DRUGI OBIEG
Poniedziałek, 19 stycznia 2026
1.
Niedziela, więc galerie handlowe zamknięte — i gdzie tu stary człowiek ma
spacerować, kiedy na dworze z rana minus dwanaście, odczuwalna – minus
dwadzieścia?
Ale świeciło słońce, a parę tygodni wcześniej, przy minus pięciu i pół, D.O.
odważył się wystawić nos na mróz i śnieg, i okazało się to być do przeżycia;
ba, nawet całkiem przyjemne (jeśli nie liczyć pękania warg z hukiem).
No to D.O. postanowił przekonać się, jak to będzie przy minus ośmiu stopniach.
Pojechał do lasu, okutał się szczelnie, obwiązał twarz do wysokości nosa
szaliczkiem z Andrii (to takie miasteczko od papug, ponoć stolica mozzarelli di
bufala czyli z mleka bawolego) i ruszył w las.
Zastanawiało go tylko, skąd pod lasem takie tłumy samochodów — i wkrótce
przekonał się, że odbywają się tu jakieś zawody łamag. Bo zarówno ścieżka, jak
i droga leśna okazały się być nartostradami.
D.O. musiał co jakiś czas odskakiwać przed nadjeżdżającymi narciarzami —
paniami, panami i nieletnimi — ale miał wysokie, ciepłe buty, więc wskakiwanie
w śnieg nie było mu straszne.
Jedno, co D.O. uderzyło, to fakt, że uczestnicy tych zawodów, najwyraźniej
zieloni amatorzy, raz po raz wywalali się na swoich biegówkach. D.O. nie
pamięta, czy jak był młody, to też tak bywało. Wydaje mu się, że nie. Dlaczego
więc teraz ludzie na biegówkach tak wywijają orła?
D.O. zaczął się przyglądać nartom. Były bardzo profesjonalne, nosiły dumne
napisy wielkich firm narciarskich dostarczających sprzęt dla zawodowców:
kolorowe, krzykliwe, ze wspaniałymi zapięciami — ale wąskie jak nie wiem co!
Niewiele szersze niż łyżwy z czasów D.O.
A kiedy D.O. zażywał rozkoszy chodzenia na nartach, głównie wściekał się, że
one tak kiepsko się ślizgają. A tu te wszystkie Rossignole, te wszystkie Fischery
musiały mieć podbicie z jakichś supermateriałów, bo w przerwach między
przewracaniem się panowie, panie i nieletni ślizgali się, że aż miło. Na
dodatek zarówno ścieżka, jak i leśny dukt były ubite i zlodowacone, więc
zderzenie bardzo śliskich nart z bardzo śliskim podłożem sprawiało, że ludzie
wywijali orła — co dla D.O. było śmieszne, ale wywijającym pokazywało, że
orłami wcale nie są.
Ty, Czytelniku, zapewne masz większe doświadczenie z nartami biegowymi, więc
wytłumacz D.O. to zjawisko wywijania orła i przewracania się na twarz na
współczesnych biegunkach (oj, to chyba niewłaściwe słowo) — i to zarówno przez
panów, panie, jak i nieletnich.
Bo efekt był taki, że kiedy powrócili do swoich lśniących, półzakopanych w
śniegu samochodów i kiedy odpinali narty, robili to z wyrazem złości na twarzy,
przemieszanym z poczuciem ulgi.
A spacer D.O. nie bardzo się udał: raz, że było rzeczywiście zimno; dwa, że po
śniegu chodzi się jednak ciężej niż po gładkich podłogach galerii handlowych; a
po trzecie, że już po kilkuset krokach biodra D.O. zaczęły boleć najokropniej.
Więc tylko dowlókł się, do samochodu — i z poczuciem ulgi usiadł na fotelu.
Na szczęście dziś poniedziałek: galerie handlowe będą znów otwarte i będzie
gdzie spacerować, i to bez szaliczka zawiązanego na twarzy do wysokości oczu.
Leśna nartostrada. Z litości D.O. orłów nie fotografował. No i dlatego,. że
ręka marzła.
Takiego jeszcze D.O. Nie miał. Teraz ma, co jest o tyle ważne, że po raz
pierwszy udało mu się włożyć rękawiczki. Na lewą, bezwładną rękę to jeszcze jak
cię mogę, chociaż każdy palec leciał w inną stronę i wcale nie chciał wchodzić
w odpowiedni rękawek rękawiczek, ale na prawą wkładał przy użyciu zębów i stąd
wie, że rękawiczka nie należy do ulubionych potraw D.O.
Kąpią się w lodowatej wodzie i jeszcze do tego się śmieją na cały głos!
2.
Projekcje według dziennika ‘Publico’ …
… i według portalu Sic Noticias.
António José Seguro, były przywódca portugalskiej Partii Socjalistycznej,
odniósł najprawdopodobniej niespodziewane zwycięstwo w pierwszej turze wyborów
prezydenckich w tym kraju, zgodnie z wynikami sondaży exit poll opublikowanymi
w niedzielę wieczorem.
Przawdopodobny triumf Seguro, który miał zdobyć od 30 do 35 procent wszystkich
oddanych głosów, byłby niespodziewanym zaskoczeniem dla André Ventury, lidera
skrajnie prawicowej partii Chega. Sondaże przedwyborcze konsekwentnie
wskazywały, że cieszy się on największym poparciem wśród uprawnionych do
głosowania.
Ponieważ żaden z kandydatów nie uzyskał bezwzględnej większości, Seguro stanie
przed drugą turą wyborów 8 lutego, w której zmierzy się z kandydatem, który
zajął drugie miejsce. Według sondaży exit poll przeprowadzonych przez Katolicki
Uniwersytet Portugalii, Ventura zająa drugie miejsce, uzyskując 20% do 24%
głosów, nieznacznie wyprzedzając posła Parlamentu Europejskiego João Cotrima de
Figueiredo, którego poparcie szacuje się na 17–21%.
Zdobycie przez Venturę prawie jednej czwartej głosów potwierdza, jak niezwykły
był rozwój jego partii Chega. W ciągu sześciu lat ta ultranacjonalistyczna
grupa przeszła drogę od zaledwie jednego posła w parlamencie do bycia wiodącą
partią opozycyjną.
Portugalia jest republiką półprezydencką, w której prezydent pełni funkcję
głowy państwa i ma prawo mianować premiera oraz rozwiązywać parlament.
Prezydent ma również prawo weta wobec ustaw, ratyfikacji traktatów
międzynarodowych, mianowania niektórych członków kluczowych organów państwowych
i sądowych oraz udzielania ułaskawień. Ponadto, jako naczelny dowódca sił
zbrojnych kraju, prezydent ma znaczący wpływ na rozmieszczenie sił zbrojnych
Portugalii.
Profesor prawa, Marcelo Rebelo de Sousa dominował w rządzie przez ostatnią
dekadę. Pomimo tego, że był synem ministra w XX-wiecznej administracji
dyktatora António de Oliveiry Salazara, Rebelo de Sousa przyczynił się do
powstania demokratycznej konstytucji kraju i wykorzystał tę wiedzę do tworzenia
wyczerpujących komentarzy do ustawodawstwa rządowego.
O zastąpienie Rebelo de Sousy ubiegało się 14 kandydatów, trzech zostało
zdyskwalifikowanych z powodu braku wymaganej liczby podpisów. Oprócz Seguro,
Ventury i Cotrima de Figueiredo, wśród głównych kandydatów znaleźli się
konserwatywny komentator telewizyjny Luís Marques Mendes oraz admirał Henrique
Gouveia e Melo, oficer marynarki wojennej, który nadzorował udaną akcję
szczepień przeciwko COVID-19 w Portugalii
Choć Ventura spisał się w niedzielę bardzo dobrze, niewielu wierzy, że ma realne
szanse na zwycięstwo, jeśli zakwalifikuje się do drugiej tury wyborów.
Obserwatorzy polityki spodziewają się mobilizacji społeczeństwa, aby
uniemożliwić mu zdobycie Pałacu Prezydenckiego i zgromadzić się wokół Seguro 8
lutego. Ventura może jednak nie mieć na to wpływu, ponieważ stwierdził, że nie
jest zainteresowany byciem „prezydentem wszystkich Portugalczyków” i
zasugerował, że kandyduje jedynie po to, by poznać poparcie dla swojej
ewentualnej kandydatury na stanowisko premiera.
3.
Zasiadł ci D. O. Nad kawą przelewową w pizzerii kawiarni w Konstancinie obok
stolika, przy którym siedziała wielopokoleniowa rodzina. Dochodziły stamtąd do
D. O. Pojedyncze słowa: Trump, Rosja, Grenlandia, Polska...
Faktycznie, chyba rzeczywiście żyjemy w czasach przedwojennych. Żadna z ofiar,
z przyszłych ofiar, nie zna jeszcze daty wybuchu Apokalipsy, ale ona już jest,
wisi w powietrzu, jest na językach milionów ludzi.
Cytowany przeze D.O. kilka dni temu felietonistaz Guardiana pisze, że „już tu
byliśmy”, że bywały większe kryzysy, a my wychodziliśmy z nich cało,
rozwijaliśmy się, bogacili.
D.O. uważa podobnie i wierzy, że Apokalipsy uda się jeszcze uniknąć.
Ta kawiarniana rozmowa wielopokoleniowej rodziny przywiodła D.O. na myśl
pytania zasadnicze, a wśród nich: „Co jest teraz największym problemem świata i
ludzkości?”
Jeszcze rok–dwa lata temu D.O. odpowiedziałby: przeludnienie. Być może kryzys
edukacyjny, być może inwazja dezinformacji powiązana z powszechną dostępnością
internetu. Dzisiaj zmienił swoje priorytety i uważa, że największym problemem
świata i ludzkości są w tej chwili potężni władcy platform społecznościowych —
ludzie tak bogaci, że mogliby kupić połowę państw świata, ludzie tak potężni,
że nie ma na świecie rządu, który miałby odwagę przeciwstawić się ich
dyktatowi.
I tak sobie D.O. myśli, że bez jakiejś drastycznej akcji, bez zdecydowanego
ograniczenia ich potęgi, bogactwa i władzy, świat jest skazany.
Wleczony jest z workiem na głowie ku szubienicy, wśród śmiechów i szyderstw
bezmyślnej gawiedzi, wśród komputerowo wygenerowanej muzyczki, komputerowo
wygenerowanych celebrytów, polityków, a nawet co ważniejszych duchownych; wśród
migających światełek z Chin wleczony jest ku zagładzie.
Jak się od nich wyzwolić? Jak ocalić świat przed bezbrzeżnymi żądzami garstki
internetowych bonzów, groźniejszych od najgroźniejszych szefów karteli
narkotykowych, od bossów mafijnych kopuł, od wysnutych z sumienia polityków?
Jeżeli ktoś może tego dokonać, to tylko Unia Europejska. Ale ta, machając
rękami, usiłuje złapać równowagę na dywanie, który ktoś próbuje wyszarpnąć spod
jej nóg.
Tandem Putin–Trump obrał bardzo skuteczną taktykę niszczenia Unii Europejskiej.
A jednak ona jeszcze nie zginęła, wciąż jest potężna, demokratyczna i dobra, i
ma wszystkie atuty w ręku, by wojnę z monarchami dzisiejszego świata wygrać.
D.O. cytował już apel Donalda Tuska do liderów Unii Europejskiej — apel o
jedność, o powrót do racjonalności. Tu poniżej zacytuje Mario Draghiego,
świeżego laureata Nagrody Karola Wielkiego, człowieka, który nakreślił bardzo
konkretny plan ratowania Unii Europejskiej, plan jej ostatecznej afirmacji w
świecie. Tusk i Draghi zgadzają się w ocenie sytuacji i niemal unisono apelują
o jedność, o powrót do działań racjonalnych.
A my?
My musimy wspierać Unię Europejską w każdym obszarze jej działalności, w każdej
jej inicjatywie. Bez niej — lub z nią, ale bardzo osłabioną — już po nas.
Kraje Unii powinny zorganizować konferencję kompleksowego odnowienia i
nakreślić plan działania, który zacznie się od systematycznej eliminacji
zagrożeń wewnętrznych: wszelkiej maści faszystów, nazistów, bolszewików,
fanatyków propalestyńskich oraz — last but not least — Kościoła katolickiego,
który wszystkie te ekstremizmy umiejętnie podsyca.
Priorytetem UE powinno być stworzenie własnych platform społecznościowych,
zupełnie niezależnych od tych amerykańskich oraz konsekwentne narzucenie
platformom amerykańskim rygorystycznego przestrzegania obowiązujących w Unii
praw i drakońskiego karania w przypadku niezastosowania się do tych dyrektyw.
To plan minimum.
Ale czy dzisiejsi liderzy państw członkowskich Unii będą mieli wystarczająco
duże cojones, by podjąć jedyne decyzje, które mogą uratować samą Unię i
wszystkie jej państwa członkowskie?
4.
Po raz kolejny Mario Draghi próbuje obudzić Unię Europejską i jej przywódców.
„Europa ma teraz wielu wrogów, być może więcej niż kiedykolwiek, zarówno
wewnętrznych, jak i zewnętrznych” – powiedział były prezes Europejskiego Banku
Centralnego i były premier Włoch w nagraniu wideo opublikowanym po przyznaniu
mu przez Akwizgran Nagrody Karola Wielkiego za integrację europejską. Aby
chronić przyszłość Unii, Europejczycy muszą być bardziej zjednoczeni niż
kiedykolwiek, wyjaśnił Draghi, powtarzając kwestie wyrażone już w jego raporcie
na temat konkurencyjności: „Musimy przezwyciężyć nasze własne słabości i stać
się silniejsi: militarnie, gospodarczo i politycznie”.
Poczucie okrążenia, którego doświadcza Europa, jest coraz bardziej dotkliwe,
biorąc pod uwagę trwającą już piąty rok wojnę Putina w Ukrainie, ambicje Trumpa
wobec Grenlandii oraz silną konkurencję ze strony przemysłowego supermocarstwa
Chin. Równie oczywista, również ze względu na rosnącą siłę partii
nacjonalistycznych i eurosceptycznych, jest niezdolność przywódców UE do
wyobrażenia sobie nowych, skutecznych i terminowych wspólnych działań. Raport
Draghiego na temat konkurencyjności Europy, zlecony przez Ursulę von der Leyen
i przedstawiony we wrześniu 2024 r., zawierał plan odbudowy oparty na
inwestycjach w technologie, dokończeniu budowy jednolitego rynku, wspólnej
obronie, transformacji energetycznej oraz – w jego centrum, choć w dużej mierze
zignorowanym – większym przekazaniu suwerenności z państw do instytucji UE.
Półtora roku później, pomimo niemal powszechnej pochwały, wdrożono jedynie
ułamek zaleceń: Europa podjęła pewne kroki w celu wzmocnienia swojej obrony,
choć niekoniecznie w celu integracji; Komisja zatwierdziła szereg pakietów
uproszczeń regulacyjnych. Tymczasem wiele ograniczeń strukturalnych – tych,
które, zdaniem Draghiego, skazują UE na upadek i utratę znaczenia – pozostaje
nierozwiązanych. Jednocześnie podziały i brak zdecydowania pogłębiają się z
powodu jednostronności i przyspieszenia działań Trumpa.
https://www.repubblica.it/economia/2026/01/17/news/mario_draghi_vince_premio_carlo_magno_2026-425101166/?ref=-BH-I0-P-S2-T1
5.
2 lata temu
„W chrześcijaństwie nie ma potępienia popędu seksualnego”, przyjemność
seksualna „jest darem Boga”, a „czystości nie należy mylić z wstrzemięźliwością
seksualną”. To są słowa papieża Franciszka, który podczas audiencji generalnej
kontynuował cykl katechez poświęcony wadom i cnotom. Skupiał się na
„pożądaniu”, ale ostrzegał przed bezmyślnym wykorzystywaniem seksualności,
szczególnie w przypadku „toksycznych związków”, „które nagłaśniają codzienne
wiadomości”.
Niedawno ukazała się książka napisana kilkadziesiąt lat temu przez nowego
prefekta dykasterii ds. Doktryny Wiary, w której argentyński kardynał Victor
Manuel Fernandez, bardzo bliski papieżowi, opisał orgazm w kontekście traktatu
o ekstazie mistycznej. wywołało oburzenie tradycjonalistycznych katolików.
„Starzy ojcowie uczą nas, że drugim po obżarstwie, drugim demonem, który zawsze
czai się u drzwi serca, jest pożądanie” – powiedział wczoraj papież. - „O ile
obżarstwo jest pożądaniem jedzenia, o tyle ta druga wada jest rodzajem
pożądania drugiego człowieka, zatrutej więzi, jaką ludzie utrzymują między
sobą, szczególnie w sferze seksualności”.
„Pamiętajmy: w chrześcijaństwie nie ma
potępienia instynktu seksualnego. Księga biblijna, ‘Pieśń nad pieśniami’, to
piękny poemat o miłości między dwojgiem narzeczonych. Jednak ten bardzo piękny
wymiar naszego człowieczeństwa – wymiar seksualny, wymiar miłości – nie jest
wolny od niebezpieczeństw do tego stopnia, że św. Paweł musiał już poruszać te
kwestie w pierwszym liście do Koryntian.
Pisze tak: „Wszędzie słyszymy o niemoralności wśród was i to o takiej
niemoralności, że nie można jej znaleźć nawet wśród pogan”.
Nagana Apostoła dotyczy właśnie niezdrowego zarządzania seksualnością przez
niektórych chrześcijan”.
Franciszek opisał zakochanie w kategoriach pozytywnych: „To jedna z najbardziej
zaskakujących rzeczywistości istnienia. Większość piosenek, które słyszysz w
radiu, jest właśnie o tym: miłości, która promieniuje, miłości, o którą zawsze
się zabiega, a która nigdy nie zostaje osiągnięta, miłości pełnej radości lub
udręki aż do łez.
Zakochanie jest jednym z najczystszych uczuć, jeśli nie jest zanieczyszczone
występkami. Zakochany staje się hojny, lubi dawać prezenty, pisze listy i
wiersze.
Przestaje myśleć o sobie, aby być całkowicie skoncentrowanym na drugiej osobie.
To jest piękne. A jeśli zapytasz kochającego, dlaczego kocha, nie znajdzie
odpowiedzi: pod wieloma względami jest to miłość bezwarunkowa, bez powodu.
Nieważne, że ta miłość, tak potężna, jest też trochę naiwna: kochanek tak
naprawdę nie zna oblicza wybranej osoby, ma skłonność do jej idealizowania,
jest gotowy składać obietnice, których wagi nie od razu jest świadom”.
Jednak ten „ogród, w którym mnożą się cuda”, nie jest „zabezpieczony przed
złem” – stwierdził Papież, podkreślając, jak „zostaje zniekształcony przez
demona pożądliwości”.
A pożądliwość to „szczególnie nienawistny” występek, co najmniej z dwóch
powodów.
Bo „to niszczy relacje między ludźmi. Żeby to udokumentować – zauważył papież –
wystarczą niestety codzienne wiadomości. Ile relacji, które rozpoczęły się
najlepiej, zamieniło się później w toksyczne relacje, oparte na ‘posiadaniu’
drugiego człowieka, pozbawione szacunku i poczucia ograniczeń? Są to miłości, w
których brakuje czystości: cnoty, której – sprecyzował – nie należy mylić z
wstrzemięźliwością seksualną. Raczej należy ją łączyć z wolą, aby nigdy nie
posiadać drugiego człowieka. Kochać oznacza szanować drugiego, starać się o
jego szczęście, kultywować empatię dla jego uczuć, zagłębiać się w wiedzę o
ciele, psychologii i duszy, które nie są nasze, a które należy kontemplować ze
względu na piękno, którego są nosicielami.
Pożądanie natomiast drwi z tego wszystkiego: żeruje, kradnie, pospiesznie
konsumuje, nie chce słuchać drugiego, lecz tylko własnych potrzeb i
przyjemności.
A potem – drugi powód, dla którego „pożądanie jest niebezpieczną wadą”: „wśród
wszystkich przyjemności człowieka seksualność ma potężny głos. Angażuje
wszystkie zmysły; mieszka zarówno w ciele, jak i w psychice: i to jest piękne,
ale jeśli nie jest zdyscyplinowane cierpliwością, jeśli nie wpisane w relację i
historię, w której dwie osoby zamieniają to w miłosny taniec, zamienia się w
łańcuch pozbawiający człowieka wolności.
Rozkosz seksualna, która jest darem Boga – zauważył Franciszek – jest podważana
przez pornografię: satysfakcje bez związków, która może rodzić formy
uzależnienia.
Musimy bronić miłości serca, umysłu, ciała, czystej miłości dawania siebie
nawzajem i na tym polega piękno współżycia seksualnego”.
Zwycięstwo w „walce z pożądaniem, z przekształcaniem drugiego w rzecz, może być
przedsięwzięciem na całe życie”. „Ale nagroda w tej walce jest najważniejsza,
ponieważ chodzi o zachowanie piękna, które Bóg napisał w swoim stworzeniu,
kiedy wyobraził sobie miłość między mężczyzną i kobietą, która nie polega na
wykorzystywaniu się nawzajem, ale na wzajemnym kochaniu się.
I „jeśli nie ma miłości, życie jest smutną samotnością”.
„Czystości nie należy mylić z abstynencją seksualną”. „Rozkosz seksualna jest
darem Boga”
https://www.repubblica.it/.../papa_francesco_piacere.../
...
Wyślijcie to Jędraszewskiemu z cc do Gądeckiego. I całego episkopatu Polski
6.
3 lata temu
2.
D.O. nie wie, czy przyczyna leżała w nim, czy może kilkadziesiąt lat temu w
istocie nie robiło dramatycznej światu różnicy czy w USA rządzili Demokraci czy
Republikanie, w Kanadzie Liberałowie czy Konserwatyści, a nawet Laburzyści czy
Konserwatyści w GB, Socjaliści czy Ludowcy w Hiszpanii.
Świat się nie zawalał, zło nie zstępowało z piekieł i nie zalewało swoją
brunatną mazią ziemi, tej ziemi.
No. To tak już nie ma. Teraz są w społeczeństwach, nawet tych o najdłuższych,
najdojrzalszych tradycjach demokratycznych podziały tak głębokie, że spora
część z nich znajduje się na granicy wojny domowej.
To wina demokracji.
3.
Dzisiaj z westchnieniem podziwu D.O. wspomina opinie Platona i De Tocquevilla
na temat demokracji, o tym, że to fatalny system, tworzący podziały i
legitymizujący wszelki ucisk każdej mniejszości.
I co ma zrobić członek mniejszości, który przez demokrację został pokonany?
Który nagle znajduje się poddanym opcji polityczno-etycznej, która jest mu
serdecznie nienawistna?
Zgodnie z prawami demokracji ma spuścić głowę i potulnie przyjmować ciosy
rządzących, bo większość głosujących dała owym rządzącym prawo do zadawania
ciosów zgodnie z własnym światopoglądem, ba, z własnym widzimisię?
4.
A co z tymi, którzy mają charakter? Którym potulne przyjmowanie ciosów nie
odpowiada, którzy uważają, że odbiera im to część przypisanej istocie ludzkiej
godności, że marnuje im lepszy lub większy kawałek życia?
Albo z tymi, którzy mają WIEDZĘ na temat ekonomii, na temat psychologii
społecznej, potrafią przewidzieć długofalowe konsekwencje działań rządów?
Którzy znają i rozumieją dynamiki świata i potrafią dostrzec zagrożenia dla
społeczności, dla państwa, w którym żyją?
Mają spokojnie siedzieć i patrzeć, jak wybrany demokratycznie rząd prowadzi tę
społeczność, to państwo ku zagładzie?
5.
A co z wariatami? Wariaci mają prawo bycia wariatami, bo tak głosi Powszechna
Deklaracja Praw Człowieka, mówi o niezbywalnej godności każdej istoty ludzkiej,
niezależnie od … I tu długa lista od czego niezależnie. Wariat też człowiek.
„Świat jest piękny, ponieważ różny” –
głosi starodawne powiedzenie i nie ma chyba słuszniejszego powiedzenia od tego
powiedzenia.
Demokracja, bezwzględne prawo większości do dyktowania wszystkiego wszystkim,
stara się ludzi z ich różności obciosać, ujednolicić, poszarzyć, sprawić, by
stali się przewidywalni i potwornie, aż do urzygu nudni.
A wariat chce być odmienny, kolorowy, zaskakujący, chce biegać, skakać,
śpiewać, krzyczeć, malować obrazy, pisać symfonie albo pisać na fejsbóku swoje
dyrdymały, trochę inne od wszystkich innych dyrdymałów.
6.
D.O. chciałby być demokratą i posłusznie akceptować reguły demokracji. Chciałby
pogodzić się z przegraną i biernie przyglądać się, jak większość niszczy jego
państwo i jego rodaków. Chciałby przymykać oczy na głupotę i złodziejstwo,
jakie większość w jego państwie zaprowadziła.
Ale chyba nie bardzo umie, wariat jeden. Ciska go. Chciałby coś zrobić,
zaradzić, zapobiec. Umie pisać, więc chciałby, by napisane przezeń słowa
wywoływały jakiś efekt, przyczyniały się.
Ale kiedy mówi, z jego gardła wydostaje się mysi pisk, a kiedy pisze, spod jego
palców wychodzą słowa bez znaczenia, przemielone, zmacerowane, przybrudzone;
słowa, których nikt dosłyszeć, odczytać nie chce, albo nie jest w stanie.
Wychodzi z tego koszmarny sen, pełen potu, ciskania się, zgrzytania zębami.
7.
Kiedy się budzi, tak sobie myśli, że może to nie demokracja jest tym złym
systemem politycznym, którego się trzymamy tylko dlatego, że nie ma lepszego.
Nie ma lepszego?
A może jednak monarchia? Pod warunkiem, że oświecona? Cytowany tu już Lee Kuan
Yew nie chciał oglądać sondaży, ponieważ lider ma robić nie to, czego chce
większość, ale to, co robić należy. Więc odrobina oświeconej dyktatury?
To się czasem sprawdza, ale jeśli monarchia dziedziczna, to przeważnie jej
oświecenie kończy się już w drugim, maksimum trzecim pokoleniu. A jeśli
elekcyjna? No to wpadamy znów w pułapkę demokracji: większość wybiera króla,
którego mniejszość uważać będzie za monarchę złego, a monarcha ich za parch.
8.
To może jednak minarchia?
Mogłeś, Czytelniku, o niej nie słyszeć, bo nauka o systemach politycznych u nas
kuleje.
A minarchia to po prostu przeciwieństwo etatyzmu.
To idea, zakładająca, owszem, istnienie państwa (w przeciwieństwie do
anarchii), ale takiego, którego jedyną funkcją jest ochrona obywateli przed
agresją, kradzieżą, naruszaniem umów i oszustwami. Minarchista wierzy, że
jedynymi uprawnionymi organami rządu może być wojsko, policja i sądy. Niektórzy
określają minarchię jako „państwo minimalne” lub wręcz „nocną straż”.
Minarchiści twierdzą, że państwo nie powinno (bo i dlaczego?!) mieć prawa
wykorzystywać swojego monopolu do ingerowania w swobodne stosunki między
jednostkami i grupami. Za gwarancję dobrobytu gospodarczego uważają lesferyzm.
9.
No, ale lesferyzm i minarchia to przeciwieństwo państwa opiekuńczego. A od
czasu zakończenia II Wojny Światowej, wszelka krytyka państwa opiekuńczego
przyjmowana jest jak zamach stanu.
Współcześni ludzie zdziecinnieli. Potrzebują tatusia i mamusi, opiekunów,
którzy ich nakarmią i ubiorą, zadbają o ich zdrowie i edukację, dadzą dach nad
głową. Oni sami nic nie muszą. Pobawić się, porysować (choć nie kredkami na
papierze, tylko spray’em na murach); zniszczyć, co im się spodoba, bo przecież
za szkody wyrządzone przez dzieci odpowiadają opiekunowie.
Nie muszą myśleć: myślenie cedują na opiekunów. A opiekunowie, wiadomo: raz są
lepsi, raz gorsi. Dla współczesnego dorosłego dziecka taki gorszy opiekun
mieści się w regułach gry… I biada temu, który zamachnie się, czy choćby
skrytykuje opiekuna.
No i właściwie dorosłe, współczesne dziecko może zbuntować się przeciwko
opiekunowi tylko w jednej sytuacji: kiedy opiekunowi skończy się kiełbasa i
piwo i przestaną je swoim dzieciom do ust podawać.
W Kabulu już trzeba zasłaniać głowy manekinom. Kiedy u nas, szanowni
polonotalibowie?
https://www.repubblica.it/.../afghanistan_manichini.../...
7.
Umarł (17 I 2023) Andrzej Dudziński. Autor "Ptaka Dudiego". Znowu na
świecie smutniej…
8.
4 lata temu
I jak, Drodzy Czytelnicy, po „Blue Monday”? Dołożyć wam jeszcze trochę newsów,
żeby zupełnie przeszła wam ochota do życia? No to ciach!
1. Kto dziecięciem niemal, w komunizmie, nie wyjeżdżał na miesiąc za „twardą”
granicę z dziesięioma dolarami w kieszeni, ten nie wie, co bieda.
D.O. wie, bo wyjeżdżał.
Jak przetrwał, zwłaszcza, że był idiotą i nie miał pojęcia, że przy wymianie
dolarów na liry pobierana jest prowizja?
Oto przepis: miej znajomych, którzy cię ugoszczą i nakarmią, a jak nie, to miej
wygodny śpiwór (karimaty jeszcze wtedy nie wynaleziono) i wypatrz uprzednio
miejsca (parki, puste place), że możesz się przespać choćby kilka godzin, zanim
cię aresztują za włóczęgostwo.
Naucz się myć pod ulicznymi fontannami tak, żeby nikt nie pomyślał, że się
myjesz, nie nawrzeszczał, albo nie zawołał stójkowych.
Toalety w supermarketach: wypatrz najlepsze i najmniej uczęszczane, świadom, że
przy drzwiach stoją strażnicy, podejrzanym wzrokiem patrząc na obszarpańców i
często mogą pogonić.
Nie daj się szantażować głodowi! Czekaj na godzinę zamykania bazaru: możesz
dostać za darmo albo za grosze przejrzałe banany (zapłaciliśmy kiedyś 80 lirów
za kilo, a dolar w 1972 to było ok. 700 lirów). Nadpsute owoce walają się po
bruku, ale mamy scyzoryk i fontanellę z bieżącą wodą w pobliżu. Pamiętaj, żebyś
nabrał na śniadanie i na obiad, więc musisz mieć odpowiedni pojemnik na owoce!
2.
To powyżej, to był tylko przedwstęp. Teraz będzie wstęp: Właśnie wtedy mieliśmy
– D.O. i jego Żona – pierwszy raz do czynienia z PIZZĄ. Głodni wściekle,
postanowiliśmy: „niech się dzieje, co chce” i stanęliśmy przy szklanej ladzie
pizzerii w Neapolu. W głębi „sklepu” widać było elektryczny piec z długimi,
wąskimi drzwiczkami, przy którym uwijał się neapolitański Hefajstos.
Pizza była oczywiście nie okrągła, tylko prostokątna, robiona w płaskich
brytfannach formatu A-1, była taka, była owaka, ale zasadniczo była …
NEAPOLITAŃSKA!
Pizza neapolitańska dla przybyszów z szarej północy, ledwo-co po maturze, to
nie był tylko posiłek: to było celebrowanie magii, wkraczanie w sam środek
MITU!
Dzielnica była biedna – pewnie Quartieri Spagnoli - ale lokalizacji po tylu
latach nie da się odtworzyć: nie mieliśmy żadnej mapy (jeśli były, to nas z
pewnością nie było na nie stać!) i chodziliśmy przed siebie, nie mając pojęcia,
gdzie dojdziemy. Co jakiś czas przebłyskiwało morze i w tych labiryntach
wąziutkich uliczek łapaliśmy orientację. A zatem, która to była uliczka, który
to był „lokal” – nigdy już nie dojdziemy.
Zapłaciliśmy za dwa niewielkie, prostokątne kawałki po 100 lirów i ruszyliśmy w
dalszy marsz, pogryzając mityczną pizzę neapolitańską.
Była okropna! Jak gruba pajda zbitego, wyschniętego chleba. Rozsmarowany po
wierzchu przecier pomidorowy nie dawał jej ani pożądanej wilgotności, ani
jakiegokolwiek przyjemnego smaku. Na jakiś czas pożegnaliśmy się z mitem
neapolitańskiej pizzy.
No, i już po wstępie. Teraz część zasadnicza.
3.
Potem, na początku lat 80. gen. Jaruzelski sprawił, że zamieszkaliśmy we
Włoszech. Pierwsze lata – bieda niewyobrażalna, ale ta pizza zaistniała w
naszym życiu w zupełnie innym, pozytywnym kontekście. Bo ta pizza, którą
zdarzało nam się jeść w naszej wiosce na pograniczu Lacjum i Abruzji zupełnie
nie przypominała tamtej z Neapolu. Była znacznie cieńsza i znacznie bardziej
urozmaicona smakowo i kolorystycznie. Zaczęliśmy zdobywać wiedzę pizzologiczną,
choć powolutku. Okazało się, że istnieją dwie szkoły (później, znacznie
później, że jest ich OSIEM!): nie, nie falenicka i otwocka, ale rzymska i
neapolitańska.
A kiedy po latach, przeprowadziliśmy się najpierw bliżej Rzymu, a potem do
samego Rzymu, pizza stała się naszą codziennością, zwłaszcza odkąd D.O. zaczął
codziennie, regularnie pracować w siedzibie Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej,
której pierwsza, historyczna siedziba mieściła się przy „mickiewiczowskiej” Via
della Mercede 55. Bowiem piętro niżej i kamienica w prawo była – jak się
okazało – jedna z najlepszych pizzerii „al taglio” w Rzymie.
Bo pizzę dzielimy na „tonda” (okrągła), robiona tylko dla ciebie, wielkości
dużego talerza; i „al taglio” (ciętą), pieczoną w płaskich brytfannach i
następnie ciętą na średnio 15-18 kawałków, z których każdy sprzedawany jest
osobno, zawinięty w pergaminowany papier. Ta „al taglio” uchodzi za
pośledniejszą, bo raz, że piecze się ją w piecach elektrycznych, co odbiera jej
charakterystyczny, nieco przydymiony aromat i nie ma od spodu kontaktu ze
smakowitym popiołem, dwa, że pozostaje płaska nawet na krawędziach. Ale nie ma
co kręcić nosem, bo w dobrych piccerijach (ta pisownia po to, Czytelniku, żebyś
nie mówił nieznośnego „picerja”) al taglio, jak ta przy Via della Mercede w
Rzymie, jest naprawdę pyszna i ma mnóstwo smaków.
Przeprosiliśmy się też z pizzą neapolitańską, choć zdecydowanie wolimy rzymską,
na cieńszym cieście, nieco chrupiącą, z opalanego drewnem pieca, z mąki
wyłącznie z semoliny, z geniuszem przy piecu, potrafiącym dołożyć tyle drewna
ile trzeba, takiego drewna, jakie trzeba, ułożonego w takim, jak trzeba miejscu
pieca, by uzyskać właśnie TĘ temperaturę, która najlepiej pasuje do TEJ mąki,
TEGO zestawu ingrediencji, które wieńczą jej wierzch… Oliwa tak – oliwa nie;
sól tak - sól nie, rozmaryn tak – rozmaryn nie… Pizzaiolo to nie zawód, to artyzm,
a pizzaiolo – artysta, potrafi wyczarować z mąki, wody i paru prostych
ingrediencji niezapomniane rozkosze dla podniebienia…
4.
P.T. Czytelnicy już się domyślili, dlaczego D.O. to pisze. Bo znów – oj, jak
ten czas leci! – mamy Światowy Dzień Pizzy. I z tej okazji D.O. składa P.T.
Czytelnikom szczere życzenie, by choć raz w życiu trafili na pizzaiolo –
artystę, który pozwoli zrozumieć, że to, co dotychczas uważali za pizzę to była
ponura imitacja prawdziwego dzieła kulinarnej sztuki.
A gdzie tego szukać? D.O. odwiedził w swoim życiu 86 krajów świata (i w ciąż
nie ma dosyć!) i może uczciwie, po chłodnej, wyzutej z niewątpliwych
sentymentów analizie, powiedzieć: we Włoszech! D.O. nie mówi, że od razu
pierwsza, na którą we Włoszech, Czytelniku, trafisz, będzie TĄ JEDYNĄ,
najlepszą w świecie, ale twoje szanse znacznie się zwiększają po przekroczeniu
granic Italii.
Nie dalej niż wczoraj D.O. pisał, że zdaniem NIK najgorsza w UE i
najbrudniejsza żywność znajduje się w Polsce. To potwierdza wieloletnie
obserwacje D.O., choć przykro to pisać. Ale istnieje drugi biegun. I to nie
jest Francja, to nie jest Kraj Basków, to Włochy. D.O. powtórzy: we Francji
trzeba mieć dużo szczęścia, by, bez rekomendacji znawcy, dobrze zjeść. No. To
we Włoszech trzeba mieć cholernego pecha, żeby zjeść źle. Gdziekolwiek, w dużym
mieście i zapyziałej dziurze. Nawet, Czytelniku, nie podejrzewasz, jak wielką
wagę przeciętny Włoch przywiązuje do jedzenia, Jaka to celebracja, jaka wiedza,
jakie znawstwo! Jaka dbałość o każdy składnik, każdy etap przygotowania! Tego
się nie da porównać z żadnym innym krajem.
5.
Wczorajsza „la Repubblica” przewrotnie, w dzień jej święta, poświęca artykuł
nie najlepszym, ale najgorszym pizzom świata (https://www.repubblica.it/.../pizza_all_estero_le.../
). Wietnam, Australia, Japonia, Korea i …Szwajcaria, to, zdaniem autora
miejsca, w których podają najgorsze pizze. Najczęstsze grzechy – to ketchup,
żółte sery, tony przypraw. Autor artykułu opisuje pizzę wietnamską na papierze
ryżowym i substancją pomidoropodobną, australijską, gdzie ciasto było gumą do
żucia, tzw. „mozzarella” – klejem, a sos pomidorowy – czerwonawą wodą…
A w Warszawie był jeden restaurator – Włoch, który, kiedy klient żądał do pizzy
ketchupu, prosił won za drzwi, a opornych osobiście wynosił na schody, bo to
był chłop na schwał. Niestety, lokal sprzedał a w innych, butla przemysłowego
ketchupu stoi – albo doskonale na widoku, albo wstydliwie schowana pod ladą, bo
„klient nasz pan”.
D.O. doznaje poczucia obrzydzenia na widok pizz mrożonych, „kuszących” w
supermarketach. Najpopularniejsze są dziełem globalnego koncernu chemicznego,
który ponad dekadę temu wchłonął pomniejszy, austriacki koncern chemiczny,
rujnując mu zacną do tamtej pory opinię… I ty się tym, Czytelniku, zajadasz!
Pewnie następnym razem kupisz sobie w supermarkecie pizzę w proszku, w
kolorowym pudełeczku z chińskimi napisami: wystarczy dolać wody, dobrze
potrząsnąć i wstawić na 30 sekund do mikrofalówki. Potem można już pizzę wylać
na talerz, głęboki, koniecznie, inaczej się wychlupie i pobrudzi stół!
Acha, jeszcze jedno. Dane włoskie wskazują, że w ostatnim, pandemicznym roku,
liczba pizz dostarczonych do domów wzrosła o 70%.
No nie! Pizza z dostawą ultima ratio est! Wychodzi z pieca jędrna i chrupiąca,
pachnąca i parująca, a dojeżdża do was zakalcowatą, wilgotną grdułą, smutną i
mdłą.
6.
Dlaczego 17 stycznia przypada Dzień Pizzy? W tym dniu świętujemy Świętego
Antoniego Wielkiego, opata, egipskiego pustelnika z przełomu III i IV w.,
twórcy anachoretyzmu. Co ma święty do pizzy, którą podobno wynaleziono
kilkanaście stuleci później? Powoli, już D.O. tłumaczy! Oprócz patronatu nad:
ochroną przed zarazą, przed ogniem; obok patronatu nad chorymi psychicznie,
święty jest także patronem zwierząt, zwłaszcza trzody chlewnej, no i – piekarzy
- a co za tym idzie - i pizzaioli!
7.
„Il Gambero Rosso”, włoski odpowiednik
Michelina, ale nie tylko, bo obok przyznawania krabów zamiast gwiazdek, bije
się w pierwszej linii o najlepsze i najzdrowsze jedzenie, wyliczył, że dziennie
we Włoszech wypieka się …8 milionów pizz! Prawie 3 miliardy pizz rocznie! Co
generuje obrót w wysokości 30 miliardów euro! A dolicz do tego transport,
dolicz piece, dolicz stoliki, krzesła i obrusy, dolicz kelnerów, pizzaioli i
młynarzy, dolicz wszystko, to wyjdzie ci, Czytelniku, niewiele mniej niż
Polska, z winy szajki, NIE DOSTANIE z Unii Europejskiej na pocovidową odbudowę.
(A propos: przeczytaj sobie to: https://wyborcza.biz/.../7,177151,28009554,polska-juz-sie...
; historię tego, jak szajka ukryła strony, na których się chwaliła, że już
dostała „770 miliardów dla Polski”)
8.
Włoskie wydanie „Vanity Fair” (https://www.vanityfair.it/.../world-pizza-day-2022-10...
) cytuje mistrza pizzerskiego, Francesco Martucciego, właściciela pizzerii „I
Masanielli” w Casercie, przez trzy lata z rzędu na szczycie rankingu 50 Top
Pizza, opracowywanego przez krytyków i konsumentów: «Pizza — mówi Martucci —
stała się teraz częścią globalnej kultury gastronomicznej. Naszym zadaniem jest
tworzenie tej kultury pizzy, opowiadającej o tradycji, terytorium, dzielącej
się historią z tymi, którzy siedzą przy naszym stole. Wymaga to świadomości,
sumienia i wiedzy: dzisiejszy szef kuchni w pizzerii znacznie lepiej rozumie
świat i prowadzi badania na temat surowców i sposobów pieczenia, aby zaoferować
smaczną i jednocześnie zdrowszą pizzę. Przyczyniło się to również do zmiany
sposobu, w jaki postrzegana jest pizza, przez długi czas niesłusznie uważana za
potrawę drugorzędną: jeśli teraz wiemy o pizzy o wiele więcej niż kiedyś, to
także dzięki coraz bardziej świadomym klientom”.
Czy jesteś, Czytelniku, świadomym klientem? Pizzy i, generalnie, jedzenia?
„Inspirację czerpię ze wszystkiego: z tostów, które jem w pośpiechu w domu,
albo z zapachu skoszonej trawy, który czuję, kiedy spaceruję z psem. Mogą to
być również wspomnienia: na przykład przepis babci, który wprawia w dobry
nastrój. Bardzo lubię chodzić, smakować, odkrywać świat z tymi, którzy
mieszkają w dzielnicach poza szlakami turystycznymi. Jestem ciekaw,
eksperymentuję i lubię, gdy klient robi to samo: siada i staje się coraz
bardziej ciekaw, co kryje się za kolejnym kęsem, chętny do spróbowania
ponownie, aby zrozumieć, jak dobieram składniki i delektuje się ciastami, które
za każdym razem dają nowy odbiór. Pizza – mówi Martucci – musi być jak książka
do kartkowania”.
Martucci podaje kilka recept swojego pomysłu. D.O. wydaje się interesujący ten
Mani di Velluto (aksamitne ręce): krem z brokułów przygotowany na serwatce z
mozzarelli z bawolicy, salsiccia (surowa, aromatyczna kiełbasa) z odrobiną
mięsa ze specyficznego gatunku świni z Teano mozzarella bawola i pecorino z gór
Lattari (sorry, wegańska nie jest). Dzięki kremowi jest delikatna, łatwa do
strawienia. Dla mnie – mówi Martucci – ta pizza jest trochę jak muzyka lat 60.:
swoista rewolucja”.
I co, Czytelniku? Dziwisz się, że sztuka robienia pizzy została wpisana na
listę światowego dziedzictwa ludzkości Unesco?
9.
Oczywiście istnieją legendy, dotyczące narodzin pizzy. Pojawia się w nich
neapolitański kucharz z XIX wieku o nazwisku Raffaele Esposito, wymieniany
przez kilka źródeł jako „ojciec pizzy”. Historia mówi, że w 1889 roku Esposito
został wezwany na dwór świeżo przybyłej do Neapolu królowej Margherity di
Savoia (Małgorzety Sabaudzkiej) w pałacu królewskim na Capodimonte. Miał
gotować typowe dania dla króla Humberta i Małgorzaty Sabaudzkiej. Historia
opowiada, że Esposito postanowił przygotować dla pary królewskiej 3 różne pizze.
Jedna z nich miała barwy narodowe Włoch, coś, na co Burbonowie patrzyli raczej
nieprzyjaznym okiem w dobie Risogrgimento. Te barwy to biały – jak mozzarella –
czerwony – jak passata di pomodoro i zielony, jak listki świeżej bazylii. I tę
pizzę, by złagodzić prowokację, nazwał, na cześć królowej… No zgadnij,
Czytelniku, jak?
Oczarowana i usatysfakcjonowana królowa zakochała się w tym daniu i napisała do
Esposito list z podziękowaniami. Skandalu nie było.
A nad pałacem na Capodimonte wkrótce trójkolorowa flaga i tak załopotała.
Królowa i król przestali panować nad Neapolem. Nad Italią całą zapanowali
Garibaldi, Camillo Benso, hrabia Cavour i król Wiktor Emanuel II. Sabaudzki,
nie burboński.
10.
We Włoszech jest fenomenalna organizacja i magazyn: „Altroconsumo”. Dbają, biją
się o jedzenie wszelkie, a przede wszystkim przeprowadzają niezależne,
anonimowe testy różnych rzeczy, podawanych Włochom do jedzenia. Z okazji
Światowego Dnia Pizzy, „Altroconsumo” przeprowadziło test 11 różnych mąk z
semoli (https://www.ilmattino.it/.../miglior_farina_per_pizze_di...
). Jednogłośnie, za najlepszą, najczystszą została uznana mąka „Caputo” od
1924.
11.
Jak dzielić pizzę? Nad tą, spędzającą sen z powiek kwestią pochylili się
matematycy. Rezultaty ich pracy można obejrzeć pod tym adresem: https://sciencecue.it/problema-della-pizza.../35265/ na portalu „Close-up engineering”.
12.
A że z pizzą żartów nie ma, przekonał się pan Stellan Johansson, Szwed, który
miał ambicje, żeby zostać pizza – odnowicielem. Odnowił, kładąc na pizzę …
plasterki kiwi. Wkrótce otrzymał całą serię gróźb śmierci od miejscowych
Włochów i nie tylko Włochów. (https://www.mezzokilo.it/pizza-kiwi-cuoco-svedese.../
).
D.O. też miewa mordercze zamiary wobec niektórych gotujących i to częściej niż
może się wydawać.
Typowa pizza rzymska tonda ai funghi czyli z pieczarkami
Pizza rzymska: cieniutka, nie gniotsia, nie łamiotsia.
Pizza napoletana - margherita
Pizza napoletana – ciasto grube, łamiotsia, nie chrupiotsia.
Pizze al taglio. Jest jedna (w dwóch lokalach) świetna w Krakowie – „Vincenti”,
D.O. próbował i mówi: „ho, ho”!
Jest jakaś na Chmielnej w Warszawie, ale D.O. nie próbował, bo nie lubi stać w
kolejkach na dworze.
Uwaga! WSZYSTKIE jak dotąd pizze warszawskie doradzane D.O. przez Przyjaciół
jako „świetne” okazały się katastrofą. Ale D.O. ma dwa tajne miejsca, do
których chodzi, bo pizza jest znakomita. Ale nie zdradzi z tego samego powodu:
nie lubi stać w kolejkach.
8.
5 lat temu
Przepraszam, czy jest z nami psychiatra? Bo ja mam problem. Na BN moja Żona
kupiła nam w Lidlu takie okrągłe coś, co jeździ po mieszkaniu i odkurza.
No więc teraz to coś jeździ po mieszkaniu i odkurza, ale nie jest już
anonimowe, tylko ma na imię "Azorek". I moja Żona do niego przemawia.
Ostatnio powiedziała nawet „no chodź Azorek, tu, do tatusia”.
Czy ja powinienem zacząć się martwić?
Azorek
9.
11 lat temu
No Miami dało mi wreszcie to, za co zapłaciłem: niebo błękitne na sztywno,
słoneczko, 28 stopni i lekki wietrzyk. A to oznacza sus w naturę. Rozbuchaną,
olśniewającą, egzotyczną naturę. Tak bm chciał móc pokazać chociaż fragment
nakręconego dziś materiału: 1800 gatunków palm, jeziorka, las tropikalny,
nieznane kwiaty, owoce i motyle o skrzydłach wielkich, jak moje dłonie; kiedy
je zamkną - są jak pawie oczka, odcienie brązu i beżu i w środku wielkie oko,
jak u lamparta, żeby odstraszać mających złe intencje; kiedy je otworzą są
błękitne! Kolorowe jaszczurki i dwumetrowe iguany. Jedno z tych przeżyć, co
masz wrażenie, że je wyśniłeś, że tak właśnie wyobrażałeś sobie raj, a
tymczasem szczypiesz się i okazuje się, że rzeczywiście w nim jesteś.
Sobota, więc na higway'e wokół Miami wyległy tłumnie najdroższe i najbardziej
picerskie samochody świata w ilościach naprawdę hurtowych. Jeździłem tu
wielokrotnie, ale zawsze robią niesamowite wrażenie, te czteropiętrowe
skrzyżowania, te rozjazdy, te 10 pasm w każdą stronę...
Tutaj jeździ się paranoicznie, czyli ostrożnie aż do przesady. Na razie bardzo
to lubię, na dłuższą metę pewnie by mnie zdenerwowało, bo i jeździć trzeba z
jajem! A tu - każda kolizja może być tak brzemienna w skutki, że hej, więc
ludzie jeżdżą jak z jajeczkiem i to nieświeżym. Zatrzymują się 5 metrów za
poprzedzającym ich pojazdem, przepuszczają każdego, stop jest święty, nie
znaczy "zwolnij", ale "zatrzymaj się na 3 sekundy". Na
skrzyżowaniach przeważnie nie ma pierwszeństwa. Zatrzymują się wszyscy, a rusza
jako pierwszy ten, kto pierwszy przyjechał. 30 mil na godzinę znaczy 30, nie
31. Starych samochodów policyjnych się nie złomuje, tylko ustawia koło szkół,
niebezpiecznych skrzyżowań; nigdy nie wiesz, czy szeryf jest w środku, czy nie.
Bo bywa! Zero poczucia humoru, zero tolerancji.
No i domusie, parterowe głównie, obszerne, wygodne jak stary kapeć, wykonane z
byle czego i zatopione w kwiatach domusie. American dream tutaj jest
zrealizowany, ciągnie się dziesiątkami mil wzdłuż wybrzeża, kanałów, pod
tunelami z drzew tamaryszkowych albo palm. Ale o tym kiedy indziej.
(dwuodcinkowy film „Floryda” jest jeszcze na playerze!)
Komentarze
Prześlij komentarz