DRUGI OBIEG
Poniedziałek, 9 lutego 2026

1.

Najgorsze w tym wszystkim nie jest może choroba, nie są irytujące wizyty pięciu kolejnych ekip lekarzy weekendowych, z których każda ma inny pomysł na leczenie. Najgorsze jest wsłuchiwanie się w szpitalne odgłosy. Przerażający hałas wózków z jedzeniem, z brudami, leżanek na kółkach, okrzyki ukraińskich pielęgniarek i pielęgniarzy — jeden z nich nieprzerwanie pracuje od 60 godzin i czeka go ich jeszcze 12 — to może w sumie najprzyjemniejszy dźwięk.
Gorzej, kiedy o północy wjeżdża do twojej sali nowy pacjent w okropnym stanie, z wyciętymi obok lekami, z podpiętą pustą kroplówką, która zostanie odłączona dopiero na krótko przed południem. Potem wjeżdża kolejny nieszczęśliwy, z którym ani pani doktorzy, ani pielęgniarze nie mogą złapać kontaktu, a który nieustannie kaszle, chyba że wychodzi z sali i gubi się w zakamarkach korytarzy, z dala od swojego łóżka, doprowadzony, stara się położyć na nie swoim.
Gorzej, gdy na korytarzu, gdzie jest kilka foteli, dosiadają się dwie zapłakane panie, które przez telefon informują krewnych, że „mama właśnie umarła” … Taki ogrom nieszczęścia.
Trzeba naprawdę mieć potężny zapas środków uspokajających.
A chory, taki jak D.O., denerwuje się, że zabroniono mu brać swoich zwyczajowych lekarstw, zamiast których dostaje w małym plastikowym kubeczku mały przygarstek kolorowych kulek — niewiadomej nazwy, niewiadomego przeznaczenia, niewiadomej gramatury. I chory, taki jak D.O., musi wieczorem chodzić do jedynego prysznica na korytarzu, ale nie może się porządnie umyć, ponieważ ma założony wenflon — nie wiadomo zresztą po co, skoro przez ostatnie trzy dni nie był w ogóle używany.
Cierpliwości, D.O.! Cierpliwości.
Gdzieś tam nadal jest piękny, kolorowy, ciepły świat.


2.
Pollster zadał pytanie: "Czy Prawo i Sprawiedliwość powinno zadeklarować chęć współpracy i ewentualnej koalicji z Konfederacją i Konfederacją Korony Polskiej?"
Wśród wyborców PiS jest najmniej zwolenników takiej koalicji, ale popiera ją większość - 57 proc. 16 proc. nie wyobraża sobie tego, ale aż 27 proc. nie ma własnego zdania.
Nieco częściej opowiadają się za współpracą wyborcy Konfederacji – aż 60 proc. 27 proc. zakreśliło odpowiedź "„nie", a 13 proc. nie ma zdania.
Najbardziej pożądają jej wyborcy Brauna – tu aż 79 proc. Nie chce jej 14 proc., a 7 – nie wie.
(https://wyborcza.pl/7,75398,32584890,sondaz-pollster-czy-pis-powinien-wejsc-w-koalicje-z-konfederacjami.html#s=S.TD-K.C-B.4-L.1.duzy )


3.
Putin „podziękował Mohammedowi bin Zayedowi Al Nahyanowi za skuteczną współpracę za pośrednictwem służb specjalnych i pomoc ze strony emirackiej w zatrzymaniu podejrzanego”, który miał brać udział w zamachu na Władimira Aleksiejewa pierwszego zastępcę szefa Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.
Nie ma szczegółów na temat rodzaju pomocy udzielonej przez Zjednoczone Emiraty Arabskie.
8 lutego pojawiła się informacja, że w Zjednoczonych Emiratach Arabskich zatrzymano podejrzanego o zamach na Władimira Aleksiejewa.
Aleksiejew, zastrzelony w Moskwie rano 6 lutego, był najważniejszym przedstawicielem Rosji podczas negocjacji w Mariupolu w maju 2022 r. podczas wycofywania garnizonu Mariupol z bazy Azowstal.


4.
Operacje szpitalne zostały zawieszone, zamknięto niektóre z najważniejszych ośrodków turystycznych, ograniczono transport autobusowy i kolejowy między miastami, tydzień pracy skrócono do czterech dni, a tydzień szkolny również. To tylko niektóre z obostrzeń, które weszły w życie w piątek wieczorem na Kubie, objętej amerykańskim zakazem wydobycia ropy naftowej. Przepaść na wyspie już się zaczęła, pozostawiając wielu z pytaniem, czy to już jej ostatni etap.
Znana jest jako „opción cero”, czyli opcja zerowa. Termin ten ukuto w latach 90. XX wieku, przewidując przetrwanie w obliczu całkowitej niemożności importu ropy naftowej z zagranicy. Prezydent Miguel Díaz-Canel ogłosił to w czwartek wieczorem w dramatycznym orędziu do narodu. „Jesteśmy gotowi rozmawiać ze Stanami Zjednoczonymi” – powiedział – „pod warunkiem, że dialog ten nie będzie prowadzony pod presją”.
W piątek wieczorem wicepremier Oscar Pérez-Oliva Fraga ogłosił szczegóły planu awaryjnego, który obejmuje ograniczenie sprzedaży paliw: „W obliczu niedoboru paliwa nie możemy utrzymać dotychczasowego poziomu sprzedaży. Dlatego wprowadzone zostaną ograniczenia w zakupie”.
W związku z tymi ograniczeniami Kuba stara się oszczędzać paliwo, aby priorytetowo traktować produkcję żywności i energii elektrycznej oraz utrzymać działalność generującą handel zagraniczny. W zeszłym tygodniu prezydent USA Donald Trump zapowiedział, że Meksyk, który dostarczał Kubie ropę naftową od 2023 roku, zaprzestanie dostaw z obawy przed sankcjami USA. Wyspa przestała przyjmować ropę od grudnia.
Stany Zjednoczone wstrzymały dopływ wenezuelskiej ropy naftowej na Kubę 3 stycznia, krótko po pojmaniu prezydenta Nicolasa Maduro, a 29 stycznia ogłosiły dekret prezydencki nakładający cła na każdy kraj dostarczający paliwo na wyspę. Kuba opiera się na imporcie, aby pokryć dwie trzecie swojego zapotrzebowania na energię.
Operacja USA w Caracas oznaczała dla Hawany nie tylko utratę strategicznego sojusznika regionalnego, ale także koniec kluczowego źródła energii. Według ekspertów, z około 110.000 baryłek ropy dziennie, jakich potrzebuje Kuba, Wenezuela będzie dostarczać około 30 000 do 2025 roku.
Tymczasem w tym tygodniu okazało się, że turystyka – kluczowy sektor dla napływu walut obcych na Kubę – odnotowała w ubiegłym roku 18-procentowy spadek liczby odwiedzających w porównaniu z rokiem 2024. To spadek o 62% w porównaniu z rekordowym wynikiem 4,7 miliona podróżnych osiągniętym w 2018 roku.
Sytuacja ta ma bezpośrednie konsekwencje dla zatrudnienia i stabilności pracy: wiele obiektów turystycznych zostało zamkniętych, po raz pierwszy zdarzyło się to z przyczyn niezwiązanych z klęskami żywiołowymi.
(https://www.repubblica.it/esteri/2026/02/08/news/cuba_opzione_zero_misure_bando_usa_petrolio_trump-425146711/ )


5.
Ryzyko ultrakonserwatywnej premier Japonii Sanae Takaichi opłaciło się. I dobrze. Jej Liberalno-Demokratyczna Partia (LDP) zdobyła większość i wraz ze swoim koalicyjnym partnerem Ishin przekroczyła 310 miejsc, zapewniając sobie tym samym większość kwalifikowaną dwóch trzecich w Izbie Niższej. To było miażdżące zwycięstwo.
Przed tymi wyborami koalicja rządząca LDP-Ishiin miała 233 z 465 miejsc w parlamencie (199 dla LDP i 34 dla Ishiin). Według sondaży exit poll koalicja może teraz zdobyć nawet 366 mandatów.
Ostateczne podliczenie głosów spodziewane jest jutro nad ranem. Kluczowe liczby, o których należy pamiętać w tych wyborach, są następujące: 233 mandaty zagwarantowałyby koalicji zwykłą większość potrzebną do uchwalenia ustaw; 243 mandaty zagwarantowałyby połowę członków wszystkich stałych komisji parlamentu (parlamentu japońskiego); większość 261 mandatów zapewniłaby koalicji kontrolę nad wszystkimi komisjami; „podczas gdy większość dwóch trzecich, czyli 310 mandatów, oznaczałaby, że projekty ustaw odrzucone przez izbę wyższą, w których koalicja nie ma większości, mogłyby zostać ponownie zatwierdzone przez izbę niższą”, zauważa Nikkei.
Główna siła opozycji, Sojusz Reform Centrum, straci, według sondaży, od 37 do 91 miejsc.
Ulubienica byłego premiera Shinzo Abe i wielbicielka Margaret Thatcher , Takaichi została wybrana na nowego premiera w październiku 2025 roku po rezygnacji Shigeru Ishiby i wygraniu wewnętrznych wyborów partyjnych na stanowisko lidera LDP. Nigdy wcześniej nie stanęła jednak przed próbą głosowania (chociaż wyborcy nie wybierają premiera bezpośrednio). Wykorzystując swoją ogromną popularność, w styczniu zdecydowała się na rozpisanie przedterminowych wyborów, aby wzmocnić większość w koalicji i z większą siłą realizować swoją politykę gospodarczą i bezpieczeństwa.
(https://www.repubblica.it/esteri/2026/02/08/news/giappone_exit_poll_premier_sanae_takaichi_maggioranza_camera-425147012/ )


6.
Jack Lang rezygnuje. Ogarnięty kontrowersjami wokół powiązań z Jeffreyem Epsteinem, były minister kultury zaproponował rezygnację z przewodnictwa w Instytucie Świata Arabskiego (IMA) w liście do ministra spraw zagranicznych Jeana-Noëla Barrota. Decyzja ta zapadła w przededniu przesłuchania zaplanowanego w Quai d'Orsay, wydarzenia, które groziło upokorzeniem, którego Lang chciał uniknąć. Były minister ogłosił swoją rezygnację, pisząc, że chce „ratować” IŚA i tym samym móc „ze spokojem” bronić się przed oskarżeniami, które określił jako „bezpodstawne”. Barrot przyjął tę decyzję do wiadomości i zapowiedział, że następca zostanie wyznaczony w ciągu tygodnia.
=======
A D.O. miał przyjemność poznać Jacka Langa. Było to po premierze filmu Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie, na jachcie Jana Kulczyka, zacumowanym przy molo w Wenecji. Jako jedyny w zaproszony towarzystwie posługiwał się francuskim więc skierowano go do byłego ministra, który zrewolucjonizował na lewicową, słusznie antyburżuazyjną modłę świat francuskiej kultury. Zyskał dzięki temu sławę i uznanie całego świata artystycznego.
Rozmowa z Langiem nie była szczególnie wymagająca czy wyrafinowana: D.O. odpowiadał głównie na jego pytania na temat Polski, polskiej kultury i polskich artystów.


7.
Ten sam portal „informacyjny”, ta sama strona.


8.
3 lata temu
Skrupulatne dochodzenie przeprowadzone przez niedzielne wydania szwajcarskich gazet Le Matin Dimanche i SonntagsZeitung pozwoliło odtworzyć jego działalność dzięki odtajnionym aktom szwajcarskich służb federalnych.
Cyryl, urodzony jako Władimir Michajłowicz Gundżajew, przybył do Genewy po raz pierwszy w 1971 roku, aby reprezentować patriarchat moskiewski w Światowej Radzie Kościołów. Bycie księdzem w kraju ateistycznym i w komunistycznej dyktaturze, wiązało się z obowiązkami wobec władzy. 75-letni dziś Cyryl, wówczas ceniony przez kobiety, przystojny mężczyzna, blondyn, wysoki i zawsze uśmiechnięty, miłośnik narciarstwa i błyskotliwego stylu życia, był w rzeczywistości agentem KGB, któremu przekazywał tajne informacje. Pseudonim: „Michajłow”.
 „Rozmawiając z nim – wspomina jego znajomy z Genewy – zawsze miałem wrażenie, że szuka poufnych informacji. Zadawał mnóstwo pytań na temat diaspory rosyjskiej i duchowieństwa”. Misją agenta Michajłowa była próba przekształcenia Światowej Rady Kościołów w bastion prosowiecki i antyamerykański. Podczas pobytu w Szwajcarii Cyryl często odbywał podróże do różnych kantonów z ówczesnym pułkownikiem KGB Mielnikowem.
Następnie, po wypadku samochodowym, w 1974 opuścił Szwajcarię i wrócił do Moskwy, gdzie rozpoczął wspinaczkę na szczyt cerkwi. Ale wcale nie zrywał stosunków z Konfederacją, którą uważał za drugą ojczyznę i do której według tamtejszego wywiadu wracał jeszcze 43 razy (!). Między innymi w Genewie odwiedzał zamożną rodzinę Savorettich, której jeden z członków, Piero, odegrał fundamentalną rolę w powstaniu Fiata w Związku Radzieckim.
Krótko mówiąc, życie w cieniu biznesu, szpiegostwa i zamiłowania do luksusowych przedmiotów. Takich, jak zegarek Brequet za 39.000 franków uwieczniony na nadgarstku Cyryla na zdjęciu z 2009 r. Albo 120-metrowe mieszkanie otrzymane w prezencie od biznesmena z Genewy, w eleganckiej dzielnicy Petersburga.
Trzeba dodać, że obecny patriarcha Rosji dzięki kontaktom nawiązanym w Szwajcarii, bardzo się wzbogacił, zwłaszcza w latach 90., po upadku ZSRR, kiedy rosyjska cerkiew prawosławna pełniła swego rodzaju rolę pośrednika w handlu surowcami, takimi jak ropa naftowa, uruchamiającego napływ twardej waluty do wyczerpanych kas byłego imperium sowieckiego.
Jednak po rosyjskiej inwazji na Ukrainę były agent KGB przebrany za prawosławnego księdza przestał głosić swoją miłość do Szwajcarii, która opowiedziała się za sankcjami wobec reżimu Putina.

20 października 2008 roku podczas tournee po Ameryce Łacińskiej spotkał się z Fidelem Castro, który pochwalił metropolitę jako swojego sojusznika w walce z „amerykańskim imperializmem”. Cyryl odznaczył Fidela i Raúla Castro Orderem św. Daniela Moskwy w imieniu patriarchy Aleksego II.
Nazajutrz po nominacji na patriarchę Wszechrusi, na przyjęciu, wydanym przez prezydenta Miedwiediewa, wygłosił pochwałę „symfonii”, ale to nie dotyczyło muzyki, tylko koncepcji w Kościołach prawosławnych, wg której cerkiew i państwo mają się uzupełniać.
8 lutego 2012 r. Na spotkaniu przywódców religijnych w Moskwie Cyryl wychwalał Putina: „Cudem Bożym, przy aktywnym udziale kierownictwa kraju, udało nam się wyjść z tego okropnego, systemowego kryzysu lat 90.” i porównał „żądania antyrządowych demonstrantów do „przeszywających uszu wrzasków” i powiedział, że protestujący reprezentują mniejszość Rosjan”.
Tu akurat miał, niestety, rację.
Poparł agresję na Krym i wschodnią Ukrainę w 2014 r., uzasadniając, że „nie możemy pozwolić, aby ciemne i wrogie siły zewnętrzne śmiej się z nas”.

Lata temu, dziennikarze gazet „Kommiersant” i „Moskowskij Komsomolec” (!) oskarżyli Cyryla o spekulacje i nadużywanie przyznanego Kościołowi w połowie lat 90. przywileju bezcłowego importu papierosów i ochrzcili go „tytoniowym metropolitą”. Departament Zewnętrznych Relacji Kościelnych miał działać jako największy dostawca zagranicznych papierosów w Rosji. Socjolog Nikołaj Mitrochin oszacował zyski z tej kierowanej przez Cyryla operacji w 2004 roku na 1,5 miliarda dolarów, a w 2006 roku, przez The Moscow News na 4 miliardy.
Osobiście żądał aresztowania i ukarania dziewcząt z „Pussy Riot” za antyputinowskie protesty w soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie. Zostały skazane na 2 lata łagru, choć za „obrazę uczuć religijnych ówczesny kodeks karny Rosji przewidywał tylko niewielką grzywnę. Papież Benedykt XVI poparł Cyryla w tej sprawie.
W marcu 2012 roku były rosyjski minister zdrowia (1999-2004) Jurij Szewczenko na mocy wyroku sądowego, wypłacił około 20 mln rubli (676 tys. dolarów) odszkodowania za kurz, powstały przy remoncie swego apartamentu, sąsiadującego z apartamentem Cyryla w prestiżowym „Domu na Pobrzeżu” (Newy), zajmowanym przez długoletnią przyjaciółkę patriarchy, bizneswoman Lidię Leonową. Kurz dostał się do tego właśnie apartamentu, który Cyryl dostał w prezencie od szwajcarskiego businessmana (o czym powyżej). Szewczenko musiał sprzedać wyremontowane mieszkanie, by móc zapłacić Cyrylowi tę kolosalną sumę.
W 2015 roku wysłannik Cyryla dostarczył jego list rosyjskim żołnierzom w rosyjskiej bazie lotniczej Khmejmim w Syrii. W liście napisano, że wojska rosyjskie w Syrii mają nieść miłość i pokój z nadzieją na przyjście Jezusa Chrystusa do Syrii. Cyryl napisał też, że działania Rosji w Syrii są słuszne.

W 2022 roku Cyryl pochwalił inwazję na Ukrainę i pobłogosławił walczących tam rosyjskich żołnierzy. Po masakrze w Buczy dokonanej przez rosyjskich najeźdźców, Cyryl powiedział, że jego wierni powinni być gotowi „chronić nasz dom” w każdych okolicznościach. 23 maja 2022 r. Cyryl stwierdził, że rosyjska młodzież szkolna musi brać za przykład heroiczne zachowanie wojsk rosyjskich walczących z Ukrainą.
Winą za konflikt obarczył „parady gejów” i wysuwał bezpodstawne twierdzenia, że Ukraina „eksterminuje” Rosjan w Donbasie. Słowa Cyryla skłoniły duchownych w niektórych innych prawosławnych diecezjach do potępienia uwag go i ogłoszenia niezależność od Kościoła moskiewskiego.


9.
4 lata temu
Wczoraj 30 lat skończył Traktat z Maastricht. 7 lutego 1992 r. w mieście o tej samej nazwie w prowincji Limburg, na południu Holandii , na granicy z Belgią i kilka kilometrów od granicy z Niemcami, głowy państw ówczesnych 12 państw członkowskich Wspólnoty Europejskiej - Belgia , Dania, Niemcy, Grecja, Hiszpania, Francja, Irlandia, Luksemburg, Holandia, Portugalia, Wielka Brytania i Włochy – spotkały się, by podpisać Traktat ustanawiający Unię Europejską: „Nowy etap w procesie tworzenia coraz ściślejszej Unii między narodami Europy, w której decyzje podejmowane są jak najbliżej obywateli”.
D.O. myśląc o Traktacie z Maastricht czuje wzruszenie. Tam ziściły się jego marzenia. Odkąd znów mógł pisać i gadać do polskich mediów, był prawie wszędzie tam, gdzie rozmawiano o europejskiej polityce Polski. I to było piekielnie ważne, ale jednocześnie D.O. myślał o Europie, o pokoju, o prospericie, o przyszłości i perspektywach dla kontynentu i świata i – lat but not least – o „alle Menschen wurden Brüdern” – jak głosi hymn europejski. Teraz się śmiej, Czytelniku, z naiwnego idealisty, zdziwaczałego staruszka, któremu – co za kretyn! – nadal marzy się, żeby wszyscy ludzie byli braćmi…
D.O. pielgrzymował do Maastricht. Wykorzystał jakiś fragment swoich wakacji, żeby nakręcić miejsce podpisania Traktatu i pałacyk na wzgórzu za miastem, w którym odbył się bankiet po ceremonii podpisania. Był ciepły, ale deszczowy dzień. D.O. był z kamerą, ale deszcz zacinał tak, że na obiektywnie wciąż były krople. Więc tylko zdjęcia z pałacyku bankietowego wyszły piękne. Zieleń, jaką tylko północna Europa potrafi urodzić, soczysta, mokra, widok na rozciągającą się poniżej dolinę, po lewej stronie wzgórze porastał las… Pałacyk uroczy, urządzony w stylu rococo, na ścianach draperie i flamandzkie obrazy, srebrna zastawa na białych obrusach, kosztowne i kunsztowne żyrandole…
Wtedy nadawałem „Zagadki według Jacka”, a zdjęcia z tego pałacyku okazały się jedną z trudniejszych: rzadko kto tam dociera. A warto: D.O. pamięta ten pałacyk, tan zachwyt, to poczucie obcowania z historią i ta zazdrość, że nikt tego nigdy nie zbombardował, nie zdewastował, nie rozszabrował, że coś tak sobie może być, trwać przez stulecia bez zbędnych zmian, jako świadek historii człowieczej kultury.
Teraz Traktat z Maastricht jest dziewczynką do bicia wszelkich nazioli, populistów, suwerenistów, neo i vetero faszystów, neo i vetero komunistów. Mówią, że ten pułap deficytu ustalony w Maastricht na 3% jest antyludowy. Mówią, że 60% deficyt państwa jest przeszkodą w rozwoju. A w D.O. aż się flaki przewracają, kiedy słyszy te kryminalne brednie! D.O. bywał w życiu zadłużony i wie, czym to pachnie. Sam bardzo by nie chciał i równie mocno nie chciałby, żeby zadłużało się którekolwiek z państw, jakie ukochał i jakiemu dobrze życzy.
Pandemia sprawiła, że rygory Maastrich zawieszono. Długi eksplodowały.
A D.O. jest przywiązany do teorii, głoszącej, że zadłużenie jest jedną z głównych przyczyn wojen. W obliczu alternatywy: wojna lub upadek – rządzący na ogół wybierają wojnę. Bo też i idea wzbogacenia się przez rabunek jest wspólna dla ogromnej większości polityków wszystkich epok.
Myślałeś tak, Czytelniku, kiedykolwiek o logice historii?

3.
Mogła mieć 11-12 lat. Wracała ze szkoły, okutana, bo wiatr i śnieg z deszczem, plecak. Wielka wełniana czapka. Długa ulica była pusta: tylko ona. Dokoła domki jednorodzinne, ogrodzenia, bramy. Szła sprężyście, wulkan energii, jak to u dzieci. D.O. jechał powoli, bo na ulicy był jeden garb za drugim. I pewnie nie zwróciłby na nią uwagi, gdyby nagle, niespodziewanie, nie zaczęła stawiać susów: ciach, ciach, szybko, szybko. Biegła, ale jakoś tak dziwnie. Czerwony plecak podskakiwał w rytm susów. Nie trwało to długi: po chwili jednak wróciła do poprzedniego rytmu.
D.O. się zadumał: dlaczego? Co ją skłoniło do susów?
Przyjrzał się bliżej. Gdy zaczęła susać była gdzieś tu: zaczęła się posesja z brzydkim, ceglanym domem, płot z drucianej siatki i niskie tuje za nim. Czy susy miały jakiś związek z tym miejscem?
D.O. otworzył okno: miały! Między siatką a tujami biegał pies. Nieduży, więc pewnie głośny: one zawsze nadrabiają niedostatki wzrostu ujadaniem. Teraz już nie szczekał, tylko dyszał triumfalnie, zwycięzca i pogromca przechodzącej dziewczynki.
D.O. pomyślał, że i on też przyspiesza, gdy ktoś nań ujada.
Innymi słowy: Brysia mijam zaś z daleka, bo nie lubię, gdy ktoś szczeka!


10.
6 lat temu
Jednak sztukolecznictwo, znane szerzej pod obcą, a więc godną potępienia nazwą „arttherapy”, wymaga silnych nerwów (czy może „nerw”, bo teraz szybko zmieniają się nie tylko kanony prawne i etyczne, ale i gramatyczne).
Sprawdzam w sieci: jest. Przyjeżdżam, pytam w recepcji hotelowej „którędy najbliżej do Muzeum Wyczółkowskiego”? Pani pierwsze słyszy, ale uczynnie sprawdza w komputerze; po minimalnym akcencie poznaję, że przyjechała zza jedynie słusznej granicy, więc grzecznie dziękuję, mimo że wysyła mnie w kosmos, a prawa myli jej się z lewą.
Napatacza się dwóch uczynnych stójkowych, pytam: „gdzie”?, a oni na trzy cztery machają ręką: „tu”!
Rzeczywiście, osioł ze mnie. Stoję 50 kroków od willi z dużym autografem mistrza. Hmmm… Cztery spusty. Patrzę na zegarek: 15.20. Więc w telefon i szukam głównego oddziału, bo z poprzedniego życia pamiętam, że były całkiem spore zbiory i w willi Wyczółkowskiego by się nie pomieściły. Jest: Gdańska 5. Człapię niepotrzebnie dokoła pięknej Opery, dochodzę – psiakrew! – ogrodzenie, dźwigi, betoniarki: „pracujemy dla ciebie”. No żesz…
Idę na rynek: Informacja turystyczna. „Jak to zamknięte?! - dziwi się młodzieniec. – Powinno być otwarte”! Też tak uważam.
Pan nalega, że w willi. Mówię: „a gdzie reszta zbiorów” – „Nie wiem”.
Komputer, google: dowiaduję się wreszcie z forów, bo na stronach muzeumbydgoszcz.pl słowa o remoncie gmachu, który służył za muzeum od 1947, nie ma.
Na sobotę miałem inne plany, ale sztukolecznictwo, sztukolecznictwo, to priorytet.
- Ale jak to od 10? No od 10. I do 16. Do 16? Really? 6 godzin dziennie?
Nazajutrz idę, jestem pierwszy i jedyny. „Wczoraj zamknięte o 15.20? Wczoraj mnie nie było. Ale do 16 otwarte jest tylko dla tych, którzy są już w środku, dla nowych gości zamykamy o 15.30”.

- A ilu było wczoraj po 15.30?
- Nie wiem, wczoraj mnie nie było”.
No w środku nie było nikogo, światła pogaszone, przez okna nikogo widać nie było.
Spokojnie, spokojnie, to terapia…
Wyczółkowskiego lubię i podziwiam. Za odwagę, gwizdanie na różne konwencje i za to, że chciał być malarzem totalnym, zmieniającym style i własne przyzwyczajenia. I za to, że był w Legionach. Jako rysownik, ale był.
Potem do galerii sztuki nowoczesnej.
Chciałbym głęboko się ukłonić tym wszystkim urzędnikom, dysponentom publicznego grosza, za komuny i po komunie (bo neokomuna inwestuje w korzenioplastykę i śpiewaka na M), że słuchali fachowców, ludzi znających się na sztuce i ewidentnie sztukę kochających. Może to nie jest olbrzymia kolekcja, może to nie są najbardziej znane dzieła poszczególnych twórców, ale większość najlepszych artystów polskich XX wieku tutaj jest, a to czyni z Bydgoszczy jedną ze stolic artystycznych Polski.
Pięknie zaadaptowany stary, budynek Młynu Camphausa, a w niej to, co mi daje błogość. Błogość, choć tu reprezentowane są największe rozterki i największe tragedie naszych czasów.
Nie może być estetyki bez etyki, nieetyczne dzieło, nieetyczny przedmiot nigdy nie będzie estetyczny.
Zło jest zawsze nieestetyczne.
Nie znoszę zła, lubię przebywać wśród ludzi etycznych, etyki świadomych i etykę kultywujących. Najbardziej cierpię, kiedy ludzie niegłupi nie stawiają etyki w centrum swoich działań, kiedy zasłaniają się kredytami albo „profesjonalizmem”.
Dlatego sam, w wielkim gmachu galerii sztuki nowoczesnej poczułem się błogo. Wśród swoich.
PS. Bydgoszczanie, kurczę! Macie świetne muzea, z których możecie być dumni na całą Polskę i kawałek poza nią! Włączcie je w trasy waszych weekendowych przechadzek!


Zatrzymał chwilę szczęścia, jaką daje ciepły, majowy poranek, drzewa w sadzie w kwiatach, a wiatr nadyma firankę w kropki. Lustro, krzesło, komódka a na niej wymyślny flakon, refleksy,

11.

10 lat temu
1. GDZIE JA JESTEM?
Państwa odpowiedzi na moją wczorajszą opowieść wywołały na mej twarzy uśmiech, a nawet dwa, bo raz, że bardzo miłe te zaproszenia, a dwa, że na wszelki wypadek NIKT nie zapytał mnie, gdzie jestem!

2. PNIE
Pewnie nie mogę płakać nad każdym ściętym drzewem, ale szlag może mnie trafiać, prawda? To nie wykroczy poza ogólnie przyjęte normy? Ci powaleni ryczącymi piłami moi dumni, silni bracia to leitmotiv mojej podróży. I im dalej od oka szurniętych miastowych, tym więcej drzew, zamienionych na kłody. A po dzisiejszych bezdrożach to plątałem się już tylko ja i sapiące ciężarówki z tym, co jeszcze niedawno cieszyło oko, szumiało i udzielało cienia.

3. TO, CO NAJWAŻNIEJSZE 1
Od paru miesięcy rozkoszuję się, smakując kartkę po kartce, Milanem Kunderą. Praktycznie nie ma strony, by mi tchu w piersi nie zaparło jakieś jego zdanie, jakaś obserwacja. Podziwiam też jego zdolność pisania o kobietach, BYCIA kobietą. Czemu ja tak nie umiem? Na przykład nie potrafię sobie wyobrazić, czy życie dziewczynek z podstawówki też jest usłane pasmem kolejnych wrogów, tak, jak życie chłopców? Bo kiedy tylko chłopiec zaczyna życie stadne, zaraz wyrasta koło niego ktoś silniejszy, podlejszy, bezczelniejszy, który psuje mu całą przyjemność obcowania ze światem. Gruby i wulgarny mały buc, który żąda przywództwa stada dla siebie, bo, co prawda, nie ma rozumu ani fantazji, ale może bez skrupułów wykręcić rękę, albo uderzyć w głowę. Chłopiec, zwłaszcza, jeśli wrażliwy, musi się nauczyć współżyć z osiłkami. Musi jakoś, mimo ich panoszenia, przejść przez szkołę. Nauczyć się żyć bez narażania się watasze, którą zawsze najsilniejszy i najwulgarniejszy z otoczenia potrafi wokół siebie zgromadzić. Albo chodzić opłotkami, ukrywać swoją wrażliwość, albo rżnąć macho i przyłączyć się do watahy, bo jest szansa, że swojego nie skrzywdzą. Krzywdzić zatem słabszych pod dyktando osiłka i odczuwać potem do siebie wstręt. Dokuczać dziewczynkom, ciągnąć je za warkocze, choć miałoby się ochotę po nich pogłaskać. A kiedy zaczną im rosnąć piersi bić w nie pięściami, choć miało by się ochotę położyć na nich ręce i zostawić je tam.
Iluż takich twardzieli przeszło przez nasze chłopięce życie!
Ale minęły lata, zapomnieliśmy ich imiona, ich twarze. Ci, którzy kiedyś władali naszymi myślami – bo wieczorami marzyliśmy, żeby znikli, żeby ktoś ich zabił, albo zabrał w nieznane – wyparowali w niebyt. Ci negatywnie ważni, dziś nie tylko nie są ważni; nie ma ich, albo lepiej: są nikim.
Czy dziewczynki też tak mają, czy ich życie jest jednak gładsze, mniej przesiąknięte rywalizacją, mniej przemocą?

4. TO, CO NAJWAŻNIEJSZE 2
Stanąłem przy starym cmentarzu niemieckim z czasów Wielkiej Wojny. Ktoś jeszcze oń dba, jeszcze nie zarósł chwastem, jak większość cmentarzy żydowskich, jeszcze nie zasypał ich piach, wiatr nie połamał krzyży, jak na starych cmentarzach łemkowskich. Pewnie, że poszarzały, że się pokrzywiły, że nie stoją już w tak karnych szeregach, jak przed wiekiem. Bili się za to, co najważniejsze, mówiono im Für Gott, Kaiser und Vaterland. Czyż może być coś ważniejszego? Ich ciała rozrywały kule, szrapnele, dusiły bojowe gazy. Pomarli w okopach na hiszpankę albo na tyfus. Taki los, bo przecież chodziło o rzeczy najważniejsze, chodziło o Boga, o cesarza i o ojczyznę…
Nikt nie pamięta już ich twarzy, nie żyje nikt, kto mógłby ich wspomnieć, docenić poświęcenie, ba, nie żyje nikt, kto wierzyłby w to, w co wierzyli oni, idąc na śmierć.
Nie ma już cesarza, ojczyzna wygląda zupełnie inaczej, a i Bóg… To chyba już nie całkiem ten sam Bóg, co sto lat temu. To nie Bóg, o którym tym kopczykom ziemi, które kiedyś były istotami ludzkimi, opowiadali feldkuraci…

5. WIEDZA I SUMIENIE
Z zupełnie innym sercem wszedłem na kilka kolejnych cmentarzy łemkowskich i bojkowskich. Bo mam nieczyste sumienie.
Kilka dni temu cytowałem w programie wywiad papieża Franciszka dla China Times z Hongkongu. Pytany o to, jak dzisiejszy Chińczyk ma traktować potworności ze swojej niedawnej przeszłości, potworności w rodzaju „rewolucji kulturalnej”? (Proszę wybaczyć, kilka lat temu postanowiłem, że słowa „rewolucja” nie będę pisał z dużej litery, nawet w odniesieniu do wydarzeń historycznych).
Papież odpowiedział: „Należy patrzeć w przyszłość, bo marszowi każdego narodu towarzyszą blaski i cienie. Nie należy odnosić się z pogardą do przeszłości własnego narodu. Ale należy wyciągać wnioski z owych cieni, żeby zdarzały się jak najrzadziej”. Państwo pewnie wzięli to za moją ekstrawagancję, bo cóż Polaka może obchodzić dobra rada argentyńskiego papieża dla Chińczyków. Ale ja przecież nie o Chinach wtedy mówiłem…
Jakże często, nader często, miewam pokusę pogardzania historią mojego narodu, jego raz po raz powtarzającymi się małościami, dopuszczeniem do rozbiorów, narodową tromtadracją, przywiązaniem do najbardziej archaicznych, wstecznych i reakcyjnych wartości, powierzchownością w podejściu do religii, skłonnością do ulegania owczemu pędowi za chłystkami, mieniącymi się przywódcami, a przede wszystkim okrucieństwem wobec innych. Od tych 14 tysięcy jeńców, pojmanych pod Beresteczkiem, zakopanych po szyję w ziemi i ściętych kosą, poprzez Żydów, Rusinów. Litwinów… Po „Akcję Wisła”, czyli wysiedlenie dwóch mniejszości narodowych, zamieszkałych U SIEBIE, na swoich ziemiach, przez które jakiś kolejny historyczny osiłek zdecydował się przeciągnąć granicę.
Dobrze zatem, Wasza Świątobliwość, będę patrzył w przyszłość, będę oddalał skłonność do pogardzania historią mojego narodu, będę się starał uczyć na cieniach z przeszłości.
Ale, hallo! Czy ktoś polskim dzieciom w szkole tłumaczy, że to były cienie? Że ich przodkowie byli podli, głupi i krótkowzroczni, traktując Rusinów, Tatarów i Litwinów, tak, jak traktowali? Czy ktoś im mówi, jakie krzywdy Polacy wyrządzili Żydom? A czy w ogóle ich uczą o „Akcji Wisła”?

Wygnano gospodarzy…
A to robią tej ziemi najeźdźcy.


12.
13 lat temu
Pełne uznania, okraszone nutką wzruszenia, ciepłe myśli niech popłyną ku naszej dyplomacji, tym dziesiątkom bezimiennych często ludzi w służbie państwa polskiego, którzy doprowadzili to tego niezwykłego sukcesu. Polska największym beneficjentem unijnego budżetu, odbierze więcej pieniędzy niż z poprzedniego w okresie powszechnych, drastycznych oszczędności. DZIĘKUJEMY!!!
I przy okazji, życzę obfitej, długotrwałej i uciążliwiej biegunki wszystkim chłystkom, którzy dziś ośmielili się mówić o "porażce" a nawet "klęsce". Co za niewdzięczne imbecyle!


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga