła pani z uśmiechem na
ustach sprzeda wam kilka, jak obiecuje pewna reklama.
Inny przykład to Libia, przez parę stuleci żyzny spichlerz Fenicjan, Kartaginy
i Rzymu. W 431 r. została zdobyta przez germańskie plemię Wandalów, które
ruszyło na południe z ziem dzisiejszej południowo-zachodniej Polski i po
złupieniu w 455 Rzymu, przeprawili się Cieśninę Gibraltarską do Africa
Proconsularis (dzisiejszej zachodniej Libii i Północnej Tunezji). Barbarzyńcom
znad Odry wystarczyło pół wieku, by zamienić żyzne ziemie w pustynię.
15.
11 lat temu
Skąd oni mają tyle policjantów? Jeden radiowóz przed każdą szkołą, kiedy dzieci
wchodzą i wychodzą. W środku może być szeryf, ale nie musi. Zaskakująco często
bywa, zatem you never know. Przed każdą szkołą, kiedy dzieci wychodzą -
migające światełka: spróbuj jechać więcej niż 15 mil/h, nie będzie żadnej
litości. Ruchome patrole na małych uliczkach i przelotowych arteriach, na
pasach trawy, rozdzielających pasma wielkich interstates, przeważnie w jakimś
zagłębieniu, kiedy go widzisz, jest już za późno. Podobno na interstates
„darowują” 3 mile ponad dopuszczalne, nie wiem, nie próbowałem. Choć jeździłem
po USA z niepojętą tu prędkością, typu 150 -160 mil/h, ale Bóg mi świadkiem, że
na bezludziach, jakich w Europie nie uświadczysz, gdzieś w Newadzie, Colorado
czy Utah, drogi piękne, szerokie, zakręt w USA pojęcie nieznane, hulaj dusza…
Raz mnie namierzyli z samolotu w Newadzie; kiedy oddawałem samochód na lotnisku
już czekał na mnie mandat ze zdjęciem z lotu ptaka i pomiarem. A wtedy przekroczyłem
dozwoloną prędkość o głupie 5 mil/h.
A propos samochodów: „500-ki” tu się przyjęły. Nie wierzyłem, odszczekuję.
Floryda, Kalifornia. Dwa lata temu jechałem 6000 km od Seattle w kierunku
Wschodniego wybrzeża i oczywiście nie widziałem ani jednej. Nawet w wielkich
miastach, matecznikach wszelkich „freaks”.
Znudziły mi się błękit i zieleń, więc poszedłem do papuziej dżungli. O rany!
Żeby jakoś działał internet w tej brudnej budzie z widokiem na highway,
sprzedanej mi jako „nice bayview apartment” za cenę pięciogwiazdkowego hotelu
na Lazurowym Wybrzeżu, wrzuciłbym jakąś parkę; a tak musicie ruszyć wyobraźnią:
od ogona do wielkiego dziobu 70 cm błękitu, czerwieni, zieleni, żółci, w
różnych kombinacjach. Niektóre jak cię widzą mówią „hallo”. Poświęciłem czas,
ale na darmo: „Dzień dobry” z nich nie wydusiłem. Ich wzrok zdawał się mówić:
„to dobre dla jakichś pochrzanionych Eskimosów z Północnej Europy, tu jesteśmy
w tropikach”. A, jak głosił napis na biuście pewnej młodej damy, „Life under
the palms is better”. Nie wiem, czy dama ma porównanie, ja mam. Mądre papużki.
Spotkałem sporo arcyciekawych Polaków. Cóż za fascynujące postacie! Mówią:
„jesteśmy Żydami”, pewnie mają rację; ale cytują Słowackiego i Tuwima, a nie
Samuela Agnona czy Rachelę Bluwstein. „Kultura polska jest jedyną, jaką mam” –
mówi mi MM, o którym próbuję zrobić film. Tzn. ja zarzucam wędkę, kto inny
będzie wyciągał ryby.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń