DRUGI OBIEG
Sobota, 1 sierpnia 2026
Chwała bohaterom!

W związku z wyjazdem wakacyjnym D.O. zamierza się lenić.

8 lat temu
MIGAWKI SPRZED KOŃCA ŚWIATA
Kiedy się podróżuje samotnie, wyostrza się zmysł obserwacji.
Zaobserwowałem wiele psów, które ewidentnie miałyby ochotę robić coś innego, ale posłusznie siedziały, przywiązane smyczą do stołowej nogi, do ławki w parku, do wysokiego płotu, a czasami nawet do roweru.
Miałyby ochotę robić coś innego, ale przecież pan daje jeść, czasami pogłaszcze, więc robią to, czego ich panowie oczekują.
Zaobserwowałem też krowy: simentalskie, szwajcarskie, holsztyńsko-fryzyjskie, szkockie wyżynne… Stoją i jedzą, a kiedy nie mogą już więcej jeść, to kładą się i trawią. To jest życie! Mijam granice: jedną, drugą, trzecią, a krowy jedzą, wydalają lub leżą nażarte i zupełnie jest im obojętne, po której stronie granicy jest pastwisko, kto tu rządzi, jaki panuje ustrój, jakie jest PKB na głowę krowy.
Nie wykluczam, że konie mają tak samo, ale koni już coraz mniej, jak ktoś chce wskoczyć im na grzbiet, to OK; jak nie – to na mięso!
Brak dostępnego opisu zdjęcia.


Dróżki, drożynki. Góry, na górach las, szoska. Wzdłuż szoski strumień. Świeci słońce, sosny szumią, ptaki śpiewają. Znikąd wyrasta przede mną pałac Mteternicha. Klemensa Lothara Wenzela Fürsta von Metternich-Winneburg-Ochsenhauzena. Symbolu wstecznictwa i konserwatyzmu. Na Kongresie Wiedeńskim powiedział „Trzeba unieszkodliwić bezecny spisek, który od pół wieku pracuje nieustannie nad obaleniem istniejącego porządku i tronów”. Unieszkodliwiał konsekwentnie: rozbicie dzielnicowe Niemiec, rozbiór Rzeczypospolitej uczyniły z małej Austrii pierwszoplanową potęgę.
Chrześcijaństwo – katolicyzm i rosyjskie prawosławie, ręka w rękę - okazało się świetnym środkiem do unieszkodliwienia wszelkiego postępu. Święte Przymierze, którego był pomysłodawcą i niestrudzonym realizatorem miało promować pryncypia „chrześcijańskie” w polityce wewnętrznej i zagranicznej państw, które doń przystąpiły. Chrześcijaństwo podłe, wywrócone na nice. Sygnatariusze zobowiązali się do wspólnej walki z liberalizmem. Bardzo podobne sformułowania do tych, które zostały zawarte we wspólnym komunikacie przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp Józefa Michalika i patriarchy Moskwy i Wszechrusi Cyryla I podczas braterskiej wizyty tego ostatniego u polskich biskupów w 2012 r.
Niewidoczne granice, miasteczka jak bombonierki, jak tort weselny, lukrowane na biało i na żółto, kwiaty, zwisające z parapetów. Czyściutko. Tu złote łany, tu brązowiejące rżyska. Wielkie traktory blokują drogę, ale prują 60 na godzinę. Pagórki. Chmielowe tyczki, tytoniowe tyczki. Upał, świerszcze. Ciekawe, ilu mieszkańców tego miasteczka zostanie wkrótce wcielonych do wojska, by bronić swojego heimatu i vaterlandu?
W jednym z takich pięknych, wymuskanych miast, nad rzeką tablica: „240 mieszkańców oddało życie za ojczyznę podczas wojny 1940-1945”.
1940?!!! Ma porca di una puttana! A 1938, a 1939 to co? Zabawa w remizie? „Zginęli w walkach albo w bombardowaniach”. „Nie: „byliśmy idiotami, oddaliśmy nasze głosy a bandę zwyrodniałych kryminalistów, nacjonalistów, daliśmy się zwabić wizją wielkiej ojczyzny, strzelaliśmy, bombardowaliśmy, paliliśmy, zabijaliśmy, zabijaliśmy, zabijaliśmy, eksterminowaliśmy, torturowaliśmy, pogardzaliśmy innymi narodami i zapłaciliśmy za to straszną, ale słuszną cenę, bo nam się należało”.
Nie: „oddali życie za ojczyznę”.
U celu bawarskiej podróży wcinam sushi u Wietnamczyka, przechodzą ludzie, radośnie pozdrawiają czwórkę właścicieli, ci równie przyjacielsko odpowiadają. Wszędzie stoliki, parasole, pod parasolami beztroscy ludzie, piwo, sznycle, kartofle, sałaty, tikka masala, spring rolls, kimchi, tacos. Pani w burce pcha elegancki wózek z bliźniakami. Czterech młodych Arabów siedzi na murku, gadają, śmieją się. Tutejsi. Nikt nie podchodzi z wrzaskiem „Jesteś w Niemczech, mówi po niemiecku”. Dalej rower, na rowerze śniada mama, w foteliku za nią brzdąc, za nią drugi, malutki rowerek, na malutkim rowerku malutki człowieczek, a na plecach tego malutkiego człowieczka malutki futerał na malutkie skrzypce. Może któregoś dnia, w jakimś obozie koncentracyjnym, ocalą mu życie, bo jeden z ideowych strażników okaże się sentymentalny?
Żegnaj cudowny, bo różny świecie!
Na innym murku nad kanałem siedzi nastolatka, mocuje się ze zwiewnym pareo, starając się zakryć uda, ociekające rozstępami. To chwilowo najważniejsze: ważniejsze niż Trump, broniony przez Putina i Art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego, który właśnie poszedł się… , bardziej niż rozpadający się pod ciosami neonarodowych socjalistów dzisiejszy świat, niż PiS i Fidesz, niż tonący setkami w Morzu Śródziemnym mężczyźni, kobiety i dzieci, niż Daraa, obracana w perzynę przez siepaczy Assada i helikoptery Putina, niż ten deportowany z Niemiec Afgańczyk, który wkrótce po lądowaniu w Kabulu popełnił samobójstwo, psując urodziny niemieckiemu ministrowi spraw wewnętrznych Seehoferowi, który kazał go do tego samolotu wsadzić, niż Żydzi, którzy właśnie stracili sporą cześć swojej przewagi moralnej, uchwalając narodowo-socjalistyczną, rasistowską ustawę o państwie narodu żydowskiego, zupełnie jak ustawy norymberskie…
Siedzę z kieliszkiem wina przy stoliku nad kanałem i oddaję się people watching. People są nawet bardziej interesujący niż birds, zwłaszcza, że wśród people zdarzają się szczególnie kolorowe egzemplarze samiczek… Patrzę na nie i myślę: „gdzie jesteście, śliczne dziewczyny z mojej młodości, wyzwolone, zuchwałe, nie tolerujące biustonoszy, rzucające wyzwanie ustalonym regułom, ustalonemu światu, dyskryminacji, segregacji, ciekawe świata, ciekawe życia, głodne wiedzy, zuchwałe, zuchwałe, zuchwałe”?…
Obok mnie piękny mężczyzna, siwe, ale gęste włosy, walczący z ogromną golonką drżącym; nie, chwiejącym się nożem, trzymanym w prawej ręce. Obok niego żona, starająca się dość nieudolnie ukryć litość i współczucie i odruch, by mu pomóc i tę golonkę pokroić… I powstrzymująca się by go nie upokorzyć…
Żegnaj cudowny, pełen współczucia i tolerancji świecie!
Byli przecież Niemcy, którzy nie heilowali fuehrerowi. 77.000 obywateli niemieckich zostało zabitych za różne formy oporu, skazanych na śmierć przez sądy specjalne czy wojenne. Bohaterowie, wyśmiewani, szturchani, bici, torturowani, prześladowani przez posłuszną reżimowi policję, zabijani. Lecz przede wszystkim pogardzani, pogardzani, pogardzani przez „zdrowy rdzeń narodu”.
Niemiecki ruch oporu składał się z małych i zwykle odizolowanych grup. Nie były w stanie zmontować jakiejkolwiek liczącej się opozycji politycznej. Z wyjątkiem pojedynczych ataków na nazistów (w tym Hitlera) lub aktów sabotażu, jedynym realnym osiągnięciem było przekonanie grona dowódców Wehrmachtu do przeprowadzenia zamachu na Hitlera w 1944 r.
Niemiecki historyk Hans Mommsen pisał, że „opór w Niemczech był ‘oporem bez ludu’, bo liczba Niemców zaangażowanych w opór wobec narodowo socjalistycznego reżimu była bardzo mała. Na dodatek było wśród nich wielu obywateli niemieckich pochodzenia cudzoziemskiego, takich jak Polacy, którzy utworzyli „Olimp”, organizację konspiracyjną, działającą we Wrocławiu. 70 jej członków zginęło w obozach zagłady. Nie zaznali ludowej solidarności, nie zaznali współczucia, zaznali pogardy i okrucieństwa. Jak to szlachetni Polacy.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Malutki człowieczek na malutkim rowerku z małymi skrzypkami.


4 lata temu
1.
Wszyscy „cywilni” wydawcy to wiedzą: „papież na okładce – nakład spada”.
I D.O. to wie, więc liczył się, że jego wczorajszy felietonik pobije rekord niepopularności. A tu nie!
Są rzeczy na niebie i na ziemi…
No tak, ale, żeby się coś filozofom śniło, trzeba zasnąć.
… „Umrzeć, usnąć, nic więcej; snem tym wyrazić, że minął ból serca, a z nim niezliczone wstrząsy, które są ciała dziedzictwem: kres taki błogosławieństwem byłby.
Umrzeć, usnąć…
Usnąć! Śnić może? Tak, to przeszkoda; bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie nazbyt długie w klęskę.
Któż by zniósł bicze i szyderstwa czasu, krzywdy ciemięzców i zniewagi pysznych, boleść okrutną wzgardzonej miłości, prawa leniwe, zuchwalstwo urzędów, i poniżenie, które znosić musi zasługa cicha od niegodnych łotrów” …

My tu gadu-gadu, a tam nam granice zmieniają!
A konkretnie zmienia je nam ocieplenie klimatyczne.
Topniejący lodowiec w Alpach przesunął granicę między Szwajcarią a Włochami. To się już zdarzało w przeszłości, ale co do kilku metrów skały w tę, czy we w tę, większych sporów nie było. Sprawa korekt granicy była przedmiotem negocjacji dyplomatycznych we Florencji, które rozpoczęły się w 2018 roku i zakończyły kompromisem w ub. roku, ale szczegóły pozostają tajne. Zostaną ujawnione dopiero po zatwierdzeniu go przez szwajcarski rząd, co nie nastąpi przed 2023 r.
Tym razem jednak w grę wchodziła spora nieruchomość.
Granica szwajcarsko – włoska biegnie wzdłuż przepaści drenażowej – punktu, w którym woda z roztopów spływa na obie stronach góry. Z tym, że po jednej z tych stron jest Szwajcaria, a po drugiej Włochy.
Co za różnica? – zapytają Czytelnicy. Ano różnica!
Ocieplenie i wynikające zeń cofnięcie się lodowca Theodul sprawiło, że dział wodny przesunął się w pobliże szczytu Testa Grigia (Szara Głowa) o wysokości 3480 metrów, a dokładniej w kierunku „Rifugio Guide del Cervino”, schroniska dla przewodników alpejskich i ich podopiecznych.
Kiedy schronisko zostało zbudowane na skalnym zboczu w 1984 roku, jego 40 łóżek i długich drewnianych stołów znajdowało się w całości na terytorium Włoch. Ale teraz dwie trzecie chaty, w tym większość łóżek i restauracja, technicznie rzecz biorąc, znajdują się w południowej Szwajcarii.
Acha: „Cervino” to włoska nazwa szczytu lepiej znanego jako Zermatt.
Jest to obszar jednego z największych ośrodków narciarskich na świecie, a kilka metrów dalej powstaje duża nowa inwestycja, w tym stacja kolejki linowej.
W latach 1973-2010 lodowiec Theodul stracił prawie jedną czwartą swojej masy. To odsłoniło skałę pod spodem, zmieniło dział drenażowy i zmusiło dwa sąsiadujące kraje do ponownego nakreślenia 100-metrowego odcinka granicy. Co stało się przedmiotem wspomnianych negocjacji we Florencji.
Pan Alain Wicht, odpowiedzialny za 7000 słupków granicznych wzdłuż 1935-kilometrowej granicy Szwajcarii z Austrią, Francją, Niemcami, Włochami i Liechtensteinem, uczestniczył w negocjacjach i powiedział, że „nawet jeśli żadna ze stron nie wyszła zwycięsko, to przynajmniej nikt nie przegrał”.  No, chyba jednak przegrał. Schronisko było włoskie, a teraz jest szeajcarskie
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
… „Któż by zniósł bicze i szyderstwa czasu, krzywdy ciemięzców i zniewagi pysznych” …
Rzym na siedmiu wzgórzach leży, a to, ku którego szczytowi wspina się to zdjęcie, to wzgórze kwirynalskie. Fot. Maria Pałasińska

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
D.O. tak przyrządził to risotto ai fiori di zucca, czyli ryżotto na kwiatach cukinii.
Przygotuj co najmniej pół litra bulionu warzywnego. Nadmiar – żadna szkoda, zjesz łyżką lub wypijesz. Na rozgrzaną, obszerną patelnię wrzuć przygarstkę drobniutko posiekanej cebuli. Zmiękcz ją łyżką olivy extra vergine. Nie dopuść do nadmiernego zarumienienia. Wrzuć przygarstki dwie lub więcej ryżu arborio, w zależności od liczby osób, które chcesz wykarmić. Ogień mały, ale nie ciutki. Zamieszaj i podlej bulionem do przykrycia ryżu. Mieszaj, dolewaj, kiedy ryż bulion wchłonie lub wyparuje.
Kiedy ryż dochodzi, ty weź porcję obfitą świeżych, jędrnych, podłużnych, żółto-zielonych kwiatów cukinii. Umyj starannie. Odkrój zielone: szypułkę z iglastymi odrostami, przekrój wzdłuż na pół lub na cztery, wyrzuć pestkowaty słupek ze środka.
Podlewałeś ryż bulionem? Mieszałeś? To teraz spróbuj! Ma być miękki, ale nie rozklapciały!
Odłóż kilka kwiatów na bok, pozostałe dorzuć do ryżu i mieszaj, jak trzeba jeszcze podlej. Nie trzymaj na ogniu więcej niż minutkę, żeby się kwiaty nie rozleciały i nie potraciły witamin.
Nakładaj, ryżotto na talerzu udekoruj odłożonymi na bok kwiatami. Kieliszeczek wina uważamy za obowiązkowy, ale nie do ryżu – zdominuje delikatny smak kwiatów – tylko prosto do ust. Białe, czerwone, jakie ci pasuje.
Mniam.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Gelatteria Della Palma, chwali się 150 smakami lodów. D.O. liczył. Łżą. Jest 151. Ale nie liczba robi wrażenie, lecz smak. Problem w tym, że są wybitne, co sprawi, że towar lodopodobny w ojczyźnie może przestać ci smakować.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Jedno z licznych zakoli gelatterii Della Palma.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Villa Torlonia. Tu rezydował pan Mussolini. Co nieco ją jego antypatycy zdewastowali. Odkąd D.O. pamięta, trwa remont willi, otaczających ją cudnych budynków i wielkiego parku. Ale willa już jest, można zwiedzać.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Willa Torlonia od tyłu.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Serra Moresca w kompleksie willi Torlonia. Czyli oranżeria w stylu Maurów. Arcydziełko architektury.
A Torlonia to ród handlarzy tkaninami na Piazza di Spagna w Rzymie, którzy zbili dziką fortunę i założyli bank. To była jedna z ostatnich rzymskich rodzin, którym papież – władca Państwa Papieskiego - przyznał tytuł książęcy. Ich fortuna była tak wielka, tak ostentacyjna, że w popularnym rzymskim leksykonie nazwa „torlonia” stała się synonimem obrzydliwego bogactwa.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Casina delle civette – domuś sów – kolejny „wybryk” architektoniczny w kompleksie Villa Torlonia

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Rzymski placyk o zmierzchu. Widzisz, Czytelniku ten metalowy baldachim nad tondeau ze świętym obrazkiem, widzisz balkonik poniżej? I latarnię piętro wyżej? Widzisz, widzisz?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to Rzym z nieco innej strony, obrazek też dla Wiecznego Miasta charakterystyczny.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
I trzeba przyznać, że odpady okoliczna ludność ma urozmaicone, nieprawdaż?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
„Kopernik się mylił: wszystko kręci się wokół pieniędzy. Nagle, ni z tego ni z owego, na murze, piętro niżej od poziomu nadtybrzańskiego bulwaru z platanami.



4 lata temu
1.
Zacznijmy tak: opłaca się być dobrymi i życzliwymi ludźmi, opłaca się zostawić po sobie dobre wspomnienie.
W piątek D.O. wraz z Dziećmi i Wnukami odbył nostalgiczną podróż do pierwszego „prawdziwego” miejsca zamieszkania we Włoszech. Już kiedyś o tym pisał, więc pokrótce:
Kiedy włoskie związki zawodowe przestały się interesować komitetem Solidarności i jego członkami, kiedy konflikty wewnętrzne – jak to między Polakami – osiągnęły poziom nie do zniesienia, kiedy przyjaciele przyłączyli się do nagonek ewidentnie ubeckich, zostaliśmy w obcym kraju sami i z niczym. Dosłownie z niczym. Mieszkania, w których byliśmy goszczeni z Dziećmi (3 i 5 lat), zostały nam wypowiedziane. Zaczęliśmy szukać czegoś bardzo, bardzo taniego, a im dalej od Rzymu, tym taniej. W końcu znaleźliśmy 70-metrowe poddasze okazałej willi letniskowej w odległym od Rzymu o 80 kilometrów miasteczku Vallinfreda.
Byliśmy bardzo biedni, byliśmy pierwszymi cudzoziemcami, którzy w tym miasteczku – wówczas 270 dusz –zamieszkali. W domu nie było ogrzewania; jedynym źródłem ciepła był malutki kominek, który ogrzewał w promieniu 1 metra od ognia. Ale nie mieliśmy czym palić, a D.O. zachorował na zapalenie oskrzeli. Dopiero co zapisane do miejscowej, maleńkiej szkoły Dzieci opowiedziały kolegom z klasy o tym, że tata chory, a w domu zimno, dzieci opowiedziały to swoim rodzicom i jeszcze tego samego popołudnia zaczęła się mała pielgrzymka do naszego mieszkanka z rzeczami do jedzenia i ofertami pomocy.
Vallinfreda leży na wysokości 850 m npm. i zimą jest tam rzeczywiście zimno i śnieżnie. A przynajmniej było przed gwałtownym ociepleniem planety. Ktoś nam poradził, żeby kupić piecyk – kozę: rzeczywiście dawała więcej ciepła, była w stanie ogrzać mini salonik i wyodrębnioną w niej kuchnię. Ale sypialiśmy ubrani w zimowe stroje, modląc się, żeby temperatura w sypialniach nie spadła poniżej 12 stopni, bo wtedy i zimowe stroje nie wystarczały.
Najpierw kradliśmy chrust w leżącym w dolinie lasku, potem sąsiedzi z Vallinfredy pozwolili nam zbierać chrust czy odpady z własnych wycinek. Z czasem zaczęliśmy kupować porąbane drewno opałowe – a to na kredyt, a to na raty. Odkryliśmy też, że istnieje genialny wynalazek: rura od kozy, która zaczyna się jako jedna rura, rozwidla się w cztery rury, by na górze połączyć się znowu w jedną. To oddawało całe ciepło ze spalanego drewna, na tyle, że rura u góry była zimna, nim wbiła się w komin.
Innymi słowy, Vallinfreda przyjęła nas po bratersku. Nigdy nie odmawiano nam kredytu w miejscowych sklepikach, ludzie z ufnością pożyczali nam pieniądze, które my zawsze – często stając na głowie – oddawaliśmy. Vallinfreda uratowała nam życie, przywróciła wiarę w ludzi. Poznaliśmy prawie wszystkich mieszkańców, nim, 5 lat później, przeprowadziliśmy się znacznie bliżej Rzymu. Nasze dzieci myślą o niej z rzewnością, śni im się do dzisiaj. Tam zaczęły na dobre chodzić do szkoły, nauczyły się czytać i pisać i wszystkiego tego, czego można było nauczyć się w 5 klasach szkoły podstawowej.
2.
No i teraz, gdy po 4 latach – pandemia, rozjazdy, zobowiązania – znów spotkaliśmy się wszyscy razem we Włoszech, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Vallinfredy.
Minęło 40 lat. Ale mnóstwo ludzi nas poznało. Wyszli, wybiegli do nas z taką życzliwością, że byliśmy wzruszeni i oszołomieni. Opowiadali na wyścigi o tym, kto umarł, a kto żyje i jak się ma, dowiedzieliśmy się o żonach, mężach i dzieciach malutkich kolegów ze szkoły naszych dzieci. Opowiadali o chorobach, przykrościach, o trwaniu mimo przeciwności, o polityce, o zmianie klimatu. Planowaliśmy być tam pół godzinki, żeby się przejść po miasteczku, zobaczyć czy i jak zmieniły się stare kąty, tak dobrze nam znane, tak przyswojone, że mogliśmy chodzić i jeździć samochodem po tych serpentynach z zamkniętymi oczami. Byliśmy prawie cztery godziny: my nie chcieliśmy odjeżdżać, bo się poczuliśmy wśród swoich, oni nie chcieli nas puścić z tego samego powodu.
3.
I tylko jedna przykrość nas spotkała. Pojechaliśmy – oczywiście – do okazałej willi, której poddasze było przez 5 lat naszym domem. To straszne, ale jest w ruinie, w rozsypce. Po śmierci starszych państwa C., którzy nam poddasze wynajmowali, ich dzieci miały ten ich ukochany dom w nosie. Przestali tam bywać. Miejscowi mówią, że dom został zarekwirowany za długi, teraz należy prawdopodobnie do banku. Został już razy wystawiony na licytację, ale nikt się nie zgłosił. Będzie druga, ze znacznie obniżoną ceną. Ale tymczasem całość jest już warta, tyle, co teren, czyli prawie nic. Dom wymaga generalnego remontu. Jak każdy niezamieszkany dom, dom opuszczony, niekochany, dom, oplatany coraz gęstszą roślinnością, dom, na którego pięknych niegdyś tarasach leżą porozwalane, przegniłe meble i materace.
Widok nadal jest piękny: szeroka dolina z rozrzuconymi tam i sam miasteczkami, jak zwykle na szczytach wzgórz, by stamtąd bronić się przeciwko częstym inwazjom Saracenów.
Ten widok przez kilka lat, przez małe okienka poddasza, zastępował nam telewizor.
I nigdy się nie znudził.
4.
Oto, dlaczego warto być dobrym i pozostawiać po sobie dobre wspomnienia.
Oto piękno, oto kolory życia dobrych ludzi.
Coś, czego szajka nigdy nie zazna.
Nie bądź w szajce. Nie głosuj na szajkę. Bądź dobry. Bądź kochany.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Główny pac Vallinfredy

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pomnik poległych w wojnach 1914-1918 i 1939 – 1945. W obu na początkach Królestwo Włoch nie było po właściwej stronie. Mimo to przed pomnikiem poległych mieszkańców Vallinfredy znajduje się herb panującej dynastii sabaudzkiej, która miała zły udział we wpędzaniu Włoch w wojny i to po złej stronie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Bar kierowany przez Serenę, koleżankę z klasy naszej Córki. Nieco w prawo, niewidoczny na zdjęciu, dom naszego przyjaciela, b. burmistrza Vallinfredy Sergio. Sergio, rok po naszych przenosinach bliżej Rzymu, doznał rozległego wylewu i przez trzy lata walczył o życie w szpitalu, a potem poddawał się wieloletniej rehabilitacji. On i jego żona, kochana Rossella, jakże oni wszyscy ucieszyli się na nasz widok!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Widoki zawsze mieliśmy wspaniałe!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to zarośnięta furtka do poddasza, które było kiedyś NASZYM DOMEM. Co za smutek!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Drzwi wejściowe na półprzegniłe, dachówka, niegdyś czerwona, wyblakła, cement między dachówkami mocno się kruszy… Pewnie woda leje się do środka. Może dałoby się go jeszcze uratować?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Piękne tarasy służą za składowisko śmieci, droga dojazdowa już prawie nie istnieje, zarośnięta. Widzieliśmy jedno okno wyłamane, pewnie w środku intruzi też spowodowali spustoszenie. Bardzo nas te widoki przygnębiły.


11 lat temu
WAKACJE - INSTRUKCJA OBSŁUGI - CZ. III
Pobyt nad wodą też bywa wyczerpujący. Marzysz sobie przez 10 miesięcy polskiej zimy: „jak to będzie miło usiąść latem na brzegu, popatrzeć, jak z wolna przepływające chmurki odbijają się w wód błękicie”… Rzeczywistość lubi jednak odbiegać od marzeń.
Po pierwsze komary, Cholera by je wzięła, ale na szczęście jest środek na „a” i parę innych. I to nic, że głównym ich składnikiem jest DDT. Dzieci i tak nie wiedzą, co to jest, więc nie protestują. A starzy, jak ja, pamiętają, jak im w szkole głowy DDT posypywano, cobyśmy wszy nie złapali, więc się mniej boją, bo przecież jakośmy przeżyli. A że się klei i śmierdzi – trudno; komary gorsze.
Potem muchy. Te się nawet środka na „a” nie boją. Pająki podobno się boją, ale jest ich tyle, że te, które przeżyją kontakt z DDT i tak ci wlezą w miejsca, co nawet nie wiedziałeś, że je masz.
Ale to nic, w porównaniu z miłośnikami sportów wodnych.
Po pierwsze nie ma sportów wodnych bez wódki, a co innego jak się samemu pije, a co innego, jak się musi na trzeźwo w nachlanym towarzystwie obracać.
Po drugie, pal licho żaglówki z nachlanymi załogami, ale są warczące i chlapiące motorówki! Jednak i motorówka wyda ci się czystą rozkoszą, gdy pojawią się one: skutery wodne. To one, z potomkami polskich Kmiciców i ukraińskich atamanów są w stanie zepsuć ci wymarzone wakacje. Wypełnią ciszę rykiem silników, rozkołyszą spokojny akwen falami, zdolnymi wywrócić do góry stępką nie tylko kajaki, ale i nawet pomniejsze żaglówki.
Na skuterach wodnych siedzi młodzież zamożna. Przyholowali je swoimi garbatymi beemkami, wyprodukowanymi w Monachium specjalnie dla nich. Właściwie to Bayerische Motor Werke powinien dodawać taki skuter wodny do każdej X-6-tki; i tak są nierozłączne. A dobrze sytuowana młodzież to panowie świata. Wszystko im wolno, zawsze i wszędzie. Poznałem dwóch takich na śniadaniu.
Pan w pumpach z napisem „adidas” głośnio siorbał przy sąsiednim stole. Towarzyszył mu inny pan: zjadłszy, co nagrabił z bufetu starannie otarł sobie pąsowe usta rękawem kurteczki z napisem „reebok”. Obaj panowie przybyli zza wschodniej granicy i bynajmniej nie uważają, że tu ruina. Zaraz po śniadaniu biegną po swoje wodne skutery; i w kółeczko, aż do kolacji: raz w jedną, raz w drugą. Jak najbliżej brzegu, bo jazda na skuterze wodnym, to przyjemność, ale dopiero jak cię z brzegu widzą i zazdroszczą.
Wypłoszony, porzuciłem brzeg i leżak na brzegu i udałem się na spływ kajakowy. Zasadniczo było przyjemnie, gdyby nie dwie rzeczy: 1. łabędzie: tatuś-łabędź każdy kajak uważa za zagrożenie dla swojej łabędzicy, a zwłaszcza dla swoich łabędziątek, więc się trzeba wiosłem nauczyć robić jak rapierem; oraz trzciny i tataraki, coraz słabiej przy brzegach widoczne zza pływających w tej rezerwie naturalnej – a to denkiem, a to szyjką do góry – butelek po piwie. Reszta jest OK, a na dodatek na zakończenie człowiek wie o wiele więcej o swoim aparacie mięśniowym niż wiedział nim wypłynął.
Ale wszystkie uciążliwości znikają, gdy do mola przybędzie ławica żaglówek, a z nich wysypie się setka 16-18-latków. I latek oczywiście też. Są piękni i szczęśliwi i tobie, starcze, to ich szczęście przez szybę klimatyzowanego pokoju też się udziela. Właściwie taki widok powinien przyprawiać o melancholię: że to już nie dla mnie, nie dla nas, że było, minęło i se e vrati, ale jednak nie. Zwłaszcza, że dzieciaki są fajne, mają jakieś takie namioty, co to potrząsną trzymanym w ręku krążkiem i już stoi. Nie chleją, nie ryczą, grzecznie stoją w kolejce do mycia zębów. Rozpalą ognisko, pośpiewają… Chłód nocy im nie straszny w puchowych śpiworach…
Nie zapytałem tylko na kogo będą głosować. Lepiej nie wiedzieć i zasypiać z myślą, że to fajnie zostawiać Polskę w ich rękach.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.



Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga