DRUGI OBIEG
Środa, 3 czerwca 2026
Viva l’Italia, viva la Repubblica!
1.
Zełenski prosi Trumpa o wysłanie rakiet po rosyjskich atakach na Ukrainę
Co najmniej 18 osób zginęło, kilkadziesiąt zostało rannych, a inni zostali
uwięzieni pod zawalonymi budynkami po atakach na pięć ukraińskich miast
https://www.theguardian.com/world/2026/jun/02/ukraine-war-russia-air-raids-strike-kyiv-dnipro-kharkiv
Wołodymyr Zełenski zwrócił się do Donalda Trumpa z prośbą o wysłanie rakiet
Patriot na Ukrainę po niszczycielskim ataku rosyjskim, w którym zginęło co
najmniej 18 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.
Według danych sił powietrznych, Rosja wystrzeliła w kierunku Ukrainy w nocy 73
pociski i 656 dronów, w tym osiem hipersonicznych pocisków Cyrkon. Głównymi
celami były Kijów, centralne miasta Dniepr i Zaporoże oraz wschodnie miasta
Połtawa i Charków.
Głośne eksplozje wstrząsnęły stolicą, a mieszkańcy schronili się w piwnicach,
korytarzach i na stacjach metra. Nad miastem unosił się czarny dym. Władze
poinformowały, że zginęło sześć osób, a 66 zostało rannych, w tym troje dzieci.
Obiecany przez Kreml poważny atak na Kijów rozpoczął się o godzinie 2:00 w
nocy: siedemnaście osób zginęło, a dziesiątki zostało rannych. Dziesiątki
pocisków wszelkiego typu spadły na ukraińską stolicę. Panorama miasta została
zniszczona eksplozjami i pożarami, a niektóre części miasta zostały pozbawione
prądu: niebo nad całymi dzielnicami pokryło się czerwienią.
Raport o stratach jest stale aktualizowany: w Kijowie trzy budynki mieszkalne,
w tym jeden dwudziestoczteropiętrowy, stanęły w płomieniach. Wiele osób jest
podobno uwięzionych pod gruzami innego budynku. W Dnieprze i Charkowie
odnotowano ofiary śmiertelne, w tym dziecko. Jednak bilans ofiar jest
tymczasowy, ponieważ atak wciąż trwa. W stolicy ludzie tłumnie gromadzą się na
stacjach metra: nawet perony przy torach są zatłoczone.
W zeszłym tygodniu Moskwa ogłosiła „bezprecedensową” ofensywę na Kijów.
Minister spraw zagranicznych Ławrow wezwał cudzoziemców i personel
dyplomatyczny do opuszczenia miasta: groźbę tę powtórzył podczas spotkania z
sekretarzem stanu Rubio, nie spotykając się jednak z żadną reakcją ze strony
USA. W czwartek w Berlinie odbyło się nadzwyczajne spotkanie z wysłannikiem
Zełenskiego Umerowem , oraz przedstawicielami Francji, Niemiec i Wielkiej
Brytanii. Nic jednak nie powstrzymało planów Putina.
Tuż przed północą wczoraj Rosjanie zmobilizowali kolosalną siłę uderzeniową,
synchronizując fale bomb na terytorium Ukrainy. Co najmniej pięć bombowców
Tu-95 i Tu-160 wystrzeliło około dwudziestu pocisków manewrujących; kolejnych
szesnaście zostało wystrzelonych z okrętów stacjonujących na Morzu Kaspijskim.
Następnie do akcji wkroczyły samobieżne wyrzutnie pocisków balistycznych
Iskander-M , najpotężniejszych i najszybszych. Następnie przyszła kolej na
Flotę Czarnomorską z hipersonicznymi pociskami Cyrkon. Jednocześnie około stu
dronów Shahed przekroczyło granicę, atakując kilka ośrodków miejskich w kraju.
Według niektórych nagrań wideo, Rosjanie użyli również głowic kasetowych. Jeden
z ataków został skierowany na jedną z baterii Patriot osłaniających stolicę.
Próba wyeliminowania obrony przeciwlotniczej pozwala przypuszczać, że w
najbliższych godzinach nastąpią kolejne salwy. Radar wykrył szesnaście pocisków
wystrzelonych z morza, a kolejne bombowce wzbiły się w powietrze.
---------
Władze Ukrainy informują, że Rosjanie użyli w ataku rakiet Cyrkon. O tym,
jakiego typu to broń mówił w TVN24 gen. Bogusław Pacek. - Podobnie jak
Oriesznik są rakietami dalekiego zasięgu. Jednymi z najbardziej skutecznych i
jednymi z najgroźniejszych - opisał.
- To są rakiety, które spadają z góry jak piorun. I to są rakiety bardzo trudne
do zestrzelenia - zaznaczył.
Według generała oznacza to, że Putin sięgnął po "najcięższy arsenał".
- Putin dzisiaj już nie przebiera w środkach. To są bezpośrednie ataki na
ludność cywilną - kontynuował. Jak dodał, "należy przewidywać kolejne dni
poważnych ataków na najważniejsze aglomeracje Ukrainy, przede wszystkim
Kijów".
W ocenie generała Packa Putin chce "zdławić, na ile będzie to możliwe,
Ukrainę" przed zawarciem jakiegoś rodzaju rozejmu. Jak podkreślił, Kreml
"jednoznacznie będzie chciał zakończyć tę wojnę" ze względu na
problemy gospodarcze. (https://tvn24.pl/swiat/wojna-w-ukrainie-zmasowany-rosyjski-atak-na-kijow-st9077182
)
„Dzięki danym wywiadowczym wiemy, że dziś w nocy może dojść do masowego ataku.
Proszę, błagam, zwróćcie uwagę na ostrzeżenia. Wszyscy partnerzy razem, wszyscy
w Europie, musimy nadal pracować nad wyposażeniem nas w pociski do obrony
powietrznej, niezbędne systemy, kluczowe informacje i wszystko, co pomaga
ratować życie. Jest oczywiste, że Europa potrzebuje własnego systemu obrony
przeciwrakietowej: takiego, który będzie miał wystarczającą moc i potencjał,
aby zagwarantować ochronę przed każdym zagrożeniem. Będą negocjacje, będą
spotkania, które przybliżą nas do tego rezultatu” – powiedział prezydent
Ukrainy Wołodymyr Zełenski w swoim codziennym orędziu. „Niestety, poziom
naszych systemów obrony powietrznej nie pozwala nam zestrzelić znacznej części
pocisków”, a dzisiaj „doszło do trafień. Sto trzydzieści osób zostało rannych.
Niestety, zginęły 22 osoby, w tym dwoje dzieci” – powiedział Zełenski.
https://tvn24.pl/swiat/drony-nad-moskwa-i-rosyjskimi-miastami-trwa-atak-st9078825
Ukraina zaatakowała dronami głównie Moskwę i obwód leningradzki. Rosjanie
twierdzą, że zestrzelili kilkadziesiąt ukraińskich dronów. Płonie terminal
naftowy w Sankt Petersburgu.
Atak w obwodzie leningradzkim zbiegł się z początkiem Międzynarodowego Forum
Ekonomicznego, corocznej konferencji liderów biznesu i urzędników państwowych,
której gospodarzem jest Władimir Putin.
Drony uderzyły tej nocy także w miasto Miczuryńsk w centralnym rosyjskim
obwodzie tambowskim.
2.
Czy Wagenknecht pomaga AfD zdobyć władzę?
https://www.bild.de/politik/inland/brisante-annaeherung-von-rechts-und-linksaussen-verhilft-wagenknecht-der-afd-zur-macht-6a1d72e023e28d1fd3a5eb02
Sahra Wagenknecht znów miesza. I to zła wiadomość dla Niemiec. Była liderka
Lewicy jest zagubiona: jej partia nie weszła do Bundestagu w ostatnich wyborach
parlamentarnych i grozi jej zniknięcie. Przed dwoma kluczowymi wyborami na
wschodzie kraju, w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorzu Przednim, Sahra
„Czerwona” postanowiła więc przerwać kordon sanitarny i otworzyć się na
potencjalne sojusze z AfD. To „teoria podkowy” staje się rzeczywistością:
lewica i skrajna prawica nie tylko przypominają się, ale i łączą.
W gazecie „Bild” Wagenknecht wyraźnie stwierdziła, że ktokolwiek głosuje na BSW
(jej partię: Büendnis Sahra Wagenknecht), burzy kordon sanitarny”, mur
wzniesiony przez tradycyjne partie przeciwko AfD. Czerwono-brązowa liderka,
która zerwała z Partią Lewicy z powodu jej antyimigracyjnego i radykalnie
proputinowskiego stanowiska, nakazała już swoim podwładnym na wschodzie, aby
nie sprzymierzali się z CDU i SPD. Jej deklarowanym celem jest gubernator
regionu, „który rządzi z różnymi sojuszami – bez wykluczania kogokolwiek”.
Krótko mówiąc, rząd mniejszościowy AfD, który mógłby uzyskać poparcie BSW.
W Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorzu Przednim AfD osiąga odpowiednio 42% i
36% poparcia. W Magdeburgu partia mogłaby aspirować do samodzielnego rządzenia,
ale nie ma gwarancji sukcesu. Wszystkie pozostałe partie, w tym Lewica,
kategorycznie wykluczyły porozumienia ze skrajną prawicą. Gdyby Wagenknecht
przekroczyła 5% i weszła do parlamentów obu krajów związkowych,
zagwarantowałaby AfD nominacje premierów i co najmniej zewnętrzne poparcie.
To historyczny i niepokojący punkt zwrotny. Politycy, którzy jeszcze w latach
2000. określali się jako stalinowscy, dwa lata temu porzucili swoją dawną
partię, Partię Lewicy, która podniosła się z gruzów po upadku NRD, myśląc, że
zniknie w wyborach w 2025 roku. Stało się odwrotnie: Partia Lewicy skorzystała
z nieoczekiwanego wzrostu i zdobyła prawie 9% głosów, podczas gdy Wagenknecht
nie przekroczyła progu wyborczego i odpadła z Bundestagu. Otwarcie się na
skrajną prawicę to wyraźna próba ucieczki z jej narożnika, ale z
katastrofalnymi konsekwencjami dla kraju.
Tymczasem AfD za pośrednictwem rzecznika Alice Weidel dała do zrozumienia, że
„nie wyklucza” sojuszu z partią Czerwono-Brunatną, zwłaszcza „jeśli pozwoli nam
to utworzyć stabilny rząd”.
3.
Po miesiącach negocjacji Mette Frederiksen utworzy rząd w Danii
https://www.bbc.com/news/articles/cn7p3e34x5no
Niebezpieczeństwo zażegnane. W Danii negocjacje w sprawie utworzenia rządu,
które zakończyły się wczoraj po ponad dwóch miesiącach, trzy tygodnie temu
niemal doprowadziły skrajną prawicę do władzy. Tymczasem liderka
socjaldemokratów Mette Frederiksen ponownie wygrała, ponownie wybrana na
premiera na trzecią kadencję z rzędu od 2019 roku.
Frederiksen stanie na czele centrolewicowej koalicji, w skład której wejdą,
oprócz socjaldemokratów, dwie partie lewicowe – Lewicowa Partia Ludowa (SF) i
Radykałowie – oraz centrowa partia Umiarkowani.
Jak przebiegły wybory?
24 marca Frederiksen wygrała przedterminowe wybory, które rozpisała, aby
wykorzystać „efekt Grenlandii” – popularność odzyskaną dzięki jej zdecydowanemu
sprzeciwowi wobec ambicji Donalda Trumpa dotyczących arktycznej wyspy, będącej
terytorium Danii. Głosowanie zależało również od sytuacji gospodarczej i
warunków hodowli trzody chlewnej w fermach przemysłowych. Jej partia odnotowała
jednak najgorszy wynik od 1903 roku: zaledwie 21,8% i 38 mandatów, w porównaniu
z 50 w 2022 roku. Łącznie rząd będzie miał 82 mandaty ze 179, co uczyni go
mniejszością (sytuacja, która stała się dość powszechna w Europie Północnej),
chociaż Sojusz Czerwono-Zielonych mógłby ostatecznie poprzeć go z zewnątrz.
Pierwsza runda negocjacji pod przewodnictwem Frederiksena zakończyła się
niepowodzeniem, więc 8 maja król oddał odpowiedzialność liberałowi Troelsowi
Lundowi Poulsenowi, który również podjął dialog ze skrajną prawicą, ale również
nie osiągnął porozumienia. Druga runda negocjacji, najdłuższa w historii Danii,
doprowadziła do utworzenia nowego rządu, którego ministrowie zostaną ogłoszeni
jutro. Decydującym czynnikiem było przekonanie umiarkowanych, decydującego
głosu w parlamencie, pod przewodnictwem Larsa Løkke Rasmussena, byłego
premiera, a następnie ministra spraw zagranicznych w ostatnim rządzie
Frederiksen (a tym samym kluczowego gracza w negocjacjach z Waszyngtonem w
sprawie rozwiązania kwestii Grenlandii).
Kim jest Mette Frederiksen?
48-letnia Frederiksen ugruntowała swoją pozycję jako jedna z najbardziej
utytułowanych i trwałych liderek zachodniej lewicy. Jej model jest
kontrowersyjny, ponieważ łączy z jednej strony tradycyjną obronę
skandynawskiego dobrobytu i praw obywatelskich z drugiej, z ostrą polityką
antyimigracyjną, którą uzasadnia właśnie potrzebą ochrony dobrobytu. Polityka
ta stanowi przykład dla międzynarodowych partii prawicowych, w tym Giorgii
Meloni (i przez lata służyła osłabianiu duńskiej skrajnej prawicy w wyborach).
Jej wytrwałość w negocjacjach dorównuje tej z kampanii wyborczej, w której
zyskała popularność dzięki rzuceniu wyzwania Trumpowi , ale także dzięki
propozycji wprowadzenia podatku dla superbogatych, dzięki czemu powstrzymała
odpływ głosów, który objawił się porażką w wyborach lokalnych w listopadzie,
kiedy Socjaldemokraci po raz pierwszy w stuletniej historii przegrali w
Kopenhadze.
Córka drukarza i nauczycielki, matka dwójki dzieci i bardzo aktywna
instagrammerka, Frederiksen zasiada w parlamencie od 24. roku życia. Przez
jedenaście lat stała na czele socjaldemokratów, pełniąc również funkcję
ministra pracy i sprawiedliwości. Najpierw była premierem w rządzie
mniejszościowym, w którym większość stanowili wyłącznie socjaldemokraci, a
następnie w wielkiej koalicji, pokonując wyzwania związane z pandemią COVID-19
i „kryzysem norek” (zarządzona przez nią ze względów zdrowotnych eksterminacja
ogromnego stada norek w kraju, która później okazała się nielegalna) i stając
na czele wsparcia dla Ukrainy. Teraz stanie na czele centrolewicowego rządu.
„Myślę, że wszyscy będą zaskoczeni naszą determinacją” – powiedziała wczoraj.
„Nasz program przyniesie korzyści duńskim obywatelom, przyszłym pokoleniom, a
nawet zwierzętom” – obiecała.
4.
UE oskarżona o stworzenie systemu egzekwowania przepisów imigracyjnych na wzór
ICE
Urzędnicy twierdzą, że ustawa usprawni zarządzanie migracją, umożliwiając
większą liczbę deportacji osób nieposiadających dokumentów
https://www.theguardian.com/world/2026/jun/02/eu-accused-creating-ice-style-immigration-enforcement-system
Politycy UE obiecali zwiększyć liczbę deportacji nielegalnych imigrantów na
mocy nowego prawa, które zdaniem krytyków przypomina elementy brutalnych
represji wobec imigracji wprowadzonych przez administrację Trumpa.
Finalizując kluczowy element zreformowanego systemu azylowego i migracyjnego
UE, politycy uzgodnili rozporządzenie, które umożliwi władzom krajowym
przeszukiwanie domów ludzi w celu egzekwowania nakazów deportacji.
Osoby, którym grozi nakaz deportacji i które zostaną uznane za niewspółpracujące
lub zagrożone ucieczką, mogą zostać zatrzymane na okres do dwóch lat, z
możliwością przedłużenia do 30 miesięcy, w porównaniu z 18-miesięcznym okresem
zatrzymania przewidzianym w obowiązującym prawie. Osobom, które odmawiają
wykonania nakazu deportacji, mogą zostać obniżone świadczenia lub inne dodatki.
Rozporządzenie umożliwi również tworzenie zagranicznych ośrodków powrotowych,
czyli ośrodków poza granicami UE, w których osoby bez dokumentów będą
przetrzymywane przez nieokreślony okres czasu w oczekiwaniu na powrót do kraju
ojczystego.
Kilka państw UE prowadzi rozmowy z krajami, głównie afrykańskimi, w sprawie
utworzenia centrów powrotowych, choć nie ogłoszono jeszcze żadnych porozumień.
Tekst uzgodniony w poniedziałek w trójstronnych rozmowach między głównymi
instytucjami UE – Radą Europejską, Parlamentem Europejskim i Komisją Europejską
– umożliwi przeszukanie domów osób „lub innych stosownych pomieszczeń” i
zajęcie ich mienia osobistego w celu zapewnienia wykonania nakazu deportacji.
W przypadku małoletnich bez opieki i rodzin z dziećmi zatrzymanie będzie
dozwolone „jako ostateczność” i „na możliwie najkrótszy odpowiedni okres,
biorąc pod uwagę dobro dziecka” – stwierdzono w komunikacie prasowym Parlamentu
Europejskiego.
Osobom uznanym za zagrożenie dla bezpieczeństwa może zostać wydany dożywotni
zakaz wjazdu do UE, podczas gdy obecnie maksymalny okres zakazu wynosi 10 lat.
UE ma nadzieję, że te środki zwiększą liczbę deportacji osób, którym odmówiono
prawa do azylu, osób, które przekroczyły ważność wizy lub nie posiadają prawa
pobytu. Obecnie tylko około 20% osób bez prawa pobytu w UE jest skutecznie
odsyłanych do swoich krajów ojczystych.
Urzędnicy UE uznali tę ustawę za ważny krok w zarządzaniu migracją w UE.
„Dzięki nowym przepisom mamy większą kontrolę nad tym, kto może wjechać do UE,
kto może pozostać, a kto musi wyjechać” – powiedział Magnus Brunner, europejski
komisarz ds. migracji, który opracował pierwotne propozycje.
Krytycy oskarżyli UE o kopiowanie praktyk amerykańskiej Służby Imigracyjnej i Celnej,
która pod rządami Trumpa rozpoczęła brutalne i brutalne represje wobec
nielegalnych migrantów.
Mélissa Camara, europosłanka Partii Zielonych, powiedziała, że tekst „osłabia
prawa proceduralne, wydłuża czas trwania aresztu i popiera praktyki ICE,
pozwalając władzom na przeprowadzanie przeszukań domowych”.
Porozumienie stało się możliwe po tym, jak centroprawicowa Europejska Partia
Ludowa (EPL) zagłosowała w marcu w Parlamencie Europejskim wraz z ugrupowaniami
skrajnie prawicowymi za wprowadzeniem bardziej rygorystycznych środków
dotyczących odsyłania osób bez dokumentów. Zanim parlament przesunął się w
prawo w wyborach europejskich w 2024 roku, tradycyjnie hamował on bardziej
zdecydowane instynkty państw członkowskich UE.
Regina Doherty, irlandzka posłanka EPP, z zadowoleniem przyjęła porozumienie:
„To porozumienie nie dotyczy osób, które przybyły do Europy legalnie,
pracujących, studiujących lub wspierających nasze społeczności, ani osób,
którym przyznano ochronę międzynarodową. Chodzi o stworzenie wspólnego
europejskiego systemu postępowania w przypadkach, gdy dana osoba przeszła przez
proces prawny i została uznana za pozbawioną prawa do pobytu”.
Stwierdziła, że na temat migracji krąży „zbyt wiele dezinformacji”, a złożone
problemy sprowadzają się „do sloganów, oburzenia i fałszywych twierdzeń”.
Silvia Carta, rzeczniczka prasowa brukselskiej Platformy Współpracy na rzecz
Nieudokumentowanych Migrantów, powiedziała, że ustawa „narazi setki tysięcy
ludzi na krzywdę i przemoc – od zamykania ludzi w ośrodkach detencyjnych dla
imigrantów na okres do 30 miesięcy po rozbijanie rodzin i wysyłanie ludzi do
krajów, których nawet nie znają”.
Dodała: „Po drugiej stronie Atlantyku widzimy przemoc i strach wywołane przez
brutalne egzekwowanie przepisów imigracyjnych przez ICE. Europa powinna
wyciągać wnioski ze szkód, jakie niesie ten model, a nie budować własną jego
wersję”.
Ustawa o powrotach, która zostanie zatwierdzona przez Radę UE i Parlament,
wieńczy długotrwały proces reformy procedur azylowych i migracyjnych. Została
ona wprowadzona w 2020 r. w celu uniknięcia powtórki kryzysu migracyjnego z
2015 r., kiedy to 1,3 mln osób, z których wiele pochodziło z ogarniętej wojną
Syrii i Afganistanu, szukało schronienia w Europie.
5.
Trump twierdzi, że Hezbollah i Izrael zgodziły się „zaprzestać wszelkich
strzelanin”
Deklaracja została wydana po wycofaniu się Iranu z rozmów pokojowych w ramach
protestu przeciwko izraelskiej ofensywie w Libanie
https://www.theguardian.com/world/2026/jun/01/european-leaders-condemn-israel-incursion-into-lebanon
… „Jednak po ogłoszeniu decyzji Trumpa pojawiły się doniesienia o atakach z obu
stron, a zarówno izraelscy urzędnicy, jak i Hezbollah wydali oświadczenia
podważające trwałość porozumienia. Poseł Hezbollahu Hassan Fadlallah
powiedział, że grupa odrzuciła ofertę częściowego rozejmu, który miałby
oszczędzić Bejrut w zamian za zakończenie ataków Hezbollahu na Izrael”.
„Jesteś pieprzonym szaleńcem”: Trump wścieka się na Netanjahu podczas rozmowy z
Libanem
https://www.axios.com/2026/06/01/trump-netanyahu-israel-lebanon-call
„Rozmawiałem z Netanjahu i Hezbollahem, ataki się zakończą. Rozmowy z Iranem
trwają w najlepsze”. Sam prezydent Trump podsumował dramatyczny dzień, który
groził wznowieniem wojny, serią ogłoszeń opublikowanych w mediach
społecznościowych. Potwierdza to, że pomimo bardziej wojowniczych wypowiedzi,
przywódca Białego Domu chce zakończyć coraz bardziej niepopularny konflikt
wśród Amerykanów i niebezpieczny konflikt przed listopadowymi wyborami
uzupełniającymi, nawet jeśli oznacza to publiczne ograniczenie działań swojego
izraelskiego sojusznika. Według Axios, Trump odbył ostrą rozmowę telefoniczną z
Netanjahu: „Co ty, k…a robisz?”, magnat miał podobno powiedzieć Netanjahu.
„Wszyscy nienawidzą Izraela z twojego powodu. Siedziałbyś w więzieniu, gdyby
nie ja”.
6.
Leon XIV mianuje Meksykankę na stanowisko szefa watykańskiej komunikacji.
Do tej pory była prezeską konserwatywnej amerykańskiej katolickiej stacji
telewizyjnej EWTN. Zastąpi Paolo Ruffiniego, który przechodzi na emeryturę w
październiku. Jest poliglotką i wokalistką jazzową. „ Wall Street Journal”
nazywa ją „na pierwszej linii frontu amerykańskiej wojny kulturowej”.
https://www.repubblica.it/cronaca/2026/06/02/news/vaticano_capo_comunicazione_mariamontserrat_alvarado-425384881/?ref=RHLM-BG-P12-S1-T1-fdg1
Papież Leon XIV mianował świecką Marię Montserrat (Montse) Alvarado prefektem
Watykańskiej Dykasterii ds. Komunikacji od 1 listopada. Zastąpi ona Włocha
Paolo Ruffiniego, który przejdzie na emeryturę w październiku.
Czym jest Ewtn?
Od marca 2023 roku Montse Alvarado jest prezesem i dyrektorem operacyjnym EWTN
News, konserwatywnej katolickiej sieci informacyjnej, która oprócz
amerykańskiej stacji telewizyjnej o tej samej nazwie (EWTN oznacza Eternal Word
Television Network), obejmuje również ACI Stampa, ACI Prensa, Catholic News
Agency i National Catholic Register. W EWTN, jak podkreśla biuletyn watykański,
„kieruje międzynarodowymi platformami medialnymi, które produkują treści w
siedmiu językach w telewizji, prasie, radiu, mediach cyfrowych i mediach społecznościowych”.
Przeciwko wspomaganemu samobójstwu
Urodzona w Meksyku 47 lat temu, uzyskała tytuł magistra na Uniwersytecie
George'a Washingtona oraz licencjat na Uniwersytecie Międzynarodowym Florydy. W
latach 2009-2023 zajmowała kierownicze stanowiska w Fundacji Becket na rzecz
Wolności Religijnej. Alvarado zasiadała również w zarządach licznych
katolickich organizacji non-profit, w tym Centrum Informacji Katolickiej,
Instytutu Acton, Funduszu Charytatywnego Rycerzy Kolumba, Benedictine College
oraz Patients' Rights Action Fund, organizacji sprzeciwiającej się legalizacji
wspomaganego samobójstwa.
Poliglotka i piosenkarka jazzowa
Dziennik „Wall Street Journal” opublikował artykuł, który zaczynał się od słów:
„Obrończyni wszystkich religii, na pierwszej linii frontu amerykańskiej wojny
kulturowej”. Mówi płynnie po hiszpańsku i francusku, jest koncertującą
wokalistką jazzową i klasyczną.
Wydział
Dykasteria ds. Komunikacji to ministerstwo Stolicy Apostolskiej odpowiedzialne
za wszelką komunikację. Obejmuje różne publikacje watykańskie – L'Osservatore
Romano, Radio Watykańskie i portal informacyjny Vatican News – a także
Watykańskie Centrum Telewizyjne, Drukarnię Watykańską i Biuro Prasowe Stolicy
Apostolskiej, kierowane od lipca 2019 roku przez Matteo Bruniego, do którego od
kilku miesięcy dołączyła chorwacka zakonnica Nina Krapic. Sekretarzem
dykasterii jest argentyński monsignor Lucio Ruiz, a dyrektorem redakcyjnym
Andrea Tornielli.
Paolo Ruffini
Paolo Ruffini zakończy swoją drugą kadencję, 4 października, w dniu swoich 70.
urodzin. Ruffini, dziennikarz, pełnił między innymi funkcję dyrektora Radia
Uno, La7 i TV2000, zanim papież Franciszek mianował go prefektem ds.
komunikacji 5 lipca 2018 roku, po rezygnacji ks. prałata Dario Edoardo Viganò,
pierwszej osoby świeckiej na stanowisku szefa dykasterii watykańskiej. Jest
drugą kobietą na stanowisku szefa dykasterii, po siostrze Simonie Brambilli,
która kieruje urzędem odpowiedzialnym za zakonników i zakonnice na całym
świecie. Siostra Raffaella Petrini jest przewodniczącą Gubernatoratu
Watykańskiego.
7.
https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,32820721,zaciesnia-sie-prokuratorska-petla-wokol-klanu-borowcow-to.html
Ustawiane konkursy, sowite nagrody dla syna, synowej, siostry, siostrzeńca,
rzeszy znajomych. Tak rządził lubelską dyrekcją Lasów Państwowych Andrzej
Borowiec, polityczny kompan i wierny druh poszukiwanego Marcina Romanowskiego.
W Biłgoraju opowiadają, jak Andrzej Borowiec - już jako wójt gminy Aleksandrów
na Lubelszczyźnie pomagał w grudniu 2024 r. w ucieczce Romanowskiego na Węgry.
Krążą głosy, że miał go przenocować i wywieźć następnego dnia do Budapesztu.
Sam Borowiec temu zaprzecza, ale prawdą jest, że panowie spotykali się później
w stolicy Węgier. …
Borowiec, rocznik 1973, ma za co być wdzięczny Romanowskiemu. Skromny leśnik
nadzorujący zagajniki w okolicy Zwierzyńca na Roztoczu za rządów Suwerennej
Polski (wcześniej Solidarnej) szybko awansował najpierw na szefa Nadleśnictwa
Biłgoraj (2021 r.), a potem na dyrektora regionalnego Lasów Państwowych całej
Lubelszczyzny i północnej części Podkarpacia (2023 r.). …
O kilometrówkach Borowca, czyli wykorzystywaniu służbowych aut do działalności
politycznej, media już się rozpisywały. Tak jak o deszczu pieniędzy Lasów
Państwowych, które trafiały przede wszystkim do okręgu, gdzie startował w
wyborach do Sejmu w 2023 r. Romanowski. Zresztą te wątki cały czas bada
Prokuratura Regionalna w Krakowie. …
- Andrzej musiał widzieć, co się dzieje w Funduszu Sprawiedliwości zarządzanym
przez jego patrona Marcina Romanowskiego. Dlatego on postanowił zarządzać
Lasami Państwowymi podobnie - zwraca uwagę były dobry znajomy Borowca.
W dość krótkim czasie w lubelskich Lasach Państwowych znalazła zatrudnienie
prawie cała, najbliższa rodzina Borowca. W zdecydowanej większości niemająca
nic wspólnego z leśnictwem. …
Członkowie rodziny Andrzeja Borowca wygrali wszystkie konkursy rekrutacyjne
ogłaszane przez Lasy Państwowe.
- Konkursy były ustawiane. Dyrektor robił to sprytnie, bo kierownikom
wydziałów, np. kadrowej czy księgowej, kazał ułożyć ewentualne pytania do
konkursu. A on je z tych kilku zestawów zbierał w jeden test. Oczywiście
biorący udział w konkursie dostawał i pytania, i odpowiedzi - opowiada nasz
informator w LP, który jest gotów powtórzyć wszystko przed sądem. …
Z informacji, do których dotarła "Wyborcza", wynika, że w lubelskich
LP za rządów Andrzeja Borowca premie i nagrody w zdecydowanej większości miały
charakter uznaniowy. A korzystała na tym przede wszystkim rodzina Borowców,
mimo najkrótszego stażu pracy. …
Na sukces Romanowskiego w pocie czoła pracował podczas kampanii wyborczej -
zdaniem prokuratury - także młodszy brat Andrzeja Borowca - Łukasz B.
Prokuratura oskarżyła go jeszcze w zeszłym roku o nielegalny druk 4 tys.
banerów wyborczych Romanowskiego wartości 99 tys. zł w drukarni zlokalizowanej
w garażu rodziny Borowców w Aleksandrowie pod Biłgorajem. Chodzi o wspieranie
komitetu wyborczego PiS poza funduszem wyborczym. Łukasz B. do zarzutów się nie
przyznaje, choć prawdą jest, że banery Romanowskiego podczas kampanii 2023 r.
wisiały w powiecie biłgorajskim praktycznie wszędzie. …
Kariera w samorządzie terytorialnym Borowca to, jak się okazuje, znów zasługa
Marcina Romanowskiego. Bo poseł Suwerennej Polski po zwycięskich wyborach
parlamentarnych zamarzył sobie opanowanie samorządów w powiecie biłgorajskim i
utworzył komitet wyborczy Prawicowa Polska Marcina Romanowskiego, którego
ludzie wystartowali w kontrze do Beaty Strzałki i PiS.
Romanowski liczył, że wyborcy zapamiętają deszcz pieniędzy, który spadł na
powiat biłgorajski z Funduszu Sprawiedliwości, także z kasy Lasów Państwowych.
Przeliczył się. Sukces odniósł jedynie Andrzej Borowiec, wygrywając wybory w Aleksandrowie,
pokonując w dogrywce wójta Józefa Białego, który rządził gminą nieprzerwanie
przez 32 lata. Do rady powiatu biłgorajskiego nie dostał się za to jego
bratanek Szymon (ten z LP), brat Józef (ojciec Szymona), a wybory do sejmiku
województwa przegrał z kretesem syn Sebastian (startował z list PiS, bo
Romanowski tak wysoko swojego komitetu nie zarejestrował).
Dziś na etaty w urzędzie gminy w Aleksandrowie mogą liczyć starzy kompani z
Lasów Państwowych. Jak Andrzej Kluczkowski, z wykształcenia teolog, z którego
Andrzej Borowiec zrobił swojego zastępcę (Kluczkowski już zdążył odejść z
samorządu) i leśniczy Krzysztof Gronek, dziś nieformalny zastępca wójta
Aleksandrowa.
Romanowski uciekł z Polski na Węgry na początku grudnia 2024 r. Do Budapesztu
jechał pospiesznie przez Biłgoraj, gdzie miał przenocować, spotkać się z
Andrzejem Borowcem i dalej ruszyć z nim w drogę na południe. Romanowski
uciekał, bo śledczy postawili mu zarzut udziału w zorganizowanej grupie
przestępczej, m.in. ustawiającej konkursy na dziesiątki milionów w Funduszu
Sprawiedliwości.
Wcześniej w szpitalu wojewódzkim przy al. Kraśnickiej w Lublinie, lecznicy
podległej marszałkowi województwa z PiS Jarosławowi Stawiarskiemu, Romanowski
przeszedł niegroźny zabieg korekty przegrody nosa. W innej lecznicy
Stawiarskiego - Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej, rok wcześniej operacje
przeszedł szef Suwerennej Polski Zbigniew Ziobro.
Romanowski w przeciwieństwie do Ziobry, który dzięki wizie dziennikarskiej TV
Republika po porażce wyborczej Orbana uciekł z Węgier do USA, nie może czuć się
bezpiecznie.
Wiceszef Suwerennej Polski jest poszukiwany w ramach Europejskiego Nakazu
Aresztowania i tropiony przez policyjną spec grupę tzw. łowców cieni. Miał na
początku maja uciec z Węgier do Serbii, przebywać krótko w Chorwacji i ponownie
wrócić do Serbii, kiedy nad Adriatykiem przestało być bezpiecznie.
Zadzwoniliśmy do Andrzeja Borowca. Nie odebrał, ale poprosił o sms-a.
Zapytaliśmy, czy angażował się w ucieczkę Romanowskiego na Węgry w grudniu 2024
r.? Jak często bywał u Romanowskiego w Budapeszcie? Czy ma dziś kontakt z
Romanowskim? Borowiec dotąd na żadne z pytań nie odpowiedział.
- Wcześniej ze szczegółami donosił o swojej wizycie u Romanowskiego w
Budapeszcie. Bagatelizował stawiane mu zarzuty i wyśmiewał się z niekompetencji
Tuska. Dziś, kiedy padają pytania o Serbię i Chorwację, traci rezon,
pochmurnieje i błyskawicznie zmienia temat - opowiadają znajomi Borowca z
Biłgoraja. …
8.
https://tvn24.pl/polska/minister-waldemar-zurek-skierowal-wniosek-o-zgode-na-pociagniecie-europosla-jakiego-do-odpowiedzialnosci-karnej-st9077329
Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek "przekazał do Przewodniczącej
Parlamentu Europejskiego wniosek o wyrażenie przez Parlament Europejski zgody
na pociągnięcie europosła Patryka Jakiego do odpowiedzialności karnej oraz jego
zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie" - podała Prokuratura Krajowa. …
W dochodzeniu Zespołu Śledczego w Prokuraturze Regionalnej w Poznaniu
"zgromadzono materiał dowodowy uzasadniający dostatecznie podejrzenie
popełnienia przez europosła Patryka Jakiego przestępstwa przekroczenia
uprawnień i niedopełnienia obowiązków, jako funkcjonariusza publicznego -
Sekretarza Stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, wykonującego stałe zastępstwo
Ministra Sprawiedliwości w sprawach dotyczących Służby Więziennej" -
czytamy w komunikacie opublikowanym na stronie Prokuratury Krajowej. …
9.
Oligarchowie Orbána na krawędzi niepokoju, ponieważ Węgry szykują się do
wprowadzenia podatku od majątku
Nowy premier Péter Magyar nazwał tę politykę oznaką „sprawiedliwości
społecznej” po latach lojalności politycznej, która została nagrodzona szansami
ekonomicznymi
https://www.theguardian.com/world/2026/jun/02/orban-oligarchs-on-edge-hungary-wealth-tax-peter-magyar
W słabo oświetlonym studiu telewizyjnym jeden z najbogatszych ludzi na Węgrzech
jest bliski łez. Jest początek maja, kilka tygodni po wyborach parlamentarnych,
które zakończyły 16-letni okres rządów Viktora Orbána, a potentat reklamowy Gyula
Balásy ma do ogłoszenia ważną wiadomość.
Gyula mówi dziennikarzowi, że właśnie przekazał państwu swoje firmy wraz z
częścią swoich prywatnych oszczędności. Przyniósł nawet akt notarialny –
dokument prawny potwierdzający zmianę właściciela.
„W obecnej sytuacji nie sądzę, aby nasza grupa spółek miała przyszłość” – mówi.
Gyula należał do najbardziej prominentnych beneficjentów ery Orbána. Jego firmy
prowadziły sieć plakatów, zwanych niebieskimi billboardami, na których w
kampaniach propagandowych finansowanych przez państwo umieszczano kolejne
postacie, od finansisty George’a Sorosa po przewodniczącą Komisji Europejskiej
Ursulę von der Leyen, uznawane za wrogów publicznych.
Dziś billboardy stoją puste. Nowy przywódca Węgier, Péter Magyar i jego partia
Tisza żywią wobec oligarchów Orbána zdecydowanych sceptycyzm. Gyula nie tylko
stracił dostęp do kontraktów sektora publicznego, ale prawdopodobnie wzrośnie
również podatek od pozostałych milionów.
Minister finansów András Kármán obiecał, że do 5 czerwca przedstawi więcej
szczegółów na temat planowanej reformy systemu podatkowego, dzięki której Węgry
mogą stać się pierwszym członkiem UE od lat 80., w którym wprowadzony zostanie
nowy podatek od majątku.
Ogłaszając tę politykę w poście na X latem ubiegłego roku, Magyar stwierdził,
że posunięcie to „nie jest karą, lecz oznaką sprawiedliwości społecznej i
solidarności w funkcjonującym i humanitarnym kraju”.
Szczegóły są jak dotąd skąpe. W swoim manifeście Tisza obiecała roczny podatek
w wysokości 1% dla osób posiadających aktywa o wartości ponad 1 mld forintów (12
mln zł), naliczany od części ich majątku przekraczającej ten próg. Wliczane
będą nieruchomości, udziały w spółkach i aktywa przechowywane za granicą,
poinformował Magyar na portalu X, podobnie jak dobra takie jak jachty, prywatne
odrzutowce, obrazy i samochody sportowe. Aby zniechęcić do unikania
opodatkowania, majątek należący do małżonków i dzieci również będzie podlegał
opodatkowaniu.
„Węgry pilnie potrzebują podatku od majątku z dwóch powodów” – mówi Zoltán
Pogátsa, ekonomista polityczny i wykładowca Uniwersytetu Zachodnich Węgier. Po
pierwsze, uważa, że obecne podatki od majątku są zbyt niskie, a po drugie, że
zapewnią one rozliczalność.
„Podatek majątkowy Tiszy jest sposobem na zwrócenie publicznych pieniędzy do
publicznej kasy” – mówi.
Po przeanalizowaniu majątków 50 najbogatszych Węgrów, według rankingu magazynu
Forbes, Pogátsa doszedł do wniosku, że 38 z nich albo zdobyło majątek za rządów
Orbána poprzez przetargi publiczne, albo było już bogatych, ale w czasie jego
urzędowania odniosło znaczne korzyści z zamówień publicznych.
Wielu z nich zajmuje kluczowe stanowiska w mediach, energetyce, budownictwie,
bankowości i nieruchomościach. Są to beneficjenci systemu znanego jako System
Współpracy Narodowej (NER), w którym lojalność polityczna była nagradzana
szansami ekonomicznymi.
Jednym z najbardziej znanych oligarchów NER jest Lőrinc Mészáros, który
znajduje się na szczycie węgierskiej listy Forbesa z majątkiem netto szacowanym
na 5 miliardów dolarów. Ten instalator gazowy pochodzi z tego samego miasteczka
co były premier, a jego imperium obejmuje energetykę, budownictwo, finanse,
turystykę i media. Lata temu przypisywał swoją fortunę trzem rzeczom – „Bogu,
szczęściu i Viktorowi Orbánowi” –choć swój sukces przypisuje również
intelektowi i ciężkiej pracy.
Na 27. miejscu w rankingu, z majątkiem 245 mln dolarów, znajduje się zięć
Orbána, István Tiborcz. Jego zainteresowania obejmują nieruchomości,
hotelarstwo i bankowość.
Debata na temat podatku od majątku ma charakter globalny – rząd Brazylii i
związki zawodowe w Kalifornii naciskają na wprowadzenie podobnych przepisów. W
Wielkiej Brytanii pomysł popiera Partia Zielonych i wielu parlamentarzystów
Partii Pracy. We Francji socjalistyczny prezydent François Mitterrand
wprowadził podatek od majątku w 1982 roku, ale został on uchylony przez
Emmanuela Macrona. W zeszłym roku francuski parlament był bardzo bliski
przywrócenia tego podatku i prawdopodobnie stanie się on głównym tematem
przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Na razie jednak Węgry wydają się być
gotowe do działania.
Magyar ma wolną rękę, zapewniając sobie większość dwóch trzecich głosów w
parlamencie. Tisza była pierwotnie centroprawicowa, ale rozszerzyła się, by
zjednoczyć wyborców przeciwnych Orbánowi z całego spektrum politycznego.
Jeśli jest coś, co do czego zgadzają się jego zwolennicy, to konieczność
demontażu systemu NER.
Magyar obiecał zreformować procedurę przetargów publicznych i powołał Krajowe
Biuro ds. Odzyskiwania i Ochrony Majątku, którego zadaniem będzie ściganie
korupcji. Jednak w wielu przypadkach majątek został zdobyty zgodnie z
obowiązującymi wówczas przepisami.
„Myślę, że w tym miejscu mógłby znaleźć zastosowanie podatek od majątku, który
jest niemoralny, ale legalny” – mówi Pogátsa.
Jeden lub dwóch liderów biznesu już się wypowiedziało. Przedsiębiorca z branży
transportowej i transportowej Gábor Bojár, który poparł Tiszę w kampanii,
powiedział w kwietniu portalowi informacyjnemu Telex: „Bogaci płacą podatki
również w innych krajach, a przeciętny obywatel płaci proporcjonalnie znacznie
więcej podatków – to niesprawiedliwe i ten system musi zostać zmieniony.
„Cieszę się, jeśli muszę płacić wysokie podatki, bo to oznacza, że
prawdopodobnie też dużo zarabiamy”.
Nie wszyscy się z tym zgadzają. Viktor Zsiday, zarządzający funduszami
inwestycyjnymi i komentator ekonomiczny, twierdzi, że rozwiązaniem problemu
nienależnego wzbogacenia nie powinno być opodatkowanie, lecz postępowanie
karne. „Dobrze by było, gdyby podatek majątkowy nie był w dyskursie publicznym
mieszany z karaniem osób o nienależnych dochodach” – napisał w zeszłym roku.
Zsiday nie jest przeciwny redystrybucji jako takiej, opisując Węgry jako
„prawie raj podatkowy dla bogaczy”, ale wolałby, aby podatki od dywidend i
zysków przedsiębiorstw były wyższe.
„Podatek od majątku stawia węgierskie przedsiębiorstwa w niekorzystnej
sytuacji, ponieważ ich obciążenie podatkowe jest wyższe niż firm należących do
osób niebędących obywatelami Węgier” – powiedział „Guardianowi”. „Z pewnością
nie tego chce rząd, ale to obietnica wyborcza, więc niestety musi zostać
wprowadzona”.
Przy stałej stawce podatku dochodowego, osoby o niskich i wysokich dochodach
płacą na Węgrzech tylko 15%. Stawka od dywidend i zysków kapitałowych również
wynosi 15%. Podatek spadkowy wynosi 18%, ale najbliżsi członkowie rodziny nie
płacą podatku od majątku. Dla porównania, stawka w Wielkiej Brytanii wynosi
40%. Podatek od osób prawnych jest również niski, jak na standardy europejskie
i wynosi zaledwie 9%.
Od 2014 roku, kiedy Węgry wprowadziły przepisy powiernicze na wzór brytyjski,
ultrabogaci mogą cieszyć się hojnymi zwolnieniami podatkowymi z tytułu swoich
prywatnych oszczędności.
Aby sfinansować usługi publiczne, Skarb Państwa sięgnął po inne rodzaje
podatków. Pracownicy płacą składki na ubezpieczenia społeczne w wysokości
18,5%. Stawka VAT, wynosząca aż 27%, jest najwyższa w UE.
W rezultacie powstał system, w którym pracownicy ponoszą nieproporcjonalnie
dużą część kosztów. Podatki od sprzedaży są zazwyczaj jedną z najbardziej
regresywnych form pozyskiwania pieniędzy, ponieważ osoby o niskich dochodach
wydają większą część zarobków na podstawowe potrzeby, takie jak żywność i
paliwo.
Rezultatem jest ogromna koncentracja aktywów na szczycie, mówi István Karagich,
dyrektor generalny firmy Blochamps Capital, zajmującej się analizą biznesową.
Ich badania cytowane są przez osoby po obu stronach sporu, ponieważ rząd
gromadzi jedynie ograniczone informacje na temat bogactwa.
Na Węgrzech jest 4,2 miliona gospodarstw domowych. 1% najbogatszych posiada
około 35% majątku, mówi Karagicz. 10% najbogatszych posiada ponad dwie trzecie.
„To musi się zmienić” – mówi. „Nazwijmy to zemstą społeczeństwa”.
Uważa jednak, że próg 1 mld forintów jest zbyt niski. „Jeśli masz dwie
nieruchomości i małą firmę, podatek cię obejmie. Dwa miliony funtów to nie
majątek Jeffa Bezosa. Ten podatek zaszkodzi węgierskim przedsiębiorcom
prowadzącym małe i średnie firmy”.
Sugeruje próg 5 mld forintów, zgodnie z pierwotną propozycją Magyara, gdy
ogłaszał tę politykę latem ubiegłego roku. Przy takim poziomie państwo
pozyskiwałoby około 100 mld forintów rocznie od maksymalnie 10.000 gospodarstw
domowych. Przy zaledwie 0,25% rocznych dochodów państwa, zebrana kwota wydaje
się nieopłacalna.
Tisza zaproponowała jednak inne środki, aby zwiększyć wpływy od bogatych, w tym
zniesienie zwolnień podatkowych dla trustów. Dodatkowe środki zostaną
przeznaczone na pomoc osobom o niskich dochodach. Obiecano podstawową stawkę
podatku dochodowego w wysokości 9% oraz obniżki podatku VAT.
Dla Miroslava Palanskiego, profesora ekonomii na Uniwersytecie Karola w Pradze
i kierownika działu badań w Tax Justice Network, podatki od majątku nie służą
jedynie gromadzeniu pieniędzy – mogą one pobudzić gospodarkę. „Nierówności nie
sprzyjają wzrostowi gospodarczemu powyżej pewnego poziomu. Gdy majątek jest
bardziej rozdystrybuowany, więcej osób ma możliwość wniesienia wkładu do PKB”.
Zmiany powinny poprawić przejrzystość, ponieważ podatki mogą być naliczane
tylko od tego, co można zmierzyć. Mogą one również doprowadzić do pojawienia
się nowych twarzy w rankingach Forbesa.
10.
Badania sugerują, że leki odchudzające mogą zmniejszyć ryzyko zachorowania na
raka piersi nawet o 30%
Trzy badania dostarczają dowodów na to, że szczepionki mogą być częścią zestawu
narzędzi do walki z rakiem, zmniejszając ryzyko zachorowania na tę chorobę lub
śmierci z jej powodu
https://www.theguardian.com/science/2026/jun/02/weight-loss-drugs-cut-cancer-risk-studies
Lekarze twierdzą, że leki odchudzające mogą obniżyć ryzyko zachorowania na raka
lub śmierci z jego powodu o 30%.
Miliony ludzi już stosują te leki w leczeniu otyłości. Seria badań
zaprezentowanych na największej na świecie konferencji onkologicznej sugeruje,
że leki te mogą odgrywać rolę w zapobieganiu i leczeniu raka.
Jedna z analiz wykazała, że u kobiet przyjmujących leki GLP-1 ryzyko
zachorowania na raka piersi, najczęstszą postać tej choroby na świecie, było o
30% niższe w porównaniu z kobietami, które nie przyjmowały leków
odchudzających.
Drugie badanie wykazało, że dodanie leków odchudzających do standardowego
leczenia raka piersi zmniejsza ryzyko zgonu u pacjentek z powodu tej choroby o
30%.
Trzecie badanie przeprowadzone na pacjentach z rakiem piersi, płuc, jelit lub
wątroby wykazało, że u osób przyjmujących leki odchudzające ryzyko
rozprzestrzenienia się choroby było aż o 50% niższe.
Wyniki badań zaprezentowano na dorocznym spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa
Onkologii Klinicznej w Chicago.
Leki GLP-1 to klasa leków, które naśladują naturalny hormon występujący w
organizmie, zwany peptydem glukagonopodobnym-1, który pomaga regulować poziom
cukru we krwi i apetyt. Pierwotnie stosowane w leczeniu cukrzycy typu 2,
obecnie są szeroko stosowane również w celu kontroli masy ciała.
Pierwsze badanie, retrospektywna analiza 110.000 kobiet w wieku od 45 do 80
lat, wykazało, że u kobiet przyjmujących leki GLP-1 ryzyko zachorowania na raka
piersi było o 30% niższe niż u kobiet, które ich nie przyjmowały.
Wyniki badań przedstawiła dr Elizabeth McDonald, profesor radiologii na
Uniwersytecie Pensylwanii i radiolog zajmujący się piersiami w Abramson Cancer
Center.
Powiedziała: „Chociaż nasze badanie miało charakter obserwacyjny i nie
potwierdza definitywnie związku między lekami GLP-1 a zmniejszoną
zachorowalnością na raka piersi, to jednak przyczynia się do rosnącej liczby
dowodów wskazujących na to, że warto badać leki wspomagające odchudzanie jako
potencjalne narzędzia zapobiegania nowotworom.
„Leki GLP-1 są intrygujące z perspektywy badań nad rakiem, ponieważ nie zostały
zaprojektowane do leczenia raka, ale wpływają na wiele różnych celów i ścieżek
związanych z rozwojem raka, dlatego chętnie je zbadamy w tym kontekście”.
Leki GLP-1 są bardzo skuteczne w odchudzaniu, a utrzymanie prawidłowej masy
ciała od dawna jest zalecane jako sposób zapobiegania rakowi piersi. Nadwaga
lub otyłość, szczególnie po menopauzie, są znanym czynnikiem ryzyka raka
piersi.
Naukowcy od dawna podejrzewają również, że stan zapalny o niewielkim nasileniu
może odgrywać rolę w rozwoju raka piersi. GLP-1 zmniejsza stan zapalny w
organizmie poprzez różne szlaki i ma inne działanie metaboliczne i
epigenetyczne, które może hamować wzrost guza.
McDonald uważa, że wielokierunkowe działanie leków odchudzających hamuje rozwój
raka piersi. „Docelowo chcemy znaleźć lepsze metody zapobiegania rakowi piersi.
Obserwowanie poprawy wskaźników przeżywalności w przypadku raka piersi w
ostatnich dekadach jest zachęcające i chcielibyśmy zobaczyć takie same korzyści
w profilaktyce” – powiedziała.
Drugie badanie, z udziałem 27.000 pacjentek z rakiem piersi, zostało
przeprowadzone przez IRCCS Istituto Romagnolo per lo Studio dei Tumori Dino
Amadori, ośrodek onkologiczny w Meldoli we Włoszech. Naukowcy odkryli, że
dodanie leków odchudzających do standardowego leczenia wiązało się z 30%
zmniejszeniem ryzyka zgonu.
Trzecie badanie przeprowadzone przez Cleveland Clinic, obejmujące 12.000
pacjentów onkologicznych, wykazało, że w przypadku raka płuc, piersi, jelit i
wątroby osoby przyjmujące leki odchudzające miały od 38% do 50% mniejsze
prawdopodobieństwo wystąpienia czwartego stadium choroby niż osoby, które nie
przyjmowały leków.
Dr Marcin Chwistek, dyrektor programu onkologii wspomagającej i opieki
paliatywnej w Fox Chase Cancer Center w Filadelfii, który nie był zaangażowany
w badania, powiedział: „Agoniści receptora GLP-1 nigdy nie byli wyłącznie
lekami obniżającymi poziom glukozy. Ich właściwości przeciwzapalne i
immunomodulacyjne od dawna sugerują szersze działanie”.
Dr Eleonora Teplinsky, kierownik oddziału onkologii ginekologicznej i chorób
piersi w Valley Health System w New Jersey, która również nie była zaangażowana
w badania, powiedziała, że dowody nie są jeszcze jasne, czy potencjalne
korzyści ze stosowania leków odchudzających w walce z rakiem wynikają wyłącznie
ze utraty wagi, czy też są spowodowane innymi czynnikami.
„Myślę, że istnieje wystarczająco dużo danych, aby wyraźnie pokazać, że
istnieje pewien wpływ na ryzyko raka lub nawrotu, ale nie zdefiniowaliśmy go
jeszcze dokładnie” – powiedziała. „Musimy przeprowadzić więcej badań z
pacjentami stosującymi te leki i obserwować, co się stanie.
„Istnieją również sygnały, że mogą one pomóc w łagodzeniu skutków ubocznych.
Moi pacjenci, którzy przyjmują GLP-1, często czują się lepiej, a GLP-1 pomaga
im w łagodzeniu wielu skutków ubocznych blokerów hormonalnych. Zainteresowanie
tą dziedziną rośnie wykładniczo. To obecnie bardzo gorący temat i mamy
nadzieję, że uda nam się to wykorzystać”.
11.
Wyrywają cię z życia, z czasu”: podróż do zdumiewających malowideł jaskiniowych
w Hiszpanii
Przez dziesiątki tysięcy lat te paleolityczne dzieła sztuki pozostawały
niewidoczne. Kiedy zostały ponownie odkryte, obserwatorzy podziwiali ich żywe
piękno. Jeden z czołowych światowych ekspertów zabrał mnie na bliskie
spotkanie.
https://www.theguardian.com/science/2026/jun/02/journey-into-spain-palaeolithic-cave-paintings-altamira
Tury, mamuty i żubry stepowe dawno wymarły, ale ich malowane podobizny wciąż
wyglądają stosunkowo świeżo na ścianach i dachach Altamiry. A przynajmniej tak
powiedział Diego Garate Maidagan, jeden z nielicznych ludzi, którym pozwolono
wejść do tej wspaniałej jaskini w północnej Hiszpanii.
Poznałem Garate'a zeszłego lata w małej baskijskiej wiosce Gautegiz Arteaga.
Profesor prehistorii i sztuki paleolitycznej na Uniwersytecie Kantabrii
powiedział mi, że był w Altamirze zaledwie tydzień wcześniej, kontynuując swoje
wieloletnie badania nad metodami przygotowawczymi, narzędziami i metodami
opracowanymi przez wczesnych malarzy Homo sapiens.
Około 34.000 lat temu nasi dalecy przodkowie zaczęli tworzyć freski z efektami
światłocienia w podziemnych kryptach, które pozostawały w użyciu przez wiele
tysiącleci, aż do momentu, gdy wejście do jaskini zostało zablokowane przez
obwał skalny. Większa część epoki geologicznej minęła, zanim w 1868 roku
ciekawski pies myśliwski przedarł się przez próg, prowadząc szereg świadków do
pierwszej takiej prehistorycznej galerii, jaką kiedykolwiek widziały
współczesne oczy.
Technika prezentowana w Altamirze wydawała się zbyt wyrafinowana dla
troglodytów, za jakich uważano wówczas ludzi paleolitu, a samozwańczy eksperci
z Francji początkowo uznali całą sprawę za mistyfikację. (Oskarżyciele ci mieli
wyjść na idiotów, gdy podobne jaskinie odkryto w ich własnym kraju). Podobno
Pablo Picasso odwiedził to miejsce, a przynajmniej obejrzał kilka zdjęć, a
przypisywany mu cytat jest prawdopodobnie apokryficzny, ale mimo to stanowi
wartość na miarę epoki: „Po Altamirze wszystko jest dekadencją”.
Miejsce to zostało otwarte dla zwiedzających w 1917 roku, częściowo zamknięte w
latach 70. XX wieku, a następnie ostatecznie zamknięte w 2002 roku, gdy przez
około wiek zdumiewający podziw ujawnił, jak wilgoć i tlenek węgla z oddechów
zbyt wielu osób niszczą farbę. W sąsiednim miejscu powstała replika jaskini z
replikami dzieł sztuki. Dziś dostęp do pierwotnego sanktuarium mają tylko
Garate i inni wybrani badacze.
Specjalizacja Garate'a wymaga szczególnej uwagi poświęconej technice akwaforty,
czyli „dziobania”, w której artyści używali krzemiennych ostrzy do
obrysowywania kształtów na skale, a następnie nakładali ochrę i węgiel drzewny.
Altamira jest rzadka i cenna, powiedział mi, ponieważ te czerwienie i czernie
są wciąż tak wyraziste i żywe. Kolory przetrwały w warunkach zbliżonych do
kwarantanny, jakie narzuciło to dawne osuwisko.
Najnowsze poglądy na ten temat zakładają, że nasi przodkowie malowali w całej
Europie Zachodniej , a to, co dziś nazywamy „sztuką jaskiniową”, to jedynie to,
co przetrwało na najgłębszych, najciemniejszych powierzchniach, których
dotknęli.
Szczęście i geologia pozostawiły nam
kilka wspaniałych sanktuariów na skalę Altamiry i większość innych, gdzie
pigmenty dawno zniknęły ze ścian – zjedzone przez rozwijające się bakterie,
zatarte przez warstwy kalcytu, wypłukane przez powietrze i wodę. W większości
przypadków pozostały jedynie szczątkowe ślady dłut, odrysowujące nogi, rogi i
kły zwierząt, które niegdyś były tak powszechne jak bydło. Podobnie jak
„cienie”, czasami wykrywane promieniami rentgenowskimi pod splotem płócien
Tycjana czy Caravaggia, te proto-obrazy są bardzo trudne do dostrzeżenia bez
interwencji eksperta.
Na dalekiej północy Kraju Basków niedawne poszukiwania takich zjaw wywołały
„małą rewolucję”, jak twierdzi Garate. Powinien o tym wiedzieć jako główny
inicjator. Jest również rodowitym mieszkańcem i mieszka z żoną i dziećmi w tym
samym małym miasteczku nad estuarium, Plentzia, gdzie dorastał.
W dniu, w którym się poznaliśmy, Garate prezentował się jako gotowy na
przygodę: zarost na twarzy, włosy wystarczająco krótkie jak na wojsko, żylasty,
przystojny facet w bardzo dobrej formie jak na wczesny wiek średni, w spodniach
taktycznych z watowanymi kolanami. Podjechał po mnie rozklekotanym
hatchbackiem, który służył mu również jako schowek na sprzęt do eksploracji
jaskiń, i pojechaliśmy po górskiej drodze, która może szybko przyprawić o
mdłości nawet pasażera, który notuje.
Garate i jego współpracownicy z Santander zaplanowali kampanię mającą na celu
przetestowanie teorii, zgodnie z którą jaskinie w północnej Hiszpanii i
południowo-zachodniej Francji były kiedyś bogato zdobione piktogramami i
petroglifami, które obecnie są ledwo widoczne dla niewprawnego oka.
„Wtedy w moim wydziale było nas tylko trzech” – powiedział Garate. „I każdy z
nas potrzebowałby trzech żyć, żeby zbadać wszystkie te jaskinie”. Skonsultowali
się więc, zwerbowali i w efekcie powołali grupę zadaniową ze Związku
Baskijskich Speleologów. Naukowcy nauczyli grotołazów ustawiać latarki pod
odpowiednim kątem i odpowiednio regulować wzrok. I tak jak wiadomości
pojawiające się w parze z prysznica na lustrze w łazience, w całym Kraju Basków
zaczęły pojawiać się duchowe portrety prehistorycznych zwierząt. Sam Garate
znalazł ich więcej niż mu się należało, w tym dwa bizony i konia, spoczywające
w wyblakłych plamach ochry na górze Lumentxa.
Jechaliśmy teraz wokół tej góry i zjechaliśmy do wioski Lekeitio, starego portu
rybackiego między Zatoką Biskajską a rzeką Lea. Garate chciał mi pokazać pewną
jaskinię, w której budowa budynku mieszkalnego spowodowała pęknięcie w skale
górskiej. Wewnątrz znajdowała się jama, w której, o ile ktokolwiek mógł
stwierdzić, nigdy nie postawił stopy żaden człowiek. Nie znajdując żadnych
odcisków palców, kości, śladów wejścia i z pewnością żadnych dzieł sztuki,
Garate i jego zespół uznali ją za „czystą” i wykorzystali jako poligon
doświadczalny do eksperymentów terenowych. Nazwana Isuntza od najbliższej
plaży, stała się laboratorium, w którym interdyscyplinarni naukowcy mogli
testować swoje teorie w optymalnych warunkach.
Z bagażnika samochodu Garate podał mi hełm górniczy z latarką czołową i wyjął
gruby klucz, aby otworzyć niską metalową bramę u podnóża klifu. Schyliliśmy się
do wapiennej przestrzeni podpodłogowej i podążaliśmy nią przez około 6 metrów,
aż mogliśmy stanąć prosto w szerszej, wyższej komorze. Tutaj około pół tuzina
doktorantów stało przy stanowiskach roboczych, a ich światła i kamery
sprawiały, że jaskinia wyglądała jak plan filmowy. Świecące odczyty na ekranach
laptopów i aplikacjach telefonicznych śledziły poziom wilgotności i temperatury
w czasie rzeczywistym; nanosiły kontury jaskini na modele 3D i wirtualnej
rzeczywistości; i rejestrowały zmiany w parametrach barwy pigmentów nakładanych
na powierzchnie. We wnękach, za filarami i nad płaszczyznami warstw namalowali
prymitywne aproksymacje abstrakcyjnych kształtów geometrycznych i archetypowych
postaci widywanych na stanowiskach sztuki jaskiniowej w Europie, Afryce i
Australii.
Ogólny zamysł, jak mi powiedział Garate, polegał na odtworzeniu procesów
prehistorycznego tworzenia obrazów: na rozszyfrowaniu praktycznych,
mechanicznych decyzji artystów, a tym samym na lepszym zrozumieniu ich
umiejętności, bazy wiedzy, środków i sposobów komunikacji. W ramach jednego z
projektów mierzono „intensywność światła” i „promień działania” uzyskiwane
poprzez spalanie różnych gatunków drewna i tłuszczów w celu oświetlenia
jaskini. Ich ostatni test na żywo z płonącymi pochodniami wygenerował tyle
dymu, że cały zespół musiał uciekać.
Mój promień skierował się teraz na powierzchnię, na której odciski dłoni
zostały wykonane metodą szablonową, dzięki której nasi przodkowie zostawiali
swoje podpisy w Altamirze i innych miejscach. Garate pomagał w tym
eksperymencie, używając ptasich kości jako dmuchawek, by rozpylić ochrę wokół
dłoni i palców, albo napełniając usta tą substancją, by ją wypluć.
„Okropne. Obrzydliwe” – powiedział. „A kiedy pracujesz z ochrą, zostaje na
skórze i ubraniach przez wiele dni”.
Kolejny z odcisków dłoni należał do Olgi Spaey, belgijskiej doktorantki, której
studia sprowadziły ją tutaj z Uniwersytetu Montaigne w Bordeaux. Kiedy
rozmawiałem później ze Spaey, zdziwiłem się, że tak wzruszająca pamiątka po jej
istnieniu może wciąż wisieć na tej ścianie za 37.000 lat – mniej więcej tyle
czasu minęło, odkąd grupa dzieci, nastolatków i dorosłych przyciskała dłonie do
niskiego sklepienia pobliskiej jaskini El Castillo. „Albo może zniknąć za kilka
tygodni” – powiedziała. (Woda spływająca po skale zdążyła już zmyć niektóre
próbki z jaskini testowej).
W obrębie tych systemów jaskiń wydaje się, że ludzie mieszkali w jednym miejscu
– na powierzchni lub w jej pobliżu – tworząc i prezentując konkretne dzieła
sztuki w innej, bardziej oddalonej komnacie, która wciąż była wystarczająco
przestronna i dostępna, by umożliwić wspólne spotkania. Artyści solowi
zapuszczali się również jeszcze głębiej pod ziemię, by własnoręcznie włożyć
dłonie w najgłębsze, najtrudniejsze zakątki jaskini.
„Uważam, że sztuka naskalna miała w pewnym sensie charakter religijny” –
powiedział mi Spaey. Jest to powszechny pogląd wśród badaczy w tej dziedzinie.
Jednak słowo „religijna” wydało mi się w pewnym sensie niesatysfakcjonujące, co
stanowiło odpowiedź umniejszającą tajemnicę. W każdym razie ta jaskinia testowa
została zaprojektowana w celu zbadania, jak powstała ta sztuka. Pytanie o
przyczynę wykraczało poza zakres badań.
Technologia, którą dysponowali badacze, mogła teraz modelować zmiany w jaskini
na przestrzeni tysiącleci. Zdaniem Spaeya, każda taka projekcja jedynie
dostarczała więcej danych do przesiania, rozważenia i zazwyczaj odrzucenia,
niekoniecznie rzucając światło na którąkolwiek z teorii. „Zbieramy coraz więcej
informacji i czasami myślę, że tracimy z oczu to, czego szukamy. Można by rzec,
poszukiwanie sensu”.
„Uwielbiam jaskinie” – kontynuowała. „To moja ulubiona rzecz, przebywać w nich.
Wyrywają cię z życia, z czasu, w tę całkowitą ciemność. Są niebezpieczne. Można
umrzeć. Ale to bardzo ludzkie uczucie – zimno, strach, nasłuchiwanie dźwięków.
To coś bardzo pierwotnego. Więc w tym dziwnym środowisku być może wracamy do
podstawowych rzeczy, które dzielimy z wcześniejszymi ludźmi”.
Mnie też się to podobało, ale chciałem być spokojny, jak Garate, który teraz
wyprowadził mnie z jaskini Isuntza i zawiózł drogą do innej, zwanej Atxurra –
miejsca, w którym osobiście odkrył ryciny kwalifikujące się, jak to ujął, do
„Ligi Mistrzów sztuki naskalnej”.
Na szczycie tej ligi znajduje się z pewnością Lascaux, najsłynniejsza malowana
jaskinia ze wszystkich. Byłem tam z rodziną kilka lat wcześniej, a dokładniej w
replice w centrum dla zwiedzających tuż za francuską wioską Montignac.
Moje własne zainteresowanie sztuką jaskiniową rosło wraz z wiekiem i
ponurością. Najwcześniejsze przejawy ludzkiej cywilizacji zdawały się zyskiwać
na znaczeniu i nabierać głębi, im bliżej byliśmy jej końca. Ogarniał mnie
ogólny lęk przed przyszłością, połączony z sentymentalnymi obawami mężczyzny w
średnim wieku. Z internetowych plotek wynikało, że mężczyźni w tamtych czasach
spędzają nieproporcjonalnie dużo czasu na rozmyślaniu o Cesarstwie Rzymskim,
ale ten okres był dla mnie za późny. Pocieszenia szukałem w odległym czasie i
podziemnej przestrzeni. Moja córka, mająca wtedy niecałe pięć lat, była moim
największym zmartwieniem i najlepszym lekarstwem. Pocieszyła mnie swoją
interpretacją ewolucji człowieka, która sprowadziła cały nasz łańcuch
dziedziczenia gatunków do jednej antropomorficznej postaci, którą nazywała
„moją małpią babcią”. Jej małpia babcia, rzecz jasna, namalowała jaskinię
Lascaux.
Mój sposób myślenia o paleolitycznych ludziach był w dużym stopniu pod wpływem
książki The Dawn of Everything antropologa Davida Graebera i archeologa Davida
Wengrowa, prezentu świątecznego, który przeczytałem w całości przed Sylwestrem.
Innym kluczowym dla mnie tekstem był The Humanoid Stain, esej z 2019 roku
autorstwa zmarłej autorki i aktywistki Barbary Ehrenreich. Rozważając
najstarszą sztukę ludzką, zauważyła, że zwierzęta były często przedstawiane z
nabożnymi szczegółami, podczas gdy ludzkie postacie prawie nie pojawiały się na
ścianach jaskiń, a gdy już się pojawiały, wyglądały jak nieszczęsne ludziki z
patyków: karykatury zdezorientowane własnymi erekcjami. Jeśli chodzi o ich
miejsce w łańcuchu pokarmowym, nie można powiedzieć, że malarze traktowali ten
gatunek zbyt poważnie. „Byli mięsem”, napisała Ehrenreich, „i wydawali się
również wiedzieć, że wiedzą, że są mięsem – mięsem, które potrafi myśleć. A to,
jeśli pomyślisz o tym wystarczająco długo, jest prawie zabawne”.
Już nie postrzegamy siebie w ten sposób – podsumował Ehrenreich. Straciliśmy
zdolność śmiania się z siebie. „I mocno podejrzewam, że nie przetrwamy masowego
wymierania, które sami sobie zgotowaliśmy, jeśli i my w końcu nie zrozumiemy
żartu”. To również brzmiało dla mnie trafnie, kiedy to przeczytałem. W mojej
głowie wytworzył się obraz archaicznej przeszłości jako księżyca świecącego nad
skazaną na zagładę planetą teraźniejszości.
Wciąż mogłem sobie wyobrazić istnienie jako horror pełen niebezpieczeństw i
zamętu dla naszych przodków. Ale jednocześnie im zazdrościłem. Czytając kolejne
książki o ich „świecie życia”, by użyć pięknego określenia Edmunda Husserla,
tęskniłem za zielenią i obfitością ich Ziemi, gdy przemieszczali się po niej
powoli pieszo, w tempie kilku mil na pokolenie. Mieli wszystko przed sobą.
Byli też absolutnymi maniakami halucynogenów, a przynajmniej tak twierdził
południowoafrykański archeolog David Lewis-Williams w książce „The Mind in the
Cave”, słynnej, odrażającej analizie, która opierała się na rytuałach ludu San
z południowej Afryki i eksperymentach laboratoryjnych z substancjami
psychotropowymi. Pomyślcie, jeśli chcecie, że ludzki mózg pod wpływem
narkotyków, w najgłębszej ciemności lub za zamkniętymi powiekami, tworzy efekty
wizualne znane jako zjawiska entoptyczne, wyczarowując kształty i wzory –
kropki, linie, zygzaki, korony – które pojawiają się również w powtarzających
się motywach sztuki plemiennej, od współczesnej Afryki Południowej po jaskinie
górnego paleolitu w zachodniej Europie. Lewis-Williams argumentował, że
zjawiska neuropatologiczne mogą być interpretowane jako znaki lub portale przez
kosmologię szamańską, wysyłającą kulturę głęboko pod ziemię, aby malowała lub
rzeźbiła te unoszące się formy bezpośrednio na ścianach granicznych ich świata
duchów.
Tam na dole, w ciemności, będą również wyświetlać obrazy zwierząt, na które
polują zarówno na jawie, jak i w snach. A przy okazji będą przyjmować
substancje psychoaktywne i wykonywać rytualne tańce, aby wprowadzić się w stan
transu i zatrzeć granice rzeczywistości. „O cholera” – możesz pomyśleć, tak jak
ja – ale wielu archeologów naprawdę nienawidzi tej hipotezy. Słyszałem, jak ten
temat został poruszony w audycji Melvyna Bragga w BBC Radio 4 „In Our Time”, a
gościnny profesor z Uniwersytetu w Durham niemal pohukiwał z pogardy.
Wkrótce potem, w październiku 2024 roku, byłem w Kraju Basków, gdzie
wykonywałem zlecenie reporterskie i spotkałem wybitnego izraelskiego prehistoryka,
Ran Barkaia. Był całkowicie przekonany do teorii Lewisa-Williamsa i nieco
zirytowany tym przeciwnym nurtem brytyjskiej nauki. „Wielu z nich zdaje się
uważać za niegrzeczne sugerowanie, że prymitywny Homo sapiens zażywał narkotyki
lub wchodził w odmienne stany świadomości” – powiedział mi Barkai. „To prawie
tak, jakby chcieli, żeby Homo sapiens był poważnym facetem, noszącym garnitur i
robiącym wszystko jak należy. Dostrzegają bezpośredni związek między sztuką
naskalną a British Museum czy Luwrem”.
To Barkai pierwszy opowiedział mi o jaskini Atxurra. Zaczęliśmy rozmowę w
Urdaibai Bird Center, muzeum ptaków i stacji monitoringowej na zdziczałych
słonych bagnach między rzeką Oka a Zatoką Biskajską. Byłem tam, aby napisać o
tym miejscu jako o łagodnym i realnym modelu turystyki przyrodniczej, obecnie
zagrożonym przez bardziej inwazyjny gatunek.
Pod koniec sezonu w skromnych kwaterach ośrodka dla obserwatorów ptaków i
ornitologów było nas tylko kilku. Ale profesor Barkai nie był większym
ornitologiem niż ja. Przyjechał w te okolice ze względu na sztukę jaskiniową. A
po spędzeniu całego dnia na eksploracji paleolitycznych rycin głęboko w sieci
Atxurra, siedział teraz przemęczony i przepocony na niskiej kanapie w salonie
dla zwiedzających, obaj zwróceni twarzą w stronę okna wielkości ekranu
kinowego.
To była wycieczka terenowa, powiedział, w ramach pracy w katedrze archeologii
Uniwersytetu w Tel Awiwie. Przyznałem się, że jako laik jestem ciekaw i
wspomniałem, że niedawno skończyłem książkę „Umysł w jaskini”. Zapytany, co o
niej myśli, Barkai wydawał się słusznie zdumiony. Mógł się pomylić. Być tak
swobodnie wypytywanym przez nieznajomego, w tak odległej placówce, o dość
niszowe badanie w jego własnej dziedzinie… ale, podobnie jak Carl Jung, on też
nie wierzył w zbiegi okoliczności. Właśnie współtworzył książkę, która mapowała
psychoanalizę jungowską na przykładzie sztuki jaskiniowej.
W skrócie: Jung zbudował swoją koncepcję nieświadomości zbiorowej na śnie o
schodzeniu po schodach dużego domu. Każdy poziom odpowiadał niższej,
wcześniejszej warstwie historii ludzkości, od XX wieku aż po podłoże skalne
usiane najstarszymi czaszkami Homo sapiens. Zatem stanie przed obrazami, które
nasi przodkowie stworzyli w tej piwnicy, oznacza rozpoznanie lub przypomnienie
sobie archetypów, które kiedyś były dla nas ważne.
„Wierzę, że widzimy to, co oni widzieli w jaskiniach” – powiedział Barkai.
„Nasza podświadomość odziedziczyliśmy po nich i podzielamy te same uczucia, co
oni, wchodząc do tych przestrzeni”. Po kilku kieliszkach baskijskiego białego
wina txakoli zapytałem go, czy uważa, że zawiedliśmy ich, tych, którzy byli
przed nami. (Jego wcześniejsza książka nosiła tytuł „Oni byli tu przed nami”).
To znaczy, dali nam ogień, a my spaliliśmy nim planetę. Może i on miał przeczucie,
że nasze małpie babcie będą srogo rozczarowane tym, jak się skończyliśmy?
„Nie sądzę, żeby pierwsi Homo sapiens mieli wobec nas jakiekolwiek oczekiwania,
czy, powiedzmy, przewidywania” – powiedział Barkai. „Ale uważam, że
popełniliśmy więcej błędów niż oni. Straciliśmy ich więź z tym światem. Oni
całkiem sprawnie i skutecznie przewodzili, a my… daliśmy się rozproszyć.
Poszliśmy inną drogą, która teraz może prowadzi nas w ślepy zaułek”. Uważał, że
wcześni Homo sapiens mieli lepiej niż my. „To był dla nich piknik” –
powiedział.
Barkai nie lubił narzekać na swój los, „ale teraz w Izraelu jest prawie
niemożliwie” – powiedział mi, odpowiadając na pytanie, którego nie zadałem.
Barkai ostatnio utrudniał sobie życie, protestując co weekend przeciwko
własnemu rządowi. „Czuję się bardzo szczęśliwy, że tu jestem” – powiedział.
Bagna i góry za oknem były jasnoniebieskie i ciemnozielone. Oglądaliśmy
rybołowy, warzęchy, czaple o lotach pterodaktyli i wiele innych ptaków, których
nazw nie potrafiliśmy nazwać, wszystkie spływające po estuarium.
ITo Barkai skontaktował mnie z Garate, który z kolei złożył w moim imieniu
formalny wniosek o wpuszczenie mnie do jaskini Atxurra przez rząd baskijski. Po
kilku miesiącach otrzymałem pozwolenie.
W tych jaskiniach nie ma pieniędzy, powiedział mi Garate podczas krótkiej jazdy
z Isuntzy, więc nie ma mowy o żadnych realnych inwestycjach w badania ani
konserwację. Kiedy weszliśmy przez żelazną bramę, która teraz jest na miejscu w
Atxurra, klamka odłamała się, gdy tylko ją za nami zamknął. „Mam nadzieję, że
uda nam się wydostać”, powiedział, a ja się roześmiałem, bo on się roześmiał.
Od momentu odkrycia jaskini w latach 80. XIX wieku, amatorzy eksploracji,
nastoletni kochankowie i kibice piłkarscy bazgrali imiona i daty wzdłuż
wszystkich przednich korytarzy jaskini: minęliśmy tabliczki z lat 1884, 1902,
1943 i 1965. Garate zwrócił uwagę na ślady pazurów pozostawione na ścianach
przez niedźwiedzie jaskiniowe, które wyginęły około 26.000 lat temu.
W ciągu ostatniego półtora wieku profesjonalne wykopaliska ujawniły kości
renifera, fragmenty narzędzi i pozostałości węgla drzewnego, które wskazywały
na istnienie wczesnej ludzkiej osady w pobliżu jaskini, prawdopodobnie
zamieszkiwanej przez ludzi w różnych okresach. Jednak w Atxurrze nie odnaleziono
żadnej sztuki, dopóki Garate i jego kolega Iñaki Intxaurbe nie przybyli, aby
zbadać jej najgłębsze fragmenty w 2015 roku.
Później zrekonstruowali proces, dzięki któremu pionierzy epoki kamienia
łupanego docierali tam z oświetleniem i sprzętem do malowania. Obliczyli, że
podróż powrotna zajęłaby około 40 minut dla małego zespołu, który korzystał z
drewnianych pochodni w ruchu i lampionów spalających tłuszcz po dotarciu na
miejsce pracy. Nasza dwuosobowa wyprawa poruszała się nieco szybciej,
wyposażeni w porządne buty i lampy na hełmach oraz plan trasy, który Garate
znał na pamięć.
Po czymś, co wydawało się pół godziny nieustannego ruchu, spojrzałem na zegarek
i zobaczyłem, że minęło około dziewięciu minut. Garate powiedział, że nigdy nie
przywykł do czasowych zakłóceń związanych z eksploracją jaskiń. Pracowity dzień
w ciemnościach mógł przypominać cały tydzień pracy; noc spędzona na biwaku w
sercu góry mogła minąć jak sjesta.
Wrażenie poruszania się w tej przestrzeni przywodziło na myśl ogromne, puste
miasto w obliczu monumentalnej przerwy w dostawie prądu. Brak światła gwiazd,
brak świec w oknach, jedynie dwa cienkie promienie latarki omiatające
niewidoczne ulice i budowle. Część drogi musieliśmy pokonywać czołgając się na
brzuchach, ściskając głowy i pośladki pod rozlanymi nisko wiszącymi skałami,
przeciskając się przez zaspy mokrej gliny i guana. Inne odcinki wymagały
wspinaczki w górę, w pustkę, a Garate kierował mnie do bezpiecznych chwytów na
dłonie i stopy. Wyruszyliśmy daleko poza łatwo dostępne galerie, w trudniejszy
teren znany tylko doświadczonym grotołazom, choć przez dekadę cała sieć była
zamknięta dla wszystkich poza akredytowanymi badaczami.
Kiedy dotarliśmy na tył jaskini, poczułem wiatr i usłyszałem kapiącą wodę,
która wypłukała pigmenty lub pokryła je osadem. Mój przewodnik delikatnie
trzymał mnie za głowę, aby znaleźć odpowiednie kąty, pod którymi lampa na
hełmie oświetlała to, co chciał mi pokazać. Przez długi czas nie mogłem
dostrzec, na co wskazywał Garate, dopóki moje oczy i mózg nie wyostrzyły się na
tyle, by zobaczyć zwierzęta przybierające kształty pod jego palcem.
Obrysował ich kształty od punktu do punktu niczym konstelacje. „Mamy więc
leśnego bizona” – powiedział. „To jest głowa, podbródek, rogi tutaj. Tylna noga
i ogon”. Na tym jednym, jedynym, który zachował odrobinę grafitowego koloru,
wciąż widniała drobna warstwa sadzy. Pozostałe zostały złuszczone do
oryginalnych linii grawerunku, które Garate próbował ożywić drobnymi magicznymi
gestami i efektami dźwiękowymi, wydając dźwięk „czk-czk-czk”, aby
zademonstrować nacięcia, które zlewały się w końską grzywę.
Poniżej pokazał, gdzie znalazł ostrze krzemienne, prawdopodobnie użyte do
wyrzeźbienia koziorożca, słabo widocznego powyżej. W jednym miejscu artyści
wykorzystali trzy istniejące wcześniej zadrapania od pazura niedźwiedzia,
zamieniając bruzdy w coś, co mogło być porożem renifera.
Inny bizon spojrzał prosto na nas, jego pysk ułożył się na przypadkowych
wgłębieniach i wybrzuszeniach w skale. „Uwielbiają to robić” – powiedział
Garate w czasie teraźniejszym, wyraźnie zaznaczonym. „Znajdują te wklęsłości i
bawią się kształtami”. Przeszliśmy do miejsca, które nazwał Półką Koni, gdzie
trzy z tych zwierząt były wyryte dość wyraźnymi białymi liniami, nad trzema
odpowiadającymi im kominkami, na podwyższonej platformie, która wiła się nad
nami niczym rozbijająca się fala wapienia. Dla publiczności stojącej w galerii
poniżej, powiedział, płomienie sprawiały, że konie wydawały się biec. „To jak
teatr, jak spektakl”.
Po raz pierwszy przeszedł tutaj od rozważań o technice do rozważań o celu,
starając się jednocześnie wyraźnie unikać konkluzji. Wiemy, że to było ważne,
ponieważ zainwestowali tyle czasu, wysiłku, ryzyka i zasobów, aby sprowadzić tu
ludzi i coś im powiedzieć. Ale to, co mówili, znaczenie przesłania… dlaczego
trzy konie na tym murze? Dlaczego dwa lwy w innym miejscu? Nie wiemy i nigdy
się nie dowiemy”.
Zdjęliśmy buty i włożyliśmy małe gumowe kapcie, żeby wspiąć się na półkę, nie
rysując powierzchni. Gdy już tam dotarliśmy, usiedliśmy po turecku obok
wypalonych dołów, gdzie artyści rozpalali ogniska. Garate i Intxaurbe byli
pierwszymi, którzy zobaczyli ich prace od co najmniej 500 pokoleń.
Zapytałem, czy płakali na jej widok, jak grotołazi, którzy odkryli jaskinię
Chauvet w południowo-wschodniej Francji w 1994 roku – prawdopodobnie najlepiej
zachowaną ze wszystkich zdobionych jaskiń. „Tak, tak, tak, tak” – powiedział
Garate. „Byliśmy naprawdę wzruszeni”. Brzmiał dość szczerze, ale nie sprawiał
wrażenia człowieka, który kiedykolwiek traciłby naukowy spokój.
Garstka specjalistów ma możliwość krótkotrwałego pobytu w Chauvet na kilka
tygodni każdej wiosny, a Garate był wybierany do tej grupy badawczej każdego
marca przez ostatnie osiem lat. Och, zobaczyć na własne oczy „Wenus” i
„Czarodzieja”, jak ich teraz nazywamy – fantazmatyczny trójkąt łonowy i
enigmatyczną, rogatą hybrydę człowieka i bizona, narysowaną węglem drzewnym na
pionowym stożku wapienia.
Chciałem zaznać swojej porcji pośredniego zdumienia ze strony Garate’a –
kosmonauty, który regularnie podróżował na zakazaną planetę – i dał mi tego
przedsmak. „W innych jaskiniach, takich jak ta, czuć, ile czasu minęło. Ale
kiedy wchodzisz do Chauvet, myślisz, że wszystko skończyło się wczoraj
wieczorem. Jakby artyści dopiero co wyszli, bo wszedłeś i ich zakłóciłeś”.
Poczułem ten dystans w Atxurrze, lata świetlne dzielące mnie od tego, kto
pierwszy usiadł w tym miejscu z kamiennym dłutem i kamienną kadzią z pigmentem.
Jaskinia ta, znacznie młodsza niż Chauvet, była tak zniszczona przez warunki
atmosferyczne, że wyglądała na znacznie starszą. A sama sztuka była tu zupełnie
inna, powiedział mi Garate, że wcześniejsi malarze byli „bardziej szaleni i
ekspresjonistyczni”, jak to ujął.
Tak naprawdę nie uważał ludzi, którzy stworzyli te dzieła, za „artystów”
zgodnie z naszą współczesną definicją, lecz raczej za wykwalifikowanych
rzemieślników, pracujących według szablonu, który widział powtarzany w innych
jaskiniach z mniej więcej tego samego okresu. Tak łatwo rozpoznał ich styl,
ponieważ był dość jednolity w swoim naturalizmie. Garate porównał go do
radzieckich plakatów propagandowych i do sztywnych form egipskich hieroglifów.
W świetle reflektora rzucanego przez moją lampę na hełmie, narysował sztywny,
prostokątny pozę faraona, narysowaną na grobowcu mumii. „To tak, jak mówisz:
»Tak właśnie musisz to zrobić«” – powiedział. I to stanowiło podstawę
przewodniej teorii, rozwiniętej w toku jego kariery: że obrazy, w które tak
długo się wpatrywał, były „rządzone przez kody i systemy reprezentacji”.
Posunął się tak daleko, jak tylko mógł, w sferę świadomych spekulacji na temat
tej sztuki. „Ta działalność wymagała złożonego przygotowania logistycznego pod
względem zasobów. Niektórzy ludzie musieli się w nich specjalizować, pomijając
bardziej podstawowe czynności związane z przetrwaniem, takie jak polowanie i
łowienie ryb. Oznacza to tworzenie nadwyżek w ramach jakiejś hierarchii. Zatem
to, co nazywamy tu „sztuką”, poza tajemnicą jej znaczenia, może pomóc nam
zrozumieć organizację tamtego dawnego społeczeństwa. I być może, same źródła
nierówności w ludzkości”.
Jakikolwiek obraz kultury paleolitu, jaki Garate kreował w swojej twórczości,
nie przypominał on anarchistycznego pikniku. A jeśli coś poszło nie tak naszemu
gatunkowi, skłaniał się ku przekonaniu, że zaczęło się to wcześniej niż inni –
na długo przed zwrotem w stronę rolnictwa. Wolał patrzeć na to, co było tuż
przed nim, jak mówił. Ale ilekroć „wyobrażał sobie” prehistorię, myślał o
ogromnej księdze, „z której mamy zaledwie kilka rozproszonych stron”.
Dziękuję D.O. za powrót do przeszłości. Przyszłość nie zapowiada się tak 'malowniczo'.
OdpowiedzUsuńSerdeczności dla Państwa Pałasińskich.
Pozdrawiam, Maria! Waldemar Woźniak
UsuńDobrego dnia...
OdpowiedzUsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuń