DRUGI OBIEG
Wtorek, 31 marca 2026
1.
https://wyborcza.pl/7,75517,32496965,nie-zyje-wieslaw-mysliwski-zegnamy-giganta-polskiej-literatury.html#s=S.TD-K.C-B.2-L.1.duzy
Żegnamy wielkiego pisarza, z pewnością jednego z największych, jakich mieliśmy
w polszczyźnie.
Nie żyje Wiesław Myśliwski. Autor "Traktatu o łuskaniu fasoli" miał
94 lata.
Ojciec zmarł, gdy "nie wypadało już umierać"
"Urodziłem się na wsi i do czasu pójścia do szkoły średniej zdążyłem
nasycić się chłopskim światem, który wówczas jeszcze istniał. Tego świata w
zasadzie nigdy nie porzuciłem" – mówił Wiesław Myśliwski w wykładzie
"Pisarz do wynajęcia". Urodził się 25 marca 1932 roku w Dwikozach,
wsi w ówczesnym województwie kieleckim.
Jego ojciec, Julian był oficerem, brał udział w wojnie 1920 roku, a po
demobilizacji został urzędnikiem. Przed wojną Myśliwscy mieszkali w
Starachowicach. Podczas okupacji niemieckiej razem z matką wrócił do rodzinnej
wsi.
"Byłem świadkiem, jak wieszano chłopów za nieoddawanie kontyngentu – wieś
musiała być przy tym. Moja matka miała czarne włosy, była dwa razy aresztowana
jako Żydówka, przyprowadzała niemieckich żandarmów do swoich rodziców, żeby
poświadczyli, że jest ich córką" – opowiadał w jednym z wywiadów.
Julian Myśliwski zmarł w 1945 roku, gdy – jak mówił Myśliwski – "właśnie
skończyła się wojna i nie wypadało już umierać".
Z Dwikóz do Warszawy
Myśliwski: "Matka, zajmująca się po prostu domem, została całkowicie bez
środków do życia, ze mną, trzynastolatkiem i z moją trzyletnią siostrą. Było
nam bardzo ciężko". Ojca wspominał jako człowieka łagodnego, wyrozumiałego
i małomównego. Relacja z ojcem stała się jednym z najważniejszych motywów jego
prozy. "Wrósł jak udręka w całe moje życie" – przyznawał pisarz w
jednej z rozmów.
Do liceum chodził w Sandomierzu. Po maturze przyszły laureat nagrody
"Nike" zamierzał studiować budowę okrętów na Politechnice Gdańskiej.
Nie dostał się jednak i wrócił na wieś. Do matki i ukochanej Wacławy, którą
poznał jak miał siedemnaście lat. To dziewczyna namówiła go, by zdawał na
polonistykę.
Studia nie były spełnieniem marzeń chłopaka z Dwikóz. "Potężnie mnie
polonistyka nudziła. Chodziłem dużo do kina, grałem w karty, lubiłem się bawić,
egzaminy, owszem, zaliczałem. Choćby ze względu na dziewczynę, zapaloną
polonistkę" – opowiadał. Ślub z Wacławą wzięli w 1956 roku. Przeżyli razem
siedem dekad.
W grudniu 1955 roku Myśliwski i jego partnerka zaczęli pracę w Ludowej
Spółdzielni Wydawniczej (LSW). W jej znalezieniu pomogły kontakty matki, przed
wojną działaczki Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici", absolwentki
uniwersytetu ludowego. "Była światłą kobietą mimo braku formalnego
wykształcenia" – mówił.
Redaktor Myśliwski
Mając dwadzieścia sześć lat Myśliwski został kierownikiem redakcji literatury
współczesnej. Wtedy przyszła "odwilż", czyli liberalizacja ustroju.
"Można było coś robić", komentował Myśliwski. W wydawnictwie pracował
do 1976 roku. Doszedł do pozycji zastępcy redaktora naczelnego. W tym czasie
LSW stało się jednym z największych polskich wydawnictw. Wydawało między innymi
dzieła Stanisława Piętaka, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Tadeusza Nowaka czy
Ernesta Brylla. Nakładem LSW – w 1973 roku – LSW ukazała się słynna
"Konopielka" Edwarda Redlińskiego.
Myśliwski był także inicjatorem serii Biblioteka Poetów, w której ukazywały się
wybory poezji najważniejszych polskich twórców, między innymi Wisławy
Szymborskiej i Juliana Tuwima.
W 1975 roku został redaktorem naczelnym kwartalnika "Regiony".
"Zaproponowałem całkiem nową i dość osobliwą formułę. Pismo miało
prowadzić systematyczną refleksję nad tym, czym jest kultura chłopska. Intuicja
podpowiadała mi, że lada moment ta kultura zacznie umierać. Uważałem, że jest
to nierozpoznana przestrzeń w piśmiennictwie polskim i że tutaj kryją się
wielkie możliwości natury estetycznej" – mówił.
Pisanie powieści "nie wchodziło w grę"
Myśliwski zadebiutował na łamach pracy w 1955 recenzją powieści Étienne de
Greeff "Noc jest moim światłem", opublikowaną w „Tygodniku
Powszechnym". Recenzje publikował między innymi w miesięczniku
„Twórczość".
Miał 35 lat, gdy zadebiutował jako prozaik. Był to późny debiut, bo jak
przyznawał w wywiadach jako młody człowiek "nie miał ciągot
pisarskich". "Sądziłem, że odnalazłem to, co chciałbym w życiu
robić" – mówił. Jednak podczas pracy w LSW zaczął rozważać, czy nie
podołałby zadaniu.
Także Wacława Myśliwska w jednym z nielicznych wywiadów przyznawała, że pisanie
powieści przez Myśliwskiego "w ogóle nie wchodziło w grę". Myśliwska:
"Wyobrażałam sobie, że może jak się czasy zmienią, to zostanie profesorem,
bo wiedziałam, że ma predyspozycje do czegoś większego. Wyobrażałam sobie, że
będzie kiedyś bardzo dobrym naukowcem".
Debiutancką powieść, "Nagi sad" pisał w latach 1963-66.
"Doprawdy nie wiem, jak to się stało", mówił. Pierwszy maszynopis
książki, nad którą pracował - zniszczył. Myśliwski: "W 1966 roku urodził
mi się syn. To spowodowało, że wszystko, co dotychczas nadłubałem, wyrzuciłem i
w przeciągu sześciu miesięcy napisałem nową wersję".
"Niezwyczajny debiut"
"Nagi sad" ukazał się w 1967 roku nakładem Państwowego Instytutu
Wydawniczego. Jej bohaterem jest – jak pisał Dariusz Kulesza w
"Twórczości" – "wiejskie dziecko wracające z miasta, w którym
zdobyło wykształcenie". Książka opowiada o zderzeniu młodego mężczyzny z
wiejską niezmiennością i trwałością, którą reprezentuje szczególnie ojciec
bohatera, analfabeta. Powrót na wieś, jak słusznie zauważa Kulesza, nie jest
dla bohatera "Nagiego sadu" powrotem do dawnej, wiejskiej tożsamości,
a do "tożsamości określonej przez wolę i miłość".
Myśliwski sprzeciwiał się egzotyzującej literaturze chcącej sportretować
"chłopski los". "Nie ma czegoś takiego jak chłopski los. Tak jak
nie ma losu szlacheckiego, mieszczańskiego czy innego. Los jest los" –
mówił w wywiadzie.
Książka była wydarzeniem. Julian Przyboś pisał: "Tom prozy Wiesława
Myśliwskiego przykuł mnie od pierwszych zdań do swego tekstu, gęstego od
znaczeń; oderwać się od niego nie można (…) Wiesław Myśliwski pokazał w swojej
pierwszej książce wielorakie umiejętności powieściopisarskie. Objawił się nowy
talent". Poeta i krytyk recenzję zatytułował: "Niezwyczajny
debiut". W 1968 roku Myśliwski za "Nagi sad" otrzymał prestiżową
Nagrodę im. Stanisława Piętaka.
Rozbuchany, fantasmagoryczny "Pałac"
W 1970 roku wydał drugą powieść, "Pałac". To monolog Jakuba, chłopca
pracującego jako pasterz.
Akcja dzieje się pod koniec II wojny światowej, a bohater powieści Myśliwskiego
obserwuje pobliski pałac, z którego właśnie uciekają dziedzic i jego służba.
Gdy Jakub wchodzi do pałacu, zaczyna wyobrażać sobie, że jest jego
właścicielem. "Jakub przekonuje się, że może być wszystkim. Nie jest
prawdą, że jeśli on jest z ludu, to nie może być kim innym. On może być tak
samo każdym", mówił Myśliwski.
"Pałac" to powieść wyjątkowa w dorobku pisarza - najbardziej
rozbuchana językowo, fantasmagoryczna i metafizyczna. Przyznawał to sam
Myśliwski, mówiąc, że to powieść czerpiąca z "rozpasanej wyobraźni
ludowej". Jednocześnie przypominał, że chodziło mu o to "by na
możliwie niewielkiej liczbie stron poddać próbie człowieka aż do granic jego
możliwości".
"Na uprawianie literatury trzeba zarobić"
Po "Pałacu" Myśliwski przez czternaście lat nie opublikował żadnej
książki. Pisał dramaty - "Złodziej" i "Klucznik" ukazały
się w "Dialogu" i pracował w "Regionach". Pismo publikowało
teksty pisane przez twórców pochodzących z klasy ludowej - historyczne jak i
współczesne. Było to miejsce, które - jak przyznawał Myśliwski - dało mu
"wielkie doświadczenie językowe". Myśliwski: "Większość
chłopskich zapisów, które ratowaliśmy, pochodziła z epoki, kiedy kultura
chłopska z kultury mowy przechodziła w kulturę pisma. Nie miała ona świadomości
pisma i przenosiła w pismo całe struktury mowy".
Stanisławowi Beresiowi mówił: "Pracowałem całe życie zawodowe na etacie,
to mnie też broniło przed tym, że nie nakładałem na moje pisanie obowiązków
zarobkowych. Uważałem, że na uprawianie literatury trzeba zarobić. Jeśli
literatura przynosi Panu jakieś profity, w porządku. Ale nie może Pan na nią
kłaść z założenia takiego obowiązku, bo ogranicza Pan sobie w ten sposób pole
wolności. Sprowadza Pan uprawianie literatury do zawodu. A ja nigdy nie
chciałem być zawodowcem. Chciałem przynajmniej w jakimś stopniu zachować w
sobie naiwną wiarę w sens literatury".
"Kamień na kamieniu" - druga polska epopeja
Nowa powieść rodziła się w bólach. "Nie wychodziła mi ta książka",
mówił Katarzynie Janowskiej. W innej rozmowie przyznawał, że powieść powstała
"zamiast innej". A jednak opublikowany w 1984 roku "Kamień na
kamieniu" stał się wielkim literackim wydarzeniem. Chwalono jego epicki
rozmach, czy "głębię ujęcia ludzkiego losu". Po latach Dariusz
Kulesza w obszernym studium na temat powieści pisał:
"Wśród wielu epopei literatury polskiej dwie wydają mi się najważniejsze.
Pierwszą z nich jest oczywiście »Pan Tadeusz«, a drugą (…) »Kamień na kamieniu«
Wiesława Myśliwskiego. Wyjątkowość tych niewspółmiernych dzieł polega między
innymi na tym, że właśnie one, jak żadna inna epopeja polskiej literatury,
zapisały model polskości związany z konkretną, odchodzącą w historyczną
przeszłość społecznością".
Bohaterem powieści jest pochodzący z ubogiej chłopskiej rodziny Szymon
Pietruszka, który podczas budowy rodzinnego grobowca opowiada o własnej i
rodzinnej przeszłości. Opowieść Pietruszki jest zahaczającą o powstanie
styczniowe wielką, polską historią pierwszej połowy XX wieku. Dwie wojny
światowe, okupacja, partyzantka, powojenne przemiany.
Przez ponad dwie dekady powieść Myśliwskiego była widziana - trochę wbrew
intencjom autora - jako triumfalne zwieńczenie nurtu chłopskiego w polskiej
literaturze. Dzisiaj można dostrzec w niej to, o czym pisał Kulesza, że to
"epopeja narodowa przedstawiająca świat, którego wiejskość w poważnym
stopniu zdecydowała o tożsamości powojennej Polski".
"Takich jak ja nazywano kolaborantami"
Postawa Myśliwskiego z lat 80. budzi do dziś kontrowersje. Nie tylko nie
wystąpił z oddanego reżimowi Związku Literatów Polskich, ale jeszcze został - w
1981 roku - sygnatariuszem listu do generała Jaruzelskiego, w którym domagano
się powstania Rady Kultury przy Radzie Ministrów.
"Uważałem i dalej tak uważam, że Rada jest w stanie przyczynić się do
odbudowy przynajmniej częściowo naszego życia kulturalnego, złagodzić
obolałości, znerwicowania, frustracje", mówił w 1986 roku w rozmowie ze
Zbigniewem Bauerem, Leszkiem Bugajskim i Edwardem Chudzińskim.
Myśliwski został członkiem utworzonej w 1982 roku Rady, a rok później został
mianowany jej wiceprzewodniczącym. "Takich jak ja nazywano kolaborantami.
Mnie także. Ale uważałem, że warto zaryzykować. Że takie ciało
wielośrodowiskowe, wielopokoleniowe i wieloświatopoglądowe może o coś się
pokusić", opowiadał. „Kiedy oni rozprawiali o polityce, to ja pisałem
»Kamień na kamieniu«" – dodawał w rozmowie, której fragmenty publikowane
były między innymi w warszawskiej "Kulturze" i "Polityce".
"Nike" za "epicką powieść kameralną"
Na kolejną powieść Myśliwskiego trzeba było poczekać dwanaście lat.
"Widnokrąg" ukazał się w 1996 roku. Głównym bohaterem powieści jest
Piotruś, który swoją historię opowiada kilka razy - jako chłopiec, dojrzewający
nastolatek i dojrzały mężczyzna.
Tym razem - jak zauważają krytycy - Myśliwski nie napisał "powieści
chłopskiej", a miejscem akcji uczynił niewymienione z nazwy miasto, które
nie trudno zidentyfikować jako Sandomierz, miejscowość, obok której leży
rodzinna wieś pisarza.
"Myśliwski drobiazgowo opisuje zdarzenia, miejsca, ludzi i ich mowę.
Portretuje rodzinę, ukochanego psa z czasów wojny, Żydów, niemieckiego
gefreitra i sowieckich sołdatów oraz sąsiadki z Sandomierza, eleganckie panny
Ponckie, które przyjmowały u siebie mężczyzn nie bacząc, czy to Niemcy czy
Polacy, czy enkawudzista Misza" - pisał w "Wyborczej" Michał Cichy.
Recenzent zastrzegł jednak, że nie jest to "panorama losu
człowieczego" ani nowi "Chłopi". Zdaniem Cichego to "epicka
powieść kameralna", niespieszna, drobiazgowa medytacja, która przywodzi na
myśl dzieła Marcela Prousta. Powieść została wyróżniona - przyznaną po raz
pierwszy - Nagrodą Literacką "Nike".
"Przez dziesiątki lat czytelnicy (a także krytycy) domagali się od pisarzy
prawdomównej opowieści o powojennej Polsce: oto ona", wyrokował w laudacji
legendarny krytyk literacki Jan Błoński.
Przemysław Czapliński, członek kapituły nagrody w rozmowie z
"Wyborczą" dodawał: "Napisana pięknym językiem, zrozumiała dla
każdego, przedstawiająca spory kawałek historii Polski jest pochwałą
zwyczajności, ale zwyczajności, którą jak widnokrąg można przekroczyć. Ku
drugiemu człowiekowi, ku prawdzie".
Nike po raz drugi
Kolejna - piąta w dorobku - powieść Myśliwskiego ukazała się w 2006 roku.
"Traktat o łuskaniu fasoli".
"Główny bohater, świadek minionych kilkudziesięciu lat historii pewnego
miejsca na mapie, łuskając fasolę, toczy swój monolog, niespieszny jak rzeczka
Rutka, nad którą się urodził", pisał o powieści w "Wyborczej"
Michał Olszewski.
Podobnie jak w poprzednich książkach monolog bohatera traktuje o polskiej i
osobistej historii - mitycznym dzieciństwie, wojnie, pacyfikacji rodzinnej
wioski, dorastaniu w komunistycznej szkole. To gorzka powieść, przyznawał
Przemysław Czapliński, pokazująca, że "nasze codzienne porozumienie
znalazło się w stanie głębokiego kryzysu - tylko poprzez rozmowę moglibyśmy
dowiedzieć się czegoś o sobie nawzajem, a właśnie rozmowa wydaje nam się formą
niebezpieczną, agresywną, naruszającą tajemnice tożsamości".
W roku po wydaniu książki Myśliwski został uhonorowany Nagrodą Literacką
"Nike" i Nagrodą Gdynia. Stał się pierwszym pisarzem, który otrzymał
"Nike" dwukrotnie. W 2015 roku sukces ten powtórzyła Olga Tokarczuk.
W tym samym 2007 roku Myśliwski został honorowym obywatelem Sandomierza i
otrzymał doktorat honoris causa Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach.
Nie takie "Ostatnie rozdanie"
W drugim dziesięcioleciu XXI wieku ukazały się dwie ostatnie powieści
Myśliwskiego - "Ostatnie rozdanie" i "Ucho Igielne".
"Ostatnie rozdanie" to wypowiadany u schyłku życia monolog
bezimiennego bohatera, który urodził się na początku lat 40. XX wieku i jest
niespełnionym artystą. Wypowiedź przerywana jest listami Marii, szkolnej
miłości artysty.
"Maria przez kilkadziesiąt lat posyłała mu listy miłosne, powiadamiając
przy okazji o kolejach swego życia - małżeństwach, dzieciach, pracy w szpitalu,
postępującej starości. Na te listy adresat nigdy nie odpowiedział, a i pisane
były bodaj z pełną świadomością, że dialog się nie zawiąże, a tych dwoje nigdy
nie będzie razem", pisał w "Wyborczej" Łukasz Grzymisławski.
Książka - choć nominowana do "Nike" - została przez krytykę przyjęta
z mieszanymi uczuciami, które najlepiej oddaje recenzja Dariusza Nowackiego w
"Wyborczej":
"Myśliwski jak żaden inny współczesny pisarz wymusza na nas bezwarunkową
adorację. Zupełnie tak, jakby jedyną możliwą reakcją na jego pisarstwo był
zachwyt i bicie pokłonów. Owszem, nie mam wątpliwości, że »Ostatnie rozdanie«
to powieść wybitna, ale zarazem trudno mi zliczyć drzemki, w jakie zapadłem w
trakcie lektury".
Cyganka się pomyliła
Dużo przychylniejsze recenzje miała wydana w 2018 roku powieść "Ucho
igielne". O jej genezie pisarz opowiadał Michałowi Nogasiowi:
"Pewnego dnia, budząc się, ale jeszcze na pograniczu snu i jawy,
przypomniała mi się sytuacja z młodości. Dałem sobie mianowicie powróżyć
Cygance, to było w czasach liceum w Sandomierzu. Przepowiedziała mi, że będę
żył 81 lat. W ogóle mnie to nie obeszło, bo starość zdawała mi się wtedy leżeć
gdzieś na końcu świata. Otworzyłem oczy i pomyślałem: »A ja wciąż żyję".
Pomyliła się. (...) To był zaczyn tej nowej powieści. (...) Nie mogłem uciec od
myśli, jak tę książkę skonstruować, męczyłem się bardzo. Aż wreszcie
zrozumiałem, że muszę mieć jednego bohatera w dwóch osobach".
Jak pisał Przemysław Czapliński, choć "pod wieloma względami przypomina
poprzednie powieści Wiesława Myśliwskiego", to w ostatniej powieści
mistrza brakuje już wiary w możliwość odkrycia "życiowych prawd". Ich
- pisze Czapliński - "nie ma i nie będzie", a powieść "wytwarza
rzeczywistość niepewną, niedookreśloną, rozmytą". Książka został
wyróżniona Nagrodą Literacką m.st. Warszawy.
W ostatnim dziesięcioleciu ukazały się dwa tomy rozmów i wypowiedzi
Myśliwskiego i zbiór dramatów, a na pisarza spłynęła lawina odznaczeń. Doktorat
honoris causa przyznał mu Uniwersytet Jagielloński, a Warszawa uhonorowała
pisarza tytułem "honorowego obywatela".
Sukces w Stanach Zjednoczonych
Książki Myśliwskiego były przekładane na ponad 20 języków. Już w 1974 roku
ukazał się pierwszy przekład "Pałacu" na język niemiecki. Największy
rozgłos przyniosło mu angielskie tłumaczenie powieści "Kamień na
kamieniu" autorstwa Billa Johnstona, które ukazało się w 2010 roku jako
"Stone upon Stone". Johnston i Myśliwski otrzymali prestiżową Best
Translated Book Award.
Powieść Myśliwskiego została w Stanach Zjednoczonych doceniona przez
recenzentów. "Cud narracyjnego uwodzenia", pisano w literackim
dodatku do magazynu "Times", a entuzjastyczne recenzje pojawiły się w
"New Yorkerze" czy "Kirkus Review".
"Wydawało mi się, że w ogóle nie znajdę wydawcy, a jeśli nawet już znajdę,
to będzie to książka, owszem, może ważna, ale będzie leżała w bibliotekach
specjalistów. A to po prostu wszyscy czytali, było mnóstwo recenzji, dostałem
za ten przekład nagrody, wielki sukces. I dobrze, bo to książka po prostu genialna",
mówił Johnston w rozmowie z "Wyborczą".
W 2013 roku, również w przekładzie Johnstona, ukazał się po angielsku
"Traktat o łuskaniu fasoli" ("A treatise on shelling
beans").
Ekranizacje i adaptacje teatralne
Nie miał Myśliwski szczęścia do adaptacji filmowych i telewizyjnych. Przez lata
współpracował z Ryszardem Berem, którego najbardziej znanym dziełem stał się
serial na podstawie "Lalki" Bolesława Prusa (1977 rok).
W 1971 roku - na kanwie "Nagiego sadu" - napisał scenariusz do
wyreżyserowanego przez Bera filmu "Przez dziewięć mostów". W 1980
roku Ber wyreżyserował dla telewizji "Drogę", film na podstawie
fragmentów powieści "Kamień na kamieniu". Choć książka ukazała się
kilka lat później, to pisarz publikował jej fragmenty w prasie literackiej. W
rolę Szymona Pietruszki wcielił się Jerzy Radziwiłowicz. Ber wrócił do książki
Myśliwskiego w 1995 roku główną rolę ponownie powierzając Radziwiłłwiczowi.
Największym sukcesem był nakręcony pod koniec lat 70. "Pałac". w
reżyserii Tadeusza Junaka. Film w 1980 roku otrzymał trzy nagrody na Festiwalu
Polskich Filmów Fabularnych (za zdjęcia, dźwięk i monatż). Także w 1980 roku
miał premierę "Klucznik" Wojciecha Marczewskiego, film telewizyjny na
podstawie sztuki Myśliwskiego.
Dużo więcej szczęścia miał do teatru. Sztuki na podstawie jego dzieł były
wielokrotnie wystawiane w Teatrze Telewizji, między innymi w reżyserii Izabelli
Cywińskiej ("Drzewo", "Dotknięcia", "Saksofon").
Wielokrotnie wystawiały je teatry w całej Polsce.
Sam nie był teatromanem. "Współczesny teatr ma mi niewiele do powiedzenia,
częściej mnie irytuje, nudzi mnie. Toteż siedzenie przez dwie godziny na
spektaklu, który często uprawia przede mną rodzaj cyrku, a niekiedy i
szalbierstwo, jest ponad moją wyrozumiałość. Ja chciałbym wyjść ze spektaklu
przytłoczony, zmuszony do myślenia, zapłodniony", mówił w rozmowie z
Adamem Radeckim.
Interesowało go ogólnoludzkie
Proza Myśliwskiego to mimo często deklarowanej przez pisarza prostoty, proza
niezwykle gęsta od znaczeń i nawiązań. Poszukująca języka, który - jak mówił -
nadmiar słów "doprowadzą w pobliże milczenia". Język jego powieści
korzysta z różnorodnych stylizacji - od biblijnej po oralny i gwarowy język
chłopski.
Myśliwski: "My, ludzie wykształceni, jesteśmy ułomni w języku, chociaż nam
się wydaje, że mamy samowiedzę, świadomość. Jesteśmy poddawani nieustannej
presji standardów językowych, jesteśmy niewolnikami tych standardów. Chłop mógł
być niewolnikiem w wielu dziedzinach, w jednym był wolny absolutnie: w
języku", mówił.
W kulturze ludowej interesowało go to, co ogólnoludzkie, a nie folklorystyczne.
Literackie credo? 3 x prostota
"Dzieło Wiesława Myśliwskiego stanowi dziś »centrum polszczyzny«. Jest
»przetrwalnikiem« tradycji polskiego słowa, które mierzy się dziś z mgławicą
znaczeń płynących z mediów elektronicznych", pisał o twórczości autora
"Widnokręgu" profesor Roch Sulima, przyjaciel i wieloletni
współpracownik pisarza.
Myśliwski był jednym z tych pisarzy, dla których fabuła powieści wynika z
języka. "Literatura, jeśli chce być sztuką, musi być sztuką języka, języka
jako formy, która nie daje się ponownie użyć, jest bowiem zawsze naczyniem
jednorazowego użytku. Nie to, co opowiedziane, lecz jak opowiedziane, decyduje
o tym, czy to, co piszemy, ma szansę być sztuką, czy wyjdzie poza literaturopodobny
standard", mówił.
Podczas jednego z nielicznych w ostatnich latach spotkań autorskich
wypowiedział swoje pisarskie credo. "To prostota, prostota i jeszcze raz
prostota. Kiedy siadam do pisania, chciałbym zapomnieć o wszystkich książkach,
jakie przeczytałem, całej tej literaturze".
Pytania do przyszłości o autora, dla którego istniała tylko przeszłość
Los nawet największych mistrzów "swoich czasów" bywa niepewny. Czy
przyszłość będzie chciała sięgać po pisarza, który deklarował w rozmowie z Michałem
Nogasiem, że dla niego "istnieje tylko jeden czas – przeszły"? Jaką
przeszłość wyczyta przyszłość w jego dziełach? Czy będzie to
"prawdziwa" opowieść o Polsce, której źródła znajdują się w
chłopskiej (i babskiej) gawędzie, czy jednak wizja fałszywego mitu?
Już w 1997 roku mówił przecież Myśliwski w rozmowie z Heleną Zaworską, że nie
wyklucza, że "mit kultury chłopskiej stworzył sobie, ponieważ był mu
potrzebny".
Do czego potrzebne nam były mity Myśliwskiego?
Czy pełniły rolę egzorcyzmów nad przeszłością, czy ułatwiały rozpoznanie źródeł
polskiej tożsamości?
A może zaspokajały potrzebę umieszczenia niechcianego dziedzictwa przeszłości w
niepewnej, wciąż zmieniającej się rzeczywistości ostatnich dekad XX wieku?
Żegnamy wielkiego pisarza
Żegnamy wielkiego pisarza, z pewnością jednego z największych, jakich mieliśmy
w polszczyźnie. Nie żegnamy się jednak z jego opowieścią, która wciąż będzie
miejscem spotkania czytelników i punktem odniesienia dla pytań o polską
historię. I o miłość.
Mówił przecież, że "poza miłością nie ma nic, tylko śmierć".
Obie te rzeczy Wiesławowi Myśliwskiemu się przydarzyły.
* Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty z wywiadów pochodzą z książki
"Wiesław Myśliwski. W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy" wydanej
w 2022 roku przez Znak.
2.
Pięć rządów UE „konsekwentnie” łamie zasadę praworządności
Ekskluzywne: Bułgaria, Chorwacja, Węgry, Włochy i Słowacja aktywnie prowadzą
politykę regresywną, stwierdza organ nadzoru
https://www.theguardian.com/law/2026/mar/30/five-eu-governments-consistently-dismantle-rule-of-law-finds-civil-liberties-union-for-europe
Rządy pięciu państw członkowskich UE „konsekwentnie i celowo” naruszają zasady
praworządności – ostrzega wiodąca europejska organizacja zajmująca się prawami
obywatelskimi. Jednocześnie standardy demokratyczne pogarszają się w sześciu
kolejnych państwach, w tym w historycznie silnych demokracjach.
Opierając się na dowodach pochodzących od ponad 40 organizacji pozarządowych z
22 krajów, Unia Swobód Obywatelskich dla Europy (Liberties) określiła rządy
Bułgarii , Chorwacji, Węgier, Włoch i Słowacji mianem „demonterów”, którzy
aktywnie osłabiają rządy prawa.
W raporcie grupy z 2026 r. , opublikowanym w poniedziałek, stwierdzono, że na
Słowacji pod rządami populistycznego, autorytarnego, promoskiewskiego rządu
Roberta Ficy nastąpił regres praworządności we wszystkich obszarach – wymiaru
sprawiedliwości, walki z korupcją, wolności mediów oraz kontroli i równowagi
społeczeństwa obywatelskiego.
Podobnie ponura sytuacja panowała w Bułgarii, natomiast Węgry , gdzie 16 lat
rządów Viktora Orbána może zakończyć się po wyborach 12 kwietnia, „nadal
stanowią odrębną kategorię, kontynuując wprowadzanie coraz bardziej
regresywnych praw i polityk bez żadnych oznak zmiany”.
W innym miejscu Liberties uznało Belgię, Danię, Francję, Niemcy i Szwecję –
wszystkie te kraje o silnych tradycjach demokratycznych – za „suwaki”: miejsca,
w których praworządność w niektórych obszarach słabnie, a erozja ta nie jest
częścią ogólnej strategii politycznej.
Czechy, Estonia, Grecja, Irlandia, Litwa, Holandia, Rumunia i Hiszpania zostały
sklasyfikowane jako kraje „stagnujące”, czyli takie, w których warunki
praworządności nie poprawiają się ani nie pogarszają – czytamy w
800-stronicowym raporcie.
Polska również znalazła się w tej kategorii, a premier Donald Tusk próbował
przywrócić kluczowe elementy praworządności – takie jak niezależne sądownictwo
– zdemontowane przez poprzedni rząd Prawa i Sprawiedliwości (PiS), ale na
przeszkodzie stanęło weto prezydenta.
Dotychczasowe ograniczone postępy Polski „pokazują, jak trudne i kruche może
być przywrócenie zagrożonej niezależności instytucjonalnej” – stwierdziła
organizacja Liberties. Tylko Łotwa zasłużyła na miano „pracowitego” kraju,
którego rząd aktywnie podnosi standardy praworządności.
W raporcie stwierdzono również, że mechanizmy UE służące przeciwdziałaniu
erozji praworządności są w dużej mierze nieskuteczne, a większość państw
członkowskich nie przełożyła wytycznych na konkretne działania, pomimo
wieloletnich zaleceń Komisji Europejskiej.
Stwierdzono, że 93% wszystkich zaleceń zawartych w sprawozdaniu organu
wykonawczego UE na temat praworządności z 2025 r. to powtórzenia z poprzednich
lat, wiele z nich zostało przeniesionych bez zmiany brzmienia, a liczba nowych
zaleceń spadła o połowę od 2024 r.
Spośród 100 rekomendacji komisji ocenionych przez Liberties, 61 nie wykazało
żadnego postępu, a 13 kolejnych było w fazie pogorszenia. „Raport komisji miał
na celu skłonienie do konkretnych działań” – powiedziała Ilina Neshikj,
dyrektor wykonawcza Liberties.
Jednak po siedmiu corocznych edycjach, ustalenia Liberties wskazują na „nie
tylko regres, ale także ciągłe i celowe działania mające na celu podważenie
praworządności. Powtarzanie zaleceń bez konkretnych działań następczych nie
odwróci tego stanu rzeczy” – powiedziała.
W raporcie skrytykowano także instytucje UE jako całość, stwierdzając, że w
roku 2025 nie tylko „odzwierciedliły wiele problemów obserwowanych w państwach
członkowskich”, ale także nie wywiązały się ze spójnego stosowania i obrony
praw podstawowych.
„Znormalizowali stosowanie wyjątkowych, przyspieszonych procedur stanowienia
prawa, wycofali podstawowe zabezpieczenia praw i przeprowadzili skoordynowaną
kampanię przeciwko organizacjom nadzorującym” – powiedziała Kersty McCourt,
starsza doradczyni ds. obrony praw człowieka w Liberties.
Kiedy tak się dzieje – dodał McCourt – instytucje „podważają wiarygodność UE i
jej własnych sprawozdań na temat praworządności”.
Organizacja Liberties ustaliła, że warunki praworządności najbardziej
pogorszyły się w 2025 r. w filarze demokratycznego systemu „kontroli i
równowagi”: niezależne organizacje pozarządowe i społeczeństwo obywatelskie
mogły się organizować, kwestionować decyzje i pociągać rządy do
odpowiedzialności.
Raport ujawnił, że wzrosła liczba regresywnych przepisów i surowych kar za
udział w zakazanych protestach, m.in. na Węgrzech, gdzie zakazano wydarzeń
Pride, a ich organizatorzy, w tym burmistrz Budapesztu, zostali objęci
formalnym dochodzeniem.
We Włoszech przyjęto bardzo restrykcyjny dekret bezpieczeństwa, kryminalizujący
blokady dróg i inne formy sprzeciwu, ale wzmacniający gwarancje dla policji. W
kilku państwach członkowskich protestujący na rzecz klimatu i Palestyny
spotkali się z zakazami i kryminalizacją.
Liberties stwierdziło, że filar sprawiedliwości również nie poczynił żadnych
postępów, podkreślając w szczególności to, co nazwano „pojawiającym się trendem
coraz bardziej krytycznego lub wrogiego dyskursu politycznego wobec instytucji
sądowniczych i praw człowieka”.
Nie odnotowano również znaczących postępów w działaniach antykorupcyjnych. W
kwestii wolności mediów jedynie nieliczne państwa poczyniły wymierne postępy.
Ataki na dziennikarzy nasiliły się w Bułgarii, Chorwacji, Włoszech, Holandii, a
zwłaszcza na Słowacji.
3.
„Atak na wymiar sprawiedliwości”: jak ataki skrajnej prawicy zagrażają
praworządności w Europie
Niezależność sądownictwa jest zagrożona, ponieważ politycy populistyczni
atakują sędziów, a autorytarne rządy próbują przeprowadzić reformy
konstytucyjne
https://www.theguardian.com/world/ng-interactive/2026/mar/30/leaders-seeking-undermine-rule-of-law-europe
Wmarcu ubiegłego roku paryski sąd uznał Marine Le Pen winną defraudacji i
zakazał jej startu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich we Francji.
Skrajnie prawicowy przywódca skrytykował w radiu „decyzję polityczną” i
„zaprzeczenie demokracji”.
Le Pen, która złożyła apelację, stwierdziła, że padła ofiarą „tyranii sędziów”
i „zamachu politycznego”. „System” zrzucił na nią „bombę atomową”. Sędzia
przewodnicząca otrzymała następnie groźby od innych osób w mediach
społecznościowych, a jej adres domowy został ujawniony.
Sześć miesięcy później były prawicowy prezydent Nicolas Sarkozy został skazany
na pięć lat więzienia za spisek przestępczy. Potępił decyzję „o wyjątkowej
wadze w odniesieniu do praworządności i zaufania społeczeństwa do wymiaru
sprawiedliwości”.
Sąd działał z „nienawiści, która naprawdę nie zna granic”, dodał Sarkozy.
„Niesprawiedliwość”, którą reprezentował, była „skandaliczna”, a ci, którzy
„tak bardzo mnie nienawidzą”, „upokarzali Francję”, powiedział. Minister
sprawiedliwości Francji postawił sobie za punkt honoru odwiedzenie go w
więzieniu.
Jak zauważa Liberties , europejska sieć organizacji pozarządowych zajmujących
się prawami obywatelskimi, sprawnie funkcjonujący, niezależny system wymiaru
sprawiedliwości stanowi „podstawę praworządności”, gwarantując rozliczalność,
chroniąc prawa ludzi oraz podtrzymując uczciwość i równość.
Na Węgrzech premier Viktor Orbán, który w przyszłym miesiącu stanie w obliczu
bezprecedensowego wyzwania w ciągu 16 lat sprawowania władzy, systematycznie
ograniczał niezależność sądownictwa poprzez szereg zmian konstytucyjnych i
prawnych, obsadzając sądy sędziami lojalistycznymi i skutecznie przejmując
kontrolę nad systemem sprawiedliwości.
Jednak nawet w krajach o historycznie silnej reputacji demokratycznej,
niezależne systemy wymiaru sprawiedliwości są zagrożone. Ataki polityczne – w
tym na poszczególnych sędziów – stają się coraz powszechniejsze, niebezpiecznie
podważając zaufanie społeczne, jak stwierdziła organizacja Liberties w swoim
raporcie z 2026 roku.
We Francji organ odpowiedzialny za utrzymanie niezależności sędziów poczuł się
zobowiązany do reakcji. „W demokracji” nie do przyjęcia jest, aby sędziowie
byli zastraszani, a politycy komentowali poszczególne postępowania karne i
wyroki, stwierdziła Rada Najwyższa Magistratury (Conseil Supérieur de la
Magistrature). Związek zawodowy sędziów ostrzega przed „atakiem na cały system
sprawiedliwości” i porównuje sytuację do krajów takich jak Węgry.
Francja – i większość innych krajów europejskich – najwyraźniej jeszcze nie
osiągnęła tego etapu. Ale kiedy radykalny minister spraw wewnętrznych określa
praworządność jako „ani nienaruszalną, ani świętą” , a minister sprawiedliwości
odrzuca orzeczenia sądów europejskich, „przekroczyliśmy szereg punktów
zwrotnych”, powiedziała jedna z czołowych sędziów, Magali Lafourcade.
Organizacje walczące o prawa obywatelskie mają także inne obawy dotyczące
francuskiego systemu sprawiedliwości, w tym jego faktycznej niezależności
(prokuratorzy są mianowani przez ministerstwo sprawiedliwości), chronicznego
niedofinansowania i dziesięcioleci, jakie mogą trwać prace zmierzające do
wymierzenia sprawiedliwości.
Podobne problemy od dawna występują również w innych państwach członkowskich
UE. Jednak ataki polityczne na taką skalę są w większości z nich stosunkowo
nowym zjawiskiem i oczywistym powodem do niepokoju, jeśli autorytarne rządy
skrajnie prawicowe dojdą do władzy – jak we Włoszech.
Rząd Giorgii Meloni od czasu wyborów w 2022 roku toczy prawdziwą walkę o władzę
we włoskim sądownictwie. Jednym z pierwszych posunięć było zniesienie
przestępstwa nadużycia władzy, zmiana forsowana przez byłego premiera Silvio
Berlusconiego.
Administracja Meloni ograniczyła również stosowanie podsłuchów. Często atakuje
wymiar sprawiedliwości, krytykując „upolitycznionych sędziów”, którzy próbowali
„znieść granice Włoch”, gdy sądy zablokowały jej próby utworzenia ośrodków
repatriacyjnych w Albanii.
Meloni, która stała się celem dochodzenia w sprawie uwolnienia i repatriacji
libijskiego watażki poszukiwanego za zbrodnie wojenne przez Międzynarodowy
Trybunał Karny, odrzuciła śledztwo jako spisek lewicowy i stwierdziła, że nie
można jej szantażować ani zastraszać”.
Ataki nasiliły się przed niedawnym referendum we Włoszech w sprawie popieranej
przez rząd reformy sądownictwa, której celem było rozdzielenie ścieżek kariery
sędziów i prokuratorów, utworzenie dwóch rad zarządzających wybieranych w
drodze losowania oraz utworzenie sądu dyscyplinarnego.
Rząd Meloni stwierdził, że reformy są niezbędne dla bezstronności i wyeliminowania
rzekomo lewicowych „frakcji” w sądownictwie. Przeciwnicy twierdzili, że reforma
jest projektem silnie partyjnym, który osłabi władzę i niezależność sędziów i
prokuratorów.
Ostatecznie w plebiscycie, który szybko przerodził się w ogólny werdykt na
temat jej rządu i jego dokonań, Meloni przegrała – jednak wielu obserwatorów
widziało w jej gotowości do konfrontacji i „ujarzmienia” włoskiego wymiaru
sprawiedliwości taktykę z podręcznika Orbána.
Nawet w krajach o szczególnie silnym systemie sądowniczym, takich jak Niemcy,
presja narasta, twierdzą obserwatorzy. Organizacja Liberties uznała, że zarówno
brak finansowania, jak i próby podważenia niezależności sądownictwa przez
skrajną prawicę wymagają pilnej uwagi.
Przeciążony i niedopłacany wymiar sprawiedliwości, któremu grożą niedobory
kadrowe z powodu dużej liczby sędziów zbliżających się do emerytury, grozi
pogłębieniem problemów z rozpatrywaniem spraw, zwłaszcza że wiele postępowań
trwa już zdecydowanie za długo.
Na szczeblu regionalnym skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD),
dobrze reprezentowana w wielu krajach związkowych, zwłaszcza na wschodzie,
zablokowała ponowne mianowanie urzędników sądowych w kraju związkowym Turyngia,
próbując w ten sposób wymusić ustępstwa w innych kwestiach.
Obawy skupiły się również na „podatności” najwyższego trybunału Niemiec,
Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, na próby manipulacji, szczególnie ze
strony AfD, choć izba niższa Bundestagu podjęła działania w celu rozwiązania
tego problemu. Ówczesna minister spraw wewnętrznych, Nancy Faeser, powiedziała,
że celem jest zapewnienie, aby „wrogowie naszej demokracji nie mieli dostępu”
do systemu sądownictwa. Autokraci „zawsze najpierw zwracają się przeciwko
sądownictwu”, a sądy konstytucyjne „często są ich pierwszym celem”, dodała.
Tymczasem na wschodzie Polska przekonuje się, jak trudno jest odwrócić
kontrowersyjne reformy sądownictwa, które wpędziły ją w konflikt z UE pod
rządami narodowo-konserwatywnej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS).
Zainspirowana „nieliberalną demokracją” Orbána, PiS w ciągu ośmiu lat swojej
władzy przeprowadziła agresywną reformę polskiego wymiaru sprawiedliwości,
przejmując Trybunał Konstytucyjny i inne instytucje oraz radykalnie
rozszerzając rolę ministra sprawiedliwości.
Cofnięcie tych zmian okazało się skomplikowane dla rządu Donalda Tuska,
ponieważ koalicja premiera nie dysponuje niezbędną większością trzech piątych
głosów, aby odrzucić prezydenckie weto, a postępy były bardzo ograniczone.
Ku rozczarowaniu wyborców, rząd Tuska, wybrany w 2023 r., wstrzymał się z
podjęciem działań aż do wyborów prezydenckich w 2025 r., mając nadzieję na
zwycięstwo swojego kandydata. Rafał Trzaskowski przegrał jednak z
narodowo-konserwatywnym rywalem wspieranym przez PiS, w efekcie czego proces
został skutecznie wstrzymany.
W listopadzie ubiegłego roku nowy prezydent Karol Nawrocki odmówił
zatwierdzenia nominacji 46 sędziów. Były minister sprawiedliwości Tuska, Adam
Bodnar, mówił o wyzwaniu, jakim jest przekonanie ludzi do skupienia się na
kwestiach praworządności.
„Zasadniczo dość znaczna część społeczeństwa nie widziała żadnego poważnego
problemu” – powiedział. „Nie interesowały ich instytucje, Trybunał
Konstytucyjny, wymiar sprawiedliwości… ale bardziej interesowała ich,
powiedzmy, sytuacja socjalna”.
Walcząc o zmianę ram prawnych, polski rząd skupia się na „rozliczeniu” z
działaniami poprzedniego rządu. Kilku wysoko postawionych urzędników PiS
zostało objętych śledztwem i oskarżonych o domniemane nadużycia władzy.
W szczególności architekt reformy sądownictwa PiS, Zbigniew Ziobro, jest
poszukiwany przez polskie władze w związku z 26 odrębnymi zarzutami – ubiegał
się jednak o azyl na Węgrzech i pozostaje poza zasięgiem polskiego wymiaru
sprawiedliwości.
Jak twierdzi Lafourcade, o wiele lepiej jest zdać sobie sprawę z zagrożenia i
działać, niż próbować rozwiązać to wszystko wstecz. Lafourcade dodaje, że w
zeszłym roku znalazła się na celowniku napięć transatlantyckich, gdy urzędnicy
z administracji Trumpa próbowali lobbować u niej przeciwko zakazowi wyborów dla
Le Pen.
„Spójrzcie na obecne Stany Zjednoczone i zastanówcie się, czy jutro chcemy
niezależnego sądownictwa, czy nie” – powiedziała. „Kiedy reżim popada w
arbitralność i autorytaryzm, może to nastąpić błyskawicznie”.
4.
https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,32693645,applebaum-osobiste-zaangazowanie-trumpa-nie-pomoze-magyar.html#s=S.MT-K.C-B.1-L.1.duzy
"Rosjanie do domu". Hasło skandowane na Węgrzech wyjaśnia, dlaczego
na finiszu przed wyborami Orbán jest tak nerwowy, a jego kampania tak toporna.
Przejrzyj prorządowe węgierskie konta na TikToku, a zobaczysz Wołodymyra
Zełenskiego siedzącego na złotym sedesie, przeliczającego gotówkę, wciągającego
kokainę i wydającego rozkazy węgierskiemu żołnierzowi. Oraz Petera Magyara,
lidera węgierskiej opozycji, który mówi, że nie ma nic przeciwko przekazywaniu
węgierskich fabryk obcokrajowcom. A także sobowtóra SpongeBoba, memogennego
bohatera kultowej kreskówki o gadającej gąbce, który zdradza, że Magyar
„wyciera mną kokainę po tym, jak kichnął i wszystko spadło na podłogę".
Wszystko wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Za to nie znajdziesz zbyt
wiele o samych Węgrzech. Nieprzypadkowo.
W ostatnich latach partie na całym świecie prowadziły kampanie surrealistyczne,
kampanie komiczne, kampanie spiskowe, a nawet kampanie oparte na piciu piwa.
Ale w każdym rankingu dziwnych kampanii wybory parlamentarne na Węgrzech Anno
Domini 2026 wyróżnią się – jako zapewne pierwsza na świecie kampania
post-reality.
Wieści dla Viktora Orbana nie są dobre. Po 16 latach urzędowania (plus
wcześniejsza trzyletnia kadencja) premier Węgier uczynił swój kraj najbardziej
skorumpowanym w Unii Europejskiej, najmniej wolnym i jednym z najbiedniejszych.
Jego partia, Fidesz, kontroluje uniwersytety, służbę cywilną, sądy najwyższe, a
poprzez sieć oligarchów prawie wszystkie gazety i stacje telewizyjne oraz około
jednej piątej gospodarki. Powszechna paranoja dotycząca szpiegów Fideszu
sprawiła, że Budapeszt po raz kolejny stał się miastem, w którym ludzie cichną,
mówiąc publicznie o polityce.
Fidesz wie, że mając taką pozycję, nie rozmyje ani nie zrzuci na nikogo
odpowiedzialności za stagnację na Węgrzech, dlatego ani partia, ani jej lider
nie mówią wiele o spadającej produkcji przemysłowej, ani o kurczącej się
populacji. Zamiast tego – wspierana przez rosyjskich propagandystów, europejską
skrajną prawicę i administrację Trumpa – partia przeznacza fortunę na memy i
filmiki w serwisach społecznościowych na inny cel: przekonanie Węgrów, by bali
się sabotażu, rabunku, a nawet ataku militarnego... Ukrainy.
To wręcz absurdalne. Ale Orbán, jego rząd, jego partia i liczni połączeni z nim
wspólnotą interesów eurosceptyczni i prorosyjscy politycy skupiają się teraz na
tym, by to zagrożenie ludziom wydawało się realne.
Uważajcie, bo to może być przyszłość kampanii wyborczych: wielu sprzysiężonych,
rozpoznawalnych liderów z różnych krajów zasypuje wasz elektorat propagandą,
aby wzbudzić strach przed wrogiem, który w ogóle nie istnieje.
Ta kampania nie jest subtelna. Może trochę, o tyle, że nie eksponuje nachalnie
przywódcy - w Budapeszcie w zeszłym tygodniu twarz Orbána była prawie
niewidoczna. Za to plakaty z Zełenskim były wszechobecne. Czasami prezydent
Ukrainy jest ponury, opatrzony hasłem „Nie pozwólmy, żeby Zełenski śmiał się
ostatni". Czasami pojawia się z Magyarem i Ursulą von der Leyen,
przewodniczącą Komisji Europejskiej, pod hasłem „Oni stanowią ryzyko. Fidesz to
bezpieczny wybór".
Billboard propagandowy na Węgrzech. Napis głosi: 'Przyślij uzbrojenie!
Tak jest!', 11 lutego 2026 r. Fot. REUTERS/Bernadett Szabo
Peter Kreko, który kieruje budapeszteńskim think tankiem Political
Capital Institute, powiedział mi, że to bezprecedensowe. W 2022, roku
pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, Orbán prowadził kampanię zbudowaną na
przekazie „utrzymajmy Węgry z dala od wojny. Teraz mówi Węgrom, że, jak to
ujmuje Kreko, „jesteśmy w bezpośrednim niebezpieczeństwie. Grozi nam
atak".
Do gróźb z billboardów można się przyzwyczaić, tak jak przyzwyczaja się do
mijanej codziennie reklamy, która staje się przezroczysta. Trudniej Węgrom je
zignorować, gdy docierają poprzez ich telefony.
Na TikToku, gdzie codziennie pojawiają się nowe konta popierające Fidesz,
tworzone przez sztuczną inteligencję filmy z Magyarem pokazują, jak lider
opozycji zniesławia swój kraj – „Milczę, bo moi panowie w Brukseli zabronili mi
bronić ojczyzny" – albo śpiewa ukraiński hymn narodowy. Inny gatunek
specjalizuje się w pokazywaniu przemocy wojennej i konsekwencji wojny:
dziewczynka płacze, gdy jej ojciec, ubrany w węgierski mundur, z zawiązanymi
oczami, zostaje rozstrzelany stracony gdzieś w Ukrainie.
Przez oficera przypominającego esesmana, co niesie wiele dodatkowych skojarzeń
– „ukraińscy faszyści" to ulubiony motyw rosyjskiej propagandy – lecz
zasadniczy przekaz jest jasny: to nie nasza wojna, a my, nasze rodziny,
poniesiemy konsekwencje.
Nie brakuje filmów oczerniających Magyara osobiście, z oskarżeniami finansowymi
i seksualnymi, ale dominuje narracja strachu przed ukraińską inwazją. Podczas
marszu Fideszu 15 marca grupa zapiewajłów na czele tłumu niosła transparent z
napisem: „Nie będziemy ukraińską kolonią!".
Tę samą melodię grają instytucje państwa, których liczne działania wzmacniają
propagandę Fideszu. W lutym węgierscy żołnierze zostali wysłani do ochrony
infrastruktury naftowo-gazowej kraju, by zapobiec ukraińskiemu atakowi. W marcu
służby specjalne przejęły dwie ciężarówki ukraińskiego banku centralnego, które
przejeżdżały tranzytem przez kraj podczas rutynowego transportu gotówki z
Wiednia. Aresztowano siedmiu pracowników banku, z których jeden stracił
przytomność po wstrzyknięciu mu tajemniczej substancji, zapewne serum prawdy.
Oczywiście wszystkich zwolniono, ponieważ nie dało się znaleźć żadnych dowodów
na pranie brudnych pieniędzy – ale węgierski rząd nie zwrócił skonfiskowanych
82 milionów dolarów w złocie i gotówce. A portal Direkt36, jedna z ostatnich
redakcji śledczych na Węgrzech, podała, że Fidesz uważa tę nieudolną operację
za sukces: sprowokowała Zełenskiego do półżartobliwego grożenia Orbánowi, co
dało węgierskiemu przywódcy paliwo na kilka dni propagandowego wzmożenia.
Ale węgierskie instytucje państwowe nie są jedynymi organami rządowymi, które
starają się kształtować postrzeganie rzeczywistości przez Węgrów. Chociaż Orbán
lubi odmieniać przez przypadki słowo „suwerenność", w istocie stał się
najważniejszą rosyjską marionetką w Europie.
Węgierski premier wielokrotnie używał weta, aby zablokować europejskie sankcje
na Rosję i unijną pomoc dla Ukrainy.
Wiadomo też, że europejscy przywódcy już dawno przestali rozmawiać o kwestiach
bezpieczeństwa w obecności Orbana.
A w zeszłym tygodniu „Washington Post" opisał, jak minister spraw
zagranicznych Peter Szijjarto, regularnie dzwoni do swojego rosyjskiego
odpowiednika, Siergieja Ławrowa, aby informować Rosjan, co wydarzyło się na
spotkaniach Unii Europejskiej.
Czasami zaś prosić o przysługi. Podczas rozmowy telefonicznej w 2020 roku
Szijjarto poprosił Ławrowa o zorganizowanie w Moskwie spotkania w sprawie
wyborów parlamentarnych w Słowacji. Premier Peter Pellegrini walczył o
utrzymanie władzy jego skompromitowanej licznymi aferami partii SMER i liczył
na wsparcie Rosji. Spotkanie ze Słowakiem się odbyło. Dziś Pellegrini,
deklarujący się jako eurosceptyk oraz, a jakże, realista uważający, że należy
brać pod uwagę rosyjską optykę, a Ukraina nie ma szans, jest prezydentem
Słowacji.
Teraz, obawiając się utraty kluczowego „aktywu", Rosjanie wysłali do
Budapesztu grupę propagandystów, aby wesprzeć kampanię Orbana. „Financial
Times" podaje, że dla Fideszu pracuje Social Design Agency, firma
zajmująca się marketingiem internetowym, w istocie kremlowska farma trolli.
Świat usłyszał o niej już wcześniej – w 2023 roku, gdy amerykański rząd za
prezydenta Bidena był jeszcze zainteresowany demaskowaniem rosyjskiej
propagandy, Centrum Globalnego Zaangażowania Departamentu Stanu – już
nieistniejące, bo rozwiązane przez Trumpa - ujawniło rolę rosyjskiej agencji w
zakładaniu i promowaniu w Ameryce Łacińskiej całej serii lansujących rosyjski
przekaz stron internetowych.
W Budapeszcie specjalistom z Rosji powierzono kluczowe zadanie - tworzenia
filmów wideo opartych na sztucznej inteligencji oraz optymalizację już
istniejącej sieci trolli i botów do ich przekazywania. Oprócz jawnie
propagandowych filmów rozpowszechniano fejki, takie jak zmanipulowane zrzuty
ekranu strony internetowej kanału informacyjnego Euronews z fałszywymi cytatami
Magyara.
Śledztwo „Washington Post" ujawniło, że Rosjanie zaproponowali nawet
sfingowanie zamachu na Orbána, aby wzbudzić współczucie dlań. Nazwali tę
strategię bez owijania w bawełnę i bawienia się w kryptonimy
„Gamechanger".
Tisza, czyli partia Petera Magyara, największe ugrupowanie opozycyjne na
Węgrzech, spodziewa się, że to dopiero przygrywka.
Ludzie Tiszy powiedzieli mi, że obawiają się operacji pod fałszywą flagą, być
może wybuchu węgierskiego rurociągu lub innego obiektu energetycznego, o który
rząd i śledczy oskarżą, fałszując dowody, Ukraińców. Partia przygotowuje się
też do ataku hakerskiego na swoją infrastrukturę komunikacyjną – do tego
stopnia, że na wszelki wypadek zbudowała zapasowy analogowy system łączności.
Tak daleko posunięta zapobiegliwość mogłaby wydawać się nieco paranoiczna, ale
wydarzenia sprzed kilkunastu dni pokazały, że to całkiem rozsądne podejście -
baza danych partii została zhakowana, nazwiska i prywatne informacje o
członkach oraz sympatykach upubliczniono w internecie. A teraz wydaje się
prorocza: w tym tygodniu Direkt36 podał, że rzeczywiście taki był plan rządu.
Informator z kręgów rządowych twierdzi, że szykowano zmasowany cyberatak. Na co
rząd stwierdził, że niektóre osoby ujawnione jako zaangażowane w tę akcję były
powiązane z ukraińskim wywiadem i przy okazji oskarżył dziennikarza Direkt36 o
szpiegostwo.
Jeszcze niedawno inne mocarstwo starałoby się niwelować wpływy Rosji, głośno
bronić procesu demokratycznego na Węgrzech i pomagać obalać absurdalne
doniesienia o najeździe Ukrainy. Ale dziś rząd USA robi, co w jego mocy, by je nagłośnić.
Węgry, choć są niewielkim krajem w Europie Środkowej, w planach amerykańskiej i
europejskiej skrajnej prawicy odgrywają kluczową rolę: MAGA oraz jej sojusznicy
w krajach Unii rozumieją, że węgierskie wybory będą punktem zwrotnym w wojnie
idei, która wstrząsa demokratycznym światem przez ostatnią dekadę.
Orbán jako polityk, który sprawnie i twórczo rozmontował rządy prawa, stał się
wzorem i dostarczycielem know-how dla innych populistów o autokratycznym
zacięciu, którzy dążą do zmiany własnych demokratycznych krajów. Od niego uczą
się, jak naginać zasady, aby mieć pewność, że nie przegrają – jeśli nie nigdy,
to przez długie, długie lata.
Jest też cenny jako piąta kolumna – europejski przywódca siejący ferment i
aktywnie podkopujący liberalną demokrację od środka w jej centrum, lansujący w
samej Unii Europejskiej autorytarny populizm i rządy jednej partii.
No i był pionierem w prowadzeniu kampanii identyfikujących aktualne lęki i
trendy społeczne, by podnosić je do rangi zagrożenia egzystencjalnego. Przez
lata namierzał i rozgrywał kolejne wrażliwe wątki tożsamościowe i kulturowe, od
migrantów po „dekadencję" Unii Europejskiej, za każdym razem uzasadniając,
że ratowanie kraju i sposobu życia obywateli wymaga radykalnych zmian
instytucjonalnych.
Amerykanie zdążyli poznać te taktyki – przejęli je i zaadaptowali trumpiści z
J.D. Vance'em na czele.
Więc teraz przywódcy polityczni, którzy od dawna podziwiali metody Orbána i z
nich korzystali, skrzykują się, by mu pomóc. Sekretarz stanu Marco Rubio w
lutym udał się do Budapesztu, aby poprzeć premiera Węgier, a nawet zaoferować
wsparcie finansowe: „jeśli napotkasz problemy, które zagrażają stabilności
twojego kraju…". Prawdopodobnie po Wielkanocy węgierską stolicę odwiedzi
wiceprezydent J.D. Vance. A sam prezydent Trump wystąpił – co prawda na wideo,
niemniej o czymś świadczy, że choć zaabsorbowany Iranem, znalazł czas – w
zeszłą sobotę w Budapeszcie na spotkaniu CPAC.
To ważne wydarzenie, bo ta niegdyś poważna amerykańska konserwatywna
organizacja głównego nurtu przepoczwarzyła się w centralę międzynarodówki
skrajnej prawicy – a do krzewienia jej idei i wspierania lokalnych partii i
kandydatów wykorzystuje wypracowane przez dekady narzędzia marketingowe,
doświadczonych spin doktorów oraz kontakty w świecie polityki, biznesu,
kultury.
Trump wyraził zdalnie swoje „pełne i całkowite poparcie" dla Orbana,
najbliższego europejskiego sojusznika Rosji. Inni członkowie europejskiej
skrajnej prawicy pojawili się osobiście.
Alice Weidel, szefowa Alternatywy dla Niemiec, zaatakowała Unię Europejską za
wysłanie miliardów euro Ukrainie, „najbardziej skorumpowanemu reżimowi na
Ziemi", udając, że nie dostrzega, iż przemawia w najbardziej skorumpowanym
państwie Unii i powtarza retorykę Rosji, jednego z najbardziej skorumpowanych
reżimów Ziemi.
Po niej wystąpił Santiago Abascal, lider Vox, najważniejszej partii na
hiszpańskiej prawicy, który powiedział, że Węgry Orbána są „promieniem światła
w ciemności", udając, że nie dostrzega, iż przemawia w kraju zubożałym po
latach pseudopopulizmu, w którym ludzie pragnący skorzystać z wolności słowa –
tak bronioną przez obłudny alt-right – są represjonowani.
Pojawili się również Marine Le Pen z Francji, prezydent Karol Nawrocki z Polski
i Geert Wilders, przywódca parlamentarnej większości w Holandii. Nie mógł
zjawić się, więc poparł Orbana na wideo, kolejny guru i idol cynicznych
autokratów, Benjamin Netanjahu, za to pofatygował się aż z Ameryki Południowej
Javier Milei. Radykalnie liberatriański prezydent Argentyny wychwalał
człowieka, który zbudował jedno z najbardziej scentralizowanych, kontrolowanych
przez państwo i represyjnych społeczeństw w Europie.
Każde z nich ma swoje własne motywy. Być może Weidel próbuje pomóc Rosjanom,
którzy finansują niektórych członków jej partii i nagłaśniają jej własne
kampanie internetowe. Milei uznaje, że rozsądnie jest poprzeć ulubieńca Trumpa,
skoro prezydent USA przekazał mu 20 miliardów dolarów na wzmocnienie peso tuż
przed jego własnymi niedawnymi wyborami. Abascal lub LePen również liczą na
wzmocnienie swoich szybko zbliżających się kampanii.
Ale mają też wspólny powód. Byli tam dlatego, że nastanie innego rządu na
Węgrzech unieważniłoby samospełniające się twierdzenie, że skrajna prawica
reprezentuje przyszłość Europy.
Może i reprezentuje, ale w jej duchowej i organizacyjnej stolicy, w
Budapeszcie, język i taktyka Orbána wydają się należeć do przeszłości. Jego
sprawdzone groźby już nie działają, być może dlatego, że rzeczywistość się
umacnia – nie tylko w argumentach i analizach ekspertów oraz liberalnych
publicystów, ale w odbiorze społecznym.
Ludzie już widzą, że nie ma – a przez tyle lat już powinna nadejść - fali
migracji spoza Europy, która zagrażałaby przetrwaniu narodu węgierskiego. Że
Bruksela nie stanowi realnego zagrożenia dla zdrowia i szczęścia Węgrów, w
przeciwieństwie do fatalnego stanu szpitali w kraju.
I że Ukraina nie dokona inwazji, za to Rosja może. Każda nowa groźba
kremlowskich polityków i propagandystów ożywia pamięć, że Węgry najechały
czołgi wysłane przez Moskwę, a nie Kijów: że w 1956 roku nie ukraińscy
niepodległościowcy, a armia radziecka przybyła do Budapesztu, aby stłumić
antykomunistyczną rewolucję.
A Tisza postanowiła wykorzystać to, że machina propagandowa Orbána odkleiła się
od węgierskiej rzeczywistości i przeciwdziała jej, organizując oddolną
kampanię, która dociera do rzeczywistych ludzi w realnym, trójwymiarowym
świecie. Magyar nie udziela wywiadów, lecz spotyka się z wyborcami osobiście,
każdego dnia w kilku miastach i wsiach, a na wiecach porusza tematy zrozumiałe
dla ludzi: gospodarka, służba zdrowia, korupcja. Zazwyczaj unika tematów
geopolitycznych, które Orbán zdecydowanie preferuje.
Ale na dużym wiecu w Budapeszcie na początku marca lider Tiszy zaczął skandować
„Rosjanie, do domu". To skandowanie i stojąca za nim pamięć historyczna
pomagają wyjaśnić, dlaczego Budapeszt jest tak rozgorączkowany i dlaczego
post-realistyczna kampania Orbána jest tak nerwowa. Aby wygrać, Orbán musi
zniszczyć tę palącą pamięć narodową i zastąpić ją strachem przed Ukrainą.
Oznacza to prowadzenie wojny poznawczej na skalę, jakiej nikt wcześniej w
zjednoczonej Europie nie próbował.
Emocje są wysokie, bo stawka jest wysoka. Jeśli mu się uda, ponownie utoruje
drogę, którą pójdą inni. A jeśli przegra, pewna ponura epoka dobiegnie końca.
5.
https://tvn24.pl/polska/jaroslaw-kaczynski-o-sile-ktora-zmieni-europe-pierwszy-warunek-zwyciestwo-orbana-st8972992
Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu portalowi węgierskiego prorządowego
tygodnika "Mandiner". Prezes Prawa i Sprawiedliwości ocenił, że
"wygrana premiera Viktora Orbana byłaby bardzo ważna dla Węgier, ale też
dla Europy".
Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla portalu tygodnika "Mandiner"
powiedział, że wygrana Viktora Orbana "wpisałaby się w przewidywany przez
niektórych cykl wydarzeń, wielką zmianę". - Jeśli Fidesz wygra na
Węgrzech, jeśli my wygramy w Polsce, prawica wygra we Francji, a Meloni będzie
u władzy we Włoszech, może wyłonić się siła, która zmieni Europę - powiedział
Kaczyński.
Jak dodał, to "byłoby bardzo potrzebne, bo Unia Europejska przeżywa
kryzys, który może doprowadzić do jej upadku" - My sobie tego nie życzymy,
ale chcemy Unii, która będzie mechanizmem koordynacji polityki krajów
suwerennych - zaznaczył prezes PiS.
Kaczyński odniósł się również do bliskich relacji Budapesztu z Moskwą. W jego
ocenie Węgry są zmuszone do utrzymywania relacji z Rosją ze względu na swoją
sytuację energetyczną. Podkreślił, że Polska podąża w przeciwnym kierunku.
W jego ocenie opozycyjna TISZA i jej lider Peter Magyar po ewentualnej wygranej
mogliby podążyć śladami Donalda Tuska i "doprowadzić do upadku
praworządności" na Węgrzech.
Polityk stwierdził, że coraz więcej decyzji jest podejmowanych w Brukseli lub
Berlinie, a Ursulę von der Leyen i Manfreda Webera - przewodniczącą Komisji
Europejskiej i lidera Europejskiej Partii Ludowej - oskarżył o realizowanie
"nowego niemieckiego imperializmu".
Ocenił w tym kontekście, że Bruksela próbuje wpłynąć na wynik wyborów na
Węgrzech, wspierając Petera Magyara. Siły zagraniczne wywierają presję, aby
uniemożliwić kolejne zwycięstwo prawicy w tym kraju - powiedział, dodając, że
"nie jest to zwykły spór dyplomatyczny, a pokaz siły". Podkreślił, że
na dwa tygodnie przed wyborami presja ta jest "szczególnie silna".
Kaczyński podczas rozmowy wielokrotnie krytykował rząd premiera Tuska,
zarzucając mu "zdemontowanie praworządności" oraz doprowadzenie do
kryzysu finansowego w Polsce. - Zostawiliśmy kraj w dobrym stanie, a obecnie
dług publiczny rośnie i perspektywy są złe. Ten rząd nie potrafi rządzić -
stwierdził prezes PiS. Dodał, że obecny rząd służy "nie polskim, a
niemieckim interesom". …
========
To teraz już wiesz, Czytelniku, jakie jest źródło idiotyzmu polityka, o którym
pisał D.O. wczoraj. Polityka, który nim afiszował się z Bannonem i Hegsethem, afiszował
się z Orbanem.
6.
Wskaźnik akceptacji Donalda Trumpa spadł do najniższego poziomu w historii –
sondaż
https://www.newsweek.com/donald-trumps-approval-rating-sinks-to-all-time-record-low-poll-11757181
Donald Trump nadal traci poparcie w sondażach. Wskaźnik poparcia dla prezydenta
spadł jeszcze bardziej, do 33%, najniższego poziomu w jego drugiej kadencji.
Wynika to z sondażu Uniwersytetu Massachusetts w Amherst, przeprowadzonego
między 20 a 25 marca, który wykazał, że 62% Amerykanów go nie akceptuje.
Wskaźnik poparcia dla prezydenta jest o pięć punktów procentowych niższy niż w
lipcu 2025 roku i o 11 punktów niższy niż w kwietniu ubiegłego roku.
7.
Oto, dlaczego w Waszyngtonie zakładają się, kiedy upadnie Hegseth „Krzyżowiec”.
Sekretarz wojny Trumpa jest u podstaw władzy. Czuje się obdarzony boską misją.
Jednak niemiecki dziennik „Welt” donosi, że po stolicy już krąży sensacyjna
plotka.
https://www.repubblica.it/esteri/dossier/lena/2026/03/30/news/perche_a_washington_si_scommette_su_quando_cadra_hegseth_crociata_religiosa-425253421/
Pete Hegseth wielokrotnie odgrywał ważną rolę w Gabinecie Owalnym w ostatnich
dniach. W zeszły wtorek, po zaprzysiężeniu nowego Sekretarza Bezpieczeństwa
Krajowego, Markwayne'a Mullina, prezydent USA zaprosił swojego sekretarza wojny
do zabrania głosu. Hegseth podszedł zdecydowanym krokiem do mikrofonu,
podkreślając precyzyjnie artykułowane zdania energiczną gestykulacją. Zwracając
się do irańskich przywódców, oświadczył: „Nigdy nowoczesna armia nie została
unicestwiona i pokonana tak szybko i na taką skalę — od pierwszego dnia, przy
miażdżącej sile ognia”. Za nim Donald Trump skinął głową. „Negocjujemy bombami”
— kontynuował Hegseth. „Kiedy przelatujemy nad Teheranem, macie wybór co do
tego, jak będzie wyglądała wasza przyszłość”.
Chociaż Trump od kilku dni twierdzi, że może osiągnąć porozumienie w drodze
negocjacji z pozostałymi przywódcami w Teheranie, jednocześnie utrzymuje
konfrontacyjną postawę. Hegseth jest odpowiedzialny za wdrożenie niezwykle
twardej strategii negocjacyjnej Trumpa. Ale to również stanowi dla niego
ryzyko. „Kiedy powiedziałem Pete'owi, że to wszystko wkrótce się skończy,
odparł: »Szkoda«. Prawda, Pete? Nie chcesz, żeby to się skończyło” –
wielokrotnie Trump żartował w Gabinecie Owalnym, nawiązując do żarliwości
Hegsetha w popieraniu ataków na Iran.
Oznacza to jednak, że w razie wątpliwości osoba odpowiedzialna jest już
zidentyfikowana w zespole Trumpa, gdyby dalsza eskalacja doprowadziła do
katastrofy i śmierci dużej liczby amerykańskich żołnierzy. Podczas gdy
wiceprezydent J.D. Vance i sekretarz stanu Marco Rubio również wyrażają pełne
poparcie dla kampanii wojskowej, ale starają się zachować jak najmniej
rozgłosu, Hegseth – również ze względu na swoją rolę – znajduje się w centrum
uwagi i pod presją.
Gorliwość religijna
W Waszyngtonie krążą pogłoski, że może on być kolejnym przedstawicielem MAGA,
który zostanie odsunięty od administracji Trumpa, po sekretarz bezpieczeństwa
wewnętrznego Kristi Noem. Bukmacherzy przewidują właśnie taki scenariusz:
podczas gdy inni kluczowi członkowie gabinetu mają niskie, jednocyfrowe kursy,
odejście Hegsetha jest wyceniane na 47% na platformie zakładów politycznych
PredictIt.
Niezależnie od wyniku jego kariery, dla Hegsetha jego zadanie to nie tylko
praca, ale misja. Od września, zgodnie z dekretem prezydenckim, 45-latek nie
nazywa siebie już „ministrem obrony”, lecz „ministrem wojny”. Ci, którzy
słuchają jego konferencji prasowych, odbywających się kilka razy w tygodniu,
lub śledzą jego posty w mediach społecznościowych, dostrzegają w nim religijny
zapał i bezwzględną wolę ucieleśniania tego, co on i jego naczelny dowódca
uważają za swoją naczelną zasadę: odbudowania etosu – etosu chrześcijańskiego
wojownika.
W imię Jezusa Chrystusa, oświadczył Hegseth, naród amerykański powinien
„codziennie, na kolanach, z naszymi rodzinami, w naszych szkołach i kościołach”
modlić się o zwycięstwo i bezpieczeństwo naszych żołnierzy walczących z Iranem.
Stany Zjednoczone rzeczywiście walczą z „religijnymi fanatykami, którzy dążą do
posiadania broni nuklearnej w imię religijnego Armagedonu”, powiedział w
wywiadzie dla CBS.
„Deus vult”
W obecnym konflikcie Hegseth nie sugeruje wprost, że jest to wojna między
chrześcijanami a muzułmanami. Jednak fakt, że on – ojciec siedmiorga dzieci –
porównuje armię amerykańską do krzyżowców, jest znany co najmniej od czasu
publikacji jego książki „Amerykańska krucjata”. Pisze: „Lubisz zachodnią
cywilizację? Wolność? Równość wobec prawa? To podziękuj krzyżowcom. Bez krucjat
nie byłoby protestanckiej reformacji ani renesansu. Nie byłoby Europy ani
Ameryki”.
Dzięki licznym artykułom, które ukazały się po jego nominacji na to stanowisko
po zwycięstwie Trumpa w wyborach w listopadzie 2024 r., wiadomo również, że
minister ma tatuaż na prawym bicepsie z napisem „Deus vult” („Bóg tak chce”).
Kilka dni temu, witając wraz z rodziną trumnę poległego żołnierza w Iranie,
Hegseth opisał ten moment w tych samych słowach: „To, co czułem, poprzez łzy,
uściski, siłę i niezachwianą determinację, było zawsze takie samo, rodzina po
rodzinie: ukończyć tę misję, oddać hołd ich ofierze. Nie wahać się, nie
zatrzymywać, dopóki zadanie nie zostanie wykonane”.
(Copyright Welt/Lena - Leading European Newspaper Alliance)
========
Oto mąż stanu, który decyduje o losach świata. Trzeba szczególnego myśliciela,
żeby włazić takiemu komuś w zupę.
8.
JD Vance mówi, że kosmici to „demony” i opisuje obsesję na punkcie UFO
Wiceprezydent obiecuje „dotrzeć do sedna” doniesień z akt rządu USA dotyczących
niezidentyfikowanych obiektów latających
https://www.theguardian.com/us-news/2026/mar/30/jd-vance-alien-ufo-are-demons
JD Vance , wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, powiedział w ten weekend, że
uważa kosmitów za „demony”.
W obliczu trwającej wojny w Iranie, rosnących cen benzyny i artykułów
spożywczych oraz chaosu na amerykańskich lotniskach spowodowanego częściowym
zamknięciem rządu, Vance pojawił się w konserwatywnym podcaście Benny Show, nadanym
w sobotę, aby obiecać, że poświęci czas na zgłębienie tego, co nazwał swoją
„obsesją” na punkcie UFO i pozaziemskich przybyszów.
Johnson, który reklamuje swój program jako miejsce „wnikliwego, zakulisowego
wglądu w globalny konflikt o wolność”, zastanawiał się, czy Vance, który
wyraźnie milczał na temat wojny Donalda Trumpa na Bliskim Wschodzie, której
rzekomo się sprzeciwia, przyjrzał się już którymś z plików dotyczących niezidentyfikowanych
obiektów latających – znanych obecnie jako niezidentyfikowane zjawiska anomalne
(UAP) – które prezydent obiecał ujawnić .
„Właściwie nie” – odpowiedział Vance, wykazując się znacznie większym
entuzjazmem niż w przypadku jakiegokolwiek wcześniejszego pytania o militarne
ataki USA i Izraela na Iran.
„Nie miałem wystarczająco dużo czasu, żeby się tym zająć, ale zamierzam. Uwierz
mi, jestem tym zafascynowany”.
Jak się później okazało, obsesja bogobojnego wiceprezydenta obejmowała także
kwestię istnienia istot pozaziemskich i ich miejsca w szerszej dyskusji na
temat religii.
„Nie sądzę, żeby to byli kosmici, myślę raczej, że to demony, ale to temat na
dłuższą dyskusję” – powiedział.
Johnson poprosił go o rozwinięcie tematu.
„No cóż, spójrz, myślę, że istoty niebieskie, które latają dookoła i robią
ludziom dziwne rzeczy. Myślę, że pragnienie, by nazwać wszystko niebiańskim,
wszystko pozaziemskie, by nazwać to obcymi” – powiedział Vance.
„Każda wielka religia świata, w tym chrześcijaństwo, w które ja wierzę,
rozumie, że istnieją dziwne rzeczy i że są rzeczy, które bardzo trudno
wyjaśnić. I naturalnie, kiedy słyszę o jakichś pozanaturalnych zjawiskach, to
właśnie tam się udaję – to chrześcijańskie rozumienie, że istnieje wiele dobra,
ale istnieje też trochę zła.
„Myślę, że jedną z największych sztuczek diabła jest przekonywanie ludzi, że
nigdy nie istniał”. …
========
Rząd USA to jednak jest banda poyebów, nawet większa niż rząd pisu. Łączy je
duża pobożność, tak duża, że afgańscy talibowie przy nich to ateiści.
9.
Kneset uchwala ustawę nakazującą karę śmierci dla Palestyńczyków z Zachodniego
Brzegu skazanych za śmiertelne ataki terrorystyczne
Autonomia Palestyńska potępia prawo jako „niebezpieczną eskalację”, organizacja
pozarządowa prosi sąd o jego unieważnienie
https://www.timesofisrael.com/liveblog-march-30-2026/
Egzekucja przez powieszenie, na krześle elektrycznym lub zastrzykiem śmierci w
ciągu dziewięćdziesięciu dni od skazania za terroryzm. Więźniowie będą
izolowani w niedostępnych ośrodkach, gdzie nie będą mogli korzystać z widzeń
rodzinnych, a z prawnikami będą mogli komunikować się wyłącznie za
pośrednictwem wideo. Nie będzie możliwości odwołania. Jednomyślna zgoda nie
będzie również wymagana do wydania wyroku. Jest to drakońskie prawo,
ostatecznie zatwierdzone wczoraj przez izraelski parlament dla Palestyńczyków
oskarżonych o „rasistowski” terroryzm. To znaczy „umyślne spowodowanie śmierci
z zamiarem zaprzeczenia istnieniu Państwa Izrael i odrodzeniu narodu
żydowskiego na jego ziemi”. Ustawa została zaproponowana kilka miesięcy temu
przez posła Limora Sona Har-Melecha z Otzma Yehudit, „Żydowskiej Siły”,
skrajnie prawicowej partii ekstremisty i mesjanistycznego ministra Itamara
Ben-Gvira , kluczowej postaci brutalnych osadników, który zdecydowanie ją
poparł. I promował ją, nosząc szpilki w kształcie pętli.
Ustawa została przyjęta zdecydowaną większością 62 głosów za i 48 przeciw;
jedna z partii ultraortodoksyjnych w koalicji była jej przeciwna. Ostateczny
tekst zyskał tymczasem poparcie opozycyjnej (ale prawicowo-nacjonalistycznej)
partii Awigdora Liebermana. Nie będzie ona miała zastosowania do bojowników
Hamasu, którzy brali udział w masakrze 7 października, ponieważ obecnie trwają
prace nad specjalną ustawą i utworzeniem dla nich specjalnego sądu. „Dziś
państwo Izrael zmienia zasady gry: każdy, kto zabija Żydów, nie będzie mógł już
oddychać i cieszyć się godnymi warunkami życia w więzieniu. To dzień
sprawiedliwości dla ofiar i odstraszenia dla naszych wrogów” – powiedział
Ben-Gwir po głosowaniu. Żądanie wycofania ustawy, wysunięte zaledwie
kilka godzin wcześniej przez ministrów spraw zagranicznych Niemiec, Francji,
Wielkiej Brytanii i Włoch, pozostało bez echa.
10.
https://tvn24.pl/biznes/ze-swiata/usa-gest-humanitarny-donald-trump-pozwolil-rosji-wyslac-rope-na-kube-st8973032
W niedzielę Donald Trump potwierdził, że jeden z rosyjskich tankowców otrzymał
zgodę na dostarczenie ropy naftowej na Kubę. Decyzję, stojącą w sprzeczności z
amerykańskimi przepisami, uzasadnił względami humanitarnymi, wskazując na
pogarszające się warunki życia mieszkańców wyspy.
„Mamy tam tankowiec. Nie przeszkadza nam, jeśli ktoś zabierze ładunek, bo oni
muszą jakoś przeżyć - powiedział Trump podczas rozmowy z dziennikarzami na
pokładzie Air Force One. - Powiedziałem im: jeśli jakiś kraj chce teraz wysłać
trochę ropy na Kubę, nie mam problemu, niezależnie od tego, czy to Rosja, czy
nie”.
11.
Wielkanoc w czasie wojny: wzrost cen i chęć wyjazdu. Europa Wschodnia wśród
najpopularniejszych kierunków podróży.
https://www.repubblica.it/viaggi/2026/03/30/news/pasqua_tra_guerra_rincari_e_voglia_di_partire_italia_e_l_est_europa_che_non_t_aspetti_le_mete_top-425253227/
=========
Artykuł o tym, że Włosi na tę Wielkanoc wybierają Europę Wschodnią, redaktorzy la
Repubbliki opatrzyli zdjęciem Walencji w Hiszpanii.
Gwoli sprawiedliwości w środku są też zdjęcia Bukaresztu, Florencji, Katanii,
Neapolu, Paryża, Bari, Samarkandy, Tirany, a także stareńkie zdjęcie warszawskiej
Starówki. Ale w środku jest informacja, że dziesięć milionów sześćset tysięcy
Włochów jest gotowych ruszyć w drogę, aby odpocząć od domu. Wśród osób
wybierających się za granicę na czele znajdują się duże stolice europejskie.
Wśród nich Włosi najchętniej wybierają Europę z Warszawą na czele (+111%), ale
zwracają również uwagę na Barcelonę i Tiranę.
Innymi słowy - szykujcie się pracownicy hoteli i restauracji: w najbliższych
dniach czeka was mnóstwo harówki.
Dzień dobry... Pozdrawiam pana redaktora i czytających.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie
UsuńWaldku , załóż nowe konto na FB
UsuńPozdro!
UsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuń