DRUGI OBIEG
Poniedziałek, 12 stycznia 2026
1.
No i D.O. wykrakał tę śnieżną niedzielę. Dość powiedzieć, że powrót od
Szwagrostwa był bardzo urozmaicony. Tym razem na mapie Warszawy, zazwyczaj
doskonale i błyskawicznie odśnieżanej, były spore białe plamy. Nic to! Pewnie
zima.
D.O. na świadka Żonę powoła, że już jesienią mówił, że po co najmniej trzech
latach posuchy, teraz zima da nam popalić. „Nie było prawdziwego lata, to
będzie prawdziwa zima” - powiadał D.O.
I znowu wykrakał.
2.
Jest pewien aspekt tej śnieżycy — i wszystkich poprzednich — którego próżno
szukać w opowieściach nawet demokratycznych mediów: to kurierzy.
Kto w niedzielę wieczorem wychylił w Warszawie nos z domu, ten z pewnością
natknął się na jadącego skuterem, w kompletnie nieodpowiednim ubraniu,
nieszczęsnego człowieka z wielkim plecakiem z tyłu. W głębokim śniegu, nogi
rozczapierzone szeroko, bo upadek czai się na każdym metrze, a za nim sapią
samochody zirytowane taką powolną zawalidrogą.
Jeśli ktoś potrzebuje dowodu, że jesteśmy narodem bez serca, bez współczucia,
bez odrobiny empatii, niech spojrzy na tych ludzi — daleko od domów, często z
krajów znacznie cieplejszych niż nasz, zarabiających na życie, dostarczaniem
wam ciepłego jedzenia. Ryzykują życiem. A wy, odbierając waszą pizzę, nawet o
tym nie pomyślicie.
Wypożyczenie skutera kosztuje niemało, trzeba zapłacić właścicielowi, więc
kurierzy zarabiają doprawdy grosze, zwłaszcza jeśli nie przyjdzie wam do głowy
dać im choćby symbolicznego napiwku. Z tych pieniędzy muszą opłacić legowisko w
jakiejś norze, w której gnieżdżą się na zmianę cudzoziemcy, bo nie stać ich na
wynajem mieszkania. Zresztą — kto w Polsce chętnie wynajmie mieszkanie
człowiekowi o innym kolorze skóry?
To, co im zostaje, wysyłają do rodziny w swoim kraju. Żyją więc naprawdę,
naprawdę biednie, biedniej niż jakikolwiek biedny. A często są to ludzie z
wykształceniem, bywa, że wyższym, studenci, ludzie – jeśli potrzebujecie
dowodu, to popatrzcie - pracowici.
W naszym kraju nie wszystkim się dobrze powodzi; jest sporo ludzi biednych, ale
większość z nich może liczyć na jakąś formę pomocy. Domorośli komuniści, tak
chętnie piszący w „Gazecie Wyborczej” artykuły o rozwarstwieniach społecznych,
nigdy nie zadają sobie pytania, dlaczego biedni są biedni. Czy nie chciało im
się uczyć i dlatego, nie posiadając żadnego wykształcenia, mogą liczyć tylko na
głodowe pensje przy byle jakich pracach? Czy — co częste — są alkoholikami,
uwięzionymi w piekle uzależnienia, przez które nie podejmują żadnej pracy?
Papież Franciszek powiadał, że kiedy upomina się o ubogich, biją mu brawo, ale
gdy zaczyna mówić o przyczynach ubóstwa, nazywają go komunistą.
Tutaj, w wypadku media workerów, trudno mówić o komunizmie, choć oczywiście i
ten upiór powraca pod dziwnie ostrzyżone czaszki młodych ludzi. Jednak
współczucie media workerów, jeśli w ogóle występuje, jest podszyte obrzydliwą
hipokryzją. D.O. zbiera się na wymioty, kiedy czyta takie wypociny: to zawsze
wina społeczeństwa, a najlepiej rządów.
Ale niech tam! Przynajmniej coś o biednych piszą. Czy to zmienia życie biednych
na lepsze? Oczywiście, że nie — a jeśli już, to w jednym przypadku na tysiąc,
może na dziesięć tysięcy.
Tymczasem D.O. ani razu nie natknął się w żadnym przyzwoitym portalu
informacyjnym w Polsce na opis życia tych najuboższych, najsłabszych,
najbardziej upokorzonych przez biedę, złe traktowanie, przez odległość od
rodziny, przyjaciół, bliskich, od własnego domu.
Za to medialni moralizatorzy, zwłaszcza z „Wyborczej”, bardzo chętnie napadają
na kurierów za jazdę „nieprzepisowymi” rowerami. To już nie jest nawet
hipokryzja — to skurwysyństwo.
Pierwsza, druga i trzecia władza mają kurierów w nosie. Nawet się o nich nie
zająkną — no chyba że zamówią coś przez Ubera. Ale czwarta władza powinna być
od tego, by upominać się o tych, którzy głosu nie mają, a których los jest
naprawdę godny ubolewania.
3.
• Naoczni świadkowie donoszą o przemocy na ulicach Iranu, który wkracza w
trzeci tydzień antyrządowych protestów, które rozprzestrzeniły się na wszystkie
31 prowincji kraju. Pojawiają się szczegóły dotyczące niektórych Irańczyków
zabitych w brutalnych represjach sił bezpieczeństwa przeciwko demonstrantom.
• Donald Trump rozważa szereg potencjalnych opcji militarnych w Iranie po
śmiertelnych protestach - poinformowało CNN.
W odpowiedzi, przewodniczący irańskiego parlamentu stwierdził, że amerykańskie
bazy wojskowe i handlowe będą traktowane jako cele odwetu, jeśli Waszyngton
podejmie militarną interwencję.
• Według amerykańskiej organizacji praw człowieka, co najmniej 490
protestujących zginęło, a ponad 3200 osób zostało aresztowanych. Iran jest
odłączony od sieci od ponad 72 godzin po tym, jak władze zablokowały dostęp do
internetu i linie telefoniczne w związku z zamieszkami.
• Według szczegółowego zestawienia udostępnionego przez Skylar Thompson,
zastępcę dyrektora organizacji Human Rights Activists in Iran (HRA),
aresztowano co najmniej 10 675 osób, w tym 169 dzieci.
• jak podaje półoficjalna agencja informacyjna Tasnim, prokurator generalny
Iranu Mohammad Movahedi Azad powiedział wczoraj, że postępowanie prawne
przeciwko protestującym będzie prowadzone „bez pobłażliwości, litości i
ustępstw”.
„Zarzuty wobec wszystkich uczestników zamieszek są takie same – powiedział
Movahedi Azad. - Niezależnie od tego, czy są to osoby, które pomagały
uczestnikom zamieszek i terrorystom w niszczeniu i niszczeniu bezpieczeństwa
publicznego i mienia, czy najemnicy, którzy chwycili za broń i siali strach i
przerażenie wśród obywateli”.
Prokurator generalny stwierdził, że „w tej sprawie wszyscy przestępcy są
wrogami”.
P piątek prokurator Teheranu powiedział, że akty wandalizmu wymierzone w
własność publiczną będą uważane za „moharebeh”, co można przetłumaczyć jako
„prowadzenie wojny przeciwko Bogu”, jak podaje Tasnim. Karą za moharebeh jest
egzekucja.
4.
Jak może wyglądać drugi atak wojskowy Trumpa na Iran
https://www.forbes.com/sites/pauliddon/2026/01/11/what-a-second-trump-military-strike-against-iran-might-look-like/
… „Reżim Iranu zabił … setki, jeśli nie tysiące, demonstrantów w całym kraju.
Teheran wprowadził całkowity lockdown internetu i komunikacji w całym kraju, co
niepokojąco przypomina początki powstania w Syrii w 2011 roku, kiedy to
sprzymierzony z Iranem reżim Baszara al-Assada rozpoczął masakry i tortury
pokojowych demonstrantów Arabskiej Wiosny. Choć wiele pozostaje niejasnych,
czerwona linia Trumpa przeciwko zabijaniu pokojowych demonstrantów przez
Teheran niewątpliwie została już przekroczona.
Teheran, jak można było przewidzieć, zagroził odwetem za wszelkie ataki USA,
atakując amerykańskie bazy i statki w regionie. 86-letni Najwyższy Przywódca
Iranu ajatollah Ali Chamenei w uproszczeniu przedstawił bunt jako nic więcej
niż „wandali”, którzy chcą „zadowolić” prezydenta USA. Co bardziej alarmujące,
prokurator generalny Iranu, Mohammad Movahedi Azad, oświadczył, że każdy, kto
uczestniczy w tych protestach, jest „wrogiem Boga”, co w Republice Islamskiej
jest przestępstwem zagrożonym karą śmierci. Warto pamiętać, że w 1988 roku
poprzednik Chameneiego, śp. Ruhollah Chomeini, w podobny sposób nazwał więźniów
politycznych wrogami Boga w tajnej fatwie, co doprowadziło do szybkiego
dochodzenia i pozasądowych egzekucji tysięcy osób w całym kraju. Republika
Islamska zabiła w tych miesiącach więcej więźniów politycznych niż przez całe
37 lat panowania ostatniego szacha Iranu, Mohammada Rezy Pahlawiego.
Trump wyjaśnił w piątek, że choć Stany Zjednoczone uderzą w Iran „bardzo mocno
tam, gdzie boli”, nie będzie to wymagało „wysłania wojska na miejsce”. Z tego
można by wnioskować, że może dojść do kolejnego jednorazowego ataku, podobnego
do tego, który Trump faworyzował w przeszłości.
Pod koniec 12-dniowej wojny Izraela z Iranem, w czerwcu 2025 roku, Stany
Zjednoczone rozpoczęły operację Midnight Hammer, w ramach której amerykańskie
bombowce stealth Northrop B-2 Spirit, eskortowane przez ponad 100 myśliwców,
zbombardowały centralne irańskie instalacje nuklearne. Iran odpowiedział
telegraficznym atakiem na rozległą katarską bazę lotniczą Al-Udeid, w której
stacjonują tysiące żołnierzy amerykańskich. Po ataku obie strony złagodziły
napięcie, a Trump sarkastycznie podziękował irańskim władzom za „wczesne
powiadomienie” o ataku odwetowym.
Według doniesień „Timesa”, opcja Trumpa mogłaby obejmować atak na rządowe siły
bezpieczeństwa odpowiedzialne za zabijanie nieuzbrojonych demonstrantów. Jednak
przedstawiciele władz USA obawiają się wywołania „serii ataków odwetowych,
które mogłyby zagrozić amerykańskiemu personelowi wojskowemu i dyplomatycznemu
w regionie”, czego publicznie groził Iran.
Irańscy urzędnicy dementują pogłoski, że Chamenei planuje ucieczkę do Rosji,
gdzie prawdopodobnie podąży za swoim byłym sojusznikiem Assadem i spędzi życie
na wygnaniu. „Nie opuści Teheranu, nawet jeśli nad jego głowami będą latać
bombowce B-52” – powiedział w piątek jeden z urzędników dziennikowi „The
Telegraph”.
Obecnie nic nie wskazuje na to, że Trump rozważa bezpośredni atak na
Chameneiego. Podczas wojny w czerwcu prezydent twierdził, że Stany Zjednoczone
dokładnie wiedzą, gdzie Chamenei się „ukrywa”, pisząc, że Stany Zjednoczone nie
zabiją go „przynajmniej na razie”, aby uniknąć ostrzału rakietowego żołnierzy i
cywilów USA w odwecie. Niemniej jednak, dodał wówczas: „Nasza cierpliwość się
kończy”.
Możliwe, choć nieprawdopodobne, że ta sama kalkulacja ma zastosowanie teraz. A
jeśli siły Chameneiego zabiją setki lub tysiące kolejnych demonstrantów w
nadchodzących dniach, prawdopodobieństwo, że USA staną się jego celem, może
wzrosnąć. W międzyczasie Stany Zjednoczone mogą skupić się na przygotowaniu lub
ewakuacji regionalnych placówek wojskowych i dyplomatycznych znajdujących się w
zasięgu irańskich pocisków i dronów.
Pod koniec swojej pierwszej kadencji Trump zamordował dowódcę eksterytorialnych
sił Al-Kuds irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej w ataku dronem w
stolicy Iraku, Bagdadzie. Iran odpowiedział kilka dni później ostrzałem
rakietowym irackiej bazy lotniczej, w której stacjonowali żołnierze
amerykańscy, powodując u kilku z nich urazy mózgu. Trump nie odpowiedział
wówczas i od tamtej pory kwestionuje powagę obrażeń odniesionych przez
amerykański personel podczas irańskiego kontrataku.
Nie jest jasne, czy zabójstwo Solejmaniego może posłużyć jako precedensowy
punkt wyjścia dla działań, jakie Trump mógłby wkrótce podjąć przeciwko
Chameneiemu lub jego przywódcom IRGC, którzy obecnie zabijają niewinnych
Irańczyków.
Mieszkający w USA Reza Pahlawi, syn ostatniego szacha, który zmarł w 1980 roku,
wezwał irańskich demonstrantów do wytrwałości i obalenia reżimu Chameneiego. W
nagraniu wideo opublikowanym w sobotę na X, Pahlawi jednoznacznie oświadczył:
„Naszym celem nie jest już tylko wyjście na ulice; celem jest przygotowanie się
do przejęcia centrów miast i utrzymania ich”.
Trump na razie odmówił spotkania z Pahlawim. Wątpliwe jest, czy jego
deklarowana determinacja w ukaraniu irańskich przywódców za zabijanie cywilów
oznacza, że jest on skłonny podjąć dłuższą kampanię w celu ochrony
protestujących. Pojedyncze lub seria nalotów na wzór operacji Midnight Hammer
może nie zapewnić protestującym zwycięstwa. Co więcej, ewentualne zabójstwo
Chameneiego przez USA mogłoby sprawić, że wpływowe siły Korpusu Strażników
Rewolucji Islamskiej, które są znacznie lepiej uzbrojone niż regularna armia,
nadal będą rządzić Iranem za pomocą brutalnej siły i bezlitosnych masowych
mordów. Teheran okazał się odporny, gdy początkowe salwy Izraela w czerwcowej
wojnie wyeliminowały znaczną część jego dowództwa wojskowego.
Jeśli protestujący rzeczywiście przejmą i utrzymają centra miast, jak postuluje
Pahlavi, a to wciąż pozostaje niepewne, niewątpliwie nadal będą potrzebować
ochrony przed przeważającą siłą ognia Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.
W tym przypadku możliwe jest, że wsparcie amerykańskich nalotów i rygorystyczne
egzekwowanie stref zakazu lotów i ruchu wokół centrów miast kontrolowanych
przez protestujących mogłoby dać im szansę na walkę.
Wydaje się mało prawdopodobne, aby Trump był skłonny zaangażować się w tak
otwarte i potencjalnie kosztowne przedsięwzięcie, biorąc pod uwagę jego
dotychczasowe osiągnięcia. Niemniej jednak, na tym etapie nierozsądnie byłoby
wykluczać jakąkolwiek możliwość.
5.
4 lata temu
D.O. powtórzy, to, co napisał po podróży po Bałkanach w poszukiwaniu przyczyn
okrutnej wojny domowej z lat 90.: „Wojna rodzi się w chorych głowach i wychodzi
na świat przez usta”. Karabiny, armaty, rakiety, a chociażby i kije, i
kamienie, to przedłużenie złych słów, złych słów ślepej i głuchej nienawiści.
D.O. jest przekonany, że wojen i konfliktów można by uniknąć, izolując na czas,
ludzi, z których ust wychodzą słowa ślepej i głuchej nienawiści.
Dzisiejsze wojny już się w głowach narodziły, już wyszły na świat przez usta.
Trzeba cudu, by nie zaowocowały wojną, ale w cuda wierzyć nie warto.
Jaki to cud? Wszyscy, od Kapsztadu do Anchorage, od Władywostoku po Santiago
del Chile wychodzą na ulice, mówią „nie, nie będziemy wykonywać waszych
rozkazów, bijcie się sami, jeśli chcecie”.
No: sam widzisz, Czytelniku, że w cuda wierzyć nie warto.
Jesteś zatem gotów na rzeczywistość?
*
Oświecenie zapoczątkowało proces, który umożliwił połączenie wszystkich jedną
siecią ludzi na całej planecie. Utopiści mówili, że kiedy człowiek skontaktuje
się z drugim człowiekiem, kiedy jeden pozna drugiego, kiedy zrozumie, że jego
bój i cierpienie, jego radość i przyjemności są identyczne, jak jego własne –
wtedy nie będzie już powodów do wojen.
Oświecenie jednak myliło się…
Wybitny dziennikarz Włodek Goldkorn, z okazji rocznicy śmierci wielkiego
Zygmunta Baumana, przypomniał fragmencik wywiadu, jaki z nim zrobił w 2008 r.:
- „Miło byłoby pomyśleć – mówi Bauman -
że nasza cywilizacja zmierza w kierunku rozsądku i moralności, choć z
pewnymi wpadkami po drodze. Niestety tak nie jest. Niektórzy bardzo
wykształceni obserwatorzy twierdzą, że impertynenckie ambicje nowoczesności,
zaczęły się od szoku, wywołanego trzęsieniem ziemi w Lizbonie (w 1755): ślepa
natura, pozbawiona jakiejkolwiek racjonalności, obojętna na rozróżnienie cnoty
i grzechu między zasługą i winą, uderza przypadkowo. Należy zatem powstrzymać
siłę żywiołów, zmusić naturę do korzystania z kategorii dobra i zła. A za pomocą
rozumu i technologii ludzkość nada moralny porządek amoralnemu chaosowi”.
- Właśnie dokonał pan syntezy myśli oświeceniowej. Wynik? – pyta Włodek
Goldkorn.
- „Skutki różnią się od intencji. Nie udało nam się przekonać natury do
posłuszeństwa ludzkim wyobrażeniom o cnotach i występkach. Ale konsekwencje
naszych działań, bezbłędne z technicznego punktu widzenia, uderzają nas
irracjonalnym okrucieństwem, okrucieństwem, które do tamtej pory
przypisywaliśmy tylko i wyłącznie naturze”.
D.O.: A zatem to, co łączy nas z naturą to okrucieństwo?
7.
W Genewie decydowali o naszym życiu, o życiu naszych dzieci i wnuków, o
istnieniu lub nieistnieniu naszych państw, naszych małych ojczyzn.
My, Polacy, znów jesteśmy przedmiotem, a nie podmiotem decyzji podejmowanych
ponad naszymi głowami przez innych; na te decyzje nie będziemy mieli żadnego
wpływu.
To te codziennie oplugawiane przez szajkę rządy prawdziwych patriotów sprawiły,
że mimo oporu tej i innych jeszcze szajek, nie jesteśmy jeszcze w sytuacji
Białorusi.
To im, opluwanym polskim bohaterom, takim, jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki,
Bronisław Geremek, Krzysztof Skubiszewski, Aleksander Kwaśniewski, wszyscy
zawdzięczamy, że nasza ojczyzna jest członkiem NATO i członkiem Unii
Europejskiej.
Szajka robiła, co mogła, byśmy tam nie byli, byśmy byli Białorusią, albo w
najlepszym wypadku Ukrainą, ale moc ducha bohaterów sprawiła, że, wśród
plwocin, dopięli swego. Dla nas wszystkich, za nas wszystkich.
Dziś szajka dalej robi, co może, aby nas z tych sojuszów wyprowadzić, podpisać
wyrok na 38 milionów Polaków i na Polskę jako niepodległe państwo.
Polska w obu tych sojuszach, z winy szajki jest dziś na marginesie. Znalazła
się tam w wyniku zdrady stanu obecnie rządzącej szajki.
Wojna może wybuchnąć, zanim Polska zostanie z Unii i NATO usunięta, jako kraj
niedemokratyczny i rozbijający solidarność demokratycznego świata.
Kto wie, czy ta wojna nie wybuchnie na nasze szczęście, dodajmy, niezasłużone?
*
Rozmowy w Genewie nie przyniosły „appeasementu”, ale fakt, że się odbyły – a
będą jeszcze rozmowy w NATO i OBWE – jest już niemałym sukcesem rosyjskiego
agresora (Gruzja, Mołdawia, Ukraina, Syria, Libia). Być może by do nich nie
doszło, gdyby Rosja, jak to czynią bandyci, nie wzięła zakładnika: Ukrainy.
I teraz pomyśl, P.T. Czytelniku: Ukraina nie miała szczęścia do liderów, którzy
wprowadziliby ją, jak Polskę, do NATO i UE. Ukraina ma nie do końca wiarygodny
rząd, Ukraina ma nie do końca sprecyzowaną tożsamość narodową, ma głębokie
podziały wewnętrzne, wliczając w to część populacji, która w ewentualnej
okupacji rosyjskiej nie widziałaby nic złego.
A jednak demokratyczny Zachód, wierny ideałom, wierny prawu międzynarodowemu,
gotów jest jej bronić. Bez tego Ukrainy by już nie było; znów byłaby w Rosji –
więzieniu narodów.
Demokracja, suwerenność, niepodległość, prawo do samostanowienia… Są jeszcze
kraje, które są gotowe rzucić na szalę bardzo wiele, by takich pojęć konkretnie
bronić.
W świecie ryzykującym dominację zbrodniczych reżimów, takich, jak Chiny, Rosja
czy Iran, jest jeszcze bastion wartości, gotów się o nie bić.
Ukraina ma wielkie szczęście. Być może w ostateczności zostanie pokonana i
upokorzona, ale fakt, że tak potężne mocarstwa i sojusze polityczno-militarne,
mimo wszystkich jej słabości, chcą jej bronić, dopóki się da, jest dla tego
młodego narodu światełkiem nadziei w kompletnych ciemnościach zagrażającego jej
imperium zła.
*
Tak genewskie rozmowy relacjonuje New York Times:
„Amerykańscy i rosyjscy dyplomaci po intensywnej rundzie negocjacji w
poniedziałek, dali jasno do zrozumienia, że chociaż obie strony będą nadal
rozmawiać, pozostają dalekie od porozumienia w kwestii wzajemnych obaw
dotyczących bezpieczeństwa.
W serii rozmów, które trwały prawie osiem godzin rosyjscy urzędnicy
oświadczyli, że powiedzieli swoim amerykańskim odpowiednikom, że nie planują
inwazji na Ukrainę. „Nie ma powodu, aby obawiać się jakiegoś scenariusza
eskalacji” – powiedział dziennikarzom Siergiej A. Riabkow, wiceminister spraw
zagranicznych Rosji.
„Rozmowy były trudne, długie, bardzo profesjonalne, głębokie, betonowe, bez
prób polerowania ostrych krawędzi” – powiedział Riabkow. „Mieliśmy wrażenie, że
strona amerykańska bardzo poważnie potraktowała rosyjskie propozycje i
dogłębnie je przestudiowała”.
Wendy Sherman, czołowa amerykańska dyplomatka, powiedziała, że Stany
Zjednoczone „odrzucają propozycje rosyjskie, które są po prostu nie do
przyjęcia dla Stanów Zjednoczonych”, w tym żądania Rosji, aby Ukraina nie
została przyjęta do NATO i aby sojusz zakończył współpracę w dziedzinie
bezpieczeństwa z Ukrainą.
„Nie pozwolimy nikomu zatrzasnąć
natowskiej polityki otwartych drzwi, która zawsze była centralnym punktem
sojuszu” – powiedziała Sherman podczas telekonferencji z dziennikarzami. „Nie
zrezygnujemy ze współpracy dwustronnej z suwerennymi państwami, które chcą
współpracować ze Stanami Zjednoczonymi. I nie podejmiemy decyzji o Ukrainie bez
Ukrainy, o Europie bez Europy, o NATO bez NATO”.
Sarajewo. Nikt nie pamiętał jak to się zaczęło
Rosja mówi Stanom Zjednoczonym że nie ma zamiaru najeżdżać Ukrainy i zgadza się
na kolejne rozmowy (11 stycznia 2022)
https://www.nytimes.com/.../10/world/russia-us-ukraine-talks
8.
5 lat temu
Knajpo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Z knajpami nawiązałem późny romans. Bieda kazała obchodzić je z daleka. Z
poprzedniego życia w Polsce wspominam zaledwie kilka knajpianych biesiad;
przeważnie po jakichś premierach. Fajnie było, ale i mnie i współbiesiadnikom
zależało chyba tylko żeby się nachlać, więc mam zero wspomnień kulinarnych.
Jakieś szkolenie dla managerów w „Złotym Linie” w Serocku – to chyba jedyne
doznanie barbarzyńcy w kulinarnym ogrodzie: odkryłem, że szkolno- i
uczelnianostołówkowe ryby to jednak świństwo i że może być o wiele lepiej.
Potem nastały Włochy. Dziesięć pierwszych lat bezknajpianych, bo nędza. Ale
wystarczył włączony telewizor czy radio, żeby głowa spuchła od jedzeniowych
celebracji. Dekada pasibrzucha-teoretyka. To tak, jak gdyby człeka od
dzieciństwa przetrzymywanego w niewielkiej celi, nagle posadzić przed
teleskopem, by odkrywał nieskończoność wszechświata.
No, ale kiedy wreszcie mogłem… Hulaj dusza, drżyj wago! Oczywiście w większości
też „a scrocco”, czyli za cudze. Komitywy dziennikarskie były tam i sam
zapraszane, a zaproszenie, niezależnie od oficjalnego celu, oznaczało wyżerkę.
A, że wyżerka figę warta bez wypitki, to i przy okazji załapałem się na
przyspieszone, intensywne studia enologiczne.
Potem jakoś tak się porobiło, że znalazłem się w „Grupie Smaku” –
stowarzyszeniu dziennikarzy piszących o jedzeniu i piciu (no dobrze, niech
będzie elegancko: „food & wine sector”) i jeszcze do tego wśród jurorów
Slow Foodu – i wsiąkłem. Już było po mnie.
Kto czytał moje „Najpiękniejsze słowa”, może pamiętać dudnienie, niosące się od
mojego – grzesznika – bicia się w piersi. Bo ta, ja, człowiek bez charakteru,
śmiałem narzekać na nadmiar!
Zapraszano nas często i w jednym tylko celu: popisać się. Niech ci, którzy
potrafią zrozumieć i docenić – docenią i zrozumieją wykwintność kunsztu
kucharza!
Zasiadałem ci ja o 13.00, o Świętej Porze Obiadu, w przezacnym gronie do
wielkiego stołu, nim zdążyłem uporać się z powitalnym prosecco, już wnoszono
pierwszą z sześciu przystaweczek, potem – na spróbowanie – trzy pierwsze, rzecz
jasna do każdego inne białe, bo małżeństw się nie rozdziela, dwa drugie – i nie
trzeba dodawać, że również czerwone dają z siebie najwięcej tylko w parze z
właściwym daniem, kilka deserów, do których, a to zibibbo, a to vinsanto, a to
passito, caffe i – cudowny wynalazek Włochów – ammazzacaffe (killer kawy). I to
wszystko smakowałoby zapewne gorzej, gdyby nie sąsiedzi: przekrzykujący się
przez stół, opowiadający anegdoty, kawały, wspomnienia.
I nikomu nie przychodziło do głowy popatrzeć na zegarek, ale w którymś momencie
pojawiał się jakiś gentiluomo, który oznajmiał, że jest amfitrionem kolacji w
zupełnie innym lokalu i że mieliśmy tam być o 18.00, a jest już 18.15 i
gdybyśmy byli tak uprzejmi i się pofatygowali, bo kucharz już podciął sobie
żyły w jednej ręce, że mu wszystko stygnie, a nas nie ma…
No i zrywaliśmy się do biegu, konstatowaliśmy, że nas wszystkich od siedzenia
d. boli i właśnie wtedy, w drodze do drugiego lokalu, w którym rękę kucharza
zdołano już zabandażować, mnie i Przyjaciołom zza stołu zdarzało się narzekać,
mówić, że nie damy rady, że nie mamy miejsca i że musimy iść wcześniej spać…
Zwłaszcza że byliśmy starymi wyjadaczami (!) i wiedzieliśmy, że nad Morzem
Śródziemnym głównym posiłkiem jest właśnie kolacja…
I dzisiaj, kiedy spotkałem się z Przyjacielem, który ma skromną warszawską
restaurację, poczułem boleśnie, bardzo boleśnie, jak bardzo mi cię knajpo brak!
Knajpie brak też mnie. I ciebie też. Oni, knajpiarze, podobnie, jak hotelarze,
są zrozpaczeni, zrujnowani, zdesperowani.
Ja w Warszawie mało chodzę po knajpach, bo jednak moje wymagania w stosunku do
potraw są znacznie powyżej przeciętnej. Ilekroć daję się namówić
rozentuzjazmowanym Kolegom, polecających jakieś fantastyczne ponoć jedzenie w
takim czy innym lokalu, tylekroć nie wiem, co robić z twarzą, kiedy potem
pytają mnie „jak było”?
A i we Włoszech (nie byłem już od roku, chcę umrzeć!) też już bardzo starannie
dobieram knajpy. W takim Rzymie jest zaledwie kilka, którym oddaję się bez
reszty i bez pytania, co mi podadzą. Ale, kiedy plącząc się po Toskanii,
Kampanii czy Apulii, po wyczytaniu w portalach podróżniczych dwóch tuzinów
recenzji (wybieram tylko recenzje włoskie, cudzoziemcy się nie znają!) nieufnie
wchodzę do wypatrzonej knajpki, w dziesięciu przypadkach na dziesięć spotyka
mnie przyjemna niespodzianka.
Knajpo! Wróć! Ja tu płaczę po tobie!
9.
8 lat temu
Miałem do załatwienia to i owo w urzędzie. Nacisnąłem guziczek, maszynka
wypluła mi numerek. „No to sobie posiedzę” – pomyślałem, konstatując, że przede
mną jest jeszcze 17 osób, a stanowiska cztery. Potem wyszło, że posiedzę
jeszcze dłużej niż myślałem, bo na jednego klienta schodziło około 20 minut.
Usadowiłem się na kanapce, zadowolony, że znalazłem miejsce.
Okazało się ciekawe. Za moimi plecami przewijali się sami cudzoziemcy: Kilku
Ukraińców oraz Irakijczyk, usiłujący nostryfikować swoje ojczyste prawo jazdy.
Przypomniały mi się czasy, gdy ja, jeszcze jako cudzoziemiec, musiałem
załatwiać urzędowe sprawy we Włoszech. I pomyślałem, że ja jednak spotykałem
się z większą życzliwością i człowieczeństwem, choć ze znacznie, ale to
znacznie dłuższymi kolejkami, często całonocnymi. Jakiż ja się czułem wówczas
upokorzony, poniżony, pozbawiony godności i człowieczeństwa!
Włoscy urzędnicy i funkcjonariusze oczywiście nie znali żadnego innego języka
poza swoim, więc ja byłem w niezwykle uprzywilejowanej pozycji mogąc się z nimi
precyzyjnie porozumiewać. Ale…
Ja znałem włoski bardzo dobrze, ale często na wykładach kolejnych biurokratów
siedziałem, jak na tureckim kazaniu. I w niczym się nie różniłem od
przeciętnego Włocha, który też absolutnie nic z tego nie rozumiał. W
Biurokratlandii mówi się językiem biurokratlandzkim, z gruntu odmiennym od
języka, jakim na co dzień zwykli się posługiwać zwykli ludzie.
We Włoszech, w latach 90. specjalna komisja zrobiła wykaz słów, których
zakazano używać w dokumentach urzędów państwowych. Ulubionych słów biurokratów,
całkowicie niezrozumiałych dla przeciętnego obywatela.
U nas nic podobnego się nie zdarzyło, a szkoda.
Ci, za moimi plecami – nie byli tak uprzywilejowani, jak ja we Włoszech.
Ukraińcy usiłowali po polsku z rosyjska wytłumaczyć, o co chodzi, z różnym
powodzeniem. Irakijczyk był w Polsce od 6 miesięcy (dlatego potrzebował już
polskiego prawa jazdy) i znał tyle słów, ile niezbędne mu było do przetrwania.
Z drugiej strony biurka była Biurokracja, uosabiana przez zmęczoną urzędniczkę,
nieustannie zdumioną, że skoro ona zna meandry polskiego prawa, to dlaczego
wszyscy inni nie?
Przy każdym braku zrozumienia powtarzała to samo zdanie po kilka razy, coraz
głośniej, bo, jak wiadomo, głośniejsze mówienie ułatwia zrozumienie. Tyle, że u
głuchawych, ale nie u cudzoziemców.
Nie była nieuprzejma, ale też nie była uprzejma. Starała się nadać głosowi
pozór cierpliwości.
A więc, czekając na moją kolejkę do właściwego biurka, miałem raz po raz
odruch, żeby wstać i czule objąć kolejnych klientów urzędniczki za moimi
plecami. Zrozpaczonych, poniżonych, nagle pozbawionych podmiotowości,
pozbawionych człowieczeństwa; pyłów i prochów, zderzających się z
biurokratycznymi Himalajami i to w obcym języku.
Bez dokumentów, o które występowali nie mogli pracować, pewnie nawet straciliby
prawo do przebywania na terenie naszej mlekiem i miodem płynącej Pislandii.
Nagle ich los, ich życie, życie ich odległych rodzin zostało złożone w ręce
urzędniczki, z którą nie potrafili się porozumieć. Musieli być pokorni, jak
kiedyś ja, udawać nieskończony podziw i szacunek dla tej uosobionej
Biurokracji, bo jej niechęć mogłaby przekreślić ich nadzieje i aspiracje.
Nie jest łatwo być emigrantem. Oddaleniu od domu, rodziny, przyjaciół
towarzyszy strach, nieustanny strach przed tym obcym światem, w którym wszystko
jest ci nieprzyjazne: drzewa, kamienie, krajobrazy… A najbardziej ludzie…
Nie będę tu uprawiał dydaktyki, pisząc, jak ważni są ci ludzie dla naszej
gospodarki, dla naszego handlu, dla budowlanki. A to, co ich u nas czeka?…
Podniesiony, udający cierpliwy głos urzędniczki, to często najlepsze, co może
ich spotkać…
Właściwie żałuję, że nie wstałem i ich nie objąłem. Może przyniosłoby im to
chwilę ulgi, może poczuliby się znów ludźmi, może Polska przez chwilę nie
wydawałaby się im tak wroga.
Ale przecież sam czekałem na wizytę przy urzędniczym biurku i nie mogłem się
narażać…
10.
12 lat temu
Polacy czymś się różnią od Wolaków. Polacy dają Owsiakowi, Owsiak = dobro,
wolactwo - zło. Prosta sprawa.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuńDzień dobry... Jest i Ewa...
OdpowiedzUsuń