DRUGI OBIEG
Niedziela, 22 lutego 2026
1.
„Przetrwaliśmy Breżniewa, przetrwamy i Trumpa. Nie mówiąc o Nawrockim. Jeszcze
Unia nie zginęła”!
Tomasz Ulanowski, Gazeta Wyborcza
2.
– Co myśmy jedli w tej Grecji? – zwrócił się D.O. do żony.
– Tzatziki – odpowiedziała bez wahania.
– No właśnie, tzatziki. A jak to się dokładnie pisze po polsku?
– Tak, jak się czyta – odpowiedziała ona na odczepnego.
No to D.O. zajrzał do sztucznej inteligencji i okazało się, co następuje:
poprawna polska pisownia to „tzatziki”.
Taką formę podają słowniki języka polskiego, a jako dopuszczalne warianty
wymieniają także dzadziki, caciki oraz cacyki. Nie dopuszczają oryginału
τζατζίκι, co skądinąd jest zrozumiałe.
Która forma ci się najbardziej podoba, Czytelniku?
D.O. sądzi, że najrozsądniej byłoby pozostać przy „caciki”, ale wtedy
niewykształcony, a więc bardzo głośny ludek czytałby „po polsku”, kończąc na
„ciki”. A to jednak ciki nie są, nawet ca.
Grecja jest typowym przykładem głębokiej słuszności zasady „zero kilometrów”,
bo wszystko, co tam się je, jest smaczne, a każda próba odtworzenia tego z dala
od Grecji – na przykład w Polsce, ale też w Rzymie – kończy się żałosną
porażką.
Nawet dla kogoś, kto zna główną zasadę ruchu Slow Food, czyli: „jeśli chcesz
mieć dobre danie, musisz mieć do niego dobre ingrediencje”. Więc łazi człowiek
po marketach, znajduje w internecie greckie sklepy, kupuje grecki jogurt,
kupuje włoskie orzechy pochodzące z Grecji, kupuje nawet grecki miód, miesza to
wszystko razem w domu – i efekt jest słaby.
Tymczasem w każdym greckim hotelu, na śniadanie, dadzą ci michę cudownego
jogurtu, drugą michę z włoskimi orzechami… I jest poezja!
D.O. jest niemal totalnym ignorantem w dziedzinie historii Grecji, czyli kraju,
kultury, języka i cywilizacji, na której opiera się cały nasz dzisiejszy świat.
D.O. padł ofiarą polskiego systemu edukacji i jego reform w niewłaściwym
czasie. Gdyby poszedł do szkoły rok wcześniej, to od 6 klasy miałby trochę
historii starożytnej Grecji, ale poszedł wtedy, kiedy poszedł i właśnie wtedy z
programu nauczania wykreślono wszystko co się ze starożytną Grecją wiązało.
Przeszedł więc całą podstawówkę, skończył liceum, skończył nawet wyższe studia
gdzie dużo się dowiedział o starogreckich formach teatralnych, ale o historii o
filozofii już nie, i pozostał ciemny jak tabaka w rogu.
Jasne, że usiłował samodzielnie uzupełniać swoją wiedzę, czytając różne
książki, podręczniki, grzebiąc w różnych encyklopediach. Ale zawsze to będzie
wiedza z doskoku, nieusystematyzowana i bardzo powierzchowna – o wiele
bardziej, niż D.O. by sobie tego życzył.
Dwadzieścia siedem lat życia zabrał mu komunizm, Polacy na służbie rosyjskiego
okupanta; kolejne dziesięć lat zajęła mu nędza – nie taka kokieteryjna, tylko
prawdziwa. Potem jeszcze kilka lat łapania jakiej takiej stabilizacji, nim
wreszcie mógł pozwolić sobie na wyjazd do Grecji.
No a tam – zachwyt i rozczarowanie. Zachwyt: D.O. staje przed różnymi
antycznymi kolumnami i gapi się na nie, jak cielę na wrota; zachwyt, bo uliczki
Plaki każdemu dają poczucie dobrostanu, a nawet szczęścia. Rozczarowanie: bo
sporo z tego jest po prostu zaplute, podobnie jak obszerne połacie greckiego
hinterlandu, gdzie obowiązywała reguła, że za niewykończony dom nie płaci się
podatków. Więc wybudowano ich miliony – ze sterczącymi w niebo drutami i
nieotynkowanymi ścianami – psując wspaniałe krajobrazy greckich łańcuchów
górskich i urągając tradycji wielkiej kultury greckiej.
Ale w gruncie rzeczy wszystko to stanowiło tło do tego, co D.O. czytał o
odwiedzanych przez siebie miejscach, bo – jak wiadomo – D.O. jest wyznawcą
zasady, że „widzisz to, co wiesz”.
Jeśli więc chcesz mieć pełnię szczęścia z oglądania różnych staroci, musisz
absolutnie wiedzieć, na co patrzysz: wtedy zrozumiesz, zachwycisz się i
będziesz miał prawo nazwać swój zachwyt pełnym.
Oczywiście tzatziki i śniadaniowy jogurt z miodem to nie było jedyne, co
jedliśmy w Grecji, bo – będąc tam wielokroć prywatnie u służbowo, objadaliśmy
się głównie różnymi daniami z bakłażana, a także – okazjonalnie – z cukinii i
innych warzyw. Mistrzostwo!
Natomiast D.O. ma burzliwy związek z rybą po grecku, ponieważ religijnie
wyznaje zasadę, że ryba albo jest dobra, albo przyprawiona. A z wieloma restauratorami
greckimi – dotyczy to również wysp – trzeba się mocno wykłócać, żeby dostać
uczciwą rybę z rusztu, bez żadnych pomidorów, marchewek i wszystkiego tego, co
zabija smak ryby.
D.O. nie pogardzał również grecką siekaną baraniną z rożna, takim
odpowiednikiem bliskowschodniego kebaba albo bałkańskich ćevapčići.
W sumie objechaliśmy tę Grecję dość dokładnie, wydając podczas każdego etapu
podróży ochy i achy zachwytu oraz jęki rozczarowania na widok kolejnych
wstrętnych osiedli ludzkich – i wracaliśmy zawsze zakochani.
Ale my w ogóle jesteśmy bardzo kochliwi, jeśli chodzi o piękne kraje, piękne
muzea, piękne plaże i piękne krajobrazy. Później, z równą łatwością,
zakochiwaliśmy się, a to w Hiszpanii, a to w Portugalii, a to we Francji.
A teraz D.O. zdradzi ci, Czytelniku, gdzie w Warszawie można zjeść najlepsze
tzatziki. Otóż najlepsze tzatziki w Warszawie można zjeść w domu D.O. Albo
można było – przynajmniej dopóki D.O. miał władzę w obu dłoniach i mógł jeszcze
gotować, kroić, siekać i mieszać. Na szczęście żona D.O. technologię
przygotowywania fantastycznego tzatziki ma w małym palcu, więc dalej możemy
mieć doznania kulinarne i wspominać różne greckie widoki tzatzikowi
towarzyszące.
Jeden z takich widoków, które podziwialiśmy, roztaczał się z hotelu na Krecie,
gdzieś w okolicach Hagios Nikolaos. D.O. wtedy był szczęściarzem (w ogóle uważa
zmianę reżimu w Polsce i runięcie berlińskiego muru za jeden z istotnych
elementów dekady swojego szczęścia) i jako szczęściarz wygrał główną nagrodę w
tomboli noworocznej Stowarzyszenia Pracy Zagranicznej w Rzymie: tydzień w
pięknym hotelu na Krecie właśnie.
Hotel był piękny pod każdym względem, co nie jest tylko opinią samego D.O., ale
i poprzednich gości – na przykład Beatlesów, którzy przemieszkiwali tam jakiś
czas bodaj w 1962 czy 1963 roku, D.O. już nie pamięta, ale jest to uwiecznione,
nienachalnie zresztą, na ścianie koło recepcji tego hotelu. Pokoje były duże i
wygodne, miały balkon z widokiem na morze, a jakże. Na morzu kołysały się
kolorowe łódki, w zasięgu wzroku stało pół tuzina małych, białych, kopulastych
kapliczek prawosławnych. W ogóle wszystkie domki pomalowane były na biało – i
jak się każdego dnia przekonywaliśmy, biały doskonale uwypukla błękit wybrzeża.
Oczywiście zwiedziliśmy wówczas Kretę całą, przy pomocy wypożyczonego
samochodu, ale – szczerze mówiąc – już w połowie każdej z wycieczek chcieliśmy
z powrotem do tego hotelu, żeby znów pogapić się na zatoczkę, na porcik, na
odbijający się w morzu księżyc. Przy tzatzikach, bakłażanie i winku, włoskim
zazwyczaj.
Och, stary D.O. znowu pojechałby do Grecji! Zresztą pojechałby gdziekolwiek,
gdyby wreszcie wyjaśniło się coś z jego zdrowiem. Więc chwilowo tylko marzy i
ma nadzieję, że i ty, Czytelniku, rozmarzyłeś się troszeczkę i zatęskniłeś za
Grecją tak jak D.O.
Stary wilk morski D.O. zwiedza ze stateczku górę Athos, na którą wstęp mają
jedynie dyskretni dostawcy jedzenia dla mieszkających tam w licznych
klasztorach mnichów, odseparowanych od świata tak skutecznie, że na teren
półwyspu nie mają wstępu nawet władze greckie.
Stary, czerwonoskóry wilk morski D.O.
najął motoróweczkę bez patentu i plątał się między wysepkami oraz wyspusiami
gdzieś w okolicach góry Athos.
Nie patrz, Czytelniku, bo D.O. wyskoczył z motoróweczki do wody na golasa i
sobie pływa.
A kiedy już wciągnął gatki, podpłynął motoróweczką do przykotwiczonej do brzegu
platformy, na której mieściła się restauracja.
Kto zgadnie, jak się nazywała 😊
O, właśnie tu D.O. przykotwiczył. A potem z Żona zasiedli
przy stole.
I chociaż to Grecja, to rybka nie była przesadnie przyprawiona, a za to była po
prostu przepyszna! Taka, jaką Tygrysy lubią najbardziej.
Do rybki popitki, czyli dali D.O. wycisk. Z jakichś owoców.
A to już Meteory a na czubkach Meteorów – klasztory.
Takie, jak te.
A kto w Delfach nie jadł w restauracji, przy stoliku postawionym między dwoma
pasmami miejskiej szosy, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Ten w paski to D.O., a obok jego samochód z wypożyczalni.
A to D.O. Jak był młody. Kropka w kropkę. Wypisz, wymaluj.
No i w którym niebie państwo D.O.stwo się tu znajdowało? W siódmym? Tylko?
Odpowiedź: Państwo D.O.stwo znajdowało się w niebie dziewiątym. Dlaczego nie po
epikurejsku w ósmym? Jak chcesz poznać odpowiedź, popatrz na kolejną
fotografię.
O, dlatego!
Copyright by Żona D.O.
3.
https://wyborcza.pl/7,75400,32615448,przelom-w-leczeniu-raka-trzustki-amerykanska-agencja-lekow.html#s=S.TD-K.C-B.3-L.1.duzy
Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) zatwierdziła Optune Pax -
przenośne urządzenie elektryczne dla pacjentów z miejscowo zaawansowanym rakiem
trzustki. To pierwsza od blisko 30 lat nowa metoda terapeutyczna zatwierdzona
dla tej grupy chorych.
Urządzenie opracowane przez szwajcarską firmę Novocure dostarcza do jamy
brzusznej zmienne pola elektryczne o niskim natężeniu (1–3 V/cm) i
częstotliwości od 100 do 300 kHz (tzw. pola TTFields). Dla porównania, pole
generowane przez zwykły laptop może osiągać nawet 10 V/cm, jednak kluczem jest
tutaj precyzyjne dostrojenie parametrów.
Pole elektryczne jest tak dobrane, aby zaburzać formowanie się tzw. wrzeciona
mitotycznego - struktury niezbędnej do podziału komórek. W efekcie wzrost guza
zostaje zahamowany, a szybko dzielące się komórki nowotworowe obumierają. Co
istotne, terapia jest selektywna i nie uszkadza w znaczącym stopniu zdrowych,
wolniej dzielących się komórek i tkanek.
System składa się z izolowanych elektrycznie, samoprzylepnych plastrów, które
pacjent umieszcza na skórze brzucha. Są one połączone z lekkim generatorem
noszonym w specjalnie zaprojektowanej torbie. Chorzy przechodzą szkolenie z
obsługi zestawu, ucząc się m.in. wymiany baterii, podłączania zasilania
zewnętrznego oraz poprawnej aplikacji plastrów.
Szczegóły działania urządzenia firma opisuje tutaj.
- Społeczność chorych na raka trzustki zasługuje na lepsze opcje terapeutyczne
– podkreślił dr n. med. Marty Makary z FDA.
I dodał: - Niestrudzenie pracujemy nad zapewnieniem obiecujących metod tym,
którzy ich najbardziej potrzebują.
Obiecujące wyniki badań klinicznych
Decyzja FDA opiera się na wynikach badania klinicznego PANOVA-3, w którym
wzięło udział 571 pacjentów. Porównano w nim skuteczność standardowej
chemioterapii (pacjenci dostawali gemcytabinę i nab-paklitaksel) stosowanej
samodzielnie oraz w połączeniu z polami TTFields.
Wyniki okazały się obiecujące:
Mediana przeżycia całkowitego wzrosła z 14,2 do 16,2 miesiąca dzięki
zastosowaniu urządzenia.
Przeżycie bez bólu wydłużyło się znacząco – z 9,1 do 15,2 miesiąca.
Najczęstszym skutkiem ubocznym były miejscowe reakcje skórne pod plastrami (u
ok. 75 proc. badanych), przy czym poważne powikłania dotyczyły jedynie 7 proc.
pacjentów.
Mediana przeżycia to kluczowy parametr w onkologii i badaniach klinicznych
określający czas, po którym połowa badanej grupy pacjentów nadal żyje, a połowa
zmarła. Jest to wskaźnik dokładniejszy niż średnia, ponieważ nie zniekształcają
go skrajne przypadki.
Dlaczego rak trzustki jest tak trudny w leczeniu?
Trzustka to kluczowy organ odpowiedzialny za trawienie i regulację poziomu
cukru. Rak tego narządu, choć odpowiada za jedynie 3,3 proc. nowych diagnoz
nowotworowych, cechuje się wyjątkowo wysoką śmiertelnością.
Powodem jest m.in. ukryte, centralne położenie trzustki w jamie brzusznej –
choroba rozwija się niemal niezauważalnie, a objawy (ból, żółtaczka) pojawiają
się zazwyczaj wtedy, gdy nowotwór nacieka już na sąsiednie narządy i naczynia
krwionośne.
Wtedy chirurgiczne usunięcie nowotworu jest już niezwykle trudne.
Dodatkowo guzy trzustki tworzą wokół siebie swoisty „kokon" z tkanki
bliznowatej, który skutecznie izoluje je od działania układu odpornościowego
oraz tradycyjnej chemioterapii.
Nowatorskie, nieinwazyjne podejścia
Ponieważ operacje chirurgiczne i farmakologia w przypadku raka trzustki mają
ograniczoną skuteczność, rozwój metod nieinwazyjnych otwiera przed pacjentami
zupełnie nowe możliwości.
Technologia wykorzystana w Optune Pax nie jest nowym odkryciem – już na
początku XXI wieku naukowcy na łamach czasopisma „Radiology and Oncology"
dowiedli, że specyficzne konfiguracje pól elektrycznych potrafią hamować wzrost
komórek nowotworowych w warunkach laboratoryjnych.
System TTFields sprawdził się już wcześniej w walce z innymi agresywnymi
nowotworami, takimi jak glejak wielopostaciowy, międzybłoniak czy niedrobnokomórkowy
rak płuca. Obecnie koszt takiej terapii wynosi około 21 tys. dolarów
miesięcznie, co – choć kwota jest spora – pozostaje porównywalne z cenami wielu
nowoczesnych leków onkologicznych.
Przy tym TTFields to niejedyna nowoczesna i nieinwazyjna strategia zyskująca na
popularności.
Równolegle rozwijana jest technologia skoncentrowanych ultradźwięków (FUS),
zatwierdzona już do leczenia niektórych typów guzów. Różnica polega na
mechanizmie: podczas gdy pola TTFields zakłócają podział komórek za pomocą elektryczności,
FUS wykorzystuje fale dźwiękowe o wysokiej częstotliwości do fizycznego
niszczenia tkanki nowotworowej.
Kluczowym aspektem decyzji FDA jest fakt, że technologia ta wychodzi poza mury
szpitali. – To nowatorskie, nieinwazyjne podejście, które można zintegrować z
codziennym życiem pacjentów, rozszerzając dostęp do opieki onkologicznej poza
tradycyjne warunki kliniczne – podkreśla Michelle Tarver z FDA.
Możliwość samodzielnej obsługi urządzenia w domu to milowy krok w stronę
technologii, które nie tylko walczą z chorobą, ale też lepiej dopasowują się do
codziennego życia pacjenta i jego bliskich.
4.
https://wyborcza.pl/7,75398,32615216,cbos.html#s=S.TD-K.C-B.7-L.2.duzy
Notowania rządu premiera Donalda Tuska bez zmian - nadal są słabe. Coraz więcej
Polaków źle ocenia politykę gospodarczą kraju.
Z najnowszego sondażu CBOS wynika, że Donald Tusk jako premier ma poparcie 35
proc. Polaków, ale aż 54 proc. osób ocenia go negatywnie. … 22 proc. twierdzi,
że jest im obojętny, a 3 proc. nie ma zdania. …
czytanie spokojne , obrazy kojące ,aż tu nagle notowania bez zmian nadal słabe ...........
OdpowiedzUsuń