DRUGI OBIEG
Niedziela, 26 lipca 2026
1.
D.O. spędził sobotę o tu, nad Narwią, u Przyjaciół.
2.
3 lata temu
1.
D.O. pamięta jeszcze swoje – i nie tylko swoje – cierpienia związane ze
wstrętna, polską zimą i histeryczne niemal oczekiwanie na pierwsze oznaki
wiosny, pierwsze zieloniutkie pączki na drzewach i krzewach, pierwsze pasemka
zielonych roślinek, nieśmiało wypuszczające się na świat spod czarnej,
wilgotnej ziemi.
A tu masz: lato, z mediów zawodowych i społecznościowych leją się żale, że
ciepło, że za dużo słońca…
2.
No fakt, chłodno nie jest. Ale umęczony upałem D.O. złego słowa nie powie, bo
stokroć bardziej woli to niż smutne kikuty ogołoconych drzew, szarzyznę i
zimno.
3.
W centrum „historycznym” Rzymu (a tu historia hula, że ho, ho!) obowiązują
drakońskie ograniczenia dla ruchu samochodów. Kiedy tu mieszkał i miał biuro w
samym środku owego historycznego centrum miał prawo do (drogiej!) przepustki,
upoważniającej go do wjazdu. Płacił, ale nie korzystał, bo co z tego, że
wjechał, skoro zaparkować i tak nie da rady? Młodszy o całe dekady poruszał się
skuterem i dobrze było. Chyba, że spadł deszcz, wtedy rzymskie sampietrini
zamieniały się w groźną dla zdrowia i życia ślizgawkę.
Bazaltowe sampietrini w ogóle są bardzo malownicze, ale to wynalazek szatana,
bo się po nich jeździ i chodzi bardzo źle. Wykręcanie kostek i niszczenie butów
to ich codzienne zajęcie.
4.
Przy każdym wjeździe do historycznego centrum są kamery i czujniki, które
porównują numery rejestracyjne samochodów wjeżdżających z własną bazą danych i
jeśli ich w niej nie ma, ruszają represje. Drogie, jak diabli. Obok polskich –
rujnujących rodziny – włoskie mandaty należą do najwyższych w Europie i
stanowią istotną część budżetu każdej gminy.
Ale – w sobotę przed 14 i niedzielę do 18 – każdy głupi może wjechać samochodem
do historycznego centrum. Poza strefami pieszymi oczywiście, które nb. są źle
oznaczone, a niektóre z nich są prawdziwymi pułapkami. Np. zjeżdżając z Pincio
w dół ląduje się przy północnej pierzei Piazza di Spagna, 100 metrów i skręca
się w Via del Babbuino. Zjazd jest jednokierunkowy, nie ma możliwości powrotu,
na górze nie ma żadnych ostrzeżeń, a owe 100 metrów to strefa piesza, o czym
D.O. nie wiedział i złapał horrendalny mandat przy kręceniu zeszłorocznych
filmików o Rzymie (szukajcie w portalu natemat.pl, jeśli jeszcze nie
widzieliście, a nawet jeśli widzieliście, to obejrzyjcie znowu!).
Z niedzielnej laby państwo D.O.stwo skorzystali, pokręcili się po zaułkach
różnych, ale były dość upiorne tłumy turystów, więc wiele nie użyli. No, ale
niektóre widoczki nigdy się nie opatrzą, patrz zdjęcia poniżej.
5.
W końcu wylądowali na Trastevere, a po obiedzie (zgadniecie, gdzie?),
pospacerowali. Tak, ta dzielnica nigdy nie zawodzi, wciąga, jak ruchome piaski,
kusi bazyliszkowymi oczami starych domów, rzęsami glicynii, bluszczów,
bugenwilli. Chociaż zatłoczona turystami do absurdu, to i tak urocza.
No to sobie państwo pochodzili, stopni było 36 w cieniu, odczuwalna 40, ale nie
zemdleli.
Tylko, wróciwszy do samochodu pomyśleli, jak fenomenalnym wynalazkiem jest
air-conditioning.
https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10231406459643652/598461679100746
Przejażdżka po historycznym centrum Rzymu, w dni powszednie niedostępnym.
Sampietrini, Urodziwe przekleństwo Rzymu. Lepiej ich w takie dni, jak te nie
dotykać bosą stopą!
Za plecami D.O. wiać kościół świętej Zuzanny. Kiedy 40 prawie lat temu
jeździliśmy z małą Zuzanną i jej malutką, młodszą siostrzyczką, zwaną Misiem i
wskazaliśmy ten kościół, mówiąc: „o to jest kościół świętej Zuzanny”, młodsza
siostrzyczka spytała: „a gdzie jest kościół świętego Misia”?
Natomiast to, czemu D.O. się przygląda to kościół, koło którego przejeżdżał
tysiąc razy i nie zwrócił nań uwagi. Żona D.O. powiedziała, że chciałaby go
zobaczyć w środku i…
Po wejściu do dość niepozornej rotundy kościoła św. Bernarda (z Clairvaux),
szczęka opadła. Kościół został zbudowany w 1598 wewnątrz sferysterium (sali do
gry w piłkę) Term Dioklecjana i został powierzony Francuzom z zakonu cystersów.
Kopuła z okulusem kościoła św. Bernarda.
Pewne widoczki nigdy się nie znudzą: ukochana, renesansowa Villa Medici na
Pincio, siedziba Instytutu Kultury Francuskiej, stojąca na terenie dawnego
pałacu i ogrodów Lukullusa a I wieku p.n.e.
Piazza del Popolo z kopułką bodaj najbrzydszego z rzymskich kościołów: bazyliki
św. Piotra na drugim planie.
Nie można się powstrzymać od robienia banalnych fotek.
A to już Trastevere, Zatybrze, istne cudo, mieszanina brudu i bogactwa, jedna
gigantyczna stołówka dla miejscowych i przyjezdnych. Na ogół nie wydacie więcej
niż w byle jakiej polskiej restauracji.
Tu jedzenie się celebruje, to jego autentyczna świątynia.
Ulice i place – zmienione w jadłodajnie.
Żona D.O. rzuciła trafną uwagę: „psy muszą obsikiwać, ludzie – mazać po
ścianach”.
Ten afisz z lewej powiada: „wszystko to bajzel”. Co racja, to racja!
Właściwie to racja.
Co byś zrobił, Czytelniku, gdyby ci tak ozdobiono drzwi?
Pani robi pyszną pizzę.
3.
4 lata temu
1.
No i okazało się, że nie był to dobry pomysł. Ze wszech miar.
Bo D.O. siedzi tu i siedzi, a jeszcze morza nie widział.
Korzystając z faktu, że, grrrrr, strona do przesyłania dużych file’i do 20 GB
jest złośliwą małpą i jak jej nie zapłacisz, to celowo przesyła je bardzo
powoli – 10 GB potrafi przesyłać i 10 godzin – D.O. gromkim pohukiwaniem zmusił
Żonę do wyszykowania się o ludzkiej porze i ruszył nad powyższe.
Nie, nie, nie jest ostatnim naiwnym i w duszy swojej wiedział, że to nie będzie
łatwe wyzwanie, ale liczył na łut szczęścia.
Niestety, szczęścia nie zaznał. Wyjazd Via Aurelia na Północ odbył się w
towarzystwie jakiegoś na oko pół miliarda innych przedstawicieli rodzaju
ludzkiego w ich blaszanych puszkach. Nic to: silniczek szemrał, kondycjonowane
powietrze syczało: let it be.
No i dojechał do lubianego osiedla nadmorskiego Santa Severa.
2.
„Severa” znaczy „surowa”, tak, jak surowy był cesarz Septymiusz Sewer.
No i człowiek się odruchowo zastanawia, jak kobieta z odchyłką ku okrucieństwu
może zostać świętą. Ale o jej surowości hagiografie milczą, odnotowując za to,
że aresztowana za czasów prześladowań chrześcijan na rozkaz cesarza
Dioklecjana, nawróciła przesłuchującego ją cesarskiego prokuratora, z którego
to powodu prokuratorowi obcięto głowę. Ją zaś samą i jej braci (matka umarła w
więzieniu przed przesłuchaniem), zakatowano ją biczami z ołowianymi kulkami na
plaży w osadzie etruskiej o nazwie Pyrgi 5 czerwca AD 298. I na plaży
pochowano.
Pyrgi nie ma, tzn. jest, ale jako teren fascynujących badań archeologicznych, a
na tym miejscu stoi kilkaset willi i willetek, zatopionych w morzu kolorowych
krzewów, ocienianych rozłożystymi parasolami wiekowych pinii. I to osiedle
nazywa się Santa Severa właśnie.
3.
Ale niedaleko Turynu jest niewielka osada u stóp góry Fraiteve (2701 m npm),
która nazywa się San Sicario. A we współczesnym włoskim „sicario” oznacza tyle,
co „killer”. Okazuje się, że świętych o tym imieniu jest co najmniej pięciu, a
ten konkretny, od podturyńskiej osady na wysokości 1500 metrów npm, to „killer”
z Lyonu (Sicard, Sicarius), prawdopodobnie biskup tego miasta, zmarły między
433 a 435 r. AD.
No, cóż człowiek nie jest winien swojego imienia, to na rodziców spada całe
odium.
A i dziś D.O. nie dałby swoim dzieciom imienia „Juha”, „Bela”, czy „Knut”.
Kto da więcej?
4.
No więc D.O. dotarł do Santa Severa i spędził tam urocze trzy kwadranse,
jeżdżąc uliczkami między willami i willetkami, poszukując miejsca do
postawienia samochodu. „Szukała, nie znalazła i żołnierz pobladnął, nie
znalazłszy ładunku już bronią nie władnął. I uczuł, że go pali bryczka rozogniona”…
Chcąc uniknąć losu literackiego Ordona, D.O. z żalem opuścił Santa Severa,
licząc na więcej szczęścia w innych nadmorskich osadach i miasteczkach.
(Nb. ciekawe, jak się czuł nasz Wieszcz, kiedy spotkał kilka lat później
Juliana Konstantego Ordona, skądinąd wyjątkowego bohatera?)
Było już grubo po Świętej Godzinie Obiadu (czyli po 13), kiedy D.O. znalazł
miejsce parkingowe w odległej o 8 km Santa Marinella (też pięknie), wieleset
metrów od morza. Mały spacerek pod piekącym słońcem nie zabił jego ani Żony,
tylko trochę spopielił.
W miejscowej knajpeczce, nad samym morzem, nad plażeńką z żółtego, nawiezionego
ciężarówkami piasku, zrzuconego na kamienisty brzeg, zasiadł był pod parasolem,
przy samej barierce.
No i kicha.
Od morza nie nadchodził nawet maleńki zefireczek, flauta z tych przez żeglarzy
przeklętych. Przez spożywających obiad też.
Już Konfucjusz mawiał, że parasol to znakomity wynalazek, który, jednakże, jest
ochroną dla jednej osoby, ale dla dwóch staje się rynną. Z braku deszczu
powiedzonko Kǒng Fūzǐ, czyli mistrza Fūzǐ, adoptowaliśmy szybko dla słońca:
kiedy Żona była w cieniu, to D.O. na słoneczku, a kiedy D.O. dostał się pod
błogosławiony cień parasola, słoneczko wierciło dziurę w głowie Żonie.
I to wszystko przy wyraźnym ochłodzeniu! W Rzymie było 36, a w Santa Marinella
zaledwie 30. Ale jeden rzut oka na smartphone’a i okazywało się, że „odczuwalna
35”. W każdym razie było upiornie gorąco, nawet przy rzymskich 38,5, najwyższa,
do tej pory przez nas odnotowana, nie czuliśmy takiego żaru.
Na pierwsze było polpo (macka ośmiornicy) na łożu z przecieru z bakłażana i
ricotty z maźnięciami pulpy z suszonego pomidora, na drugie – nieśmiertelne
spaghetti alle vongole.
Ale… No, co tu gadać: kucharz cudował, zupełnie niepotrzebnie. Łoże dla polpo
było wyśmienite, ale samego polpo zrobić nie umiał: gumowate. A spaghetti,
domowej roboty, woda i mąka, dobre, natomiast cała reszta… To właściwie była
zupa: pływało w wodzie spod muszelek wymieszanej z masłem. Vongole rozgotowane
tak, że Ćwierczakiewiczówna by kucharza wałkiem przez łeb zdzieliła.
5.
Było o świętej Sewerze, to o świętej Marinelli ma nie być? No jak nie, jak tak!
Zwłaszcza, że jej historia jest znacznie ciekawsza i pełna pikanterii. Marina
urodziła się w VIII, a może w VI wieku ery chrześcijańskiej w Bitynii, regionu
w Północno-zachodniej części Azji Mniejszej. Matka ją odumarła nastolatkę,
ojciec z żalu poszedł do klasztoru w Libanie. Ona wkrótce za nim. Ale ponieważ
kobietom do klasztoru wchodzić nie można było, przebrała się za chłopca. Ojciec
obciął jej włosy, a że zakonnicy nosili obszerne habity i kaptury, żyjąc w
ciemnych celach, nikt jej się specjalnie nie przyglądał. Po latach ojciec
umarł, ona, pod imieniem Marek, została. Ale pewnego dnia jakaś karczemna
dziewka oskarżyła Marka, że ją zgwałcił, a ona jest w ciąży. I Marek się
przyznał! Wywalony z klasztoru, żył z synem o imieniu Fortunat (Szczęśliwiec) z
jałmużny. Po trzech latach opat, który nigdy nie uwierzył w winę Marka, przyjął
go z powrotem do zakonu. Tam jednak marek, wycieńczony biednym życiem, wkrótce
zmarł. Współbraciszkowie, przygotowując go do trumny, dostrzegli pewne
niekoherencje. Podobno bardzo żałowali, że dali się nabrać na słowa
oskarżycielki i samego Marka, który w rzeczywistości był Mariną.
Szczątki świętej Mariny (w zdrobnieniu „Marinella”) spoczywają w weneckim
kościele Santa Maria Formosa, a ona sama jest wraz ze świętym Markiem
(zbieżność imion przypadkowa) jest współpatronką Najjaśniejszej Republiki
Weneckiej.
6.
Po takim sobie obiedzie dowlekliśmy się do samochodu przemoczeni potem i
oblepieni. Wracaliśmy już autostradą, którą, jednakże, zamknięto z powodu
wypadku i trzeba było wyjechać w Maccarese i plątać się drożynami ku lotnisku
we Fiumicino. D.O. przypomniał sobie, jak sterczał tam z operatorem (to byłeś
ty, Chodaczku?) na końcu pasa, czekając na lądowanie Air Force One, wiozącego
delegację na pogrzeb papieża. Ach… łezka…
7.
Summa summarum wszędzie dobrze, ale przy wylocie domowego klimatyzatora
najlepiej.
Santa Severa: ile tam może być tych domków? Kilkaset? Tysiąc?
Typowa uliczka w Santa Severa
Jeszcze jeden googlemapowy widoczek Santa Severa
Męczeństwo świętej Sewery w litografii Antonio Tempesty z r. 1590.
O tu, obok tego basenu D.O. spożywał. Obok, po prawej, rajska willa jakiegoś
milionera. Z własnym odgrodzonym betonowym murem, dostępem do wody.
On ci to: D.O. złachany przez ciepełko. Zza śliniaczka nie widać, jak ocieka
potem.
To jest latarnia uliczna w Santa Marinella. W tym klimacie rośliny rosną jak
szalone.
Święta Marina z Bitynii, z Fortunatem, rzeźba Vincenzo Zaffiro z 1800 r.
4.
3 lata temu
7.
Porozmawiamy o pogodzie?
Chyba, że macie już dosyć.
Ale jednak. Na Północy Włoch oberwania chmury (tutaj to nazywają „bombami
wodnymi” „le bombe d’acqua”). Ulicami płyną rzeki wody wymieszanej z gradem,
powinowatym pod Mediolanem deszcz się leje przez dach do domu, są ofiary
śmiertelne. Samolot z Mediolanu do Nowego Jorku wpadł w burzę gradową, która uszkodziła
mu nos i obtarła lakier z turbiny jednego z silników. Lądował awaryjnie na
rzymskim Fiumicino.
W centrum? Wczoraj D.O. miał 38 stopni, odczuwalna 41, wilgotność powyżej 80%.
No, to nie jest dobra pogoda dla staruszków i staruszek.
A na Południu?
W 300-tysięcznej Katanii był pożar w jednym z terminali, lotnisko nie działa
(bezpośrednie loty cheap flightami z Warszawy). W Olbii samolotów nie
przyjmowano, bo roztopił się asfalt na pasie startowym.
Biegnące pod ziemią kable elektryczne przegrzewają się, więc dość często nie ma
światła, a co za tym idzie – wody w kranach. Stopni 45.
Kilkadziesiąt kilometrów na południe, w ukochanych przez D.O. Syrakuzach –
stopni 48.
Jaka była odczuwalna, D.O. nawet nie śmie zgadywać.
Nawet polskie media obłudnie leją łzy na losem biednych Sycylijczyków.
8.
Skądinąd słusznie, ale…
Ale czy przeciętny Polak zdaje sobie sprawę, że nasz świat nie kończy się na
Sycylii, cierpiącej na ekstremalnie wysokie temperatury?
Że w wielu innych obszarach świata żyją miliardy ludzi, którzy podobne
temperatury mają na co dzień? Że nie mają też na co dzień ani energii
elektrycznej – a co za tym idzie klimatyzacji – ani dostępu do pitnej wody. Ani
żadnej innej.
Że nie mają pracy ani perspektyw, że ich dzieci cierpią, a oni na to muszą
patrzeć, bezsilni?
Co roztropniejsi z nich opuszczają takie nienadające się do ludzkiego życia
miejsca i poszukują na planecie innych, bardziej „ludzkich”. Ale są odpychani,
wyganiani, oczerniani.
W Rzymie, na zaproszenie pani Meloni odbył się właśnie „szczyt
śródziemnomorski” na który zaproszono liderów z Afryki Północnej. Recepta pani
Meloni na znienawidzonych przez nazioli imigrantów, tych najnieszczęśliwszych,
najbardziej dotkniętych przez los ludzi – jest taka sama, jak jej poprzedników:
przekupić rządy Afryki Północnej, żeby brudno robotę odpychania migrantów
wzięły na siebie. Z tego, co D.O. słyszy – zażądali o wiele więcej niż pani
Meloni chciała zaoferować.
Zatykanie wykałaczką dziury w Titanicu raczej nie zapobiegnie zatonięciu.
Ach, gybyż na świecie byli odpowiedzialni politycy…
Właściwy człowiek we właściwym miejscu: D.O. w Stampa Estera. To już ostatnie
tygodnie w tym budynku. Niebawem korespondenci zagraniczni zostaną
wyeksmitowani i przeniesieni… No, zgadnij, Czytelniku, gdzie?
Nie zgadłeś, nie zgadłbyś!
Do Palazzo Grazioli, tam, gdzie miał swoją rzymską siedzibę Silvio Berlusconi.
Tam, gdzie przyjmował Putina i miłe panie, które przyciągała jego uroda i
osobowość.
Poznajecie Rossenda? Wybitny dziennikarz hiszpański. Też w lepszym nastroju
wczoraj niż w sobotę.
D.O. peregrynował samochodem, a potem...
…skuterem.
4.
4 lata temu
1.
Niedzielne przedpołudnie to jedyny dzień tygodnia, kiedy można bezkarnie
wjechać samochodem do historycznego centrum Rzymu. Mogliśmy stracić taką
okazję? No nie!
Wjechać to jedno, stanąć to zupełnie inna sprawa. Ale tym razem szczęście
głupiego zadziałało i D.O. zaparkował samochód Syna tuż przed wejściem do …
Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej!
D.O. dysponował przez całe lata przepustką do centrum, dostępną tylko
mieszkańcom, politykom i dziennikarzom, ale wyłącznie zagranicznym! Za ciężkie
pieniądze, dodajmy, o ile pamiętam to 20 lat temu było to już 300 euro. Innymi
słowy był uprzywilejowany, jak diabli.
Ale mógł sobie tę przepustkę zasadniczo wsadzić, ponieważ, jak już wyżej
napisano, wjechać to jedno, stanąć to drugie.
A to wyjaśnienie jest po to, że przed Stowarzyszeniem Prasy Zagranicznej w
ciągu ostatnich 30 lat nie udało mu się z tą przepustką zaparkować ANI RAZU!
A wczoraj – tak.
2.
Tzn. parkował, ale nie samochód. Poruszanie się samochodem po Rzymie to nie
jest poruszanie się, więc jest całkowicie bez sensu. Dlatego poruszał się
skuterem, ale i skuter w okolicy zaparkować było bardzo trudno i często musiał
drałować do swojego biurka ponad kilometr, przepowiadając sobie adres, pod
którym skuter zostawił, bo po całym dniu pracy to wcale nie jest takie
oczywiste. \
No i parkowanie skutera to jest trochę ruletka: znajdziesz?... nie znajdziesz,
kiedy po niego wrócisz? Dlatego D.O. woził w bagażniku dwa iście katowskie
łańcuchy, zamykane na patentowe kłódki i do tego patentowy zatrzask na tarczę
hamulcową.
3.
Och, ochrona skutera, to cała szkoła! Patentowe zatrzaski na tarcze hamulcowe
były bardzo modne i wydawały się znakomitym rozwiązaniem, bo miały klucze
okrągłe, z dziurą w środku i wyrafinowanymi ząbkami, niepodobne do innych i z
trudno dorabialnym wytrychem. I świetnie to działało, dopóki jakiś cwaniak nie
odkrył, że średnica dziurki do tego klucza jest identyczna ze średnicą
długopisu bic za 15 centów. Wbijając go z odpowiednią silą w dziurkę, plastik
dostosowywał się do wyrafinowanego kształtu ząbków – pstryk! - wtedy
wystarczyło przekręcić i można było – po dobraniu jednego ze standardowych
kluczyków typu yale do stacyjki – odjeżdżać twoim skuterem w siną dal.
Ale pozostawały łańcuchy i kłódki. Katowskie, jak wspomniano wyżej.
I wszystko było fajnie, dopóki jakiś cwaniak nie odkrył, że wystarczyło polać
taki patentowy, nieczuły na piły kątowe łańcuch ciekłym azotem, potem lekko
puknąć weń młotkiem i – pyk! – łańcuch kruszył się jak grissino, a kłódka razem
z nim.
W odpowiedzi na to, ludzkość wynalazła stal nieczułą na wysokie mrozy i
chwilowo łańcuch, a najlepiej dwa, jeden na przednie, jeden na tylne koło,
uwiązujący skuter do jakiejś ulicznej latarni, czy w najgorszym razie do słupka
od sygnalizacji ulicznej, jest najlepszą gwarancją znalezienia go, tam, gdzie
się go zostawiło.
Są oczywiście zabezpieczenia elektroniczne, ale dla zawodowego złodzieja to
doprawdy żadna przeszkoda!
4.
Przeszliśmy więc trasą „amerykańską”, tj. od Fontanny di Trevi do Piazza di
Spagna i po okolicznych ulicach.
I tak chodząc wśród gęstego tłumu turystów, usiłując załapać odrobinę cienia,
gdzie tylko się dało, D.O. pomyślał sobie, że kiedy temperatura przekracza 35
stopni, trudno jest dyskutować na jakikolwiek inny temat, niż upał i związane z
nim dolegliwości. Przy upale polityka staje się mniej istotna. Mussolini zrobił
marsz na Rzym pod koniec października, cwaniura! Gdyby mu przyszło do głowy
robić go w lipcu i sierpniu, to nikt by nie poszedł i oszczędzilibyśmy sobie
tyle nieszczęść!
D.O. wyobraża sobie, jak zdesperowani musieli być ludzie na Haiti czy w Śri
Lance, żeby robić rewolty w środku lata.
5.
Żona D.O. przez 20 lat hodowała w sercu tęsknotę za pizzerią „al taglio”, koło
dawnej siedziby Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej. Via della Mercede
(Mickiewiczem pamiętna), 55. Wyrzucili nas stamtąd koło roku 2000, bo była do
czegoś szalenie i pilnie potrzebna Presidenza del Consiglio dei Ministri,
odpowiednikowi polskiego KPRM. Myśmy ten adres mieli w statucie, zmiana statutu
Stowarzyszenia wymagała obecności 2/3 członków, zgromadzenie 2/3 członków
graniczyło z cudem, bo część była w rozjazdach, część w rodzinnym kraju, a
część miała to w nosie. Ale się udało.
Niestety, wejście do naszej starej, kochanej siedziby, przez którą przewinęły
się najważniejsi włoscy i światowi politycy (sam D.O. dwa razy przyprowadził
tam Lecha Wałęsę na konferencję prasową), najpopularniejsi aktorzy i ludzie
show businessu, w której powstały tysiące fenomenalnych artykułów i reportaży –
jak została za nami zamknięta, tak jej nikt już więcej nie otworzył. Brama,
przez którą D.O. z dreszczem rozkoszy przechodził, na głucho jest zamknięta,
zasyfiona, zakurzona. I tyle. Ech…
Na szczęście nowa siedziba, już nie tak przytulna, już nie tak chętnie
odwiedzana, też jest niczego sobie i D.O. zdążył ją polubić.
No, ale pizzeria „al
taglio”. Kiedy się wraca po latach do starych lektur, starych filmów lub
starych miejsc, z którymi wiąże się przyjemne wspomnienia, często spotyka
człowieka rozczarowanie. A tamta pizzeria była super. W ogóle, pizzerie „al
taglio” uchodzą za coś pośledniejszego. W nich pizze piecze się w wielkich,
płaskich blachach, o tym, jakie będą jej smaki decyduje pizzaiolo, który potem
odkroi kawałek tej, która ci się najbardziej spodoba. Czasem podgrzeje (w
mikrofalówce, która z każdej pizzy czyni gumę), czasem poda zimną.
A w pizzerii tradycyjnej, to ty zamawiasz pizzę, jaka ci najbardziej odpowiada,
pizzaiolo robi ją specjalnie dla ciebie, jest okrągła, prosto z pieca…
No, ale, jak polskie doświadczenie uczy, wszystko można schrzanić skandalicznie
i większość jadła pizzopodobnego, sprzedawanego w Polsce, jest niejadalna, jest
obrzydliwą grdułą. Na miejscu Włochów, D.O. wypowiadałby wojnę krajom, które
takie rzeczy sprzedają pod mylącą nazwą „pizza”.
Z drugiej strony z wszystkiego można zrobić cymesik. Nawet z pizzy „al taglio”.
No i na Via della Mercede taki cymesik właśnie robili. W dni powszednie była
zawsze oblężona przez pracujących dookoła klerków z urzędów centralnych, bo
innych w tej okolicy właściwie nie ma. I te urzędy mają przeważnie swoje
stołówki, ale woleli Via della Mercede, gdzie chodziło się specjalnie po tamtą
pizzę „al taglio”, bo miała to coś, co czyniło ją pyszną i wyjątkową.
Dlatego szliśmy z pewną obawą: czy będzie równie dobra, jak ćwierć wieku temu,
kiedy jadaliśmy w niej bardzo często? Czy nasz prywatny mit zostanie skruszony?
Nie!
Po pierwsze była niedziela i nie było żywej duszy. Turyści w niedobrych,
drogich knajpeczkach po obu stronach pizzerii, a tę omijali z pogardą. Przebacz
im panie, bo nie wiedzą, co czynią.
Był inny, młody subiekt za ladą. Jeden, bo najwyraźniej w weekendy, kiedy
okoliczne urzędy zamknięte, trzymają otwarte tylko dla honoru. Jeden
„naganiacz” i kelner jednocześnie z Bangladeszu.
Ale honor zobowiązuje i wybór smaków był wielki. Pan pizzę podgrzewał nie w
mikrofalówce, tylko w regularnym piecu. Nie za krótko, nie za długo. Pychotka!
Tym razem próbowaliśmy przenalizować skąd ten wyjątkowy smak. Wszystkiego nie
odkryliśmy, ale zauważyliśmy, że w cieście jest więcej drożdży, niż w średniej
krajowej, więc robi się coś w rodzaju ciasta francuskiego, oczywiście z semoli
pszenicznej.
6.
A w gazetach przegląd forów społecznościowych i komentarzy turystów
odwiedzających Rzym. (https://www.washingtonpost.com/.../best-star-reviews.../
)
Skarżą się. Skarżą się, że to skandal, że „w Koloseum wcale nie ma walk
gladiatorów, a już lwów to nie ma wcale a wcale”. Że to „skandal, że w Koloseum
nie ma fotelików, jak na przyzwoitym stadionie do baseballu, tylko po prostu
kamienne schodki”. Inni skarżą się, że prześladowano tu chrześcijan.
„Straszne miejsce… Nie lubię oglądać prześladowań chrześcijan. Przerażające
miejsce.
Spośród 324 jednogwiazdkowych recenzji Koloseum większość skupia się na
odrażających kolejkach i oszustwach, które mają tu miejsce. Większość
prawdopodobnie widziała „Gladiatora” i stąd czerpie wiedzę o Koloseum, a jak
nie film, to przynajmniej zwiastun.
7.
Co poza tym?
Nic, wszystko po staremu. Apele D.O. o oglądanie jego wywiadu z Fransem
Timmermansem (https://natemat.pl/427165,frans-timmermans-dla-natemat-z...
) i udostępnianie linku wpadło w próżnię, do 22.00 zalajkowały 32 osoby, a 4
nawet udostępniły. Na YT też się snuje… Na wymowny znak, że praca D.O. nadaje
się do…
8.
Poza tym Ciul Złachany powiedział, że „musi zorganizować wielki ruch ochrony
wyborów”, co oznacza, że już wie, będzie musiał je sfałszować. No, a praca nad
ich fałszowaniem musi się zacząć już teraz.
Czy P.T. Czytelnicy nie chcieliby zorganizować „wielkiego ruchu”, który
wymyśli, jaki wyrok powinien wydać na tego gentlemana Trybunał Stanu? Opinie
prawników mile widziane, choć skoro Ciul uważa, że od prawa ważniejsza jest
sprawiedliwość, a co jest sprawiedliwe wymyśla on, jedyny rzecznik myśli
suwerena, to może by go tak według kryteriów sprawiedliwości ludowej osądzić i
skazać?
Ciul wskazał osoby, które, jego zdaniem, suweren powinien przykładnie atakować,
by ukarać je za ich nienormatywność, przy czym, co się w normie mieści, a co
nie, określa Ciul. Jednak z nagonką na osoby nieheteronormatywne, to by D.O. na
jego miejscu uważał, bo jak wielbiący go suweren zacznie się z bliska
przyglądać jego tożsamości płciowej, to może mieć problemik, albo nawet dwa. No
i znów bredził coś, że Polska powinna być „poważnym państwem”, tak, jak Turcja,
ale może to skutek rozmiękczenia mózgu od upałów.
No. I za tymi domami po lewej D.O. miał biuro. A potem zrobił głupstwo. W
każdym razie w sezonie turystycznym nie jest to dobre miejsce do przechadzek
dla Rzymian.
Czy D.O. musi coś dodawać?
Grrrr… Nie podchodź, bo cię zjem!
Potem człowiek się rozrzewnia. I przypomina mu się „Roma” Felliniego. Na każdym
kroku!
Krok dalej i bar zachęca do wstąpienia…
W środku już czekają dwa lodowate puchary Aperol-spritza… Żona każe D.O. coś o
tej szprycy napisać; może się złoży?
To kolejka do sklepu Gucciego… Nb. w linii prostej do Watykanu jest stąd jakiś
kilometr. I sklepy są w niedziele otwarte. Ale Watykan przy Nowogrodzkiej jest
bardziej ortodoksyjny, co najmniej tak, jak ajatollahowie. Albo talibowie.
A ta kolejka to do Prady. D.O. chyba nie musi dodawać, że nie są to sklepy na
kieszeń emeryta?
No i nie chciałby, by uznano ten wpis za seksistowski, ale jest zdecydowana
różnica w minach pań i panów w kolejce i wokół niej. Panie w pełnym nadziei
napięciu, jakby w oczekiwaniu na ekstazę, panowie miny zafrasowane, niemal
zrozpaczone… „To ja po to jestem bogaty, żeby stać w kolejce do jakiegoś sklepu
ze szmatami, tyle, że bardzo drogimi? Przy tej temperaturze? Zwłaszcza ten pan
w kapeluszu na pierwszym planie miał minę bardzo nieszczęśliwą… W drzwiach tego
i innych, podobnych sklepów (parę metrów dalej jest Bulgari), stoją bardzo
rośli panowie, przeważnie African-italians, którzy na milionerów patrzą z góry,
wpuszczają pojedynczo, nigdy klientów będących już w środku nie poganiają…
Pełen komfort przy wydawaniu sum idących w tysiące. I to w cennej walucie!
A tak wygląda dziś brama do starej, historycznej, pysznej siedziby powstałego w
1913 r. Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej we Włoszech. Stowarzyszenie zostało
eksmitowane (do nowocześniejszych lokali, to prawda), ponieważ urząd premiera
miał niecierpiące zwłoki. Natychmiast potrzebny był mu ten budynek i już. Miało
być dobrze, a wyszło… po włosku.
Tuż obok jest pizzeria „al taglio”, zdaniem Żony D.O. (skrupulatnie podzielanym
przez D.O.), najlepsza w Rzymie. No fakt. Za nieduże pieniądze duża
przyjemność.
Potem D.O. spotkał na rzymskiej ulicy Mateusza Morawieckiego.
Ciul Złachany już planuje oszustwa wyborcze, bo wie, że on i jego wspólnicy w
przestępstwie pójdą siedzieć. Jak temu zapobiec? Być może to najważniejszy
obecnie problem polityczny do rozwiązania.
A w odpowiedzi obu Ciulom, Złachanemu i Naddunajskiemu, w odpowiedzi ciulom od
reklamy, którzy przekonują D.O., że wydając pieniądze – zaoszczędzi,
najmodniejsza obecnie na straganach rzymskich podkoszulka (zwana T-shirtem) z
napisem „sti cazzi”, co nawiązuje do słynnego wiersza Tuwima „Absztyfikanci
grubej berty”, tyle że o wiele wulgarniej.
5.
W chaotycznym przemówieniu Trumpa na gali padły obelgi, uszczypliwości i żarty
na temat trzeciej kadencji prezydenckiej
Prezydent kpi z przeciwników politycznych i dziennikarzy w przeważnie lekkim,
godzinnym przemówieniu na kolacji korespondentów Białego Domu
https://www.theguardian.com/us-news/2026/jul/24/white-house-correspondents-dinner-trump-washington
Donald Trump żartował z dziennikarzy, których ponownie oskarżył o produkowanie
„fałszywych wiadomości”, rzucając obelgi w stronę swoich politycznych wrogów
podczas przemówienia na kolacji dla korespondentów Białego Domu.
Dzień po tym, jak administracja Trumpa zaniechała, na razie, nadzwyczajnej
próby wezwania dziennikarzy do sądu w związku z ich relacjami, prezydent USA
wziął udział w przełożonej kolacji korespondentów Białego Domu – dorocznym
święcie wolności prasy – w Waszyngtonie w piątkowy wieczór.
Stało się to trzy miesiące po odwołaniu pierwotnego wydarzenia w kwietniu,
kiedy to pewien mężczyzna oddał strzał z dubeltówki w kierunku punktu kontroli
bezpieczeństwa na zewnątrz sali balowej.
Godzinne przemówienie prezydenta było w przeważającej mierze lekkie i
sarkastyczne, z okazjonalnymi uszczypliwościami pod adresem mediów
informacyjnych – zawodu, który, jak sam później stwierdził, szanuje – i chwalił
dziennikarzy za wykonywanie „niesamowitej pracy”.
W dalszej części przemówienia Trump, który regularnie atakował prasę za relacje
z jego prezydentury, zapewnił, że jego wojna z Iranem idzie „wyjątkowo dobrze”.
Do sali pełnej dziennikarzy powiedział: „Nie wierzcie w fake newsy”.
Trump i jego urzędnicy dołączyli do setek reporterów w hotelu Waldorf Astoria,
mniejszym obiekcie niż ogromna sala balowa Washington Hilton, którą ewakuowano
po strzelaninie w kwietniu. Podejrzewa się, że celem ataku był prezydent i jego
administracja.
Przemówienie zawierało kilka żartów, w tym jeden z nich, wymierzony w Roberta
F. Kennedy'ego Jr., jego ministra zdrowia, który, jak zażartował, osobiście
przejechał krowę, z której tego wieczoru przyrządzono „przepyszną polędwicę
wołową”. Kennedy był orędownikiem korzyści zdrowotnych płynących ze spożywania
łoju wołowego i białka zwierzęcego.
Trump wyśmiał również wagę Chrisa Christiego, byłego gubernatora New Jersey i
Jerry'ego Nadlera, kongresmena z Nowego Jorku, wyobrażając sobie, jak walczą o
kawałek sernika. Wyśmiał wygląd swoich krytyków, w tym Bruce'a Springsteena, o
którym powiedział, że „wygląda jak diabli” i zaatakował Kaitlan Collins z CNN,
która została wcześniej uhonorowana za swoją relację z Białego Domu, mówiąc, że
nie uśmiecha się wystarczająco. Trump powiedział, że „nienawidzi” Adama Schiffa,
demokratycznego senatora z Kalifornii i jednego ze swoich najwybitniejszych
krytyków kongresowych, jednocześnie wyśmiewając rozmiar jego głowy i szyi.
W pewnym momencie, gdy żart o ograniczeniach kadencji okazał się niewypałem,
Trump przełamał czwartą ścianę, pytając publiczność, czy ktokolwiek zrozumiał
„to całe cholernie głupie przemówienie, które napisali”.
Trump zakończył swoje wystąpienie niezręcznym żartem, oznajmiając, że planuje
wystartować i wygrać czwarte wybory – nawiązując zarówno do jego fałszywego
twierdzenia, że wygrał wybory w 2020 r., jak i do jego wielokrotnych sugestii,
że mógłby ubiegać się o trzecią kadencję, pomimo konstytucyjnego limitu dwóch
kadencji.
„Wygrałem trzy razy, teraz zrobię to ponownie” – powiedział sarkastycznie
prezydent, zakładając na głowę czerwoną czapkę z napisem „Trump 2028”.
6.
Minister edukacji Indii rezygnuje w ramach zwycięstwa w protestach ruchu
młodzieżowego Karaluch
Dharmendra Pradhan ustępuje ze stanowiska po demonstracjach w związku ze
skandalem wycieku egzaminów, co wywołało świętowanie wśród tysięcy
protestujących
https://www.theguardian.com/world/2026/jul/25/dharmendra-pradhan-india-education-minister-resigns-cockroach-movement
Minister edukacji Indii, Dharmendra Pradhan, zrezygnował ze stanowiska po
tygodniu masowych demonstracji, oddając tym samym ważne zwycięstwo nowemu
ruchowi młodzieżowemu , który stanowił bezprecedensowe wyzwanie dla rządu
Narendry Modiego.
W oświadczeniu wydanym w sobotnie popołudnie Pradhan poinformował, że złożył
premierowi list rezygnacyjny po naciskach ze strony studentów.
„Mając na uwadze sytuację, jaka powstała w Jantar Mantar i w całym kraju, aby
siły antynarodowe nie wykorzystały tej sytuacji… wysłałem premierowi list
rezygnacyjny” – napisał Pradhan w poście w mediach społecznościowych.
Powiedział, że jest „zasmucony tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich 10 dni”,
ale dodał: „Głęboko szanuję aspiracje, uczucia i uzasadnione oczekiwania
młodzieży kraju”.
Przez 12 lat sprawowania władzy Modi pielęgnował wizerunek silnego przywódcy i
twierdził, że jego ministrowie nie podlegają presji społecznej. To był pierwszy
raz, kiedy masowe powstanie zmusiło jednego z jego najwierniejszych ministrów
do rezygnacji.
Protesty zostały zorganizowane przez nowo utworzony młodzieżowy ruch
polityczny, partię Karaluch Janata (CJP), która w tym tygodniu przerodziła się
w ogólnokrajowy bunt młodzieży.
Głównym żądaniem CJP i jego zwolenników była rezygnacja Pradhana w związku ze
skandalem związanym z wyciekiem wyników egzaminów, który zniszczył życie
milionów uczniów i doprowadził do tego, że kilkunastu z nich odebrało sobie
życie.
Odmowa Modiego zwolnienia ministra z powodu skandalu została powszechnie uznana
za symbol rzekomego braku odpowiedzialności partii Bharatiya Janata (BJP) i jej
wielokrotnych zaniedbań w rozwiązywaniu problemów, z którymi borykają się
młodzi ludzie, szczególnie w wadliwym systemie edukacji w kraju.
Organizatorzy CJP potwierdzili, że odwołali demonstrację po rezygnacji Pradhana
i spotkaniu z wyższymi rangą ministrami BJP w sobotnie popołudnie.
W przemówieniu skierowanym do tłumów zgromadzonych na terenie protestu Delhi
Jantar Mantar, założyciel CJP, Abhijeet Dipke, oddał hołd „odwadze” studentów,
którzy masowo pojawili się na wiecu, nawet gdy byli narażeni na przemoc ze
strony policji.
„Udało nam się” – powiedział, pośród okrzyków „zwycięstwa dla Indii” i „niech
żyje rewolucja”. Dipke podkreślił jednak, że rezygnacja Pradhana to „dopiero
początek” w dążeniu ruchu do systematycznej reformy edukacji i walki o prawa
demokratyczne.
Przestrzegł również przed tym, by nie robić z niego bohatera. „Nie popełniajcie
tego błędu” – powiedział Dipke. „Kraj został zrujnowany przez to, że uczyniono
z jednej osoby bohatera”
Dzień dobry...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie
UsuńHejka, Ewa!
UsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuńDziękuję i pozdrawiam .
OdpowiedzUsuń