DRUGI OBIEG
Niedziela, 21 czerwca 2026
O godzinie 10:24 rozpocznie się faza schyłkowa bieżącego roku.
A Wołodymyr Zełenski jest największym bohaterem współczesnego świata.
1.
Ileż D.O. temu człowiekowi zawdzięcza!
Ile razy jego geniusz ratował D.O. od najgłębszej depresji! Pomógł przebyć
pierwsze lata wygnania, pomógł pogodzić się z niesprawiedliwym światem, z
kłótniami z rozmodlonymi – a jakże – rodakami, przetrwać odejścia najbliższych…
Ileż razy mnie inspirował, ile prawd o świecie przekazał, ile bauk dał wśród
śmiechu do łez. Będzie ciężko bez niego, oj będzie ciężko.
James Burrows, mistrz sitcomu, zmarł w wieku 85 lat
Uwielbiany przez aktorów, współtworzył serial „Zdrówko” i wyreżyserował ponad
1000 odcinków takich hitów jak „Taxi”, „Przyjaciele” i „Teoria wielkiego
podrywu”.
https://www.nytimes.com/2026/06/19/arts/television/james-burrows-dead.html
James Burrows, mistrz komedii sytuacyjnej, który ukształtował gatunek, twórca
serialu „Zdrówko” i wyreżyserował ponad 1000 odcinków tego serialu, a także
innych klasyków telewizji, takich jak „The Mary Tyler Moore Show”, „The Bob
Newhart Show”, „Taxi”, „Frasier”, „Przyjaciele” i „Teoria wielkiego podrywu”,
zmarł w piątek. Miał 85 lat.
Jego agent, Rick Rosen, potwierdził śmierć aktora, ale nie podał miejsca ani
przyczyny zgonu.
Burrows zyskał miano „Stevena Spielberga sitcomów”, zdobywając 11 nagród Emmy i
47 nominacji w ciągu swojej pięciodekadowej kariery. W 1995 roku Bill Carter,
pisząc w „The New York Times”, opisał go jako „człowieka, którego styl wizualny
i instynkt komediowy pomogły stworzyć więcej komediowych hitów niż ktokolwiek
inny w telewizji”.
Z wyjątkowym talentem do sitcomów wielokamerowych, Burrows zdobywał
publiczność, skupiając się na śmiechach.
„Kiedy reżyseruję program telewizyjny, staram się trafić w punkt, w którym
najlepszy scenariusz spotyka się z najlepszym występem i najlepszą chemią
między aktorami” – napisał Burrows w swojej autobiografii z 2022 roku pt.
„Reżyseria: James Burrows”, napisanej wspólnie z Eddym Friedfeldem. „Trafienie
w ten moment, w którym te czynniki łączą się w jedno, daje najsłodszy i
najtrwalszy śmiech”.
Niezależnie od scenerii, czy to nowojorski postój taksówek, czy bar w Bostonie,
starał się kształtować swoich aktorów w zespoły. „Chyba mam dar tworzenia
rodzin” – powiedział w 2023 roku w wywiadzie dla „The Times”.
Wyraźnie różniąc się od reżyserów filmowych, którzy kontrolują każdy aspekt
kreatywnego rozwoju filmu, reżyserzy telewizyjni często pełnią rolę policjantów
drogowych na planie i pracują w względnej anonimowości. Są częścią zespołu
kreatywnego kierowanego przez scenarzystę i producenta wykonawczego, który
pełni również funkcję showrunnera.
Reżyserzy telewizyjni zazwyczaj nie sprawują kontroli nad scenarzystami. Ale
pan Burrows sprzeciwił się tej tradycji. Był tak utalentowany, że stał się
najbardziej poszukiwanym i najlepiej opłacanym reżyserem sitcomów w złotej erze
komedii sieciowych w latach 80., 90. i na początku XXI wieku.
„Martwię się o wiarygodność i oszczędność komedii, o najkrótszą drogę między
postacią a śmiechem” – napisał pan Burrows w swojej autobiografii. „Kiedy
reżyseruję odcinek, mam mnóstwo notatek. Często mówię scenarzystom: »50 procent
tego, co mówię, to złoto, a 50 procent to śmieci. Waszym zadaniem jest
rozróżnić, co jest czym«”.
Dorastał zanurzony w świecie teatru na Manhattanie jako syn broadwayowskiego
dramaturga i reżysera Abe'a Burrowsa, który pomógł stworzyć takie hity jak
„Faceci i laleczki” i „Jak odnieść sukces w biznesie bez większego wysiłku”.
Na początku kariery podchodził do odcinków telewizyjnych tak, jakby reżyserował
sztukę teatralną, a obsada, w tym takie gwiazdy jak pani Moore, pan Newhart,
Judd Hirsch, Ted Danson, Jennifer Aniston, San Hayes i Kelsey Grammer,
uwielbiały z nim pracować.
„To bez wątpienia osoba, którą każdy aktor chciałby mieć przy sobie, gdy kamery
pracują” – powiedział Grammer, który wcielił się w psychiatrę Frasiera Crane'a
w serialach „Zdrówko” i „Frasier”, w odcinku programu „Inside the Actors
Studio” z 2019 roku.
Ze względu na intuicyjne zrozumienie rytmu i struktury udanego odcinka sitcomu,
Burrows był stale poszukiwany, często pracując nad więcej niż jednym serialem
jednocześnie. Wyreżyserował aż 75 odcinków pilotażowych, które stały się
serialami.
„Staram się przełamywać bariery między scenarzystą, aktorem i reżyserem i
sprawić, by wszyscy czuli się częścią procesu, nie narażając się na gniew scenarzysty”
– powiedział Burrows w wywiadzie dla publicznej stacji radiowej KCRW w 2023
roku.
Na przykład w 1994 roku pan Burrows nie tylko wyreżyserował, ale także pomógł w
obsadzie „Przyjaciół”. Przed zdjęciami do odcinka pilotażowego zebrał grupę w
większości nieznanych młodych aktorów – Lisę Kudrow, Courteney Cox, Matta
LeBlanca, Davida Schwimmera, Matthew Perry'ego i panią Aniston – i poleciał z
nimi prywatnym samolotem do Las Vegas na kolację w restauracji Spago w Caesars
Palace.
Chciał się upewnić, że członkowie obsady się zżyją. Podczas kolacji powiedział
im: „To wasza ostatnia szansa na zachowanie anonimowości. Kiedy serial wejdzie
na antenę, nigdy nie będziecie mogli nigdzie pójść bez nagabywania”.
James Edward Burrows urodził się w Los Angeles 30 grudnia 1940 roku jako syn
Abe'a i Ruth (Levinson) Burrows. Gdy miał 5 lat, rodzina przeprowadziła się do
Nowego Jorku, gdzie dorastał. Jego matka była gospodynią domową i działaczką
społeczną, która zaszczepiła Jamesowi i swojej córce Laurie poczucie
sprawiedliwości społecznej na całe życie.
Jego rodzice rozwiedli się, gdy pan Burrows miał 8 lat. Trauma, którą, jak
twierdził, nosił w sobie do dorosłości. Sukces ojca otworzył mu drogę do gwiazd
teatru. Jednak posiadanie sławnego ojca było mieszanym doświadczeniem.
Pan Burrows wiedział, że zawsze będzie uważany za „dziecko Abe'a”, więc aby
uniknąć długiego cienia ojca, postanowił, że kariera teatralna go nie
interesuje. Mimo to uczęszczał do nowojorskiej High School of Music and Art i
ostatecznie nie potrafił oprzeć się show-biznesowi. Niezliczone wizyty na
produkcjach i próbach ojca pozostawiły niezatarte wrażenie na temat tego, jak pracować
z aktorami i ekipą
Pan Burrows ukończył Oberlin College w 1962 roku, a w 1965 roku Yale School of
Drama. Tam zdał sobie sprawę, że nie potrafi śpiewać, tańczyć ani pisać, ale
zaintrygowała go idea reżyserii.
Po ukończeniu studiów został asystentem kierownika sceny w „Śniadaniu u
Tiffany'ego”, krótkotrwałym musicalu z 1966 roku, w którym wystąpiła Mary Tyler
Moore. Po kilku latach pracy jako reżyser w teatrach restauracyjnych, pan
Burrows zdał sobie sprawę, że telewizyjne komedie sytuacyjne – będące w istocie
krótkimi sztukami teatralnymi wystawianymi przed kamerą – mogą być idealnym
ujściem dla jego umiejętności.
W 1974 roku napisał do pani Moore z prośbą o pracę w jej firmie MTM, która
wyprodukowała jej popularny serial. Jej mąż, Grant Tinker, zaprosił pana
Burrowsa do Los Angeles, gdzie otrzymał pierwszą szansę reżyserowania sitcomu.
Tam poznał doświadczonego reżysera telewizyjnego Jaya Sandricha, który stał się
jego mentorem.
Po „The Mary Tyler Moore Show” wyreżyserował odcinki spin-offów „Rhoda” i
„Phyllis”, a później „The Bob Newhart Show”, „Laverne & Shirley” i „Taxi”.
W 1982 roku nawiązał współpracę z braćmi Glenem i Lesem Charlesami,
scenarzystami i producentami, których znał z serialu „Taxi”, aby stworzyć
serial „Zdrówko”. Serial ten zmienił bieg jego kariery i ostatecznie przyniósł
mu ogromny majątek dzięki dystrybucji i tantiemom.
Z 275 odcinków serialu w ciągu 11 sezonów, Burrows wyreżyserował wszystkie
oprócz 35. Finał serialu, w 1993 roku, przyciągnął drugą co do wielkości
widownię w historii telewizji. (Tylko finał serialu „M*A*S*H” w 1983 roku
przyciągnął większą widownię).
W 1981 roku poślubił Lindę Solomon, z którą miał trzy córki: Kat, Ellie i
Maggie. Para rozwiodła się w 1993 roku. Pan Burrows poślubił Debbie Easton w
1997 roku; przeżyła go wraz z córkami, pasierbicą Paris i siedmiorgiem wnucząt.
Pracując do osiemdziesiątki, pan Burrows zachował niesłabnący entuzjazm dla
swojego rzemiosła.
„Śmiech, który za mną stoi, jest tak satysfakcjonujący dla mojej duszy, że
prawie zrobiłbym to za darmo” – powiedział w wywiadzie dla „The Times” w 2023
roku. „I miło jest móc wrócić do tego, co przydarzyło mi się 50 lat temu, i
nadal czuć to poczucie kreatywności. Mam nadzieję, że kiedy w tym roku
nadejdzie sezon pilotażowy, będzie odcinek pilotażowy, który mi się spodoba”.
Poprawiono 19 czerwca 2026 r.: Wcześniejsza wersja podpisu pod zdjęciem z tym
nekrologiem błędnie identyfikowała mężczyznę po lewej stronie na zdjęciu obsady
serialu „Frasier” z 1998 roku. To aktor Dan Butler, a nie pan Burrows, który
wyreżyserował 32 odcinki serialu.
Zdjęcie
Pan Burrows pracuje nad odcinkiem serialu „Zdrówko”, który stworzył z Glenem i
Lesem Charlesem w 1993 roku. „Chyba mam dar tworzenia rodzin” – powiedział o
swojej pracy z obsadą. Zdjęcie: NBCUniversal, za pośrednictwem Getty Images
Pan Burrows, po prawej, był uwielbiany przez gwiazdy, z którymi pracował, takie
jak Ted Danson i Shelley Long z serialu „Zdrówko”. Zdjęcie: NBCU Photo Bank
Obsada serialu „Frasier” na rozdaniu nagród Emmy w 1998 roku, kiedy serial
zdobył nagrodę dla najlepszego serialu komediowego po raz piąty z rzędu.
Zdjęcie: Bob Riha, Jr./Getty Images
James Burrows z twórcami i obsadą serialu „Will & Grace” w 2006 roku.
Zdjęcie: NBCUniversal, za pośrednictwem Getty Images
Pan Burrows w 2023 roku. „Śmiech za mną jest tak satysfakcjonujący dla mojej
duszy, że prawie bym to zrobił za darmo” – powiedział, rozmyślając o swojej
karierze. Zdjęcie: Alex Welsh dla The New York Times
2.
Przemówienie byłego prezydenta Baracka Obamy na Inauguracji Obama
Presidential Center w Chicago:
Witaj, Chicago! Kochany Chicago. Proszę usiąść.
Dziękuję, Punihei*, za to znakomite wprowadzenie.
Panie Prezydencie Bush i Pani Bush, Panie Prezydencie i Sekretarz Clinton,
dziękujemy za przybycie dzisiaj do nas i za Wasze oddanie naszemu krajowi.
Panie Prezydencie i Doktorze Bidenie, dziękujemy za osiem lat niezachwianej
współpracy.
Joe, zaczęliśmy jako koledzy z drużyny, a skończyliśmy jako rodzina. I nie
byłoby nas tu bez ciebie, i jesteśmy wdzięczni.
Dziękujemy naszemu wspaniałemu personelowi fundacji, wspaniałemu zarządowi,
gubernatorowi Pritzkerowi i burmistrzowi Johnsonowi za umożliwienie
funkcjonowania tego ośrodka.
Do przywódców Kongresu i zagranicznych dygnitarzy, którzy odbyli tę podróż,
doceniam naszą współpracę i wszystko, co wspólnie osiągnęliśmy. Dziękuję.
Michelle, zrobiła mi krzywdę. (Śmiech.) Nie pozwoliła mi zobaczyć swojej
przemowy. Wiedziała, że mnie skrzywdzi, a i tak to zrobiła. (Śmiech.) Ale
zawsze mnie uzdrawiała i nie mógłbym być jej bardziej wdzięczny.
A do Saszy i Malii, cóż mogę powiedzieć? Znaczycie dla mnie wszystko.
Ponad 40 lat temu, późnym letnim popołudniem 1985 roku, przyjechałem do
Chicago, wjeżdżając do miasta dokładnie w miejscu, gdzie dziś stoi to centrum.
Wciąż widzę siebie jadącego przez ówczesną Cornell Drive w rozklekotanym,
używanym samochodzie, który kupiłem w Nowym Jorku, z całym moim dobytkiem
upchniętym w bagażniku i na tylnym siedzeniu, przez co nie widziałem nic w
lusterku wstecznym i stanowiłem zagrożenie dla bezpieczeństwa. (Śmiech).
Miałem 23 lata. Właśnie zostałem zatrudniony przez grupę kościołów z South
Side, żeby pomóc w uporządkowaniu części miasta, która ucierpiała wskutek
zamykania hut stali i chronicznego zaniedbania. Nie miałem dużego doświadczenia
w organizowaniu, nie znałem nikogo w Chicago, ale zainspirował mnie ruch praw
obywatelskich i wiedziałem, że chcę coś zmienić.
I choć nie byłem pewien, jak dokładnie to zrobię, byłem przepełniony
niezachwianą wiarą, że jeśli damy ludziom więcej głosu w kwestii sił, które
rządzą ich życiem, jeśli uda nam się pokonać niektóre różnice, które nas
rozdzieliły, to będziemy mogli zbudować Amerykę, w której każdy się liczy,
każdy ma uczciwe szanse i każdy ma swoje miejsce, nawet dziecko rasy mieszanej
z dziwną historią i imieniem, którego nikt nie potrafił wymówić.
I właśnie tutaj, w tym mieście, mieście o szerokich ramionach, znalazłem to, czego
szukałem. Dzień po dniu, przemierzając kolejne ulice, poznawałem ludzi, którzy
tu mieszkali, ich nadzieje, marzenia, tragedie i triumfy. Byłem świadkiem ich
odporności w obliczu trudności i cichego heroizmu samotnej matki wychowującej
dzieci i wysyłającej je na studia z pensji sekretarki czy księdza, który
postanowił zostać w mieście i otworzyć swoje podwoje dla młodzieży z grup
ryzyka, mimo że większość jego parafian uciekła na przedmieścia.
Dowiedziałem się, że przywództwo ma mniej wspólnego z tytułami, rangą czy
pogonią za uwagą, a więcej z pomaganiem innym w odnalezieniu własnego głosu, w
osiągnięciu ich potencjału. Siedząc przy kuchennych stołach lub na gankach,
spędzając czas w kościelnych piwnicach, w salonach fryzjerskich, uświadomiłem
sobie, że każdy ma historię do opowiedzenia, jeśli tylko zechce słuchać –
święte historie pełne odwagi, humoru i wdzięku, i że każda z tych historii w
jakiś sposób łączy się z moją własną.
Innymi słowy, znalazłem tu swój cel i umocniłem swoją wiarę. Znalazłem tu swoją
społeczność, przyjaźnie na całe życie. I znalazłem dziewczynę z South Side,
która była dla mnie największym błogosławieństwem.
Michelle i ja, nasze wesele odbyło się w Centrum Kultury South Shore. Stamtąd
można było dojść pieszo. Nasze córki urodziły się tuż obok. To tutaj kupiliśmy
nasz pierwszy dom. To tutaj nasze dzieci stawiały pierwsze kroki. To tutaj, w
Ramada Inn przy Lake Shore Drive, ogłosiłem swoją kandydaturę do Senatu stanu
Illinois – (śmiech) – serwując precle i napoje gazowane, rozpoczynając drogę,
która ostatecznie i nieprawdopodobnie doprowadziła do tego dnia.
Dla mnie to centrum nie mogłoby być w żadnym innym miejscu. To wyraz
wdzięczności, uznanie, że tak wiele z tego, co jest mi najdroższe, zawdzięczam
mieszkańcom tego miasta i okolicznych dzielnic.
Dlatego zaprojektowaliśmy to centrum nie jako martwe mauzoleum — jestem na to
za młody — nie jako miejsce, w którym można po prostu oglądać sukienki
Michelle, choć rozumiem, że to będzie największa atrakcja. (Śmiech.)
Chcieliśmy, aby było to tętniące życiem, celebrujące wspólnotę miejsce, w
którym możemy się razem uczyć i dzielić radością płynącą ze sztuki, muzyki,
sportu i zabawy, ponieważ w takich chwilach przypominamy sobie o naszym
wspólnym człowieczeństwie i wzmacniamy więzi zaufania, które nie tylko
wzbogacają nasze życie, ale także wzmacniają naszą demokrację.
Chcieliśmy również, aby to centrum było hołdem dla niezwykłych urzędników
państwowych, z których wielu jest tu dziś obecnych i którzy umożliwili mi tę
podróż. Niektórzy z was pomogli mi w wyborze. Niektórych z was musiałem
przekonać, żeby dołączyli do mojej administracji. Niektórzy z was to
doświadczeni weterani, którzy pomogli początkującemu prezydentowi nauczyć się,
jak to robić, ale wielu z was było młodszych ode mnie, kiedy po raz pierwszy
przyjechałem do tego miasta.
Wszyscy jesteśmy już trochę starsi. Wielu z Was ma własne dzieci, a nawet
wnuki, ale upływ czasu tylko pogłębił mój podziw dla Waszego talentu,
poświęcenia i umiejętności. Pogłębił moją wdzięczność za to, jak wiele Wy i
Wasze rodziny poświęciliście, aby uczynić ten kraj lepszym.
Mam nadzieję, że kiedy odwiedzicie to centrum dzisiaj lub w nadchodzących
dniach, dostrzeżecie siebie i swoją ciężką pracę w każdym eksponacie. I mam
nadzieję, że będziecie dumni z tego, co razem osiągnęliśmy. To dzięki Wam to
się stało.
Oczywiście nie udało nam się osiągnąć wszystkiego, co sobie zamierzyliśmy.
Żadna administracja tego nie robi. Niektóre z eksponatów odzwierciedlają
niedokończone sprawy, w niektórych przypadkach moje własne niedociągnięcia i
błędy, W niektórych przypadkach, ponieważ – jak głosił napis na tablicy, którą
trzymałem na biurku Resolute – trudne rzeczy są trudne. A to szczególnie
prawdziwe w tak wielkiej, hałaśliwej, różnorodnej i kłótliwej demokracji, jak
Stany Zjednoczone Ameryki.
Każdy ma swoje zdanie, a to oznacza, że realizacja zadań wymaga pogodzenia
żądań kilkuset milionów ludzi. Demokracja bywa frustrująca. Bywa powolna. Bywa
nieefektywna. A jednak, ponad wszystko, mam nadzieję, że to centrum będzie potwierdzeniem
tego, jak wyjątkowa i cenna jest nasza demokracja, i przypomni nam, co możemy
osiągnąć, gdy przyjmiemy na siebie wspólną odpowiedzialność jako obywatele.
A ponieważ do 250. rocznicy powstania Ameryki pozostało zaledwie kilka tygodni,
warto przypomnieć, jak radykalna była cała idea samorządności w 1776 roku. Do
tego momentu historia ludzkości była opowieścią o podbojach, kastach i
sztywnych hierarchiach, światem, w którym silni dominowali nad słabymi, w
którym władza, bogactwo i status dziedziczyli dziedzicznie, a nieliczni
rządzili wieloma.
Jednak z ognia i stali rewolucji na tym kontynencie wyłoniła się inna historia:
deklaracja, że wszyscy zostaliśmy stworzeni równymi, obdarzeni przez naszego
stwórcę pewnymi niezbywalnymi prawami i że w nowo niepodległych Stanach
Zjednoczonych nie będzie królów ani lordów, niewolników ani poddanych, a
jedynie obywatele, z których każdy będzie mógł dążyć do własnej wersji
szczęścia i decydować o swoim wspólnym losie poprzez wybrany rząd
przedstawicielski.
Tego nie zrobiono. A ponieważ nie zrobiono tego wcześniej, sukces tego
eksperymentu nigdy nie był przesądzony. Tworząc naszą unię, założyciele
straszliwie nie dotrzymali obietnicy zawartej w Deklaracji, pozostawiając
niewolnictwo nienaruszone, pozwalając stanom ograniczyć prawo wyborcze do
białych mężczyzn posiadających majątek, ale tworząc konstytucję i Kartę Praw,
wykazali się dalekowzrocznością i geniuszem, by zapewnić nam ramy, które
pozwolą każdemu pokoleniu doskonalić naszą unię.
Przez ponad dwa stulecia, poprzez petycje i protesty, marsze i strajki, apele
moralne z ambony i rozmowy przy rodzinnym stole, mężczyźni i kobiety ze
wszystkich środowisk, każdego koloru skóry, każdej wiary, każdego regionu
podjęli się sprawy demokracji i uczynili ją swoją, aż w końcu pod słowami „my,
ludzie” zaczęliśmy pojmować nie tylko niektórych z nas, ale nas wszystkich.
Dlatego właśnie historia, którą opowiadamy w tym budynku, zaczyna się nie od
pochodzenia Michelle czy mojego, ale od pochodzenia naszego narodu, od wydruku
Deklaracji Niepodległości z czasów założycielskich, od stojaka na szpilki i
tusz używanego przez Fredericka Douglasa, od Biblii Lincolna i broszury Idy B.
Wells, od guzików sufrażystek i od kasku noszonego przez sekretarz pracy
Franklina Delano Roosevelta, Frances Perkins.
Dlatego też wystawy nie skupiają się wyłącznie na polityce, ale także na
wspólnych wartościach, które umożliwiają demokrację, na wierze w przyrodzoną
godność i wartość każdego człowieka, na przekonaniu, że nikt nie jest ponad
prawem ani pod jego ochroną, na wierze w zasadę równowagi i kontroli w naszym
rządzie oraz na odpowiedzialności, którą zapewnia niezależne sądownictwo i
silna, wolna prasa.
Wiara, że nasze wojsko i organy ścigania są winne lojalność nie żadnemu
prezydentowi czy partii politycznej, lecz narodowi i naszej Konstytucji.
Wiara w pokojowe przekazanie władzy po tym, jak ludzie wypowiedzą się w
uczciwych i wolnych wyborach, przy założeniu, że w dużym i skomplikowanym
społeczeństwie, takim jak nasze, żadna grupa ani frakcja nie osiąga zawsze
swojego celu.
I przekonanie, że cechy charakteru, uczciwość, integralność, życzliwość,
współczucie, poczucie obowiązku i honoru są tak samo ważne w naszych kontaktach
publicznych, jak i w życiu prywatnym.
To są wartości i tradycje, w które wierzę, i nie są to wartości republikańskie
ani demokratyczne. To amerykańskie wartości, które wszyscy podzielamy,
niezależnie od przynależności partyjnej, wartości, które każdy prezydent,
obecny tutaj, choć różnimy się od siebie, starał się podtrzymywać ze wszystkich
sił, wartości, w które wierzył John MacCain i Mitt Romney, nie mniej niż ja.
To nasze największe dziedzictwo, historia Ameryki w najlepszym wydaniu,
ponieważ odzwierciedla podstawową wiarę w przyzwoitość naszych współobywateli i
możliwość, że pomimo wszystkich naszych różnic, możemy się wzajemnie
dostrzegać, rozumieć i wspólnie działać na rzecz wspólnego celu.
Mam nadzieję, że właśnie to wyniesie z pobytu w tym centrum każdy, kto je
odwiedzi. Dlatego też, jeśli przyjedziecie tu na jeden dzień i nie zdążycie
zobaczyć wszystkiego, gorąco zachęcam do pominięcia fragmentów moich przemówień
– wszystkie już słyszeliście – i zapoznania się z historiami zwykłych
obywateli, którzy przyczynili się do tej zmiany.
Ta osoba, która pokonała raka i bała się, że rosnące składki zmuszą ją do
opuszczenia domu, była na tyle odważna, żeby o tym opowiedzieć. To ona jest
powodem, dla którego tak mocno naciskaliśmy na reformę opieki zdrowotnej.
Właściciel małej firmy próbujący zapewnić sobie ciągłość działalności, nastolatka,
która powiedziała mi, że martwi się, że jej ojciec może stracić pracę z powodu
kryzysu motoryzacyjnego – to oni są powodem, dla którego tak nieustannie
skupiamy się na wyprowadzeniu naszej gospodarki z wielkiej recesji.
Ranny żołnierz przezwyciężający wyniszczające obrażenia, gejowska major Sił
Powietrznych służąca swojemu krajowi, nawet gdy zmuszona była ukrywać, kim jest
– to oni są powodem, dla którego podjęliśmy działania na rzecz zakończenia
zasady „Nie pytaj, nie mów” i zatroszczyliśmy się o tych, którzy nosili mundur
naszego kraju i dobrze czynią wobec rodzin żołnierzy.
To ich głosy doprowadziły do naszych sukcesów.
A oglądając wystawy, chciałbym Was również poprosić, abyście posłuchali głosów
ludzi z całego świata, których zainspirowały amerykańskie idee.
Tak, Ameryka popełniła wiele błędów w polityce zagranicznej. Nasze działania
nie zawsze były zgodne z naszą retoryką. Nauczyliśmy się, że nie jesteśmy w
stanie rozwiązać każdego konfliktu, rozwiązać ani powstrzymać każdej zbrodni na
świecie, ale Stany Zjednoczone, w najlepszym wydaniu, były niezaprzeczalną siłą
dobra na świecie.
A to, co słyszałem na każdym kontynencie jako prezydent, to to, że kiedy
amerykańska polityka zagraniczna staje na wysokości naszych najwyższych
ideałów, kiedy opowiadamy się za prawami człowieka, demokracją i rozsądnym
zarządzaniem naszą planetą, kiedy przejmujemy inicjatywę w eliminowaniu chorób,
karmieniu głodnych i edukowaniu dzieci, kiedy zachęcamy do współpracy między
narodami, zamiast próbować dominować, zastraszać i wykorzystywać każdą
przewagę, po prostu dlatego, że możemy, i przede wszystkim, kiedy pokazujemy
swoim przykładem tutaj, u siebie, że nawet tak duży i zróżnicowany kraj jak
nasz może sprawić, że demokracja będzie działać, wówczas okazuje się, że
wszystkie narody, w tym nasz, staną się zamożniejsze i bezpieczniejsze, a świat
stanie się odrobinę jaśniejszy.
Zdaję sobie sprawę, że minęła prawie dekada, odkąd odszedłem z urzędu. W tym
czasie przeżyliśmy kolejne wojny i straszną pandemię, zakłócenia gospodarcze,
masowe protesty, sprzeciw wobec masowych protestów, konflikty polityczne, które
wstrząsnęły samymi fundamentami naszej demokracji.
Jesteśmy świadkami rewolucji technologicznej, która obiecuje niezwykłe
odkrycia, może zrewolucjonizować medycynę, ale jednocześnie przyspiesza
nierówności, przez co wszystkie informacje na świecie są w zasięgu naszej ręki,
ale jakoś trudniej jest nam odróżnić prawdę od kłamstwa, która łączy nas
natychmiast jak nigdy dotąd, nawet jeśli sprawia, że stajemy się bardziej nieufni,
bardziej wycofani, bardziej lękliwi i bardziej odizolowani od siebie nawzajem.
To dużo. Dla milionów ludzi w tym kraju i na całym świecie przyszłość wydaje
się niepewna, a grunt pod nogami chwieje się. A ponieważ algorytmy nieustannie
karmią nas nieustającym strumieniem rozproszenia uwagi i oburzenia, a uwagę
zwracają tylko najgłośniejsze, najbardziej skrajne głosy, podsycając nasze
uprzedzenia, odwołując się do naszych najniższych, najbardziej plemiennych
instynktów, kuszące jest poddanie się cynizmowi, a nawet rozpaczy, zaprzestanie
prób.
Zaczynamy myśleć, że apele do demokracji i uczestnictwa obywatelskiego są
banalne, staromodne, nudne i naiwne, że sama idea pracy na rzecz dobra
wspólnego jest zakładem dla naiwniaków i że abyśmy my wygrali, ktoś inny musi
przegrać.
Rozumiem. Nie jestem odporny na gniew i wątpliwości, ale wiem jedno: kiedy
tracimy do siebie zaufanie, kiedy przestajemy wierzyć, że głosowanie ma
znaczenie, że obywatelstwo ma znaczenie, że nasz wspólny głos ma znaczenie, że
to, jak traktujemy siebie nawzajem, nie ma już znaczenia, i oddajemy władzę
decydowania o własnej przyszłości, otwieramy drzwi najbardziej bezwzględnym,
najbardziej nieostrożnym lub najbardziej bojaźliwym spośród nas, którzy
postrzegają niektóre grupy i niektórych ludzi jako równiejszych od innych, a
rząd jako nic więcej niż sposób na podział łupów, karanie wrogów i utrzymywanie
tych, którzy się od nich różnią, na swoim miejscu.
Nie wierzę, że to właśnie ta historia Ameryki ostatecznie zwycięży.
Nie wierzę w to, ponieważ gdybyśmy się poddali, gdybyśmy teraz, po wszystkim,
co ten kraj przeszedł, poddali się cynizmowi i podziałom, byłoby to zdradą
naszych założycielskich ideałów, zdradą naszej wiary.
I jestem przekonany, że zdecydowana większość Amerykanów czuje to samo, że
pomimo naszego niepokoju, ludzie nie szukają wiecznego gniewu i podziałów.
Szukają sprawiedliwości, zdrowego rozsądku i wzajemnego szacunku, że w głębi
duszy pragniemy znaleźć sposób, by znów się do siebie zwrócić, a nie oddalić.
Wierzę w to, ponieważ widziałem to wszystko w naszym kraju: w miastach, które
współpracowały, aby uwolnić swoje ulice od przestępczości, w społecznościach
wiejskich, które odbudowały swoją gospodarkę, w przedsiębiorstwach, które
znajdują nowe sposoby na zapewnienie mieszkań w przystępnej cenie, i u zwykłych
ludzi z miast bliźniaczych, którzy stawiali czoła mroźnym temperaturom,
ryzykowali własne bezpieczeństwo, stojąc ramię w ramię, aby uważać na swoich
sąsiadów, a czasem na obcych, ponieważ wiedzieli, że to słuszne.
Widziałem to i widziałem to u nowego pokolenia liderów tutaj i na całym
świecie, takich jak Punihei i Addison**, liderów, którzy są zdeterminowani, by
nasze rządy, nasze gospodarki i nasze społeczeństwa działały na korzyść
wszystkich. Liderzy Fundacji Obamy, tacy jak Hannah, członkini Food Corps z
wiejskiego Ohio, która pomaga zapewnić każdemu dziecku dostęp do co najmniej
jednego pożywnego posiłku; czy George, przedsiębiorca, którego organizacja
non-profit pomaga w dostarczaniu niewykorzystanych, nieprzeterminowanych leków,
często bezpłatnie, osobom, które ich potrzebują; czy Zuzanna***, prawniczka
zajmująca się prawami człowieka w Polsce, która wygrała ponad 30 przełomowych
spraw.
Tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy młodych ludzi robią teraz różnicę. A
to centrum jest poświęcone promowaniu ich historii, dając im narzędzia i
wsparcie, których potrzebują, aby zwiększyć swój wpływ. Choć nasza praca jest
bezstronna, nie jesteśmy neutralni pod względem wartości. Mamy swój punkt
widzenia.
Eksponaty w centrum nie mają przywoływać nostalgii za jakąś mglistą, minioną
epoką, jakąś nieosiągalną przeszłością, o której możemy marzyć i mówić: „Och,
tęsknimy za tobą, Baracku”. Mają nam przypominać, kim możemy być, co jest
możliwe, abyśmy mogli iść naprzód, z jasnym spojrzeniem i pewnością siebie, i
wykonać pracę, która wciąż jest do wykonania.
Możemy uczyć się z przeszłości, ale historia Ameryki nie jest zamrożona w
przeszłości. Ma rozdziały, które dopiero zostaną napisane, nie przez jedną
osobę czy kilka osób, nie przez Baracka i Michelle, ani przez nikogo z
wymyślnym tytułem czy wysokim stanowiskiem, ale przez nas wszystkich.
Jedną z rzeczy, które łączą obecnie wiele bibliotek prezydenckich, jest replika
Gabinetu Owalnego. A jeśli zajrzycie do tej wewnątrz tego budynku, zobaczycie
przedmioty, które miały dla mnie szczególne znaczenie w czasie, gdy sprawowałem
urząd.
Jest program, który dał mi znajomy z South Side, który odzyskał z Marszu na
Waszyngton w 1963 roku. Był tam. Jest tam obraz Normana Rockwella
przedstawiający Statuę Wolności z robotnikami wiszącymi na linach i
polerującymi pochodnię, którą trzyma wysoko.
A po drodze przeczytasz słowa niektórych z największych amerykańskich
przywódców, w tym cytat Theodore’a Parkera, który zainspirował ten łuk, który
widzisz na południowym krańcu placu: „Łuk moralnego wszechświata jest długi,
ale wygina się ku sprawiedliwości”.
To cytat często przywoływany przez dr. Martina Luthera Kinga Jr., ale
pierwotnie pochodzi on z kazania pastora z Bostonu sprzed ponad 170 lat. W
tamtym czasie sprawa abolicjonizmu wydawała się przegrana, a kompromis z 1850
roku uznał ukrywanie zbiegłych niewolników za przestępstwo na mocy prawa
federalnego, nawet w stanach, które zniosły niewolnictwo.
W sprawie, która zyskała rozgłos w całym kraju, młody zbieg z Bostonu został schwytany,
osądzony i doprowadzony na nabrzeże przez setki uzbrojonych funkcjonariuszy,
gdzie natychmiast umieszczono go na statku płynącym na południe, gdzie pozostał
w kajdanach i łańcuchach.
Był to moment głębokiej niepewności i rozpaczy, moment, który minister określił
jako mroczniejszy niż jakikolwiek, jaki kiedykolwiek widziano w Nowej Anglii.
„Nie dostrzegamy”, zauważył wielebny Theodore Parker, „że na ziemi
sprawiedliwość zawsze jest wymierzana. Wielu łotrów jest bogatych, szczodrych i
szanowanych, podczas gdy sprawiedliwy jest biedny, znienawidzony i cierpi. Nie
twierdzę”, powiedział kaznodzieja, „że rozumiem moralny wszechświat. Łuk jest
długi. Moje oko sięga tylko w wąskie drogi. Nie potrafię obliczyć krzywej i
dokończyć jej kształtu na podstawie doświadczenia wzroku. Mogę ją odgadnąć
sumieniem, ale z tego, co widzę, jestem pewien, że zmierza ku sprawiedliwości”.
Czcigodny ksiądz nie miał złudzeń co do niebezpieczeństw i przeszkód, z jakimi
mierzyła się sprawa abolicjonistów. Jego słowa nie przyniosły łatwych
odpowiedzi, żadnych pocieszających zapewnień, że on lub jego kongregacja dożyją
postępu, którego tak rozpaczliwie pragnęli.
Raczej było to wyznanie wiary, stanowcze wezwanie, aby nie porzucać nadziei i
nie ulegać strachowi, ale pozostać wiernym sobie i sobie nawzajem, i aby dalej
walczyć o wypełnienie obietnicy danego temu narodowi, nawet w obliczu
okrucieństwa i gorzkiego rozczarowania, nawet w obliczu niemożliwych szans.
To właśnie w tym duchu otwieramy dziś to centrum, w tym samym duchu, którego
tak wielu z Was okazywało przed laty, w tym samym duchu, który inspirował
pokolenia Amerykanów do stawiania czoła wyzwaniom swoich czasów, w tym samym
duchu, który jest żywy i ma się dobrze tutaj, na South Side w Chicago, w tym
samym duchu, który pomoże Ameryce i światu przetrwać obecne trudności.
Jest nowe pokolenie, gotowe napisać kolejny rozdział naszej historii.
Zamierzamy im w tym pomóc i prosimy, dołączcie do nas.
Dziękuję. Niech Bóg cię błogosławi. Niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone
Ameryki.
* Dr. Kaiwipunikauikawēkiu "Punihei" Lipe to wybitna hawajska
edukatorka i liderka społeczności rdzennej. Jest znana z pełnienia funkcji
dyrektora ds. Native Hawaiian na University of Hawaiʻi oraz wieloletniej
dyrektor Centrum Truth, Racial Healing, and Transformation.
** Addison to młoda liderka z programu Girls Opportunity Alliance przy Obama
Foundation, bohaterka programu wspieranego przez Obama Foundation.
*** Zuzanna, o której mówi Barack Obama w tym fragmencie przemówienia, to
Zuzanna Rudzińska‑Bluszcz — jedna z najbardziej znanych polskich prawniczek
zajmujących się prawami człowieka. Obama wymienia ją jako przykład liderki,
która realnie zmienia swoje społeczeństwo. Przez lata była koordynatorką ds.
strategicznych postępowań sądowych w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich
(2015–2021). W 2020 została wybrana do programu Obama Foundation Leaders
Europe. Pełniła funkcję podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości
(2023–2025), była także kandydatką organizacji społecznych na Rzecznika Praw
Obywatelskich (poparło ją ponad 1000 NGO)
3.
Sędzia wszczyna postępowanie ustne przeciwko Begoñi Gómez za „wykorzystanie”
jej pozycji w La Moncloa: odbiera jej paszport i zmusza ją do stawiania się co
15 dni
https://www.elmundo.es/espana/2026/06/20/6a367851e9cf4a7e6e8b456d.html
Żona premiera Hiszpanii stanie przed sądem pod zarzutem korupcji i otrzyma
zakaz opuszczania kraju
Begoña Gómez została zobowiązana do oddania paszportu, ponieważ jej mąż, Pedro
Sánchez, twierdzi, że sprawa ma podłoże polityczne
4.
Trump upiera się: „Meloni podupada i chce znowu się przyjaźnić, nie, dziękuję”.
Premier: „Bycie przyjaciółką mi nie pomogło. Moja popularność to nie twoja
sprawa”.
https://www.repubblica.it/politica/2026/06/20/news/trump_meloni_foto_nuovo_attacco-425423460/?ref=RHLF-BG-P2-S1-T1-roq18
Ten palec ten skierowany na Trumpa to prawdopodobny sprawca konfliktu z premier
https://www.repubblica.it/politica/2026/06/20/video/non_si_punta_il_dito_contro_trump_il_video_con_meloni_che_potrebbe_essere_allorigine_della_rottura-425423297/?ref=RHRT-BG-P1-S1-T1-vd01
Wybuch prezydenta Trumpa na premier Giorgię Meloni, oskarżajenie jej o
błaganie o wspólne zdjęcie podczas szczytu w Evian, najwyraźniej wynikał z
manipulowania nagraniami ze szczytu. Podobno opublikowano kilka nagrań wideo ze
spotkań Meloni z Trumpem, z których niektóre zostały nieautoryzowane przez
personel USA. Wśród nich jedno nagranie szczególnie przyciągnęło uwagę:
pokazuje, jak włoska premier gestykuluje i wskazuje palcem na prezydenta USA,
najwyraźniej próbując coś wyjaśnić. Nagranie stało się viralem w Stanach
Zjednoczonych, zwłaszcza wśród wyborców Demokratów, wzbudzając zainteresowanie,
które prawdopodobnie nie spodobało się samemu Trumpowi.
5.
Siły irańskie twierdzą, że zamknęły Cieśninę Ormuz
Irańskie dowództwo wojskowe obwiniło USA, twierdząc, że nie udało się zapobiec
naruszeniu zawieszenia broni w Libanie przez Izrael.
Mediatorzy w Pakistanie poinformowali, że w niedzielę odbędą się „rozmowy
techniczne” między USA i Iranem mające na celu zakończenie wojny.
https://www.nytimes.com/live/2026/06/20/world/iran-trump-israel-lebanon
Izrael i Hezbollah wciąż walczą, mimo kilku rozejmów
6.
o obradach 8 czerwca Kapituła Orderu Orła Białego wydała rekomendację dla
prezydenta Karola Nawrockiego. - Prezydent zachował się zgodnie z naszą radą -
mówi "Wyborczej" jeden z członków Kapituły.
"Konflikt między Polską i Ukrainą cieszy Putina i szokuje naszych
sojuszników. Zadaniem prezydentów Zełenskiego i Nawrockiego jest tonowanie
emocji, a nie podsycanie napięcia. Linia frontu przebiega gdzie indziej" -
napisał Donald Tusk na platformie X.
7.
8.
9.
A powinni wejść do Pałacu Namiestnikowskiego. Tam czai się faszyzm, tam czai
się narodowa zdrada.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń