DRUGI OBIEG
Poniedziałek, 23 lutego 2026

1.
Zabronili państwo D.O. pisać w weekendy o polityce, więc D.O. posłusznie wykonał, a tu jednak sporo się dzieje. Donald Trump obraził się na swój Sąd Najwyższy i ukarał świat 15‑procentowymi cłami. D.O. ciśnie się na usta powiedzenie „a pies go je… chał”, bo sam najchętniej by się tym obrzydliwym indywiduum nie zajmował.
No ale skończyły się Igrzyska Olimpijskie Milano–Cortina, więc zapewne nieprzypadkowo ajatollah Ali Chamenei dał współpracownikom instrukcje, co wszyscy mają robić na wypadek nagłej śmierci jego i jego syna. Której nikomu nie wypada życzyć, ale…
Irańczycy tymczasem znowu protestują, zwłaszcza na uniwersytetach, ożywieni nadzieją na amerykańską interwencję. D.O. ich doskonale rozumie, bo sam był w podobnej sytuacji: świadom, że moskiewskiej hydry nie da się z Polski wygnać i pokonać, liczył na podobny cud, jaki nastąpił w wyniku I wojny światowej — kiedy na ruinach niepokonanych do niedawna imperiów narodziły się lub odrodziły narody europejskie i kaukaskie. Sami Irańczycy próbowali już tak wiele razy, zderzając się za każdym razem ze ścianą ołowianych kul, że ich jedyna nadzieja jest w tym, co oficjalna propaganda reżimu przedstawia jako śmiertelnego wroga. Myśmy też tak mieli.
Tymczasem Financial Times pisze, że Teheran osiągnął tajne porozumienie z Moskwą, na mocy którego Rosja ma dostarczać broń Iranowi. Muszą być rzeczywiście w czarnej dziurze, skoro kupują zdezelowany sprzęt rosyjski, który prędzej wybuchnie im w rękach, niż zadziała. No, chyba że chcą od Rosjan kupić gotową bombę atomową, żeby zrzucić ją na głowę Amerykanom, otaczającym kraj szlachetnych Persów.
D.O. rozkochał się chyba w teoriach spiskowych, bo sądzi, że Trump z atakiem na Iran czeka nie tyle na koniec igrzysk olimpijskich, co na to, jak rozwinie się afera Epsteina i czy Departament Sprawiedliwości będzie zmuszony ujawnić „mięsko”, czyli te kolejne 3 miliony dokumentów Epsteina, w których jest wreszcie smoking gun, czyli koronny dowód na to, że pomarańczowy gwałcił nieletnie, a może nawet robił im coś gorszego.
Tymczasem 60% Amerykanów nie pochwala prezydentury Donalda Trumpa. Według sondażu opublikowanego przez ABC News i Washington Post, negatywny wskaźnik osiągnął rekordowy poziom w jego drugiej kadencji. Kraj oczekuje na jego orędzie o stanie państwa, zaplanowane na wtorek, a tymczasem Amerykanie są najbardziej niezadowoleni inflacji — 65% dezaprobuje, cła — 64% dezaprobuje, stosunki zagraniczne — 62%, oraz zarządzanie imigracją — 58%.
Uzbrojony dwudziestolatek usiłował włamać się do rezydencji Trumpa w Mar‑a‑Lago. Próbował wkraść się do strzeżonego obszaru kurortu; był uzbrojony w karabin i butle z gazem. Jeden z agentów Secret Service zastrzelił go. Ale Trump i tak przebywał w Waszyngtonie, więc co najwyżej mógł uszkodzić budynek.


2.
Obraz zawierający tekst, Ludzka twarz, ubrania, plakat

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.
Zapowiedziana wojna:
Jak CIA i MI6 zdobyły plany Putina dotyczące Ukrainy i dlaczego nikt im nie uwierzył
https://www.theguardian.com/world/ng-interactive/2026/feb/20/a-war-foretold-cia-mi6-putin-ukraine-plans-russia
Opierając się na ponad 100 wywiadach z wysokimi rangą oficerami wywiadu i innymi osobami z wewnątrz kraju, ta wyjątkowa relacja szczegółowo opisuje, jak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania odkryły plany inwazji Władimira Putina i dlaczego większość Europy – w tym prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski – je zignorowała. W miarę jak zbliża się czwarta rocznica inwazji, a świat wkracza w nowy okres geopolitycznej niepewności, europejscy politycy i służby wywiadowcze nadal wyciągają wnioski z niepowodzeń 2022 roku.

Rozmowa telefoniczna
William Burns przemierzył pół świata, aby porozmawiać z Władimirem Putinem, ale ostatecznie musiał zadowolić się rozmową telefoniczną. Był listopad 2021 roku, a amerykańskie agencje wywiadowcze w poprzednich tygodniach odbierały sygnały, że Putin może planować inwazję na Ukrainę. Prezydent Joe Biden wysłał Burnsa, swojego dyrektora CIA, aby ostrzegł Putina, że konsekwencje ekonomiczne i polityczne takiego kroku będą katastrofalne.

Piętnaście lat wcześniej, gdy Burns był ambasadorem USA w Moskwie, Putin był stosunkowo łatwo dostępny. Lata, które minęły, skoncentrowały władzę rosyjskiego przywódcy i pogłębiły jego paranoję. Od czasu pojawienia się pandemii COVID-19, niewielu miało okazję spotkać się z nim osobiście. Putin, jak dowiedzieli się Burns i jego delegacja, przebywał w swojej luksusowej rezydencji nad Morzem Czarnym i możliwy był tylko kontakt telefoniczny.

W biurze administracji prezydenckiej na Starym Rynku w Moskwie była gotowa bezpieczna linia, a w słuchawce rozległ się znajomy głos Putina. Burns przedstawił amerykańskie przekonanie, że Rosja przygotowuje się do inwazji na Ukrainę, ale Putin zignorował go i kontynuował swoją wypowiedź. Dodał, że jego agencje wywiadowcze poinformowały go, że na horyzoncie Morza Czarnego czai się amerykański okręt wojenny, uzbrojony w pociski, które mogłyby dosięgnąć go w ciągu kilku minut. Sugerował, że jest to dowód na strategiczną słabość Rosji w jednobiegunowym świecie zdominowanym przez USA.
Rozmowa, a także trzy pełne walki rozmowy twarzą w twarz z najwyższymi rangą urzędnikami bezpieczeństwa Putina, wydały się Burnsowi wyjątkowo złowieszcze. Opuszczając Moskwę, był o wiele bardziej zaniepokojony perspektywą wojny niż przed podróżą i podzielił się z prezydentem swoimi przeczuciami.
„Biden często zadawał pytania z odpowiedzią tak/nie, a kiedy wróciłem, zapytał, czy myślę, że Putin to zrobi” – wspominał Burns. „Odpowiedziałem: 'Tak'”.
Trzy i pół miesiąca później Putin wysłał swoją armię na Ukrainę, dokonując najdramatyczniejszego naruszenia europejskiego porządku od czasów II wojny światowej. Historia wywiadowczego tła tych miesięcy – jak Waszyngton i Londyn zdobyły tak szczegółowe i trafne informacje o planach wojennych Kremla i dlaczego służby wywiadowcze innych krajów im nie uwierzyły – nigdy dotąd nie została w pełni opowiedziana.

Niniejsza relacja opiera się na wywiadach przeprowadzonych w ciągu ostatniego roku z ponad 100 osobami z wywiadu, wojska, dyplomacji i polityki na Ukrainie, w Rosji, Stanach Zjednoczonych i Europie. Wiele z nich wypowiadało się bez podania źródła, omawiając wydarzenia, które nadal są wrażliwe lub objęte tajemnicą państwową; osoby cytowane z imienia i nazwiska zostały wymienione podając ich ówczesne stanowiska służbowe.
To historia spektakularnego sukcesu wywiadowczego, ale także jednej z wielu porażek. Po pierwsze, dla CIA i MI6, które trafnie przewidziały scenariusz inwazji, ale nie zdołały dokładnie przewidzieć jej wyniku, zakładając, że szybkie przejęcie władzy przez Rosję było przesądzone. Co głębsze, dla służb europejskich, które nie chciały uwierzyć, że w XXI wieku możliwa jest wojna na pełną skalę w Europie. Pamiętali o wątpliwych dowodach wywiadowczych przedstawionych dwie dekady wcześniej, by uzasadnić inwazję na Irak i obawiali się zaufać Amerykanom w kwestii, która wydawała się prognozą fantazyjną.
Co najważniejsze, ukraiński rząd był zupełnie nieprzygotowany na nadchodzący atak. Prezydent Wołodymyr Zełenski miesiącami odrzucał coraz bardziej naglące ostrzeżenia Amerykanów, uznając je za straszenie i tłumiąc obawy zgłaszane w ostatniej chwili przez własne elity wojskowe i wywiadowcze, które ostatecznie podjęły ograniczone próby przygotowania się za jego plecami.

„W ostatnich tygodniach kierownictwo wywiadu zaczęło to rozumieć, nastrój był inny. Ale kierownictwo polityczne po prostu odmawiało zaakceptowania tego aż do samego końca” – powiedział jeden z urzędników amerykańskiego wywiadu.
Cztery lata później z tych wydarzeń można wyciągnąć wiele wniosków na temat sposobu gromadzenia i analizowania danych wywiadowczych. Być może najbardziej trafna, biorąc pod uwagę, że świat wydaje się bardziej nieprzewidywalny niż kiedykolwiek w najnowszej historii, jest ta, że odrzucenie scenariusza tylko dlatego, że wydaje się on wykraczać poza granice racjonalności i możliwości, jest niebezpieczne.
„Uznałem, że dowody, które im przedstawiliśmy, były przytłaczające. Nie ukrywaliśmy czegoś, co, gdyby tylko to zobaczyli, zrobiłoby ogromną różnicę” – powiedział Jake Sullivan, doradca Bidena ds. bezpieczeństwa narodowego, wyjaśniając, dlaczego europejscy sojusznicy nie uwierzyli Amerykanom. „Byli po prostu przekonani, że to po prostu nie ma sensu”.

Putin zaczyna planować
CIA odkryła mnóstwo informacji o planach Putina dotyczących inwazji na Ukrainę, ale jednej rzeczy nigdy nie udało się ustalić na pewno: kiedy po raz pierwszy zdecydował się na całkowite zaangażowanie. Przeszukując później dowody, niczym detektywi na miejscu zbrodni, niektórzy analitycy agencji wskazali pierwszą połowę 2020 roku jako najbardziej prawdopodobny moment.
W tych miesiącach Putin uchwalił poprawki do konstytucji, aby zapewnić sobie możliwość utrzymania władzy po 2024 roku. Następnie, miesiącami odizolowany od świata z powodu pandemii COVID-19, pochłaniał książki o historii Rosji i rozważał swoje miejsce w niej. Latem brutalne stłumienie ruchu protestacyjnego na sąsiedniej Białorusi osłabiło prezydenta Aleksandra Łukaszenkę i sprawiło, że stał się on bardziej zależny od Kremla niż kiedykolwiek wcześniej. Otworzyło to możliwość zmuszenia Łukaszenki do zgody na wykorzystanie terytorium Białorusi jako bazy wypadowej do inwazji.
Mniej więcej w tym samym czasie ekipa trucicieli z FSB wstrzyknęła środek paralityczno-drgawkowy nowiczok do majtek Aleksieja Nawalnego, jedynego polityka opozycji, który mógł zyskać szerokie poparcie społeczne, wprawiając go w śpiączkę. Wtedy wszystkie te wydarzenia wydawały się nieistotne. Później zaczęły przypominać, że Putin układał swoje klocki przed wdrożeniem wielkiej gry na Ukrainie, która – jak sądził – miała ugruntować jego pozycję w historii jako wielkiego rosyjskiego przywódcy.

Wskazówki dotyczące tego planu pojawiły się po raz pierwszy wiosną 2021 roku, kiedy rosyjskie wojska zaczęły gromadzić się wzdłuż granic Ukrainy i na okupowanym Krymie, rzekomo w ramach ćwiczeń. Stany Zjednoczone otrzymały informacje wywiadowcze sugerujące, że Putin mógłby wykorzystać coroczne przemówienie, zaplanowane na 21 kwietnia, do przedstawienia argumentów za działaniami militarnymi na Ukrainie. Kiedy Biden został poinformowany o tych danych wywiadowczych, tydzień przed przemówieniem, był tak zaniepokojony, że zadzwonił bezpośrednio do Putina. „Wyraził obawy dotyczące gromadzenia sił i wezwał do deeskalacji, a także zaproponował szczyt w nadchodzących miesiącach, który, jak wiedzieliśmy, będzie interesował Putina” – powiedziała Avril Haines, dyrektor ds. wywiadu krajowego w administracji Bidena.
Przemówienie Putina było znacznie mniej wojownicze, niż się spodziewano, a dzień później armia rosyjska ogłosiła zakończenie ćwiczeń wojskowych na granicy. Wydawało się, że propozycja szczytu skutecznie zażegnała zagrożenie, a kiedy obaj przywódcy spotkali się w Genewie w czerwcu, Putin prawie nie wspomniał o Ukrainie.
Dopiero z perspektywy czasu stało się jasne, dlaczego: podjął już decyzję o podjęciu rozwiązania, które nie będzie wymagało dyplomacji.

Podniesienie alarmu
Cztery tygodnie po szczycie w Genewie Putin opublikował długi, rozwlekły esej o historii Ukrainy, w którym cofnął się aż do IX wieku, aby przedstawić argument, że „prawdziwa suwerenność Ukrainy jest możliwa tylko we współpracy z Rosją”.
Wywód wzbudził zdziwienie, ale uwaga Londynu i Waszyngtonu została wkrótce odwrócona przez chaotyczne wycofywanie wojsk z Afganistanu. We wrześniu wojska rosyjskie rozpoczęły kolejną koncentrację wzdłuż granic Ukrainy; w ciągu miesiąca osiągnęły one skalę, której trudno było zignorować. Waszyngton zebrał nowe informacje wywiadowcze na temat rosyjskich planów, bardziej szczegółowe i znacznie bardziej szokujące niż wiosną. Wówczas zakładano, że Rosja mogłaby podjąć próbę formalnej aneksji Donbasu, a w najbardziej optymistycznym scenariuszu – przełamać korytarz lądowy przez południową Ukrainę, łączący Donbas z okupowanym Krymem. Teraz wyglądało na to, że Putin mógł planować coś większego. Chciał Kijowa.

Wielu przedstawicieli amerykańskiej elity politycznej podchodziło do tego z dużym sceptycyzmem, ale analitycy wywiadu byli poruszeni tym, co widzieli. „Napływało wystarczająco dużo informacji, które jasno wskazywały, że nie jest to już odległa możliwość” – powiedziała Haines. Kiedy Burns wrócił z Moskwy, dzwonki alarmowe zabrzmiały jeszcze głośniej. Niezależnie od tego, czy informacje wywiadowcze miały rację, Biden powiedział, że nadszedł czas, aby zacząć planować.
W połowie listopada wysłał Haines do Brukseli. Tam, na dorocznym spotkaniu szefów wywiadów państw NATO, przedstawiła ona pogląd USA, że istnieje realne ryzyko masowej inwazji Rosji na Ukrainę. Richard Moore, szef brytyjskiego MI6, poparł ją. Jako członek sojuszu Five Eyes, wymieniającego informacje wywiadowcze, Wielka Brytania widziała większość informacji zebranych przez USA, a także posiadała własne kanały wywiadowcze wskazujące na możliwość inwazji. Główną reakcją w sali był jednak sceptycyzm. Niektórzy od razu odrzucili pomysł inwazji. Inni wyrazili obawę, że jeśli NATO przyjmie zdecydowaną postawę w odpowiedzi, może to okazać się kontrproduktywne, prowokując dokładnie taki scenariusz, którego USA rzekomo się obawiały.

Zarządzanie tym postrzeganiem będzie w zakamarkach świadomości Amerykanów i Brytyjczyków przez kolejne miesiące. „Musieliśmy się upewnić, że nie zrobimy niczego, co dałoby im pretekst do inwazji” – powiedział Chris Ordway, wysoki rangą urzędnik brytyjskiego Ministerstwa Obrony zajmujący się tym regionem. Jednocześnie Londyn i Waszyngton uważały, że Rosja potrzebuje zaledwie dwóch miesięcy, aby być gotowa do inwazji, i chciały podnieść alarm.

Biden nakazał swojemu zespołowi udostępnienie sojusznikom jak największej ilości informacji wywiadowczych, aby pomóc im zrozumieć, dlaczego Waszyngton jest tak zaniepokojony. Zasugerował również odtajnienie części informacji, aby upublicznić je. Należało to zrobić ostrożnie, aby uniknąć ujawnienia sposobu, w jaki Waszyngton zdobył dowody. „To źródła i metody, w których zdobycie włożyliśmy mnóstwo pracy, potu i łez, a ich utrata może narazić ludzkie życie na ryzyko” – powiedział Haines.

Wdrożono system, w którym urzędnicy z różnych agencji wywiadowczych mieli „możliwość wypowiedzenia się na temat wszystkiego, zanim zostało to opublikowane”, powiedziała, aby upewnić się, że nic nie przeciekło i nie zdradziło źródła. W ciągu kolejnych tygodni Stany Zjednoczone obniżyły ważność poufnych informacji wywiadowczych bardziej niż kiedykolwiek w ostatnich latach, zarówno dla sojuszników, jak i często dla opinii publicznej. „Otrzymywaliśmy tajne briefingi od Amerykanów, a kilka godzin później czytaliśmy dokładnie te same informacje w „New York Timesie” – powiedział jeden z europejskich urzędników.

Widok z Kijowa
Pod koniec października CIA i MI6 wysłały do Kijowa notatki, w których przedstawiły swoje alarmujące, nowe oceny wywiadowcze. W następnym tygodniu, po wizycie Burnsa w Moskwie, dwóch amerykańskich urzędników odłączyło się od delegacji i poleciało do Kijowa, gdzie poinformowali dwóch wysokich rangą urzędników ukraińskich o obawach USA i rozmowach dyrektora CIA w Moskwie. „Powiedzieliśmy w zasadzie: »Zajmiemy się tym. Zobaczycie informacje wywiadowcze. To nie jest zwykłe ostrzeżenie, to naprawdę poważna sprawa. Zaufajcie nam«” – powiedział Eric Green, jeden z amerykańskich urzędników. Ukraińcy wyglądali na sceptycznych.

W połowie listopada brytyjski minister obrony Ben Wallace odwiedził Kijów i powiedział Zełenskiemu, że w Londynie inwazja rosyjska jest teraz kwestią „kiedy”, a nie „czy”. Wezwał Zełenskiego do rozpoczęcia przygotowań kraju do wojny. „Nie da się tuczyć świni w dzień targowy” – powiedział Wallace prezydentowi Ukrainy, według źródła poinformowanego o spotkaniu. Zełenski wydawał się biernie słuchać.
Zełenski został wybrany w 2019 roku z programem dążenia do negocjacji pokojowych w celu zakończenia konfliktu, który Rosja rozpoczęła we wschodniej Ukrainie w 2014 roku. Nie wierzył już, że może dojść do porozumienia z Putinem, ale obawiał się, że publiczne rozmowy o jeszcze większej wojnie wywołają panikę na Ukrainie. Mogłoby to doprowadzić do kryzysu gospodarczego i politycznego, załamując kraj bez konieczności wysyłania przez Rosję ani jednego żołnierza przez granicę. Podejrzewał, że taki był plan Putina od samego początku. Coraz bardziej irytowali go Amerykanie i Brytyjczycy, którzy oprócz prywatnych ostrzeżeń zaczęli publicznie mówić o zagrożeniu inwazją. W listopadzie wysłał jednego ze swoich najwyższych rangą funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa z tajną misją do europejskiej stolicy, aby przekazać wiadomość przywódcom politycznym za pośrednictwem kanałów wywiadowczych: strach przed wojną jest fałszywy i polega na próbach wywierania presji na Rosję przez USA.
Niewielu na Ukrainie wierzyło w prawdopodobieństwo inwazji na pełną skalę, ale krajowe agencje wywiadowcze wychwytywały niepokojące sygnały wzmożonej aktywności Rosji. Iwan Bakanow, szef krajowej agencji wywiadowczej SBU, wspominał, że o ile rosyjskie służby wywiadowcze tradycyjnie koncentrowały się na próbach werbowania ukraińskich źródeł wysokiego szczebla, o tyle w roku poprzedzającym inwazję „atakowały wszystkich”, w tym szoferów i funkcjonariuszy niższego szczebla. Często te oferty były „pod fałszywą flagą”: rosyjscy rekruterzy podawali się za przedstawicieli jednej z ukraińskich agencji wywiadowczych.
SBU śledziła również tajne spotkania funkcjonariuszy rosyjskiej FSB z ukraińskimi urzędnikami państwowymi i politykami. Spotkania te często odbywały się w luksusowych hotelach w Turcji lub Egipcie, dokąd Ukraińcy podróżowali pod pretekstem turystyki. Rosja miała nadzieję, że ci ludzie, motywowani różnymi względami ideologicznymi, egoistycznymi lub finansowymi, będą działać jako piąta kolumna na Ukrainie, gdy nadejdzie na to czas.

„Zanim dołączyłem do SBU, też myślałem, że moglibyśmy się dogadać z Rosjanami” – powiedział Bakanow, który był dawnym partnerem biznesowym Zełenskiego i nie miał żadnego doświadczenia w wywiadzie, gdy został powołany w 2019 roku. „Ale kiedy codziennie widzisz, jak próbują zabijać i rekrutować ludzi, rozumiesz, że mają inny plan, że mówią jedno, a robią co innego”.
Mimo to w Kijowie panował pogląd, że ostrzeżenia USA są przesadzone. Ukraina walczyła z rosyjskimi siłami peryferyjnymi w Donbasie od ośmiu lat, ale wizja pełnowymiarowej wojny – z atakami rakietowymi, kolumnami czołgów i marszem na Kijów – wydawała się nie do pomyślenia.
Pewien europejski oficer wywiadu stwierdził, że ten tok myślenia utrzymywał się dość powszechnie w briefingach ukraińskich odpowiedników w miesiącach poprzedzających inwazję. „Przesłanie brzmiało: »Nic się nie wydarzy, to tylko potrząsanie szabelką«” – powiedział. „Uważali, że absolutnym maksimum możliwych działań będzie potyczka w Donbasie”.

Wywiady
Później, gdy okazało się, że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania miały rację od samego początku, wielu zastanawiało się, co pozwoliło im być tak pewnymi. Czy w bliskim otoczeniu Putina był jakiś kret, który przekazywał plany wojenne swoim przełożonym z CIA lub MI6?
„Często przedstawia się to jako »znaleźliśmy plany«, ale zdecydowanie nie było to takie proste” – powiedziała Avril Haines. Najbardziej oczywisty wskaźnik był częściowo widoczny na komercyjnych zdjęciach satelitarnych: dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy wkraczających na pozycje w pobliżu granicy z Ukrainą.
„Te ruchy wojsk były nieoczekiwane i trzeba było się naprawdę natrudzić, żeby znaleźć wytłumaczenie, dlaczego to zrobiono, poza tym, że chce się ich użyć” – powiedział wysoki rangą urzędnik DI, brytyjskiego wywiadu wojskowego.
Przechwycono również korespondencję wojskową: żadna z nich nie wspominała o inwazji, ale czasami dotyczyła działań, które nie miałyby sensu, gdyby nie była planowana. Pojawiły się również inne informacje z różnych źródeł, które wskazywały na ten sam kierunek: grupy prorosyjskie prowadziły prace przygotowawcze na Ukrainie, które mogłyby wesprzeć działania militarne, oraz program wzmocnienia szeregów rezerwistów w Rosji. „Po raz pierwszy zobaczyliśmy informacje wskazujące na możliwość działań na zachód od Dniepru” – powiedział Haines, nawiązując do rzeki, która dzieli Ukrainę na dwie części.
Większość przesłuchanych odmówiła podania szczegółów dotyczących zebranych informacji, powołując się na wagę ochrony źródeł i metod. Jednak wywiady z dziesiątkami osób, które miały dostęp do części lub całości materiału dowodowego, dostarczyły wielu wskazówek.
Dwa źródła wskazały na przechwycone informacje z Głównego Zarządu Operacyjnego armii rosyjskiej jako prawdopodobne źródło informacji o inwazji. Departamentem kieruje generał pułkownik Siergiej Rudskoj, szanowany planista wojskowy, który od dawna jest „najlepiej poinformowaną osobą w sztabie generalnym”, jak twierdzi były rosyjski informator wojskowy, który znał go osobiście. Całe planowanie strategiczne odbywa się w jego ściśle odizolowanej jednostce, zlokalizowanej w siedzibie sztabu generalnego w centrum Moskwy. To właśnie tam opracowywano i udoskonalano plany wojenne, nawet gdy inni czołowi dowódcy armii nie mieli o nich pojęcia.

Przygotowania można było dostrzec również w innych jednostkach wojska i służb wywiadowczych, nawet jeśli osoby je przeprowadzające nie znały celu końcowego. „Większość ludzi w Rosji nie wiedziała o tym planie” – powiedział jeden z amerykańskich urzędników. „Ale aby to było możliwe, musiało się wydarzyć tyle rzeczy, że bardzo trudno było to ukryć”.
Doświadczony dziennikarz Bob Woodward w swojej książce „Wojna” wspomniał o „ludzkim źródle na Kremlu”, nie podając jednak dalszych szczegółów. To z pewnością możliwe – w 2017 roku CIA wykradła długoletnie źródło, które pracowało dla szefa polityki zagranicznej Putina i od lat przekazywało agencji tajemnice. Możliwe, że inni nadal tam pracują.
Putin jednak dołożył wszelkich starań, aby ukryć swoje zamiary nawet przed większością swojego wewnętrznego kręgu, a tylko garstka osób w rosyjskim systemie wiedziała o planach inwazji aż do kilku tygodni przed jej rozpoczęciem. Możliwe, że CIA lub MI6 zwerbowały superkreta tuż obok prezydenta, ale wydaje się bardziej prawdopodobne, że ludzkie źródła w Rosji dostarczyły pobieżnych lub potwierdzających dowodów, a nie kluczowych szczegółów. Wiele kluczowych informacji wywiadowczych mogło pochodzić ze zdjęć satelitarnych lub przechwyconych przez NSA i GCHQ – amerykańskie i brytyjskie agencje wywiadu radioelektronicznego – twierdzili ludzie, którzy je widzieli. „Nie wykryto żadnego ludzkiego źródła” – powiedział jeden z nich.

Dziesięć tygodni przed inwazją
Do grudnia 2021 roku Stany Zjednoczone i Wielka Brytania uzyskały dość jasny obraz tego, jak może wyglądać plan wojenny Putina. W Waszyngtonie międzyagencyjny „zespół tygrysów” zaczął spotykać się trzy razy w tygodniu, aby omówić, jak Stany Zjednoczone przygotują się i zareagują na najgorszy scenariusz: atak na cały kraj w celu zmiany reżimu. Brakowało jednak twardych dowodów na to, że Putin podjął polityczną decyzję o wdrożeniu swojego planu w życie. I to właśnie tutaj wszyscy mieli problem.
W Paryżu i Berlinie, podobnie jak w Kijowie, agencje wywiadowcze zinterpretowały rozbudowę sił zbrojnych nie jako plan wojenny, lecz blef mający na celu wywarcie presji na Ukrainę. Brytyjski urzędnik wywiadu wojskowego powiedział, że włożono „ogromny wysiłek”, aby przekonać Francuzów i Niemców, w tym kilka podróży informacyjnych różnych delegacji. Rozmowy spotkały się jednak z dużym oporem. „Myślę, że oni przyjęli za punkt wyjścia pytanie: »Dlaczego miałby to zrobić?«, a my za punkt wyjścia: »Dlaczego nie miałby tego zrobić?«. Ta prosta różnica semantyczna może prowadzić do skrajnie różnych wniosków” – powiedział urzędnik.
U niektórych Europejczyków wspomnienia o pokrętnym tle wywiadowczym inwazji na Irak w 2003 roku podsyciły sceptycyzm wobec tej nowej paniki wojennej. Jeden z europejskich ministrów spraw zagranicznych, który poprosił o nieujawnianie jego kraju, wspominał ożywioną dyskusję z Antony'm Blinkenem, sekretarzem stanu USA: „Jestem wystarczająco stary, żeby pamiętać rok 2003, a wtedy byłem jednym z tych, którzy ci uwierzyli” – powiedział minister Blinkenowi. Chociaż Brytyjczycy i Amerykanie dzielili się większą ilością informacji niż zwykle, pochodzenie naprawdę wrażliwych informacji wywiadowczych często było ukrywane, aby chronić źródła. „Ostrzegali nas, naprawdę nas ostrzegali” – powiedział minister. „Ale mówili: 'Musisz nam uwierzyć na słowo'”.

Nawet gdy rok 2003 nie był wyraźnie wspominany, urzędnicy często wyczuwali jego cień. „Niechęć do zaufania nam była z pewnością dziedzictwem Iraku” – powiedział John Foreman, brytyjski attaché ds. obrony w Rosji, który zwoływał co dwa tygodnie spotkania attaché wojskowych państw NATO w Moskwie w miesiącach poprzedzających inwazję. On i jego amerykański kolega podejmowali w dużej mierze bezskuteczne próby przekonania europejskich kolegów, że zagrożenie jest realne: „Jeśli pokazujesz ludziom pewne rzeczy, a oni nadal ci nie wierzą, masz problem” – powiedział.

Poważną przeszkodą psychologiczną dla niektórych europejskich służb wywiadowczych było przekonanie Putina o racjonalnym działaniu i głęboki sceptycyzm wobec jego planu, który ich zdaniem prawdopodobnie zakończy się porażką. Według rosyjskich szacunków uzyskanych i zestawionych przez zachodnie służby, Moskwa zakładała, że tylko 10% Ukraińców stawi opór inwazji, podczas gdy reszta aktywnie poprze lub niechętnie zaakceptuje rosyjskie przejęcie władzy. Była to beznadziejnie optymistyczna ocena, ale nawet 10% populacji Ukrainy liczyło 4 miliony ludzi. Europejczycy uważali, że zgromadzone przez Rosję siły nie były wystarczające, by stawić czoło takiemu oporowi.
„Mieliśmy te same informacje na temat wojsk na granicy, ale różniliśmy się w analizie tego, co działo się w głowie Putina” – powiedział Étienne de Poncins, ambasador Francji w Kijowie.
Nawet Polska, tradycyjnie wojowniczo nastawiona do Rosji, nie była przekonana do pomysłu pełnoskalowej inwazji. „Zakładaliśmy, że SWR i GRU powiedzą Putinowi, że Ukraińcy nie powitają Rosjan kwiatami i świeżo upieczonymi ciastami” – powiedział Piotr Krawczyk, szef polskiego wywiadu zagranicznego. Polskie służby miały dobry wgląd w sąsiednią Białoruś, gdzie stacjonowały siły, które mogły uderzyć na Kijów od północy, i wydawały się one najsłabszymi ze wszystkich. „Byli to głównie świeżo powołani rekruci… brakowało im amunicji, paliwa, dowództwa i wyszkolenia” – powiedział Krawczyk. Wyglądało to na mechanizm odwracający uwagę i odciągający ukraińską siłę ognia od ograniczonej inwazji na Donbas, a nie na poważną siłę bojową, która mogłaby utrzymać okupację większości kraju.
Amerykanie jednak dostrzegali szczegółowe rosyjskie plany nowego porządku politycznego na Ukrainie i byli coraz bardziej przekonani, że Putin przygotowuje się do pełnej inwazji, której celem jest zmiana reżimu. „Nie patrzył na menu i nie mówił: »Mogę zrobić coś małego, średniego albo dużego«” – powiedział Sullivan. „Był bardzo skupiony na przejęciu Kijowa”.
W Waszyngtonie zakładano, że przynajmniej w początkowej fazie wojny Putin odniesie sukces. Minister obrony Ukrainy, Ołeksij Reznikow, wspominał wizytę w Pentagonie, krótko po objęciu urzędu w listopadzie 2021 roku. Był sceptyczny wobec obaw związanych z inwazją, ale widział, że Amerykanie są przekonani, więc zapytał, czy rozważyliby wysłanie większej ilości lepszej broni, aby pomóc w obronie jego kraju przed grozą, którą zapowiadali. Spotkał się z ostrą odmową.
„Wyobraź sobie, że masz sąsiada, który wraca do domu z diagnozą raka i wie, że umrze za trzy dni” – powiedział Reznikow. „Okażesz mu litość, ale nie dasz mu drogich leków”.

Sześć tygodni przed inwazją
W pierwszej połowie stycznia Amerykanie uzyskali bardziej szczegółowe informacje na temat planów: wojska rosyjskie miały dokonać inwazji na Ukrainę z kilku kierunków, w tym z Białorusi, siły powietrznodesantowe miały wylądować na lotnisku Hostomel pod Kijowem, aby zająć stolicę, a także istniał plan zamachu na Zełenskiego. Trwały również przygotowania do działań lądowych po inwazji, w ramach których sporządzano listy „problematycznych” postaci proukraińskich, które miały zostać internowane lub stracone, oraz osób prorosyjskich, które miały zostać wybrane do rządzenia Ukrainą.

Burns poleciał do Kijowa, aby osobiście poinformować prezydenta Ukrainy o tym, czego CIA obawiała się, ale odpowiedź nie była taka, jakiej się spodziewał. Tydzień później Zełenski opublikował wideo z apelem do Ukraińców, w którym wezwał ich, by nie słuchali tych, którzy zapowiadają konflikt. Powiedział, że latem Ukraińcy będą grillować mięso na grillach jak zwykle, podkreślając, że „szczerze wierzy”, że w 2022 roku nie będzie żadnej poważnej wojny. „Oddychajcie głęboko, uspokójcie się i nie biegnijcie po zapasy jedzenia i zapałek” – powiedział do ludności. To była katastrofalna rada, biorąc pod uwagę, że wiele tysięcy ludzi wkrótce znajdzie się w strefie aktywnego konfliktu lub pod rosyjską okupacją.
Zełenski wciąż obawiał się, nie bez powodu, że panika wojenna może doprowadzić do załamania gospodarki. Władze zorganizowały szkolenia wojskowe, a tysiące Ukraińców, przerażonych strachem przed wojną, zgłosiło się na nie. Wygląda jednak na to, że w głębi duszy Zełenski po prostu nie wierzył Amerykanom. Wynikało to po części z faktu, że Zachód nie mówił jednym głosem. Przywódcy Francji i Niemiec, Emmanuel Macron i Olaf Scholz, nadal wierzyli, że wojny można uniknąć poprzez negocjacje z Putinem. „Brytyjczycy i Amerykanie mówili, że to się wydarzy” – powiedział jeden z wysokich rangą ukraińskich urzędników. „Ale Francuzi i Niemcy mówili mu: »Nie słuchaj tego, to wszystko bzdura«”.

Trzy dni po apelu wideo Zełenskiego z 22 stycznia brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało oświadczenie, w którym twierdziło, że Londyn posiada informacje wywiadowcze o tym, że Rosja chce powołać na stanowisko premiera byłego ukraińskiego parlamentarzysty Jewhena Murajewa, postać marginalną i mało znaną publicznie. Dla wielu brzmiało to absurdalnie i niewiarygodnie.
„Kiedy Wielka Brytania to ogłosiła, stałem się jeszcze bardziej sceptyczny” – powiedział europejski oficer wywiadu. „To nie miało sensu. Rosjanie chyba nie byli aż tak głupi?”

Dwa tygodnie przed inwazją
Do połowy lutego ambasady Wielkiej Brytanii, USA i kilku innych państw ewakuowały Kijów, niszcząc przed wyjazdem newralgiczny sprzęt. CIA wycofała się do tajnej bazy w zachodniej Ukrainie, zrzucając na pożegnanie kilka naramiennych pocisków przeciwpancernych w siedzibie SBU. W Londynie kluczowi pracownicy Ministerstwa Obrony przenieśli się do hoteli w pobliżu budynku ministerstwa, aby w ciągu kilku minut mogli rozpocząć pracę, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
Nawet wiele krajów europejskich ograniczyło swoją obecność w Kijowie do minimalnego personelu i opracowało plany ewakuacji, na wszelki wypadek. Jednak Macron i Scholz nadal wierzyli, że Putina da się przekonać do odstąpienia od ataku i obaj udali się do Moskwy w lutym, aby przedstawić argumenty za podjęciem działań dyplomatycznych. Po sześciu godzinach rozmów na Kremlu Macron z dumą ogłosił, że „uzyskał zapewnienie” od Putina, że Rosja nie będzie eskalować napięć.
Amerykanie nadal interpretowali sygnały Moskwy zupełnie inaczej. W ostatniej rozmowie telefonicznej Bidena z Putinem, 12 lutego, stwierdził on, że rosyjski przywódca jest twardy, zdeterminowany i całkowicie niezainteresowany jakąkolwiek ofertą negocjacji. Po odłożeniu słuchawki Biden powiedział swoim współpracownikom, że czas przygotować się na najgorsze. Wojna była nieunikniona, a inwazja mogła nastąpić każdego dnia.

W rozmowach Bidena z Zełenskim ton stawał się niekiedy napięty, ponieważ prezydent USA otwarcie stwierdzał, że Rosjanie atakują Kijów. Sfrustrowany brakiem posłuchu ze strony Zełenskiego i jego ekipy, Sullivan postanowił skupić się na ukraińskich agencjach wywiadowczych i wojsku, mając nadzieję, że podniosą one alarm oddolnie.
„Na każdym spotkaniu mówili mi, że to się na pewno stanie” – powiedział ukraiński oficer wywiadu stacjonujący w Waszyngtonie, relacjonując liczne spotkania z odpowiednikami z CIA. „Kiedy patrzyłem im w oczy, widziałem, że nie ma wątpliwości. I za każdym razem pytali mnie: »Dokąd zamierzasz zabrać prezydenta? Jaki jest plan B?«”. Odpowiedział im, że nie ma planu B.

Jak wspominał jeden z generałów HUR, niewielka grupa oficerów ukraińskiego wywiadu wojskowego, rozpoczęła w styczniu ciche planowanie awaryjne, zainspirowane ostrzeżeniami USA i informacjami samej agencji. Pod pretekstem miesięcznych ćwiczeń, wynajęli kilka kryjówek w okolicach Kijowa i zgromadzili duże zapasy gotówki. Po miesiącu, w połowie lutego, wojna jeszcze się nie rozpoczęła, więc „szkolenie” przedłużono o kolejny miesiąc.
Naczelny dowódca armii, Walerij Załużny, był sfrustrowany, że Zełenski nie chciał wprowadzić stanu wojennego, co pozwoliłoby mu na przegrupowanie wojsk i przygotowanie planów bojowych. „Zaraz będziesz walczył z Mikiem Tysonem, a jedyną walką, jaką stoczyłeś do tej pory, jest walka na poduszki z młodszym bratem. To szansa jedna na milion i musisz być przygotowany” – powiedział.
Bez oficjalnego pozwolenia Załużnyj wykonał tyle planowania, ile mógł. W połowie stycznia wraz z żoną przeniósł się z mieszkania na parterze do jego oficjalnej kwatery w kompleksie sztabu generalnego, ze względów bezpieczeństwa i aby mógł pracować dłużej. W lutym, jak wspominał inny generał, odbyły się ćwiczenia sztabowe wśród najwyższych dowódców armii, mające na celu zaplanowanie różnych scenariuszy inwazji. Obejmowały one atak na Kijów, a nawet sytuację gorszą niż ta, która ostatecznie się wydarzyła, w której Rosjanie zajęli korytarz wzdłuż zachodniej granicy Ukrainy, aby powstrzymać dostawy od sojuszników. Jednak bez odgórnego pozwolenia plany te pozostały jedynie na papierze; każdy duży ruch wojsk byłby nielegalny i trudny do zamaskowania.
W drugim tygodniu lutego ukraińska straż graniczna przechwyciła nowy dowód, który powinien mieć decydujące znaczenie: korespondencję dowódcy czeczeńskiej jednostki stacjonującej na Białorusi z Ramzanem Kadyrowem, przywódcą Czeczenii ustanowionym przez Kreml. Dowódca poinformował Kadyrowa, że jego ludzie są na miejscu i wkrótce pojawią się w Kijowie. Zełenskiemu pokazano nagranie, ale pozostał on nieprzekonany, według dobrze poinformowanego źródła. Na posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa nadal dominowała narracja, że inwazja na pełną skalę jest mało prawdopodobna, a celem narastania napięcia jest wywieranie presji ekonomicznej i politycznej na Ukrainę.
„Wielu z nas było zaniepokojonych, ale myślę, że wszyscy uznali, że najbezpieczniej będzie zgodzić się z prezydentem” – powiedział jeden z wysoko postawionych urzędników.

Kilka ukraińskich źródeł podało, że ich zdaniem Zełenski stanowczo twierdził, że poważna inwazja jest nie do pomyślenia, ponieważ przekonał go do tego Andrij Jermak, jego szef sztabu i najbliższy powiernik. Rosja działała w szarej, spornej strefie wojny hybrydowej, uważał Jermak i nie sądził, że Rosja zdobędzie się na wielką, dramatyczną inwazję, która nieodwracalnie zerwałaby stosunki z Zachodem.
Jermak, który odmówił wywiadu na potrzeby tego artykułu, był jednym z niewielu ukraińskich urzędników, którzy utrzymywali regularne kontakty z rosyjskimi odpowiednikami. Często rozmawiał z zastępcą szefa sztabu Putina, Dmitrijem Kozakiem, w ramach długo trwających impasów w negocjacjach dotyczących Donbasu.
Jeśli Kozak pomógł przekonać Jermaka, że strach przed inwazją USA jest absurdalny, to najprawdopodobniej dlatego, że sam w to wierzył. CIA oszacowała, że zaledwie garstka urzędników cywilnych znała szczegóły planów Putina aż do samego końca. Kozak, podobnie jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow i wieloletni rzecznik Putina, Dmitrij Pieskow, byli trzymani w niewiedzy, jak twierdziły dwa dobrze powiązane rosyjskie źródła.
Nawet tydzień przed inwazją większość rosyjskich elit wciąż nie miała pojęcia, co się wydarzy. „Otrzymałem telefon od kogoś wysoko postawionego na Kremlu, który powiedział: »Wokół Putina jest wielu wojskowych, atmosfera jest napięta, coś się dzieje, ale nie wiemy co«” – powiedział jeden z politycznych informatorów.

Trzy dni przed inwazją
Sytuacja zaczęła się wyjaśniać 21 lutego, kiedy Putin zebrał swoją Radę Bezpieczeństwa w jednej z okazałych, marmurowych sal Kremla. Siedział samotnie przy biurku, a jego dworzanie zgromadzili się na krzesłach po drugiej stronie sali, niezręcznie daleko od niego. Putin rozkazał im, po kolei, wejść na podium, aby udzielić wsparcia. Rada rzekomo debatowała nad formalnym uznaniem „republik ludowych” Donieckiej i Ługańskiej, które Rosja de facto okupowała od 2014 roku, za niepodległe państwa. Podtekst był jednak jasny. To była komisja wojenna.
Wielu przedstawicieli elity wydawało się oniemiałych, gdy Putin prosił ich o zgodę. Siergiej Naryszkin, szef wywiadu zagranicznego, wyglądał na przerażonego i plątał się w wypowiedziach, jąkając się w niejasnej odpowiedzi, która wywołała u Putina pogardliwy chichot, zanim ostatecznie uzyskał zgodę.

Jeden z rosyjskich informatorów powiedział, że nastrój na spotkaniu przypominał historyczne relacje o atmosferze panującej na Kremlu wiosną 1941 roku, kiedy stalinowscy szefowie wywiadu próbowali ostrzec przywódcę, że nazistowskie Niemcy zamierzają zaatakować Związek Radziecki, ale bali się naciskać zbyt mocno, biorąc pod uwagę jego głębokie przekonanie, że do tego nie dojdzie. „Naryszkin miał informacje o Ukrainie, które nie zgadzały się z tym, co mówili wszyscy inni” – powiedział informator. „Ale jest słaby i niezdecydowany, a Putin chciał mieć pewność, że wszyscy będą postrzegani jako uczestnicy tej decyzji. Dlatego właśnie obserwowaliście takie zachowanie”.
Poza kamerą doszło do kolejnej zaskakującej interakcji. Kozak, główny przedstawiciel Putina ds. Ukrainy, miał w Waszyngtonie opinię twardego gracza, ale prywatnie był przerażony ideą inwazji, o której w pełni zdał sobie sprawę dopiero w dniu spotkania na Kremlu, powiedziało źródło z jego bliskiego otoczenia.
Kozak, który znał Putina od dziesięcioleci, był jedyną osobą w sali, która odważyła się zabrać głos. Argumentując z punktu widzenia strategicznego, a nie moralnego, powiedział prezydentowi, że inwazja na Ukrainę byłaby katastrofą, choć jak większość elity, nadal nie wiedział, czy plan Putina zakłada ograniczoną akcję militarną w Donbasie, czy wojnę na pełną skalę. Po zakończeniu spotkania kontynuował dyskusję z Putinem w cztery oczy w dużej sali, podało źródło.

Miliony Rosjan oglądających telewizję nie miały okazji tego zobaczyć. Zamiast tego usłyszeli pytanie Putina: „Czy są jakieś inne punkty widzenia lub opinie specjalne w tej sprawie?”.
Pytanie zostało przyjęte milczeniem.

Dwa dni przed inwazją
22 lutego, dzień po teatralnym występie Putina, w Kijowie zebrała się ukraińska Rada Bezpieczeństwa. Podczas gdy politycy zgromadzili się przed salą obrad, Załużny próbował pozyskać poparcie dla wprowadzenia stanu wojennego, który w końcu pozwoliłby mu rozpocząć przerzut wojsk. W sali poparł go minister obrony Reznikow. Zełenski jednak nadal obawiał się siania paniki, a Rada odrzuciła stan wojenny, głosując za łagodniejszym rozwiązaniem, jakim był stan wyjątkowy.
Kilka godzin później szef Rady Bezpieczeństwa, Ołeksij Daniłow, wręczył Zełenskiemu czerwony folder zawierający ściśle tajny raport wywiadu o „bezpośrednim zagrożeniu fizycznym” dla prezydenta. Innymi słowy, grupy zabójców były w drodze. Zełenski zdawał się to zbagatelizować, ale informacja najwyraźniej zrobiła na nim wrażenie. Następnego dnia, podczas ponurego spotkania z prezydentami Polski i Litwy w okazałym Pałacu Maryjskim w Kijowie, Zełenski powiedział im, że może to być ostatni raz, kiedy widzą go żywego. Gdy tylko spotkanie się zakończyło, polscy oficerowie wywiadu wepchnęli dwóch prezydentów do konwoju, który pędził na zachód z maksymalną prędkością.

Bartosz Cichocki, ambasador Polski na Ukrainie, pozostał w Kijowie i kilka godzin później został wezwany do ambasady, aby odebrać tajny telegram z Warszawy. Był to zwięzły, jednoakapitowy tekst, informujący o rozpoczęciu inwazji tej nocy. W ciągu ostatnich dwóch tygodni Polacy zrewidowali swój sceptycyzm wobec inwazji, opierając się częściowo na nowych informacjach wywiadowczych o wojskach rosyjskich stacjonujących na Białorusi. Teraz pojawiło się ostateczne potwierdzenie nadchodzącego ataku. Był to jeden z ostatnich tego typu telegramów, jakie otrzymała ambasada; później mury trzęsły się przez kilka godzin, gdy jeden z oficerów polskiego wywiadu, wciąż przebywających w Kijowie, rozbił ciężkim młotkiem sprzęt szyfrujący, aby uniemożliwić mu dostanie się w ręce Rosjan.

Po kilkukrotnym przeczytaniu telegramu Cichocki wyszedł na zewnątrz, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Widział mieszkańców Kijowa zajętych swoimi sprawami w zimowy wieczór – widok, który wydawał się zdumiewająco normalny, biorąc pod uwagę to, co teraz wiedział. Ludzie sprawdzali program w teatrze po drugiej stronie ulicy, a jakaś jego część chciała pobiec z krzykiem i powiedzieć im, że nadchodzi wojna i nie będzie więcej przedstawień. Zamiast tego, cicho wracał do domu, z głową pełną myśli o tym, jak wkrótce zmieni się świat.

Osiem godzin przed inwazją
Jeśli Warszawa była teraz po stronie Londynu i Waszyngtonu, Paryż i Berlin pozostawały niepewne nawet w ostatnich chwilach. Oceny wywiadów obu krajów dopuszczały możliwość przeprowadzenia jakiejś akcji militarnej, ale nadal odrzucały koncepcję pełnoskalowej inwazji na Kijów. Francuski ambasador dowiedział się o tym dopiero, gdy obudził go w swoim mieszkaniu na wieżowcu odgłos rosyjskich pocisków.

Jeszcze bardziej wymowna jest historia Brunona Kahla, szefa niemieckiego wywiadu zagranicznego BND. Zanim jego samolot wylądował w Kijowie późnym wieczorem 23 lutego, amerykańskie, brytyjskie i polskie agencje wywiadowcze ustaliły już, że wydano rosyjskie rozkazy ataku. Paniczne wiadomości o zbliżającej się inwazji krążyły nawet wśród zagranicznych dziennikarzy na Ukrainie, informowanych przez swoje źródła wywiadowcze. Ale Kahl albo nie zdawał sobie sprawy z tych informacji, albo nie przejmował się nimi.
Wkrótce po przybyciu Kahla do luksusowego hotelu w Kijowie, niemiecki ambasador na Ukrainie otrzymał rozkaz z Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Berlinie o natychmiastowej ewakuacji drogą lądową całego personelu dyplomatycznego z Kijowa. Ministerstwo stwierdziło, że zagrożenie było zbyt pilne, by czekać do rana. Nawet wtedy szef niemieckiego wywiadu odmówił zaproszenia do dołączenia do nocnego konwoju dyplomatycznego, powołując się na ważne spotkania zaplanowane na następny dzień. Nic dziwnego, że do tych spotkań nigdy nie doszło. Zamiast tego, Kahl musiał zostać ewakuowany z Kijowa w dniu inwazji z pomocą polskiego wywiadu, drogami zablokowanymi przez uciekających Ukraińców.

W kwaterze głównej armii ukraińskiej, ostatniego wieczoru przed atakiem, Załużnyj i jego najwyżsi generałowie próbowali wdrożyć środki zaradcze w ostatniej chwili. Rozłożono miny na dnie Morza Czarnego, aby uniemożliwić potencjalny desant morski w Odessie, a niektórym jednostkom wydano rozkaz przemieszczenia się w bardziej strategiczne miejsca. „Wszystko to było całkowicie zabronione. Gdyby inwazja nie doszła do skutku, groziłyby nam procesy sądowe, ale większość dowódców uznała, że nie mamy wyboru i przeprowadziła działania” – powiedział jeden z generałów.

Ukraińska agencja wywiadu wojskowego HUR również kontynuowała ciche przygotowania. 18 lutego jej szef, Kyryło Budanow, otrzymał trzygodzinny briefing od zachodniego urzędnika, który szczegółowo przedstawił rosyjskie plany zajęcia lotniska w Hostomlu. Informacje te pomogły w opracowaniu planów obronnych w ostatniej chwili, choć zwycięstwo Ukrainy pod Hostomlem w pierwszych dniach wojny było chaotyczne i zacięte.
W przededniu inwazji Budanow spotkał się z Denysem Kiriejewem, ukraińskim bankierem mającym głębokie kontakty w rosyjskiej elicie, który kilka miesięcy wcześniej zgodził się przekazać HUR informacje uzyskane od swoich kontaktów w Rosji. Teraz Kiriejew poinformował Budanowa, że decyzja o inwazji została podjęta, i przekazał mu informacje o czasie i kierunku rosyjskiego ataku. (SBU uważała, że Kiriejew był potrójnym agentem, działającym ostatecznie dla Moskwy, i został zastrzelony, gdy SBU próbowała go zatrzymać kilka dni po inwazji).

Jeśli chodzi o Zełenskiego, jego rozważania skierowane do prezydentów Polski i Litwy, że mogą go już nie zobaczyć żywego, sugerowały, że w ostatniej chwili pogodził się z powagą nadchodzącego wydarzenia. Później tego samego dnia próbował dodzwonić się do Putina, ale został odrzucony. Zamiast tego nagrał wiadomość wideo do obywateli Rosji, wzywając ich do powstrzymania swoich przywódców przed rozpoczęciem wojny. Powiedział im również: „Jeśli zaatakujecie, zobaczycie nasze twarze. Nie plecy, ale twarze”. To była całkowita zmiana tonu w porównaniu z jego wcześniejszymi wiadomościami.

Mimo to Zełenski i jego żona, Ołena, położyli się spać tej nocy jak zwykle, powiedziała. Nie spakowała nawet walizki ratunkowej, co miała zrobić pospiesznie następnego dnia, słuchając w oddali eksplozji, gdy ewakuowała się w nieznane miejsce w obliczu gróźb zamachu na dwójkę dzieci pary. Inwazja zaskoczyła również większość ukraińskiego gabinetu, w tym Reznikowa, ministra obrony. Położył się spać z budzikiem nastawionym na 6 rano: miał polecieć samolotem wojskowym na linię frontu w Donbasie z bałtyckimi ministrami spraw zagranicznych, demonstrując w ten sposób bunt w obliczu wzmożonego zagrożenia. Zamiast tego, o 4 rano obudził go telefon od Załużnego z wiadomością, że wojna wkrótce się rozpocznie.

Jednym z ukraińskich urzędników, który wiedział, co się szykuje, był minister spraw zagranicznych Dmytro Kuleba. 22 lutego udał się do Waszyngtonu na spotkania, a tamtejsi funkcjonariusze wywiadu pokazali mu dokładne miejsca, w których rosyjskie czołgi rozgrzewały silniki i czekały na przekroczenie granicy. Następnie został wprowadzony na nieplanowane spotkanie z Bidenem. Wspominał, że ponura rozmowa przypominała „rozmowę lekarza z pacjentem”, a diagnoza była najwyraźniej śmiertelna.
„Kiedy opuszczałem Gabinet Owalny, czułem, że Biden żegna się zarówno ze mną, jak i z narodem ukraińskim” – powiedział Kuleba.

Inwazja
Putin ogłosił rozpoczęcie „specjalnej operacji wojskowej” 24 lutego o godzinie 4:50 czasu kijowskiego. Kilka minut później Rosja rozpoczęła serię ataków rakietowych na cele w okolicach stolicy. Przed świtem Zełenski dotarł do siedziby prezydenta przy ulicy Bankowej, gdzie odbył swoją pierwszą zagraniczną rozmowę telefoniczną z Borisem Johnsonem. „Chcę cię prosić, Borisie, jako przyjaciela mojego kraju. Zadzwoń do niego [Putina] bezpośrednio i powiedz mu, żeby zakończył wojnę” – powiedział Zełenski ochrypłym głosem do Johnsona. Później nastąpiły kolejne telefony, do Paryża i Waszyngtonu, oraz spotkanie z przedstawicielami służb bezpieczeństwa. W końcu, na pospiesznie zwołanym posiedzeniu parlamentu, wprowadzono stan wojenny.

W miarę upływu poranka Zełenski odzyskiwał opanowanie, a dezorientacja przerodziła się w determinację i gniew. Podczas spotkania z przywódcami politycznymi jego ochrona wkroczyła do pokoju i wyprowadziła go: poinformowano ich o nalotach na siedzibę prezydenta i, jak twierdzili, o możliwości przebywania w pobliżu oddziałów zabójców. Później powrócił, rozpoczynając już transformację z wstrząśniętego polityka w garniturze w dowódcę wojennego w mundurze wojskowym.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Zełenski zmieniał stroje w Kijowie, Putin powitał na Kremlu pakistańskiego premiera Imrana Khana. Wizyta była zaplanowana z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a Khan wylądował w Moskwie akurat w momencie, gdy rosyjskie czołgi przekraczały granicę z Ukrainą. Ku zaskoczeniu wszystkich, Putin dotrzymał słowa. W przełomowym dniu, który zmienił bieg historii Europy, gdy zszokowani członkowie jego elit wymieniali się przerażonymi SMS-ami, spędził z Khanem ponad dwie godziny, omawiając szczegóły dwustronnych stosunków Moskwy i Islamabadu. Putin sprawiał wrażenie „oziębłego” podczas rozmów, powiedziało źródło bliskie Khanowi. Następnie zaprosił gościa na nieplanowany, wystawny lunch na Kremlu. W pewnym momencie Khan zapytał o „słonia w salonie”: wojnę, którą Putin rozpętał kilka godzin wcześniej.
„Nie martw się tym” – powiedział mu Putin. „Za kilka tygodni będzie po wszystkim”.

Następstwa
Cztery lata później wojna trwa. Szacuje się, że zginęło około 400.000 rosyjskich żołnierzy, a zdobyli o 13% większe terytorium Ukrainy niż mieli na początku 2022 roku.
Dla brytyjskich i amerykańskich agencji wywiadowczych makabryczny i krwawy atak Putina na Ukrainę był momentem odkupienia. Miesiącami były one głęboko zakorzenione w planach wojennych, które Putin ukrywał przed większością własnych elit, a dwie dekady po fiasku w Iraku, w obliczu powszechnego sceptycyzmu, ich plany okazały się słuszne. W rezultacie, jak poinformowali urzędnicy amerykańscy, wiele służb partnerskich nabrało nowego szacunku dla CIA i innych agencji amerykańskich i zainteresowało się bliższą współpracą. (Nie jest jasne czy te pragnienia przetrwały do prezydentury Trumpa).

Ale niezależnie od tego, co im się udało, Londyn i Waszyngton niedocenili ukraińskiego oporu i przecenili rosyjską potęgę, podobnie jak Putin. Doszli do wniosku, że zadaniem po inwazji będzie wsparcie ruchu partyzanckiego przeciwko zwycięskim rosyjskim okupantom, a ukraiński rząd będzie działał z wygnania lub rządził szczątkowym państwem na zachodzie kraju. „Do samego dnia konfliktu panowało przekonanie, że to nie potrwa długo” – powiedział urzędnik brytyjskiego wywiadu wojskowego. „Myśleliśmy, że bardzo szybko znajdą się na zachód od Kijowa, a wtedy powiedzą: »Robota zrobiona, mamy to, ktoś inny może się tym zająć, dziękuję za uwagę«”.

Amerykanie mieli podobne zdanie. „Myśleliśmy, że Rosjanie będą początkowo skuteczniejsi – zdobędą Kijów w ciągu kilku tygodni, a potem Ukraińcy się przegrupują” – powiedział Haines.

Europejskie służby, które tak beznadziejnie myliły się co do możliwości inwazji, wykorzystały tę rozbieżność jako swoje wytłumaczenie: „Nie wierzyliśmy, że to się wydarzy, ponieważ myśl, że mogliby wejść do Kijowa i po prostu zainstalować tam marionetkowy rząd, była kompletnie szalona” – powiedział jeden z europejskich oficerów wywiadu. „Jak się okazało, rzeczywiście było to całkowicie szalone”.
Częścią problemu dla Brytyjczyków i Amerykanów było to, że choć mieli oni dużą wiedzę na temat planowania, zbyt mocno polegali na rosyjskich szacunkach potencjału swoich sił zbrojnych. „System zachęca ich do przedstawiania rzeczy w lepszym świetle niż są w rzeczywistości” – powiedział przedstawiciel amerykańskiego wywiadu. „Nie mieliśmy na liście płac rosyjskiego generała, który mógłby powiedzieć: »Nie napisałem uczciwego raportu przez całą swoją karierę«”.
Niewielki krąg planistów Putina również odegrał pewną rolę, tworząc beznadziejnie arogancki plan, który nie został poddany rygorystycznej krytyce przez specjalistów wywiadu znających ukraińskie realia. Rosyjskie wojska wkroczyły na Ukrainę, spodziewając się chirurgicznej zmiany reżimu z niewielkim oporem, a nie zaciętych walk, które je czekały. Moskwa nie zawracała sobie głowy wieloma działaniami, które zachodni analitycy wojskowi zakładali jako towarzyszące inwazji, takimi jak zniszczenie ukraińskich sieci energetycznych i komunikacyjnych. Armia rosyjska zakładała, że w ciągu kilku dni przejmie kontrolę nad większością kraju, więc postanowiła ułatwić późniejszą okupację, zachowując nienaruszoną infrastrukturę. Zamiast tego, sprawne sieci komórkowe i gotowe zasilanie okazały się kluczowe dla koordynacji pospiesznie sformowanych ukraińskich sił obronnych.
„Połowa z tego wynika z tego, że przeceniliśmy rosyjski potencjał militarny, a niedoceniliśmy ukraińskiej armii” – powiedział Michael Kofman, analityk z Carnegie Endowment w Waszyngtonie. „A druga połowa wynika z tego, że Rosjanie nie przeprowadzili operacji w sposób, który wielu przewidywało, ani w sposób, który miałby sens”.

Buntownicza postawa Zełenskiego w dniach po inwazji była kolejnym nieoczekiwanym czynnikiem. Waszyngton, podobnie jak Moskwa, zakładał, że albo zginie, albo ucieknie, gdy tylko rakiety zaczną latać. Biden namawiał go do opuszczenia stolicy, a nawet kraju, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jednak Zełenski pozostał, a jego inspirująca rola jako przywódcy w czasie wojny w kluczowych pierwszych tygodniach inwazji pomogła zjednoczyć społeczeństwo ukraińskie w walce z najeźdźcami. Ukryła również pytania o jego absolutną nieuwagę w kwestii ostrzeżeń USA w okresie przygotowań do inwazji.
Od tamtej pory Ukraina jest w stanie wojny, z niewielkim czasem i ambicją, by ponownie rozpatrywać debatę na temat tego, czy należało zrobić więcej, aby przygotować ludność zawczasu. Dyskusja ta może jednak powrócić, zwłaszcza jeśli w przyszłych wyborach Zełenski zmierzy się z Załużnym, byłym dowódcą armii i obecnym ambasadorem w Londynie, który naciskał na dalsze działania, ale spotkał się z odmową. Załużny powiedział, że brak odpowiedniego przygotowania drogo kosztował Ukrainę na początku inwazji. „Stan wojenny powinien zostać wprowadzony w styczniu, a najpóźniej w lutym” – powiedział.
Inni sugerują, że odmowa Zełenskiego, by podnieść alarm – nawet jeśli nieumyślnie – mogła uratować Ukrainę. „Gdyby zaczął mówić o nadchodzącej wojnie, kazał wszystkim się przygotować, społeczeństwo wpadłoby w panikę, a miliony ludzi uciekłyby” – powiedział jeden z generałów HUR. „Kraj najprawdopodobniej upadłby”.

Wyciągnięte wnioski
Służby europejskie, które nie przewidziały inwazji, rozpoczęły okres rozterek. Jeden z europejskich oficerów wywiadu powiedział, że byli wściekli z powodu tej porażki i naciskali na wewnętrzne dochodzenie w sprawie tego, co można było zrobić lepiej. „Cały raison d'etre służby wywiadowczej polega na przewidywaniu, kiedy nadejdzie kolejna wojna” – powiedział oficer. „A my kompletnie to schrzaniliśmy”.
Huw Dylan, historyk wywiadu z King’s College London, powiedział, że analitycy wywiadu od dawna nie chcieli przewidywać, że przyszłe wydarzenia doprowadzą do dramatycznego zerwania z przeszłością. Ludzie nie mogli sobie wyobrazić, jak wyglądałaby wielka europejska wojna lądowa w XXI wieku, więc zakładali, że jest mało prawdopodobne. Co więcej, sceptycyzm jest zazwyczaj bezpieczniejszą opcją. „Jeśli przewidujesz coś, co ma ogromne implikacje, ponosisz większą odpowiedzialność, jeśli się pomylisz” – powiedział.
Niepowodzenie na Ukrainie zaczęło to zmieniać. Jak ujął to jeden z niemieckich urzędników: „Najważniejszym wnioskiem, jaki z tego wszystkiego wyciągnęliśmy, było to, że musimy o wiele bardziej niż wcześniej pracować nad najgorszymi scenariuszami”.

Teraz, gdy świat wkroczył w nową erę niepewności, pojawia się więcej czarnych scenariuszy do rozważenia. Niedawne europejskie ćwiczenia wojskowe koncentrowały się na tym, jak utrzymać porządek po masowych atakach na infrastrukturę energetyczną i komunikacyjną, które wywołały niepokoje społeczne. Po raz pierwszy od stulecia Kanada modeluje potencjalne reakcje na inwazję USA.
Dla wielu najważniejsza lekcja, jaką wyciągnięto z działań wywiadowczych na Ukrainie, była jasna: nie należy wykluczać pewnych rzeczy tylko dlatego, że kiedyś wydawały się niemożliwe.


3.
Obraz zawierający tekst, człowiek, pojazd, ubrania

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.
Simon Tisdall
Ukraina jest największą i najbardziej brzemienną w skutki zdradą Ameryki
https://www.theguardian.com/commentisfree/2026/feb/21/ukraine-us-betrayal-donald-trump-vladimir-putin
Patrząc z perspektywy Europy, niepowodzenie Stanów Zjednoczonych w obronie narodu ukraińskiego przed rosyjską agresją jest największą i najpoważniejszą z szeregu niedawnych amerykańskich zdrad. Nie chodzi tylko o odrażającą uległość wobec Władimira Putina, oskarżonego zbrodniarza wojennego i masowego mordercy. Nie chodzi tylko o obwinianie ofiar i zastraszanie Kijowa, by ten szedł na ustępstwa. Nie chodzi nawet o ordynarne próby Donalda Trumpa, by spieniężyć wojnę i wycisnąć z nieszczęścia milionów ludzi chwałę Nobla, jednocześnie podważając sojuszników z NATO i depcząc prawa suwerenne.
To, co naprawdę szokuje i boli, to jawna zła wola okazana przez kraj, który Europejczycy zawsze uważali za przyjaciela. Jak zauważyła XVIII-wieczna angielska powieściopisarka Ann Radcliffe, „niewiele okoliczności jest bardziej bolesnych niż odkrycie perfidii u tych, którym zaufaliśmy”. Powtarzając mroczne ostrzeżenie Trumpa po tym, jak został odrzucony w sprawie Grenlandii: Europa będzie pamiętać.
Gdy pełnoskalowa wojna, którą Putin rozpoczął w 2022 roku, wkracza w piąty krwawy rok w ten wtorek, Europa, podobnie jak Rosja, jest w poważnych tarapatach. Podobnie jest w przypadku Stanów Zjednoczonych, choć Trump i jego pyskaci pajace, Marco Rubio i JD Vance, jeszcze tego nie dostrzegają. Większość Europejczyków uważa teraz swojego głównego partnera za niepewnego, wręcz wroga. Globalne wpływy i przywództwo USA szybko słabną, ku uciesze ogromnej przewagi Chin. Wszędzie autokraci się cieszą, podobnie jak rosnące w siłę partie skrajnie prawicowe w Europie.

„Kwestia, jak ta wojna się skończy, jest w istocie kwestią egzystencjalną dla Europy” – powiedział Wolfgang Ischinger, przewodniczący tegorocznej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. „Zadecyduje ona – na wiele sposobów – o przyszłości tego kontynentu”. Ale wojna okazuje się ostateczna również dla Trumpa i jego ograniczonych, bigoteryjnych ideologów Maga. Pomijając rosyjskie grabieże (i nielegalny zamach stanu w Wenezueli), Rubio postanowił w Monachium zaatakować globalizację, „kulty klimatyczne” i multikulturalizm. Sekretarz stanu USA wezwał do powrotu do ultranacjonalizmu, protekcjonizmu, zamkniętych granic i kultury chrześcijańskiej. „Wczoraj się skończyło” – oświadczył.

Mały Marco (jak nazywa go Trump) jest zdezorientowany. Trumpizm to odtwarzanie wczorajszego dnia, fantazjowanie o „starych, dobrych czasach”. Putin cierpi na podobne urojenia. Wojna jest częścią jego rewanżystowskiego projektu, by przywrócić Rosji potęgę, odbudować strefę wpływów sowieckich. Podobnie Xi Jinping, przywódca Chin, próbuje dokonać własnego wielkiego skoku wstecz, gromadząc władzę dyktatorską w stopniu niespotykanym od czasów Mao Zedonga.
Otwarta, kochająca wolność, tęczowa Europa demokracji i rządów prawa jest żywą naganą dla tych ociężałych, retro-potworów Frankensteina i ich skrajnie prawicowych naśladowców. Oni ją brzydzą się nią i boją się jej. Podobnie jak Ukraina, stoi im na drodze.
Zdrada USA wobec Ukrainy, zapowiadająca jej szerszą zdradę, nie zaczęła się od Trumpa. Zapewnienia Billa Clintona o bezpieczeństwie dla Kijowa po uzyskaniu niepodległości w 1994 roku okazały się bez znaczenia. Barack Obama nie mrugnął okiem, gdy Putin zajął Krym w 2014 roku. Joe Biden, prześladowany przez duchy zimnej wojny, zareagował z fatalną ostrożnością na inwazję w 2022 roku.
Zmieniło się to, że zdrady Trumpa są celowe i dzieją się teraz. Każdy świt przynosi kolejny dzień hańby. W zeszłym roku liczba ofiar cywilnych na Ukrainie osiągnęła najwyższy poziom od początku wojny, gdy Putin rozszerzył wojnę, którą Trump obiecał zakończyć w ciągu 24 godzin. Bezpośrednie dostawy broni z USA zostały zredukowane niemal do zera. Śmieszny „proces pokojowy” Trumpa, nadzorowany przez kolesia z biznesu i jego wdzięczącego się zięcia, spełnia maksymalistyczne żądania Putina, jednocześnie wykluczając Europę.
28-punktowy „plan pokojowy” Trumpa – jednostronny plan na zwycięstwo Rosji – został szybko zdyskredytowany. Mimo to nadal nalega na oddanie przez Kijów suwerennego terytorium, ustanawiając katastrofalny precedens i wstrzymując gwarancje bezpieczeństwa. Nadal dąży do szybkiego zarobku na ukraińskich zasobach mineralnych i powojennych umowach z Rosją. Nadal notorycznie zastrasza godnego podziwu prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełenskiego. I nadal umniejsza europejskich sojuszników, jednocześnie uwodząc Putina i autorytarnych przywódców, takich jak Viktor Orbán z Węgier, Javier Milei z Argentyny i Benjamin Netanjahu z Izraela.
W bezwstydnej zdradzie Trump nie ma sobie równych we współczesnym świecie. Jednak narasta przekonanie, że nie może i nie będzie trwać. Jak długo jeszcze chętni naiwniacy, tacy jak szef NATO, Mark Rutte, będą paplać o żywotnych stosunkach transatlantyckich, skoro Trump codziennie rozpuszcza je w kwasie i jadzie? Jak Rubio śmie pouczać Europejczyków o cywilizacji chrześcijańskiej, podczas gdy on i inni barbarzyńcy Nowego Świata przymykają oko na izraelskie okrucieństwa w Strefie Gazy? Teraz planują ponownie zaatakować Iran, a może także Kubę. Jakim prawem?
Perfidna tyrania Trumpa, równie toksyczna w kraju, jak i za granicą, będzie się tylko pogłębiać, im dłużej będzie tolerowana. Pomimo wszystkich oczywistych przeszkód i trudności, konieczne jest, aby Europejczycy i antytrumpowska większość w USA przed wyborami uzupełniającymi zaczęli mówić jednym głosem – i łączyć słowa z czynami. A gdzie lepiej zacząć niż na Ukrainie, na prawdziwej i symbolicznej linii frontu w walce między liberalną demokracją a osią Trump-Putin?

Oto, co należy zrobić: wysłać wojska z europejskiej „koalicji chętnych” do zabezpieczenia i obrony Kijowa i innych nieokupowanych miast; Rosji nie można pozwolić na weto. Wprowadzić strefę zakazu lotów, o co wielokrotnie apelowałem. Zwiększyć liczbę pocisków obronnych i dronów. Zlikwidować flotę cienia Rosji. Zintensyfikować tajne „działania aktywne”, w tym cyberataki i sabotaż, aby przeciwdziałać wojnie hybrydowej Kremla. Przejąć aktywa, wydalić szpiegów, ujawnić kłamstwa, zmienić narrację. Europa musi domagać się natychmiastowego zawieszenia broni, a następnie stopniowego wycofywania się Rosji i przyjąć wiodącą rolę w wszelkich rozmowach o ostatecznym rozwiązaniu konfliktu.

Jeśli nie, to co? Rozważmy alternatywy: niekończącą się wojnę, niekończące się zabijanie albo niemożliwy do utrzymania, niesprawiedliwy pokój na warunkach Trumpa i Putina. Europa jest w pogotowiu: Stanom Zjednoczonym nie można ufać. To wyzwanie jest rzeczywiście egzystencjalne. Wszystko, co reprezentują i co cenią, jest potencjalnie zagrożone. Niezależnie od tego, jak to się stanie, dla dobra wyczerpanego, niepokonanego narodu Ukrainy oraz dla własnego przyszłego pokoju i bezpieczeństwa, Europejczycy (w tym Wielka Brytania) muszą w końcu znaleźć jedność, odwagę i środki, by podjąć ofensywę militarną, gospodarczą, dyplomatyczną i moralną.
Europa musi skierować walkę prosto pod drzwi Putina. I powiedzieć Trumpowi, żeby się odczepił.

Simon Tisdall jest komentatorem spraw zagranicznych w Guardian


4.
10 lat temu
1.
POLACY, CZYLI KTO?
Jeżdżę sobie po Galindii (wiedzieliście, że na terenie Polski leży taka kraina?!) i zastanawiam się, czy któryś z obywateli obecnej RP identyfikuje się z oryginalnymi mieszkańcami tej ziemi? Przejeżdżam do Jaćwierzy i tak sobie dumam nad kruchością narodowych losów: wystarczy jeden dupek w roli wodza – Komata - i – cyk – i po całym narodzie; zniszczył go książę krakowski Bolesław V Wstydliwy (wstydliwy, bo z pobożności obiecał nie dotykać swojej żony Kingi, a ja podejrzewam, że gej).
Jak niewiele trzeba, żeby zaginął cały naród…

No, może w wypadku Jaćwingów nie tyle po narodzie, co po plemieniu, ale na tyle potężnym, że Bolesław Chrobry musiał szukać z nim przymierza, żeby pokazać Rusinom, gdzie raki zimują. Zanikł język jaćwinski i nikt po nim nie płacze…
Dlaczego nikt nie czuje się Dziadoszaninem? Albo Pyrzyczaninem? Lędzianinem? Tylko wszyscy identyfikują się z agresorem i okupantem: Polanami? W jakim języku Mieszko rozmawiał ze swoją pierwszą, czeską żoną? Albo Chrobry z cesarzem Ottonem? Po niemiecku? Skandal!
Jak niewiele trzeba, żeby zaginął cały naród…

Kiedy pozostałe plemiona, zamieszkujące tereny między Sprewą a Dniestrem zaakceptowały utratę swojej tożsamości, zaakceptowały knuta tych, którzy ich podbili?
Kiedy podbite przez księcia Mieszka plemiona przyjęły narzuconą przez zniemczonych Czechów obcą, bliskowschodnią religię? Podobno oryginalna „polska”, przywieziona z pogranicza Indii i Iranu, przetrwała tu i ówdzie do XVI w., ale chicho, sza!
Podobno Mieszko zdecydował się na „chrzest”, by z jednej strony zapewnić sobie względną nietykalność ze strony książąt niemieckich, brutalnie nawracających Słowian, a z drugiej, by rozpędzić konserwatywną kastę kapłanów Peruna i Świętowita. No a chrześcijanie, tak, jak zadbali, by śladu dymu popiołu nie pozostało po ewangeliach apokryficznych i innych pismach protochrześcijańskich nie zatwierdzonych na Soborze Nicejskim w 325 r., tak i zadbali, by śladu dymu popiołu nie zostało po oryginalnej politeistycznej teologii Słowian i ich panteonie.
Jaćwingowie nigdy nie przyjęli chrześcijaństwa i zaniki, wybici i rozproszeni. Chyba nie byli bardzo sympatyczni, zajmowali się głównie rozbójnictwem, ale co my tam wiemy – historię piszą zwycięzcy.
Jak niewiele trzeba, żeby zaginął cały naród…

Jan Długosz opisując w swych „Rocznikach” wyprawę Bolesława Wstydliwego na Jaćwingów w 1264 r. tak ich opisał: „Mieszka zaś naród Jaćwingów w północnej stronie, graniczy z Mazowszem, Rusią i Litwą i ma język w dużej mierze podobny do języka Prusów i Litwinów i zrozumiały dla nich, a ludy dzikie, wojownicze i tak bardzo żądne sławy i pamięci, że dziesięciu spośród nich walczyło ze stu wrogami, zachęconych tą jedyną nadzieją i świadomością, że po śmierci i zagładzie ziomkowie będą ich sławić pieśniami o dzielnych czynach. To usposobienie przyprawiło ich o zgubę, ponieważ mała garstka łatwo ulegała liczebnej przewadze tak, że powoli niemal cały ich naród wyginął, ponieważ nikt z nich nie cofał się przed nierówną walką, ani nie starał się uciec po wdaniu się w walkę”.
Takie refleksje mnie nachodzą, kiedy jeżdżę zygzakiem po przecudnej Jaćwierzy, gdzie po pierwszych mieszkańcach śladów nie ma poza kilkoma kurhanami; są natomiast, nader liczne, po Prusakach.
Jak niewiele trzeba, żeby zaginął cały naród…

Zaś Gall Anonim w swojej kronice podaje, że Mieszko był ślepy do siódmego roku życia. I pisze: „Po odzyskaniu wzroku książę Siemomysł (ojciec Mieszka) pilnie wypytywał starszych i roztropniejszych z obecnych, czy ślepota i przewidzenie chłopca nie oznacza jakiegoś cudownego znaku. Oni zaś tłumaczyli, że ślepota oznaczała, iż Polska przedtem była tak jakby ślepa, lecz odtąd – powiadali – ma być przez Mieszka oświeconą i wywyższoną ponad sąsiednie narody”.
No i tak się już od tysiąclecia ze zmiennym szczęściem wywyższamy, chociaż napisane jest kto się wywyższa będzie poniżony i what goes up must come down. Może stąd nasz paranoiczny antysemityzm? Że się ścigamy kto bardziej Wybrany?
Jak niewiele trzeba, żeby zaginął cały naród…
Jeden głupi wódz i po wszystkim…

2.
HEJ, IDZIEM W LAS
W wierzeniach Słowian, demony związane były z miejscami, wiele z nich mieszkało w lesie, w matecznikach, uroczyskach, gęstwinach. Las uosabiał strach przed nieznanym, niewidzialnym. Dziś na ogół jest miejscem, do którego polscy patrioci, miłośnicy biało-czerwonej i orła białego zwożą śmieci. Pohańbiony, nim zostanie zabity.
Jaki jest las na przednówku, w poranek po deszczu ze śniegiem?
Pachnący. Odurza zapachem grzybów (skąd, przecież nie sezon?!) ściółki i świeżych, targanych wiatrem igieł.
Ogłusza ciszą, wrogiem współczesnego człowieka. Szelestem spadających z gałęzi kropli.
A cóż za paleta! Zrazu, przy ziemi, szarobrunatne, tam, gdzie ni człowiek ni zwierz nie sięgnie przechodzą w pomarańczowe, by na koniec eksplodować świeżą zielenią! A tam, gdzie deszcz zrobił się biały, na samym czubku, sosnowa głowa przyprószona jest dostojną siwizną. Nie odrywałbym wzroku od tego spektaklu, ale przechodzę mimo i odwracam głowę, bo zaraz widzę je powalone, zabite. Odrąbane części tego samego do niedawna organizmu: pieniek i pień rażą w oczy żółtymi krążkami, lecz ta czerniejąca w oczach żółć to znak śmierci, jak krzepniejąca krew ściętego człowieka.

3.
NAJGORSZY WRÓG: JA
Czy to Bóg się zabezpieczył i tak zamieszał różnymi białkami, że został w nas gen śmierci? Boskie plany…
A może pozostawił jeszcze jeden, którego jeszcze nie odkryliśmy, gen zbiorowego samozniszczenia? Na Jego skinienie, wszystkie istoty ludzie ogarnia nieodparte pragnienie zadania sobie bólu, dążenia do unicestwienia?
A może to nie boskie, lecz tkwią w nas szatańskie geny i to on, pan ciemności czeka tylko na właściwy moment, żeby je w nas uruchomić, żeby odebrało nam rozum, żebyśmy zaczęli postępować wbrew własnym interesom, przeciwko sobie samym?
Nie odkryjemy, nikt nam nie powie, czy to geny boskie, czy diabelskie…
Ale kiedy już zaczniemy nasz pęd ku samozagładzie, co będzie mogło nas powstrzymać?
Tylko my sami.
My sami będziemy musieli pojąć, że pędzimy ku nicości i my sami będziemy musieli zdobyć się na odwagę walki z… nami samymi. Będziemy musieli siebie pokonać, by przetrwać…
To nie żaden wróg zewnętrzny, lecz my sami jesteśmy dla siebie największym zagrożeniem. Musimy się pokonać, żeby przetrwać.
Przetrwać, choćby w planach szatana było zapisane inaczej.
Przetrwać, choćby nie było to w boskich planach.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.


4 lata temu
1.
Wczoraj, gdy kolumny rosyjskich czołgów wjeżdżały na teren okupowanej wschodniej Ukrainy, świat obchodził Międzynarodowy Dzień Języków Ojczystych.
Taki ktoś, jak D.O. ma w związku z tym Dniem potrójne wzloty sentymentalne.
- pierwszy wzlot – to miłość do polszczyzny
- drugi wzlot – to zdumienie, jak taki potraktowany substancją pikantną system komunikacyjny w ogóle mógł się wykształcić, a potem zostać przez jakąś większą wspólnotę ludzką zaakceptowany
- trzeci wzlot – to żywa złość na tych durniów, którzy, choć urodzili się i do szkół chadzali w Polsce, nie są w stanie nauczyć się poprawnie go używać. Przy czym zasada jest taka, zapewne P.T. Czytelnicy ją wyodrębnili: im kto większym patriotą polskim się ogłasza, tym w gorszej to robi polszczyźnie.

Do w/w wzlotów D.O. dołącza istotne asteryski:
- D.O. ma dwa języki ojczyste. A kto ma dwa języki – ma dwie dusze.
- D.O. posługuje się jeszcze kilkoma innymi, oprócz ojczystych, więc ma pewne porównanie.

2. Do w/w wzlotów i asterysków, D.O. dołącza jeszcze czułość wobec małych języków ojczystych, które bohatersko trwają jak wysepki na wzburzonym oceanie języków większych. Niektóre są pod kloszem państw, inne zmuszone są wegetować w podziemiu, wśród państwowej i społecznej wrogości.
W jednej D.O. ojczyźnie, gdzie został zaadoptowany, państwo podpiera języki i dialekty regionalne i lokalne, by godnie stawiały czoło wichrowi sztucznego języka narodowego.
W drugiej D.O. ojczyźnie, gdzie się urodził, od co najmniej 77 lat na języki odmienne od „oficjalnego” patrzy się z niechęcią, jeśli nie z wrogością, a bywało, że były one prześladowane. Naród, który tak miał za złe germanizację i rusyfikację, postępował dokładnie tak, jak brutalni zaborcy. A ostatnio Przemysław Nowosilcow nakazał zmniejszyć nauczanie języka ojczystego w szkołach mniejszości niemieckiej.
Jak jest po niemiecku „Wóz Grzymały”?

3. Za najstarsze w języku polskim uchodzą dwa zdania:
Pierwsze to „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai”. To zdanie zostało zapisane w 1270 na karcie 24 tzw. Księgi Henrykowskiej.
Drugie to „Byegaycze, byegaycze! (...) Gorze szą nam stalo!”. To zdanie zostało zapisane między 1455–1480 w „Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego”, Jana Długosza.
To taki test, drogi Czytelniku: znasz język polski?

4.
Pierwszy zapis „Bogurodzicy” pochodzi z 1407 r., ale badacze nie wykluczają, że mogła powstać nawet ponad 100 lat wcześniej. Kolejny test: dasz radę przeczytać i zrozumieć język polski, Czytelniku?:
Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja,
U twego syna Gospodzina matko zwolena, Maryja!
Zyszczy nam, spuści nam.
Kyrieleison.
… Nas dla wstał z martwych syn boży.
Wierzyż w to, człowiecze zbożny,
Iż przez trud Bog swoj lud
Odjął diablej strożej. 
Jenże trudy cirpiał zawiernie,
Jeszcze był nie prześpiał zaśmiernie, …
Ciebie dla, człowiecze, dał Bog przekłoć sobie
Ręce, nodze obie,
Kry święta szła z boka na zbawienie tobie. …
Haza nas huchowa ote wszego złego.

5.
Wygląda na to, że tradycja nie garnięcia się do nauki jest w Polszcze tak długa, jak Polska sama. Albowiem pierwszy słownik języka polskiego napisał Samuel Bogumił Linde, wydany… w 1810 roku. To jakim językiem mówiono przez – ponoć – osiem wieków istnienia Polski, cokolwiek by pod tą nazwą rozumieli tutejsi i obcy. A Samuel Bogusław Linde był …Szwedem! Urodził się w Toruniu jako syn imigranta ze Szwecji, majstra ślusarskiego i rajcy Jana Jacobsena Lindego i Anny Barbary z domu Langenhann.
Nie dość tego: pierwszą Gramatykę Języka Polskiego (Polonicae grammatices institutio) opracował Piotra Stoiński, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Pierre Statorius i był …Francuzem, urodzonym w Thionville. „Grammatices” wydana została w roku 1568. Drugim podręcznikiem polskiego było „Compendium linguae polonicae” Niemca Nicolausa Volckmara (1594), a w 1616 ukazał się podręcznik pt. Schluessel zur Polnischen vnd Teutschen Sprach / Klucz do Polſkiego y Niemieckiego Jezyká. To jeſt: Gruntowna náuká / Jáko śie nie tylko Niemiec Polſkiego: Ale jáko śie y Polak Niemieckiego jezyká / łátwiey y rychley czytáć / rozumieć / mowić y piſáć náuczyć może Niemca Jeremiasa Rotera.

6. Skąd się wziął język polski? W V i IV tysiącleciu p.n.e., między Europą Środkową a Azją Centralną żyły plemiona mówiące językiem praindoeuropejskim.
W czwartym tysiącleciu p.n.e. wskutek wędrówek plemion język praindoeuropejski uległ zróżnicowaniu.
Powstały dialekty, z których rozwinęły się osobne języki, m.in. pragrecki, praitalski, pragermański czy prabałtosłowiański, który później rozpadł się na prabałtycki i prasłowiański.
Prasłowianie, rozpoczęli wędrówki na wschód i południe i tak wyodrębniły się języki zachodniosłowiańskie, wschodniosłowiańskie i południowosłowiańskie.
- Zachodniosłowiańskie to: polski, czeski, słowacki, łużycki, kaszubski oraz wymarłe: połabski, pomorski, słowiński;
- wschodniosłowiańskie to: ukraiński, białoruski i rosyjski;
- południowosłowiańskie to: serbski, chorwacki, słoweński, bułgarski, macedoński.
Zanim jeszcze powstały języki zachodniosłowiańskie, już były trzy dialekty – czesko-słowacki, łużycki i lechicki. Dialektem lechickim posługiwało się wiele plemion zamieszkujących tereny Wielkopolski, Śląska, Małopolski i Mazowsza:
- Bobrzanie,
- Dziadoszanie,
- Lędzianie,
- Opolanie,
- Polanie,
- Ślężanie,
- Wiślanie.
Plemiona te zjednoczyli Piastowie. Kluczową rolę w rozwoju polszczyzny odegrało zatem kształtowanie się polskiej państwowości.
 (Za: https://polszczyzna.pl/skad-wzial-sie-jezyk-polski/)

7. Ile słów jest w języku polskim?
Standardowy język polski liczy – według różnych szacunków – od 6 tysięcy do 10 tysięcy wyrazów.
„Wielki słownik ortograficzny PWN” pod red. E. Polańskiego ma 150 tysięcy haseł, ale są tam te same słowa, wielokrotnie odmieniane.
Włoski ma kilka klasycznych słowników. Słowniki Devoto Oli i Zingarelli liczą od 110 do 145 tysięcy słów, Słownik De Mauro 260 tysięcy, ale jest wiele terminów technicznych i specjalistycznych, Słownik Battaglia ma 210 tysięcy, ale wyklucza słownictwo naukowe, natomiast najpopularniejszy, Zingarelli, ma 380 tysięcy haseł.
Najwięcej słów ma język szwedzki – 600.000 słów. Potem idą: islandzki i japoński (500.000 słów), litewski, angielski (470.000 słów).

8.
Najdłuższe słowo w języku polskim to: Konstantynopolitańczykowianeczka. Oznacza ono "malutką dziewczynkę, mieszkankę Konstantynopola". To pikuś w porównaniu z najdłuższym słowem świata. Jest nim chemiczna nazwa tytyny, czyli włóknistego białka mięśni poprzecznie prążkowanych u kręgowców. To określenie liczy 189.919 liter i czyta się je średnio 3 godziny i 33 minuty!
Najkrótsze polskie słowo to „i”. Razem z „o”, „u”, „w”, „a” i „z”. Najbardziej „niegramatyczne” to „gżegżółka”.
Culture.pl cytuje za księgą Guinnessa najdłuższą nazwę geograficzną. Wzgórze w Nowej Zelandii w języku maoryskim ma 85 liter i oznacza „szczyt wzgórza, gdzie Tamatea, mężczyzna o wielkich kolanach, zdobywca gór, pożeracz ziemi i podróżnik grał na flecie dla swojej ukochanej”.
„Drzewomarmeladeskrzynka” Gałczyńskiego, wyśmiewającego się z niemczyzny (D.O. poświęcił kiedyś ładnych parę minut na rozszyfrowanie „Sonnerstadtrundfahrkarten”) to kolejny pikuś.

9.
Podobno najtrudniejsze do wymówienia dla cudzoziemców to panabrzechwowe „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”. D.O. dorzuci od siebie: „Chociaż żuczek rzecz maluczka mnie urzeka życie żuczka. Czy w Przysusze czy też w Pszczynie życie żuczka rześko płynie”.
Najbardziej polskie słowo to „żółć”. Zgadnij, Czytelniku, dlaczego?

10.
Są też języki, które nie używają wyrazów, jak język kanaryjskich przemytników, który jest gwizdany. W 2009 roku został wpisany na listę UNESCO jako dziedzictwo niematerialne ludzkości.
Język O!Kung!, nazywany językiem sekelele, jest używany w Angoli i Namibii i posługuje się mlaskami, co skłania D.O. do przekonania, że pewien Świrek Żoliborski by czuł się tam jak u siebie na Żoliborzu.
Nb. D.O. przyjaźnił się z pewnym lordem, którzy po ukończeniu fakultetu języków południowoafrykańskich był zdolny wydawać takie mlaski z dużą wprawą, podobnie, jak dźwięki gardłowe przemieszane, z klaskaniem językiem. Niestety, ów lord stoczył się i został fotografem. Co prawda dla najlepszych magazynów brytyjskich i światowych, ale rodzina nie mogła być zeń zadowolona.
Acha, botswańskie filmy “The Gods Must be Crazy” i „The Gods Must be Crazy II” to dwa najbardziej urocze i śmieszne filmy, jakie D.O. kiedykolwiek widział.

11.
No to może D.O. przypomni sobie jeszcze parę mądrości z czasu studiów:
Język to system budowania wypowiedzi, używany w procesie komunikacji.
Żeby doszło do komunikacji musi nastąpić wszystko to, co lingwista Roman Jacobson zawarł w swoim słynnym schemacie.
Musi zatem istnieć przede wszystkim nadawca i odbiorca. Musi być też komunikat, który nadawca nadaje a odbiorca odbiera. Żeby komunikat dotarł od nadawcy do odbiorcy musi istnieć między nimi kontakt, bezpośredni lub za pośrednictwem technologii. No i musi istnieć kod, zrozumiały zarówno dla nadawcy i odbiorcy. Na cały proces komunikacji, jak i na komunikat ma zawsze istotny wpływ kontekst, a nawet konteksty, jeden dla nadawcy, drugi dla odbiorcy, trzeci dla komunikatu.
Język jest typowym kodem akustycznym. Są jeszcze inne, ale dość mądrzenia się na dziś.

12. D.O. jeszcze pamięta, że jego dzieciństwo wypełnione było ludźmi mówiącymi z cudownym, wschodnim zaśpiewem i był nauczony, który jest „lwowski”, a który „wileński”. Ale bardzo mu się nie podobało, kiedy mówiło się o mówiących tak pięknie ludziach z pogardą: „Polak zza Buga”. I jakoś tak się porobiło, że w państwie, w którym 1/3 ludności to imigranci, rozpanoszył się wstrętny rasizm i ksenofobia…
A tej różnorodności – narodowościowej i językowej – Rzeczypospolitej, bardzo D.O. brakuje.

13.
Ale jeszcze trochę tej różnorodności zostaje. D.O. nieba by im przychylił.
Motto

„W antryju na byfyju stoi szolka tyju”*,
„W antrejce na ryczce stały pyry w tytce, przyszła niuda, spucła pyry, a w wymborku myła giry”**,
Ziemniaki, pyry, bulwy, grule, barabole, kartofle.
Na Kaszubach: apfelzyna (pomarańcza), cedelk (kartka), chùtkò (szybko), darżëszcze (droga), grónk (dzban), szãtopiérz (nietoperz);
Na Podlasju: cieper (teraz), czyżyk (chłopczyk), klekotun (bocian), mączka (cukier), poklikać (zawołać), ślozy (łzy), zieziulka (kukułka);
Na Śląsku: bajtel (dziecko), binder (krawat), kusik (całus), szmaterlok (motyl), śtrasbanka (tramwaj);
W Wielkopolsce: bejmy (pieniądze), chabas (mięso), glazejki (rękawiczki), gzik (twarożek), kejter (pies), szneka z glancem (drożdżówka z lukrem);
W Małopolsce: andrut (wafel), bańka (bombka na choinkę), chochla (łyżka wazowa), cwibak (keks), miednica (duża miska), sagan (czajnik), sznycel (kotlet mielony), warzyć (gotować).
(Za: Culture.pl Autor: Janusz R. Kowalczyk)

14.
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej,
Art. 27.
W Rzeczypospolitej Polskiej językiem urzędowym jest język polski. Przepis ten nie narusza praw mniejszości narodowych wynikających z ratyfikowanych umów międzynarodowych.
Art. 35.
1. Rzeczpospolita Polska zapewnia obywatelom polskim należącym do mniejszości narodowych i etnicznych wolność zachowania i rozwoju własnego języka, zachowania obyczajów i tradycji oraz rozwoju własnej kultury.
2. Mniejszości narodowe i etniczne mają prawo do tworzenia własnych instytucji edukacyjnych, kulturalnych i instytucji służących ochronie tożsamości religijnej oraz do uczestnictwa w rozstrzyganiu spraw dotyczących ich tożsamości kulturowej.

15.
Jakie mamy gwary w Polsce?
Gwarę podhalańską, śląską, poznańską, warszawską, krakowską i podlaską.
Status języka regionalnego ma w Polsce jedynie kaszubski. Ślązacy od dawna domagają się uznania ich mowy za język regionalny, ale przecież, to ukryta opcja niemiecka, więc nici z tego. I, co zabawniejsze, na Śląsku też głosują na Świrka!
D.O. nie wie, na kogo głosują w Wilamowicach, ale to mikrojęzyk pochodzenia germańskiego, którym mówi się w tym mieście od pokoleń i też panowie z Warszawy nie chcą go uznać za język mniejszości.
Dziś za „mniejszości narodowe” uznaje się społeczności:
białoruską; czeską; litewską; niemiecką; ormiańską; rosyjską; słowacką; ukraińską; żydowską.
Za mniejszości etniczne uznaje się społeczności:
karaimską; łemkowską; romską; tatarską
16. przeciętny Polak czynnie zna (czyli używa w wypowiedziach) nie więcej niż kilkanaście tysięcy słów, natomiast biernie (rozumie, ale nie używa) – ok. 30 tysięcy słów. Wyjątkami są osoby, które mogą biernie znać nawet 100 tysięcy słów. Jednak badania filologów z Uniwersytetu w Białymstoku wykazują, że wystarczy znajomość 1200 najczęściej używanych słów w języku polskim, by móc zacząć się nim posługiwać


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga