DRUGI OBIEG
Niedziela, 12 lipca 2026
1.
3 lata temu
1.
Jeździł D.O. autostradami.
Czasem jeździł, a czasem stau. Stau, stau, potem grzał. Grzał, grzał, a potem
znowu stau.
Ciekawa obserwacja: koniec świata się zbliża, bo nie wszyscy Niemcy i Austriacy
przestrzegają limitów prędkości!
2.
Autostradą przez Innsbruck D.O jechał dziesiątki razy i ANI RAZU nie przejechał
bez przeszkód w postaci remontu szos czy wiaduktów. Brakoroby! Zazwyczaj to
austriacka A12, jest zwężana w samym środku wakacji, ale ta trasa ma to do
siebie, że za Salzburgiem na zachód trzeba wjechać na ponad 50 km do Niemiec, a
tam jest A8. I tam też remonty!
Na A8 stał stau przez dobre 30 kilometrów, ale los strzegł i stau stał w
przeciwnym kierunku.
Niestety, 50 km przed Innsbruckiem niebiosa się posikały i to intensywnie, a
potem stał stau, raz po raz, bez wyraźnej przyczyny. Trzeba było kilka razy
hamować dość mocno. Ale sztuczna inteligencja samochodu D.O. uznała, że D.O.
hamuje nie dość mocno i poszła na całego. T tylko przypadek sprawił, że
nowiutki busik VW nie wjechał D.O. w zadek.
3.
Uważaj, podróżniku, bo cywilizacja jeszcze nie wszędzie w Austrii dotarła.
Drugi raz w ciągu dwóch dni, po spożyciu kawy, zażądano od nas gotówki, bo „my
kart nie przyjmujemy”. Za pierwszym razem Żona D.O. miała kilka euro, za
drugim, najpierw D.O. był zakładnikiem, a Żona chodziła szukać bankomatu, a
znalazłszy go zepsutym wróciła w rozpaczy, a potem Żona D.O. była zakładnikiem,
a D.O. poszedł szukać bankomatu i musiał przystać na bandycki przelicznik
złotych do euro.
4.
Oczywiście: z poprzednich podróży D.O. miał odłożone z 50 euro na kolejną. Ale
miał je odłożone w paszporcie, a paszportu zapomniał wziąć z domu.
Podobnie, jak i wina, które miał zawieźć do Rzymu i wypić z Przyjaciółmi.
Tak, że tego…
Bierz, Czytelniku, czytając D.O. poprawkę na jego demencję starczą.
Do tej pory D.O. bronił się przed sobą i bliźnimi, że to nie demencja, tylko
geniusz sprawia, że nie ma głowy do przyziemnych sprawek, ale w obliczu
oczywistości poddaje się: to demencja, połączona z wrodzonym kretynizmem.
5.
W każdym razie malowniczość duża była również wczoraj.
Przewężki wakacyjne. Tu akurat luzik, ale…
Tam stał stau.
15 stopni i ulewa. W nocy - 6 stopni.
Wcześniej jednak… Zgadniesz, Czytelniku, gdzie D.O. nos wpakował?
Dla jeszcze łatwiejszego ułatwienia.
Jak to będzie „Bella la vita” po niemiecku?
A tu zdemenciały grubas przy swoim ulubionym zajęciu. Nb. Odkąd Autogrill
zszedł na psy, bo go kupiła familia Benetton („United shit of Benetton), to
Landzeit ma najlepsze przyautostradowe knajpki.
Już ukojony, zaraz D.O. pójdzie lulu.
========
1.
Wander, Wander…
Wanderlust.
Przez orkiestrę dętą obudzony, ruszył ci D.O. spod skalnych szczytów w
kierunku pagórków spokojniejszych, częściej gajami oliwnymi niż sadami
jabłecznymi porośniętych.
Ledwie ruszył, a już stanął: to pierwszy, 7-kilometrowy korek na jego trasie.
Człap, człap – stój. Stój, stój, człap.
2.
Tłok straszny na autostradach, co chwila ostre hamowania, nie wiedzieć z
jakiego powodu, spowolnienia, postoje. Nerwowo. Cały czas w napięciu.
Za Barberino del Mugello na odcinku apenińskim Autostrady Słońca, D.O. zauważył
korek. Musiał stać jeszcze dalej na północ, bo D.O. wyjechał z długiego tunelu
na „Variante del valico” – czyli biegnącą głównie tunelami, dugą, alternatywną
autostradą Bolonia – Florencja. I stały tak przez 55 kilometrów, dopóki D.O. z
tej autostrady nie zjechał. To był najdłuższy stojący korek, jaki D.O.
kiedykolwiek w życiu widział, a zjeździł, jeśli nie wszystkie, to przynajmniej
większość autostrad w Europie.
3.
Przystanki na kawę w przyautostradowych barach na stacjach benzynowych. Otwiera
się drzwi klimatyzowanego samochodu i spodziewane na szczęście uderzenie żarem
w pysk. Wszędzie dokoła śmieci, pety, plamy. Syf. Znak nieomylny: jesteśmy w
prawdziwych Włoszech, gdzie mieszkania są sterylnie czyste, a ulice są
wysypiskami śmieci wszelkich.
Wyobrażasz sobie, Czytelniku, jak pachną śmieci organiczne po 24 godzinach przy
tej temperaturze?
Dzisiaj „czerwone kółeczko” (powyżej 40 stopni C) w 8 włoskich miastach:
Bolzano, Florencja, Frosinone, Latina, Perugia, Rieti, Rzym i Turyn).
4.
Ale kolacja z Przyjaciółmi w niepozornej knajpce w niepozornym miastusiu
toskańskim godzi podróżnika z losem: furda brud i bałagan. Krajobraz i kuchnia
sprawiają, że wszystko jesteś Włochom skłonny wybaczyć.
VIDEO i AUDIO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10231312114205075/1310070263206376
Jest w orkiestrach dętych jakaś siła: budzą.
Jeszcze na dobre D.O. nie ruszył, a już stoi. Ale temperatura rano jeszcze
znośna: zaledwie 34 stopnie.
Ale potem eskalacja. 38; 40; 40,5; 42,5 stopni… W czasie jednej,
400-kilometrowej podróży.
Właśnie w dniu, w którym prestiżowy magazyn „Nature” opublikował wyniki
badania, z którego wynika, że zeszłoroczne upały, między czerwcem a wrześniem,
zabiły 61 672 osób w 35 krajach europejskich.
Państwo D.O.stwo jeszcze żyją.
Państwo D.O.stwo trafili do agriturismo, wiejskiej willi, która znajdowała się
we florenckim katastrze już w 1364 roku. Mają ogromną komnatę klimatyzowaną i
wielkie łoże. Ale to nic:
… Kiedy otworzyć okiennice, ma się taki widoczek. Coś w głębi powinno cię,
Czytelniku, zaintrygować i pozwolić określić lokalizację. Nie wiesz? To
spojrzyj na kolejne zdjęcie:
O, właśnie to. Na zbliżeniu wszystko staje się jasne, nieprawdaż? Kopuła
Brunelleschiego jest nie do podrobienia. I to wszystko za połowę ceny byle
jakiego hoteliku.
========
4 lata temu
1.
Czuliście się kiedyś, jak bankomat?
Pewnie tak, bo macie dzieci…
Ale najbardziej człek się bankomatem czuje, kiedy dwa osobniki, unisono, głośno
podają ten sam pin: „miau”.
Nie ma siły: musisz wypłacić, a to w krokantach, a to w mięsku z puszki.
Choć nie widzieliśmy się lata, te miłe Felis catus pamiętały nas: szary, bardzo
rozmowny i przytulaśny Garibaldi i milcząca, stroniąca Lola. Oba, kilkanaście
lat temu, zostały wzięte z toskańskiego kocińca. Garibaldi od razu był
pieszczoch. Ale Lola? Znające się na felidae panie z kocińca gorąco odradzały
jej wzięcie: „jest dzika i agresywna, atakuje, drapie i gryzie, nie ma na nią
sposobu”.
Był. Miłość, dobroć i generalna zasada: „live and let live”. Nie jest dzika ani
agresywna, nie atakuje, nie drapie i nie gryzie. Ma swoje życie i kiedy pragnie
towarzystwa, to się zjawia, kiedy nie – nikt jej nie nagabuje.
2.
Ale, ale: w Polsce kota domowego zakwalifikowano jako „gatunek inwazyjny”.
A Polaków jako jaki gatunek zakwalifikowano?
Koty mają sporo za kocimi uszami! Lubią zabijać dla „sportu”, jak prezydent
Komorowski i wielu, wielu innych. Ich mordercza działalność zagraża istnieniu
niektórych gatunków ptaków i pożytecznych jaszczurek.
Ale nie masz gatunku bardziej inwazyjnego. Bardziej niebezpiecznego, bardziej
morderczego niż ludzie.
Naprawdę, pora ich zakwalifikować. Rozmnożyli się, jak szarańcza i niszczą
wszystko wokół, jak szarańcza. Niby w wielu miejscach sezon polowań na
człowieka jest już od dawna otwarty, ale – jak widać to nie rozwiązuje
problemu…
3.
D.O. uwielbia się wsłuchiwać w rzymskie, pogodne (nie trzeba dodawać) poranki.
Nie słychać samochodów ni skuterów, a za to w samym środku miasta odzywa się:
„hu-huu-hu” puszczykowe. Potem coś zaświergoce i pogada: dałoby się głowę, że
to papugi. Możliwe, pewnie na czyimś balkonie, w klatce. Sardonicznie rechocą
rybitwy: to kłótliwe ptaszyska, więc jak zaczną sobie wymyślać, to jest wrzasku
na poł dzielnicy. Z poza tym cisza, aż świdruje: świerszcze i cykady odsypiają
nocną szychtę.
Kiedy powietrze z niebieskiego robi się żółtawe, z różnych kierunków dobywają
się zgrzyty podnoszonych żaluzji. Za godzinę zostaną znów opuszczone, żeby
odgrodzić się od piekącego słońca.
Można pokiwać się nad kawą przy stoliku na balkonie i chłonąć zapachy kawy z
innych okolicznych mieszkań, ciepłych rogalików. Pinie. Oleandry, bugenwille.
I tak jest do czasu watykańskich dzwonów z 8.45 i – chwilę potem - odpalenia
pierwszego w okolicy harleya.
Ale dzwony w południe, chwilę przed pojawieniem się papieża, nie są już tak
wesolutkie i beztroskie, jak te, które znaczą godziny: ding-dong, ding-dong,
ding-dong. Papież pozdrawia „rodzinę radia Maryja”. Innych hochsztaplerów nie
wymienia.
Jest już gorąco i ucichły głosy na ulicy. Znowu cisza.
4.
A potem gwar i ścisk. To Trastevere, Zatybrze, niegdyś dzielnica ludku
włoskiego, dziś ekskluzywna, wielka jadłodajnia dla miejscowych i przyjezdnych.
Może i jest kryzys, może i ludzie zbiednieli, ale nie na tyle, żeby nie
ustawiać się w długie kolejki przed restauracjami. Których jest naprawdę
bardzo, bardzo dużo. My jak w dym do zaprzyjaźnionej: „Rigatoni Democratici” na
Via San Cosimato. Odkryli go 20 lat temu Witek z żoną, nieodżałowaną Agnieszką
Gawerską, korespondentką TVP, kiedy ten akronim nie by jeszcze symbolem
najgorszego szamba i od tego czasu całe telewizyjne towarzystwo tę knajpkę
zaadoptowało, a oni, Sardyńczycy – Corrado, Paolo i Angelo – zaadoptowali nas.
Kiedy ks. Sowa, będący wówczas w Rzymie, powiedział im o śmierci Agnieszki
popłakali się. Oczywiście dla nas specjalny stolik, specjalna obsługa,
specjalna cena. A spaghetti alle vongole robią przednie. Inne rzeczy zresztą
też.
Stolik, winko, zimna woda. Lekki wiatr, temperatura spadła do 26 stopni: ideał.
Już po zestawie pysznych warzyw z bufetu, czekając na pastę, D.O. musi mieć
twarz rozanieloną, bo Żona go pyta (złośliwie, bo tyle się D.O. na Włochy
nawyrzekał): „No a co ci teraz w Rzymie przeszkadza”?
No, psiakość, właśnie teraz w Rzymie nie przeszkadza mi nic.
5.
Z punktu widzenia spacerowicza „people watching” nie daje takiej samej
satysfakcji, co na siedząco. W każdym razie – to prawdziwy, fascynujący
kalejdoskop. Biuściki, biusty, z powodu upałów wyzwolone z więzów. Stadka
Anglików o karnacji tak jasnej, że wiesz, że jutro skóra będzie z nich złaziła.
Oszołomieni starsi panowie o wyglądzie profesorów: musieli się naczytać o
historii Zatybrza, ale w bezpośrednim zetknięciu przeszło najśmielsze ich
oczekiwania. Rzymianki w wieku, hmmm, leciwym, po wielu operacjach
plastycznych, co poznajesz, kiedy przeżuwają pastę: ich twarz zaczyna się
mienić różnymi kolorami, jeden fragment ukrwiony inaczej od drugiego. Miejscowe
– coraz rzadsze niestety, matrony, co można poznać po ich chrapliwym głosie,
kiedy mówią coś do smartphone’ów w knajackim nieco, rzymskim slangu. Panie i
panie z pieskami i psami wszystkich maści i rozmiarów. Chichoczące, rozochocone
nastolatki. Młode kobiety ubrane, a raczej rozebrane tak, że nie ma faceta,
który się za nimi nie obejrzy. Kelnerzy z Bangladeszu. Grupa starszych Rzymian,
która rozstawiła pośród tego płynącego jak wzburzone morze tłumu stolik,
pokryty zielonym suknem i rżnie w karty, puszczając ze starego magnetofonu
„Azzurro” i „Nessun dorma”. Włoscy playboye i amerykańscy milionerzy, co
poznasz natychmiast po pewności siebie, z jaką zamawiają dania. I podgolone
osiłki w szortach i klapkach, co jak zawołasz na nich „hej, Seba”, to się z
pewnością obejrzą. Fajny jest people watching!
6.
To, co uderza, to zapach, jakże odmienny od polskiego. Pizza z pieca opalanego
drewnem ma zapach wręcz podniecający, odbierający wolę. Podsmażany na oliwie
czosnek: po dodaniu pomidorów lub innych substancji będzie z tego sugo do
klusek. Drażniący nozdrza zapach wina, które – o zgrozo! – stało się droższe od
piwa, choć to groszowy napój z wyraźną nadprodukcją. Dodaj do tego kwitnące
glicynie, plumbago i bignonie… Nie, nie, nie: D.O. zjeździł wszystkie, poza
Libią kraje znad Morza Śródziemnego, polubił lub docenił różne zapachy, ale
takiej fenomenalnej, zniewalającej mieszaniny aromatów NIE MA gdziekolwiek
indziej.
7.
Pisze Czytelnik D.O., Rzymianin: „Draghi też ma za uszami”.
A co to za anarchia, co za defetyzm?!
Wiadomo, że szary człowiek nigdy nie wybiera pomiędzy jednym świętym a drugim,
tylko między jednym kombinatorem a drugim. Cała sztuka w tym, żeby wybierać
mniejsze zło!
Jeśli ktoś jest zadeklarowanym naziolem, czy przemocą nawracającym
bolszewikiem, to go łatwo zidentyfikować i odizolować.
Ale niezwykle niebezpieczne, choć całkowicie zrozumiałe, jest zjawisko
„rozwalmy wszystko”, wynikające z uzasadnionego zmęczenia polityką.
We Włoszech naprawdę bardzo łatwo jest być zmęczonym polityką. Od dnia
proklamowania Republiki powstało wiele partii politycznych, jakiś tuzin z nich
przez jakiś czas pozostawało u władzy, czyli wchodziło w skład koalicji
rządowych i wszystkie wyborców zawiodły, wszystkie bez wyjątku.
Z tego zmęczenia i niewiary w dobre intencje kolejnych polityków,
proklamujących się uzdrowicielami wciąż podzielonego społeczeństwa (to dopiero
150 lat od Zjednoczenia!) i wciąż kulejącej włoskiej ekonomii, powstają takie
zjawiska, jak Ruch 5 Gwiazd, jedna z najbardziej szkodliwych formacji
politycznych w historii republikańskich Włoch, nie licząc oczywiście
niszczycielskiego potencjału starej Partii Komunistycznej, starego Ruchu
Społecznego, czy dzisiejszych Bracia Włosi albo Liga, niegdyś Północna, a dziś
już tylko Liga.
Zagrożenia są niezliczone. Właściwie nie ma miesiąca, by Włochy nie ryzykowały
gwałtowną rewoltą społeczną, a wtedy krew poleje się obficie.
To nie jest okres na „rozwalmy wszystko”. To jest moment na desperackie
uchwycenie się tego, co działa, sprawia, że państwo dalej funkcjonuje, rokuje
jakieś perspektywy.
Kraj podjął już próbę powierzenia steru rządów człowiekowi znikąd, pozbawionemu
jakiegokolwiek zaplecza politycznego poza „namaszczeniem” przez demiurga. I,
podobnie, jak w Polsce, gdzie prezydent i dwoje premierów, też ludzi znikąd, a
namaszczonych, skończyło się to katastrofą.
Draghi ma za uszami? Może, D.O. nie zna żadnych kompromitujących szczegółów z
życiorysu człowieka, który nie był politykiem, tylko cenionym ekonomista. Można
dyskutować, czy jego luzowanie z wyżyn szefa Europejskiego Banku Centralnego
kryteriów kopenhaskich i ekonomicznej części Traktatów z Maastricht i
Lizbońskiego na dłuższą metę wyjdzie Europie na dobre. Ale na krótką metę
podziałało znakomicie. To przejdzie do historii, podobnie, jak rooseveltowski
„New Deal”, bo to było diabelnie ciężkie wyzwanie.
Ale nawet jeśli Draghi za uszami ma, to trzyma ten podziurawiony statek na
powierzchni wzburzonego morza. I tu nie ma co jojczyć, mówić, że może jakiś
majtek spisze się lepiej w roli kapitana, nie ma miejsca na eksperymenty. By
statek przybił do bezpiecznego portu należy teraz kapitanowi pomagać, a nie
wiosłować w przeciwną stronę.
Co oczywiście nie oznacza nie myśleć o nim jak się każdemu żywnie podoba, źle,
a nawet bardzo źle. I snuć na przyszłość planów politycznej zmiany. Taka jest
zdrowa demokracja.
Acha: i wszelkie analogie z Polską są w pełni uzasadnione.
Trastevere na googlich mapach. Na pierwszym planie pośrodku – „I rigatoni
democratici” – specjalność adoptowanej przez nas knajpki, znanej również pod
nazwą „Capo de Fero”. Ten zaś wielki budynek tuż obok to esklawa Watykanu - San
Cosimato właśnie. Tu mieszczą się biura Sekretariatu Stanu i innych kongregacji
watykańskich.
Trastevere – Zabybrze
Jeszcze cię nie znam, a już cię kocham – napisano na murze na Piazza San
Cosimato, który tą ulicą po lewej przechodzi w Piazza Santa Maria in
Trastevere, jedną z rzymskich bazylik, kościół tytularny prymasów Polski.
Ilość knajpek na metr bieżący jest chyba w Księdze Guinnessa
Fajne miejsce na kolację?
A może to fajniejsze?
Jak się jest emerytem, ma się prawo przynieść stolik w najbardziej ruchliwe
miejsce i rżnąć w karty przy dźwiękach Domenico Modugno, Adriano Celentano albo
nawet samego Luciano Pavarottiego. Można też kibicować.
Mural jest dobry, kiedy zaskakuje…
Nieprawdaż?
Sora Lella (w dialekcie rzymskim: „pani Lella”, w rzeczywistości Helena Fabrizi
(kazała sobie zmienić nazwisko na jego formę dialektalną, bo urodziła się, jako
Fabbrizi, od „fabbro” – kowal. To ta z czerwonym serduszkiem nad kupą
nieposprzątanych śmieci, nieodłącznego elementu rzymskiej architektury
miejskiej. Była siostrą genialnego aktora Aldo Fabriziego, ale na co dzień
gotowała w swojej knajpie na Trastevere dania kuchni rzymskiej. Była kochana
przez cały rzymski ludek. Na tyle, że telewizja zaangażowała ją, by w swoim
niepowtarzalnym dialekcie opowiadała, jak się co powinno gotować. Dała się
nawet namówić na występ w filmie i okazała się fenomenalną aktorką, na tyle, że
natychmiast dostała najbardziej prestiżową włoską nagrodę filmową „David di
Donatello”. Potem przyszły kolejne filmy i regularne występy w najbardziej
znanym włoskim talk-show telewizyjnym i w końcu popularnością przyćmiła brata,
który miał jej to nawet za złe. Zmarła w 1993 r. i D.O. bardzo żałował, że już
jej nie zobaczy i nie usłyszy w TV. Do dzisiaj każdy Rzymianin wie, kim była Sora
Lella…
A do tego dodaj jeszcze kwitnące bignonie w skali macro…
========
2.
https://wyborcza.pl/7,75968,32905341,co-czwarty-dorosly-polak-zyje-z-otyloscia-przestanmy-myslec.html#s=S.TD-K.C-B.13-L.1.duzy
========
D.O. czuje się uniewinniony.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń