DRUGI OBIEG
Sobota, 31 stycznia 2026

1.
No to przyszła do nas fala potężnych mrozów. U niektórych czytelników temperatura ma spaść nawet do –30 stopni. D.O. ma nadzieję, że znajdują się Państwo w dobrze ogrzanym, dobrze oświetlonym i przytulnym pomieszczeniu, bo nie wszystkim istotom ludzkim — zwłaszcza naszym kuzynom zza wschodniej granicy — takie szczęście jest dane.
A jest to szczęście, i to niemałe. Choć o tym można się przekonać dopiero … „Ile cię cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto cię stracił”.
Dawno, dawno temu jakaś pani nauczycielka — młoda, trochę tłuściutka, nazwiska D.O. nie pomni, bo to przecież było bardzo dawno — objaśniała, jakie klimaty występują na naszej planecie: tropikalny, subtropikalny, śródziemnomorski, umiarkowany i arktyczny.
Objaśniała to późną jesienią, a późną jesienią, kiedy D.O. był młody, dookoła leżał śnieg, a mróz wymalowywał skomplikowane wzory kwiatów na szybach chatki D.O.
I ta łatka „klimatu umiarkowanego”, przypisywana Europie Środkowej, wzbudzała w młodym D.O. bunt: „Przecież jest zimno jak wszyscy diabli!”.
D.O. nie przypomina sobie, czy owa pani nauczycielka mówiła także o innych strefach klimatycznych: o strefach monsunowych, czy o puszczach deszczowych czy strefach opadów zenitalnych, jak w Afryce Środkowej.
Ale nawet gdyby tłumaczyła, młody D.O. i tak nie potrafiłby sobie tego wyobrazić, choć zawsze dużo czytał. Nie zaznał przecież żadnego innego klimatu poza, cholera by go wzięła, umiarkowanym.
Wbito mu natomiast do głowy zasadę, że w naturalnych akwenach kąpać się można dopiero po 24 czerwca, a po 26 lipca lepiej już nie, bo przecież „od Anki zimne wieczory i ranki”.
A potem życie potoczyło się tak, że zaznał z bliska — bardzo bliska — klimatu śródziemnomorskiego. Piekielne upały, w których uznawał, że do 36 stopni da się wytrzymać, ale powyżej to już nie bardzo. Jako dziecko klimatu umiarkowanego pogardzał włoską zimą, uważając, że skoro temperatury są dodatnie, to zimno nie będzie. Porzucił te mądre opinie już podczas pierwszej zimy spędzonej w Rzymie, w nieogrzewanym mieszkaniu. Pięć stopni ciepła, które w Polsce wydawały się zupełnie znośne, w rzymskim mieszkaniu znośne już nie były.
I dlatego, dotknięty ciężkim doświadczeniem polskich zim, przemarzniętych stóp w byle jakich butach sprzedawanych przez upaństwowione sklepy, w 45-minutowym oczekiwaniu na spóźniający się autobus, z kilkakrotnym początkiem odmrożenia uszu i nosa — nadal przysięgał sobie, że nigdy nie będzie narzekał na upał, ponieważ mróz jest gorszy.
Mrozu nie znosił i nie zmieniały tego żadne bożonarodzeniowe opowieści, wizje kuligów ani narciarskich szusów.
Kilka razy jednak był bardzo bliski przeklęcia ciepełka — jak wtedy, gdy w New Delhi spóźniał się monsun i było 48 stopni przy 98% wilgotności. Albo jak wtedy, niedaleko Phoenix w Arizonie, kiedy był przekonany, że w wynajętym samochodzie zepsuła się klimatyzacja, a tymczasem okazało się, że temperatura zewnętrzna doszła właśnie do 50 stopni Celsjusza.
Dzisiaj D.O. powiedziałby tamtej pani nauczycielce, że przebywał we wszystkich opisywanych przez nią strefach klimatycznych poza jedną: arktyczną. Nie ciągnie go zupełnie w tamte strony. Sam miałby dobrowolnie pakować się w mróz i śnieg? No, chyba byłby głupi! Ale z szacunkiem patrzy na ludzi, którzy na wakacje wybierają się właśnie tam i wracają — nie dość, że żywi, to jeszcze zadowoleni.
Wyniósłszy doświadczenia ze wszystkich stref klimatycznych, D.O. nie ma najmniejszych wątpliwości, w jakiej strefie chciałby żyć: śródziemnomorskiej lub subtropikalnej, byle wilgotnej, takiej jak na Karaibach czy Wyspach Andamańskich, w północnej Polinezji, w Ameryce Środkowej czy w Afryce Centralnej. Upał jest w porządku, zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji klimatyzację.
Mróz też — pod warunkiem, że ma się dach nad głową i wydajne ogrzewanie.
Czego Czytelnikom, zarówno ciepłolubnym, jak i zimnolubnym, D.O. z serca życzy.


2.
Już za kilka godzin, na portalu natemat.pl, ukaże się najnowsza rozmowa z cyklu „Allegro manotropa”. Tak naprawdę „ma non troppo”, ale idiotyczny program do pisania dyktand uznał, że lepiej będzie manotropa. Chyba dostosowuje się do poziomu polskiego dziennikarstwa.
Będzie o stosunkach polsko-ukraińskich, będzie o obowiązkach inteligenta, będzie o piasku (fiasku) przymilania się liberałów do skrajnej prawicy.


3.
4 lata temu
1.
D.O. pomyślał, że był niesprawiedliwy. Może nie tyle niesprawiedliwy, co niekompletny, a to czasem jeszcze gorzej. Opisywał słoneczne, ciepłe obrazy z miejsce, „Onde a terra se acaba e o mar começa”, jak napisał o Cabo da Roca Kamoens.

A przecież, jeżdżąc po Włoszech, które przez trzy dekady były jego domem, wył z tęsknoty do polskich krajobrazów. Nie wie, czemu to przypisać; pewnie małe ojczyzny wdzierają się człowiekowi w DNA – cóż to za interesujące pole do badań dla genetyków! Bo przecież te Włochy są takie piękne! A we wspomnieniach jeszcze bardziej. We wspomnieniach znikają tony przydrożnych śmieci, brudne zarośla, asfalt na drogach i autostradach, który wygląda, jak zbombardowany i nikt tego nie naprawia. Znika nawet późnoletnia zieleń, wypalona słońcem już tak mało zielona. Znikają betonowe potwory, mordujące swą szpetną przemocą doskonałość natury.
I nie masz tam lasów sosnowych, ni brzozowych zagajników, bazaltowych skał nie przykrywają polodowcowe piachy ni iły. Nie masz horyzontu, wymazanego przez orografię. Strumieni i rzeczek, leniwie krojących pola, porośniętych wierzbami. Zamiast wierzb są drzewa oliwne, cyprysy zamiast tui, rzadkie pinie zamiast wysokopiennych sosen o pomarańczowych pniach.
Powietrze nie jest niebieskie; jest żółte, by spomarańczowieć i poczerwienieć wieczorem.
D.O. lubi spaghetti prawie tak mocno, jak kapustę kiszoną z grzybami.
Albowiem świat jest piękny dlatego, że jest różny. Póki sił, póki oddech, warto szukać tej różności, a potem chuchać i dmuchać, by trwała.

2.
D.O. pamięta, jak, 15 z góra lat temu, wylądowawszy w Szanghaju, poszedł za czymś tam potrzebnym do centrum handlowego. Nie tak je sobie wyobrażał. Spodziewał się, że zanurzy się w egzotyce, w orientalnych wzorach i kolorach, w kaskadzie przedmiotów, jakich nigdy wcześniej nie widział. A zastał wszystko dokładnie takie, jak w warszawskiej Arkadii albo w „Mall of America” w Minneapolis.
A kiedy prawie 30 lat temu D.O. dojechał jednym susem samochodem z Rzymu do Augustowa, rozsiadł się w zielonej, szklanej kuli, wybudowanej w dawnym ośrodku wczasowym, przerobionym na hotel. Ostatnie promienie zachodzącego słońca odbijały się na czerwono w srebrnym jeziorze, przezierającym zza sosen, więc poczuł się błogo, poczuł się w Polsce, więc zapytał kelnera, jaką rybę mógłby zjeść na kolację. I usłyszał w odpowiedzi: „polecamy doskonałego łososia norweskiego”.
A w … sobie wsadź swojego łososia!
Dbajmy o tę różność, chuchajmy na nią i dmuchajmy, by trwała.

3.
Teraz D.O. ma coś odwrotnego: jeździ po Polsce, by chłonąć jej krajobrazy, kolory i atmosfery i wyje z tęsknoty za Włochami. Ale i za Francją. I Za Hiszpanią. I Grecją i Portugalią. I Kanadą i Gwatemalą. I Singapurem i Syrią. Tęskni za rozmowami z Kenijczykami, Duńczykami, Turkami i Libańczykami, Hindusami i Wenezuelczykami.

Może to jakaś jednostka chorobowa, ta potrzeba różnorodności, potrzeba życiodajnych bodźców?

4.
Podróże po dalekiej, głębokiej Ameryce upijają go także dlatego, że w tych bezkresach jest się samemu z ekumenosem, całym znanym światem. Dlatego, kiedy D.O. jeździ po Polsce, szuka bocznych dróżek: im mniej napotyka samochodów, tym jest szczęśliwszy. Wrzuca tempomat na 40, 50 km/h, opony cicho mruczą na asfalcie, a D.O. może się trochę rozglądać, a kiedy coś go zachwyci to staje i się gapi.

Często gapi się na domy. Spełnił się slogan Gierka, ulubieńca szajki, o którym D.O. czytał, że był najwierniejszym agentem sowieckim od wczesnej młodości (stąd taka sympatia szajki): druga Polska została wybudowana.
Ale, jak to z ludźmi, tak i z domami bywa. Są więc domy kochane, ładnie ubrane i zadbane; one w zimne wieczory już z daleka swoimi żółtymi światłami z okien obiegują: chodź, a cię przytulę, gospodarzu.
Są też domy niekochane, smutne. Brzydko odziane, kostropate, przygarbione, nieogolone. Krzyczą do przejeżdżającego D.O.: popatrz na mnie, pomóż, daj lekarstwo; przecież nadal jestem domem, to tylko przejściowa choroba, mogę jeszcze żyć, utulić, dać schronienie, dać radość i poczucie bezpieczeństwa! Lecz D.O. przejeżdża mimo; też woli patrzeć na domy zdrowe i radosne i szybko odgania lekki wyrzut sumienia: „przecież wszystkim nie mogę pomóc”.
Są wreszcie ruiny domów, które były, a których już nie ma. Kościotrupy dawnych domów, porzuconych i sczezłych z braku miłości, złomki murów, którym zabrakło kochanego człowieka, bo umarł bezpotomnie. Wokół nich stoją jeszcze zdziczałe drzewa, które ktoś kiedyś miłośnie sadził, by podzieliły się owocem, by dały cień, by zaszumiały kojąco, kiedy na duszy ciężko. Zombi drzew, domofagi, biorą gorliwie udział w upiornej uczcie.
D.O. na ich widok myśli o tych, który kiedyś ustawiali cegłę na cegle, belkę na belce, dla siebie, dla dzieci, dla wnuków, z miłością i sumiennością.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Na rodzinnych polach

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
W poziomie na trzy, w pionie na dwa i alla polacca

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Ta łuna to Warszawa

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Z filmu Murnaua

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Domy jak ludzie: kochane...

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
...Tolerowane z konieczności...

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
...Domy zombi.


5.
5 lat temu
Kółko Graniaste (tak bym przetłumaczył "marcondiro'ndero) o tym, że do policjantów nie mamy pretensji, bo "oni przecież tylko wykonują rozkazy".

Fabrizio De Andre' to cudny poeta-bard z Genui, niestety, osierocił nas już dawno, ale wiele jego piosenek cały czas gra Włochom w duszach, gra i mnie, odkąd go po raz pierwszy usłyszałem 49 lat temu, bo znajomy Włoch zabrał ze sobą tę płytę, kiedy jechał do komunistycznej Polski na stypendium. (Dygresja: dziś ów znajomy jest wybitnym profesorem polonistyki, autorem wielkiego słownika włosko-polskiego i polsko-włoskiego).
https://www.youtube.com/watch?v=ItFAbELriko
Tekst Kółka Graniastego:
Jeśli nadejdzie wojna, Marcondiro'ndero
Jeśli nadejdzie wojna, Marcondiro'ndà
Na morzu i na lądzie, Marcondiro'ndera
Kto nas uratuje na morzu i na lądzie?
Uratuje nas żołnierz, który jej nie zechce,
Uratuje nas żołnierz, który wojaczki odmówi.
Wojna już wybuchła, Marcondiro'ndero
Wojna już wybuchła, kto nam pomoże?
Pomoże nam Dobry Bóg, Marcondiro'ndera
Dobry Bóg nam pomoże, zbawi nas.
Dobry Bóg już uciekł, nikt nie wie dokąd
Dobry Bóg, odszedł, kto wie, kiedy wróci.
Samolot leci, Marcondiro'ndera
Samolot leci, Marcondiro'ndà
Jeśli zrzuci bombę, Marcondiro'ndero
Jeśli zrzuci bombę, kto nas uratuje?
Uratuje nas lotnik, który tego nie zrobi
Uratuje nas lotnik, który bomby nie zrzuci.
Bomba już spadła, Marcondiro'ndero
Bomba już spadła, w kogo uderzy?
Uderzy we wszystkich, Marcondiro'ndera
I w pięknych i brzydkich, Marcondiro'ndà
Czyśmy duzi czy mali, to nas zniszczy
Czyśmy sprytni, czy kretyni, to nas rozszarpie.
Jest za dużo dziur, Marcondiro'ndera
Jest za dużo dziur, kto je zasypie?
Nie będziemy już mogli grać w Marcondiro'ndera
Nie będziemy już mogli grać w Marcondiro'ndà.
Wy idźcie bawić się trochę dalej
Idźcie się bawić tam, gdzie nie będzie wojny.
Wojna jest wszędzie, Marcondiro'ndera
Cała ziemia jest w żałobie, kto ją pocieszy?
Zadbają o to ludzie, zwierzęta, kwiaty
Lasy i pory roku w tysiącach kolorów.
Lecz ludzi, zwierząt i kwiatów już nie ma
Z żyjących zostaliśmy my i nic więcej.
Ziemia jest cała nasza, Marcondiro'ndera
Zrobimy z niej wielką karuzelę, Marcondiro'ndà
Ziemia jest cała nasza, Marcondiro'ndera
Pobawimy się w wojnę, Marcondiro'ndà
Wojna to wielka karuzela, Marcondiro'ndera
Będzie wreszcie cała nasza, Marcondiro'ndà.
Mamy całą wojnę, Marcondiro'ndera
pobawimy się w zrobienie z niej ziemi, Marcondiro'ndà
Ziemia jest cała nasza, Marcondiro'ndera
By zmienić wojnę w karuzelę, Marcondiro'ndà
Cała ziemię nasza, Marcondiro'ndera.
Obraz zawierający osoba, Papier fotograficzny, czarne i białe, grupa

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.


6.
8 lat temu
IPN = Instytut (Nie)pamięci Narodowców.


7.
10 lat temu
Niczego tak bardzo faszyzujący dyktatorzy nie nienawidzą jak wolnego słowa. Bomby im niestraszne, straszna jest prawda.

Prokurator ze Stambułu zażądał kary dożywotniego więzienia dla Cana Dündara, redaktora naczelnego Cumhuriyet, jednego z najpopularniejszych dzienników tureckich.
Cumhuriyet – Republika - to najstarsza i najbardziej prestiżowa gazeta turecka. Została założona w 1924 r. przez przyjaciela i współpracownika założyciela współczesnej Turcji Mustafy Kemala – Atatürka. Od pierwszego numeru gazeta opowiadała się za państwem świeckimi republikańskim. Od lat jest dumą tureckiego i światowego dziennikarstwa, zawsze po stronie demokracji, wartości społecznych i liberalnych oraz wolnego rynku. Pracuje w niej mnóstwo odważnych, światłych dziennikarzy. Dlatego redakcja dostała wiele prestiżowych nagród dziennikarskich, wliczając w to Freedom Press Award. Odkąd do władzy doszła narodowo-islamska partia Sprawiedliwości i Rozwoju Recepa Tayyipa Erdogana i cała struktura państwa została przeorientowana na zwalczanie opozycji i utrzymanie władzy, Cumhuriyet był obiektem oszczerstw i bezpardonowych ataków faszyzującego reżimu tureckiego.
Pod koniec ub. r. Cumhuriyet opublikował film pokazujący, jak tureckie służby specjalne szmuglują broń do Syrii.
W telewizji wystąpił wówczas sam Erdogan, widocznie wściekły i wygłosił pod adresem redaktora naczelnego gazety Cana Dündara szereg pogróżek. Potem sam złożył na niego doniesienie do prokuratury w Stambule. Wraz z Dündarem przed sądem stanął szef oddziału gazety w Ankarze Erdem Gül.
Ja już państwu nie raz i nie dwa opowiadałem jak faszyzujący dyktator podporządkował sobie wymiar sprawiedliwości. Prowokacją. Konstytucja Mustafy Kemala nakładała na wymiar sprawiedliwości i na armię obowiązek pilnego patrzenia na ręce kolejnym rządom: gdyby chciały odejść od zasady świeckości państwa, lub gdyby miały łamać standardy demokracji - miały interweniować. Edrogan i jego wszechmocne służby specjalne wymyśliły więc spiski. W jednym mieli brać udział prokuratorzy i sędziowie, w drugim – najwyżsi oficerowie armii. Służby i policja wyaresztowały więc sędziów i prokuratorów – im kto bardziej niezależny i wierny konstytucji tym szybciej trafił do więzienia. Potem przyszła kolej na oficerów. Za kraty trafiła połowa generalicji z szefem sztabu generalnego, pułkownicy, majorzy. Dostali wszyscy drakońskie wyroki, albowiem – brzmiało oskarżenie – a zawsze się znajdą kreatury, skłonne wysługiwać się nacjonalistycznej partii– usiłowali odsunąć od władzy partię Erdogana, a przecież ona wygrała wybory, więc na mocy mandatu społecznego miała prawo łamać wszystkie zasady konstytucyjne! W imię tego rzekomego mandatu zawładnęła wymiarem sprawiedliwości i zawładnęła mediami, które od tego czasu stały się podłe, tchórzliwe i lizusowskie.
Dziś w dumnym niegdyś wymiarze sprawiedliwości Turcji nie ma już odważnych i sprawiedliwych prokuratorów, są zastraszeni albo sługusy rządzącej partii. Proszę się więc nie dziwić, że dla jednego z najszlachetniejszych i najbardziej zasłużonych dla kraju lu­dzi, dla naszego Kolegi, redaktora Cana Dündara taki właśnie sługus partyjny zażądał kary dożywocia. Zarzuty – dokładnie takie, absurdalne, jakie wskazał podczas swojego telewizyjnego wystąpienia Erdogan: szpiegostwo i propaganda terroryzmu. Czyż może być coś bardziej absurdalnego i niesprawiedliwego?
Proszę więc zrozumieć moje wzburzenie, gdy słucham potem, że UE zamierza przyspieszyć negocjacje w sprawie przystąpienia Turcji do Unii Europejskiej, gdy planuje jeszcze w tym roku znieść wizy i gdy obdarowuje faszystowski rząd 3 miliardami euro jako rodzaj nagrody za to, że zrzuciła na Europę bombę demograficzną w postaci miliona uchodźców w ciągu jednego tylko roku.
Sądzą państwo, że przesadzam, gdy nazywam reżim turecki „faszystowskim”? Opowiadałem przecież, jak podczas podróży do AS Erdogan wychwalał Hitlera i jego ideę scentralizowanego państwa. Nie wystarczy? Nie dalej niż wczoraj Erdogan znów dał popis. „System parlamentarny jest przestrzały i nie nadaje się dla Turcji” – powiedział w przemówieniu do organizacji społecznych w Ankarze. „Nowa Turcja potrzebuje nowej konstytucji i prezydenckiego systemu wykonawczego”. To wszystko, oczywiście, jak dodał, to nie jest kwestia jego personalnych ambicji, ale kiedy i prezydent i premier są wybierani przez naród i mają podobny zakres uprawnień, to nie jest to do utrzymania. To jest sprawa wewnętrzna i narodowa. I jasno od razu mówię, że ja, jako prezydent, muszę być zaangażowany we wszystkie sprawy narodowe. Wszystkie dotychczasowe konstytucje pochodziły z importu, a teraz potrzebna jest konstytucja prawdziwie narodo­wa, tylko na jej podstawie będzie można zbudować „nową Turcję”. „Nową konstytucję – dodał – powinien opracować naród, a nie parlament”. Jeśli to nie jest faszyzm, to co nim jest?!
Nową Turcję widać już dokładnie na Wschodzie, gdzie od miesięcy turecka armia, policja i wszechobecne służby specjalne atakują, ranią, zabijają, więżą Kurdów. Niby obywateli tureckich, ale jakby gorszych, zdecydowanie gorszych. Atatürk, budując w latach 20. ub. wieku nowa Turcję nie oglądał się na interesy innych narodów, zamieszkujących Azję Mniejszą. Na zachodzie wypędził Greków, który mieszkali tam od tysiącleci i od tysiącleci tworzyli tam niepowtarzalną cywilizację, na której narodziła się nasza. Na wschodzie zajął 2/3 terytorium historycznej Armenii i dokonał ludobójstwa półtora miliona Ormian. Zajął także ogromną połać Kurdystanu; dziś 1/3 całego terytorium Turcji to okupowany Kurdystan, a co piąty obywatel – jest Kurdem.
Od początku grudnia armia, policja i służby prowadzą ofensywę przeciwko rzekomym terrorystom z PKK, Partii Pracujących Kurdystanu. Codziennie usłyszą państwo w mediach bezkrytycznie powtarzane komunikaty tureckiej armii: zabiliśmy 20-tu, zabiliśmy 30 terrorystów. I nikt nie sprawdzi, kogo rzeczywiście zabili. Mało kto będzie się wczytywał w komunikaty wolnych Kurdów zza tureckiej granicy.
Dziś agencje prasowe znów piszą o ciężkich walkach i ucieczce tysięcy ludzi z oblężonej już od prawie 2 miesięcy dzielnicy Sur w milionowym mieście Diyarbakir, nieformalnej stolicy tureckiego Kurdystanu. Dzielnica jest otoczona, trwają ciężkie walki, ludność cywilna cierpi niewypowiedzianie, ale świat mało się ta tragedia interesuje, podobnie, jak nie interesuje ich, co dzieje się w 100-tysięcznym mieście Cizre, od września ostrzeliwanym przez czołgi. Ludzie giną, przymierają głodem? I gdzie są międzynarodowe agencje pomocy, gdzie są gromy, ciskane na reżim turecki z eu­ropejskich i światowych stolic?
W środę – czytamy w depeszy m.nowej agencji prasowej – zginęło w Sur co najmniej 23 ludzi, w tym 3 żołnierzy tureckich i 20 kurdyjskich bojowników… Kto to sprawdził? Kto poznał, że leżące na ulicy ciała należały rzeczywiście do jakichś bojowników?
Ale w następnym wersie: jak twierdzi turecka Fundacja Praw Człowieka co najmniej 198 cywili, w tym 39-ro dzieci zostało zabitych podczas wojskowych operacji przeciwko PKK od sierpnia ub. r. HRW skrytykowała Ankarę za niepodawanie dokładnych danych, dotyczących cywilnych ofiar i za brak zapewnienia pilnych ewakuacji medycznych cywilów, uwięzionych w strefach walk. „Wielu ludzi zmarło w okolicznościach niezwykle trudnych do określenia z powodu godziny policyjnej”.
W Turcji, owszem, zdarzają się zamachy terrorystyczne: Suruç, Ankara, Stambuł. Ale tureckie organizacje praw człowieka twierdzą, że za większością z nich stoją tureckie służby specjalne. Cóż – znamy ten scenariusz także z Rosji, obyśmy nie poznali go bliżej.

EICHMANN PROSI O ŁASKĘ: DACIE MU?
Niechaj się jednak dyktatorzy, mordercy i inni przestępcy nie szanujący ludzi nie łudzą: wcześniej czy później prawda zatriumfuje, a na nich przyjdzie kryska. Ci Żydzi, którym udało się przetrwać Zagładę na końcu świata dopadli Adolfa Eichmanna, koordynatora i wykonawcę planu „ostatecznego rozwiązania”. Wytoczyli mu proces. To, co opowiadali świadkowie na nim zeznający do dzisiaj wzbudza dreszcz przerażenia. Skazany został na śmierć.
29 maja 1962 r. jego obrońca wystosował prośbę o łaskę do prezydenta Izraela Bena Cewiego. Artyści naukowcy i intelektualiści żydowscy nalegali, by go ułaskawić. Cewi jednak odmówił.
Wyrok wykonano wkrótce po jego ogłoszeniu: zbrodniarz został powieszony w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1962 r. Jego ciało spalone w zaimprowizowanym krematorium na plaży w Tel Avivie. Prochy rozrzucono nad międzynarodowymi wodami Morza Śródziemnego.
Właśnie teraz rząd izraelski ujawnił list, w którym Eichmann prosił o łaskę. „Nie byłem wpływowym przywódcą, więc nie czuję się winny” – napisał. Cóż – grunt to dobre samopoczucie. 6 milionów ofiar, ale on nie czuł się winny.
Oto, co powiedział, kiedy już założono mu na głowę stryczek: Sieg heil Deutschland! Sieg heil Argentinien! Sieg heil Österreich! To są te trzy kraje, z którymi byłem najbardziej związany i których nie zapomnę. Pozdrawiam mą żonę, moją rodzinę i mych przyjaciół. Umieram, wierząc w Boga.

I jeszcze do tego wierzył w Boga.

I WTEDY PRZYCHODZI MI DO GŁOWY, ŻE W NORYMBERDZE SĄDZONO NIEWŁAŚCIWYCH LUDZI
Na kanałach historycznych można natknąć się na filmy z okresu faszyzmu. Oglądając je ja nie patrzę na Hitlera, czy jego przybocznych, nie patrzę na gości, którzy pojawiają się u jego boku. Patrzę – patrzę z przerażeniem – na tłumy dookoła. Wiwatujące, pełne entuzjazmu tłumy, wykrzykujące Sieg Heil, Heil Hitler, czy Ein Volk, ein Reich, Ein Fueherer.
I wtedy przychodzi mi do głowy, że w Norymberdze sądzono niewłaściwych ludzi. Że przed trybunałem międzynarodowym nie powinni stanąć ci nieszczęśni, przeżarci nienawiścią psychopaci, ale te wiwatujące tłumy, ten Hans Schmidt czy ten Johann Braun, ta Helga Krueger czy Gerda Mueller, którzy – choć wyposażeni w rozum i w hierarchię moralną, stali i wiwatowali na cześć morderców i zbrodniarzy. To oni powinni byli zostać osądzeni i skazani.


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga