DRUGI OBIEG
Wtorek, 28 lipca 2026

1.

Michele Serra ma rację: fanatyzm nie ma myśli.
https://www.repubblica.it/politica/2026/07/27/news/bruno_guerri_michele_serra_populismo_social-425494668/?ref=RHLF-BG-P3-S1-T1-s2363
Nie kocham piłki nożnej, bo według tych, którzy ją kochają, jej drużyna ma zawsze rację, przeciwna zawsze się myli, a sędzia jest rogaczem, kiedy im wygodnie. Z tego samego powodu dawno przestałem pisać do gazet, bo – zarówno prawicowe, jak i lewicowe – są one rzecznikami własnych partii politycznych, a te bardziej zrównoważone nie chcą niespodzianek ze strony tych, którzy dziś mówią jedno lewicowe, a jutro drugie prawicowe. Myślę o Pasolinim, który właśnie ze względu na swoją upartą niezdolność do przynależności do jednej ze stron, jest wciąż tak potrzebny.
Lubię Massimo Cacciariego, bo nigdy nie wiadomo, co powie. Od dziś trochę też lubię Michele Serrę za jego wczorajszy artykuł pt. „Nieznośny hałas partyjnictwa”, wspaniały przykład literatury obywatelskiej. „Ani jedna postać prawicowa nie powiedziała, że jubiler Roggero [który zabił z nimną krwią dwóch okradających go złodziei, a co dostał 14 lat więzienia i teraz prawica włoska i Elon Musi go bronią – D.O.] – napisał Serra –z jego nieproporcjonalną i stale usprawiedliwianą morderczą reakcją nie jest bohaterem, lecz podwójnym mordercą”.
Pomogę ci od razu, drogi Michele, jeśli uważasz mnie za prawicowca: Roggero został potraktowany z łaską przez wymiar sprawiedliwości, z łagodnym wyrokiem dla tych, którzy strzelają uciekającym mężczyznom w plecy, aby ich zabić. Bohater na odwrót, idealny dla Vannacciego [b. generał, obecnie lider skrajnie prawicowej, promoskiewskiej partii – D.O.]. Mam nadzieję, że mściciel odsiedzi swój wyrok w więzieniu i nie daj Boże, żebyśmy prędzej czy później znaleźli go w parlamencie, krzyczącego, że zrobi to ponownie, i to dobrowolnie.
Fanatyzm sportowy prowadzi do postrzegania kibiców przeciwnej drużyny jako wrogów, z którymi należy walczyć, a nawet posunąć się do konfrontacji. Fanatyzm religijny zagraża pokojowemu współistnieniu i wolności osób o odmiennych przekonaniach. Fanatyzm polityczny prowadzi do konfliktów społecznych i braku rozwiązania, ponieważ odrzuca dialog i debatę. Szkody potęgują ci sami ludzie, którzy powinni je rozwiązać: politycy. Jeśli wielcy szefowie przynajmniej przedstawią swoje niedopuszczalnie stronnicze stanowiska, ci biedni, dobrze opłacani ludzie, którzy chętnie – przez wyznaczone trzydzieści sekund – dzielą się swoimi wyuczonymi na pamięć prawdami, znajdują się na dnie otchłani.
„Walczą o Ideę, mimo że jej nie mają” – powiedział Flaiano: z dumą zaglądają do sali obrad (Izba powinna robić więcej) i radośnie recytują „tweety”, nie wstydząc się znaczenia tego słowa: „ćwierkanie”. Polityka sprowadzona do ubóstwa mediów społecznościowych nie służy ludziom; to ten ciężar ich pogrąża. Ale partyjna ortodoksja wymaga absolutnego konformizmu. Każdy, kto próbuje powiedzieć: „Przeciwnik ma w tej sprawie słuszny argument”, jest natychmiast usuwany z kierownictwa i linczowany w mediach społecznościowych. Dążenie do konsensusu stworzyło klasę rządzącą, złożoną z podwładnych, którzy panicznie boją się wątpliwości.
Kultura, prawdziwa kultura, rozwija się na wątpliwościach, a nie na niezłomnych pewnikach. Nieumiejętność dostrzeżenia racji innych jest w gruncie rzeczy brakiem odwagi i głęboką ignorancją. Ignoruje fakt, że przeciętny Włoch wcale nie jest głupi, a słuchanie dwóch „przedstawicieli ludu” dążących do bezpośredniej konfrontacji prowadzi do przekonania, że to konflikt interesów ukryty pod maską idei politycznej.
Choć zgadzam się z diagnozą, drogi Serra, uśmiecham się na widok twojego zdumienia. To kolejny szlachetny lament kulturalnego postępowca, który odkrywa, za każdym razem z naiwnym zaskoczeniem, że polityka stała się spektaklem dla funkcjonalnych analfabetów.
To nie jest wpadka: politycy nie mówią niczego zaskakującego, ponieważ zaskoczenie wymaga namysłu, a namysł nie generuje natychmiastowych lajków. Dziś polityka nie prowadzi ludzi, lecz podąża za nimi w dół. Masz zatem rację, mówiąc o populizmie, który zachowuje się „dziko i chamsko”, by uchodzić za popularny. Nic nie jest bardziej arystokratyczne – w najwyższym tego słowa znaczeniu – niż obrona ludzi przed samoponiżeniem.
W rzeczywistości ten kraj nigdy nie wyróżniał się swoją zniuansowaną klasą rządzącą. Najpierw faszyzm, a powojenne starcie ideologii przyzwyczaiło Włochów do wiwatowania, a nie do myślenia. Przynajmniej w Pierwszej Republice byli ludzie o głębokiej kulturze. Myślę o postaciach takich jak Alcide De Gasperi, Palmiro Togliatti, Giorgio Almirante, Aldo Moro, którzy pomimo radykalnego dystansu byli zdolni do zrozumienia racji innych, ponieważ posiadali głęboką kulturę historyczną, która czyniła ich silnymi. Wiedzieli, że historia składa się z tez i antytez. Konformizm prowokacji za wszelką cenę (Vannacci cytujący Serrę) jest lustrzanym odbiciem konformizmu poprawności politycznej pewnej lewicy: są to dwa oblicza tego samego mentalnego lenistwa.
Kiedy żądamy niuansów, żądamy niemożliwego od biurokratów dążących do konsensusu. Rzeczywistość jest złożona, a polityka boi się złożoności, ponieważ wymaga ona badań, a badania – oprócz tego, że są męczące – odbierają czas propagandzie. Nie oczekujmy, że klasa polityczna zmieni kurs; jedynym ratunkiem pozostaje jednostka, która uparcie nie chce dołączyć do żadnej grupy zwolenników. Musimy zacząć uczyć historii, estetyki i wątpliwości na nowo. Tyle że wątpliwości nie zdobywają głosów. Uznanie wartości przeciwnika, nawet jeśli tylko jednego z jego pomysłów, jest postrzegane jako zdrada plemienia.
Prawica skrywa się za siłą, lewica za moralną wyższością. Pęknięcie w tej konfrontacji złamałoby wszelką obronę, a wtedy potrzebne byłyby konkretne odpowiedzi, konkretne fakty; nie miałoby już znaczenia, kto wygrałby bezpośrednie starcie. Zamiast tego, lepiej i łatwiej jest zignorować konkretne fakty, niż dowartościować przeciwnika. Rezultatem jest amputacja rzeczywistości: każdy trzyma się swojej półprawdy, a kraj pozostaje sparaliżowany.
Najlepsze odpowiedzi na złożone problemy zawsze wynikają z pokonywania barykad, czego uczy nas XX wiek. Kiedy D'Annunzio przemawiał zarówno do nacjonalistów, jak i rewolucyjnych syndykalistów, nie szukał kompromisu, lecz wyższej syntezy. Dopóki lewica i prawica będą szukać potworów poza sobą, redukując złożoność naszej historii do walki między „oficjalnie uczciwymi ludźmi” a „zawodowymi przestępcami”, pozostaną więźniami własnych duchów.
„Czy będziemy musieli tęsknić za chadekami”, jak żartują w kręgach towarzyskich przy kieliszku szampana i preclu? Tak, tęsknić będziemy. Nie za chadekami, ale za centrum, miejscem, gdzie idee i opinie mogły się spotykać, dyskutować i znajdować rozwiązania uwzględniające wszystkie argumenty, o ile to możliwe. Polityka dwóch biegunów, choć korzystna dla stabilności rządu, zabiła szare strefy, ogromną gamę odcieni między czernią a bielą, gdzie osiąga się zrównoważone myślenie i działania, które łączą, a nie dzielą. A jeśli ci, którzy noszą moje nazwisko – którzy przez dziesięciolecia z nawiązką szanowali zwrot nomen omen – liczą na równowagę i jedność, możecie pozwolić sobie na chwilę zwątpienia.


2.

https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,32933829,wroclaw-dwojka-ukraincow-pobita-i-skopana-przez-trzech-miesniakow.html
(tam też video)
Para Ukraińców została zaatakowana w niedzielny wieczór przy ul. Okulickiego we Wrocławiu. Powodem miał być wschodni akcent i zwrócenie uwagi trójce dobrze zbudowanych mężczyzn, że wepchali się do kolejki w sklepie.
Zdarzenie nagrał telefonem brat pobitej dziewczyny.
Wszystko wydarzyło się około godziny 19 w niedzielę 26 lipca. Na nagraniu, które trwa minutę i dwadzieścia jeden sekund, widzimy kobietę i mężczyznę przy czarnym oplu. To Nastia i jej chłopak Maksym. Podchodzi do nich trzech mężczyzn. Rzucają się na Maksyma. Pierwszy idzie dobrze zbudowany mężczyzna z krótką brodą w ciemnej koszulce i bandażu na lewej nodze.
To właśnie on - według świadków, którzy oglądali film w internecie – ma być zawodnikiem związanym z federacją, organizującą walki na gołe pięści. Tę wersję potwierdziliśmy również w innym źródle, związanym ze światem sportu. 
Za domniemanym bokserem na Maksyma rzuca się dwóch innych mężczyzn. Słychać dźwięk paralizatora. Nastia próbuje bronić narzeczonego. Słychać jej dramatyczny krzyk: "za co". Sprawcy mieli odpowiedzieć, że powodem jest ukraiński akcent. Rzekomy sportowiec z całej siły uderza kobietę pięścią i wraca do okładania leżącego już na ziemi mężczyznę w białej koszulce.
Maksym zasłania się rękami. Cały czas dostaje ciosy. Napastnik w pomarańczowych spodenkach i żółtej koszulce dwa razy kopie go w głowę. Na koniec również rzekomy sportowiec kopie w głowę leżącego mężczyznę.
Zaraz potem trzej mężczyźni odchodzą. Ten w żółtej koszulce wsiada za kierownicę zielonego sportowego auta. Na miejsce pasażera wsiada kobieta z psem, która przyglądała się całemu zdarzeniu. Rzekomy sportowiec i trzeci z napastników spokojnie odchodzą. (…)
Brat pobitej dziewczyny napisał później na facebooku: "siostra dostała parę razy w twarz, ma rozdarte ucho, została uderzona paralizatorem, była cała zalana krwią. Maks ma podejrzenie na wstrząśnięcie mózgu, ma rozbitą twarz i głowę. W tej chwili jesteśmy na SORze, udzielają im pomocy". Ten wpis ukazał się późnym wieczorem. Mama Nastii udostępniła krótkie nagranie ze szpitala. Dziewczyna ma ranę na szyi, wygląda jak od ostrego narzędzia. 


3.

https://tvn24.pl/wroclaw/wroclaw-mezczyzni-podejrzewani-o-pobicie-ukraincow-zatrzymani-st9161482
"Polscy funkcjonariusze zatrzymali dwie osoby podejrzane o wczorajszy atak na obywateli Ukrainy we Wrocławiu. Trzeci podejrzany jest poszukiwany" - przekazał konsulat Ukrainy we Wrocławiu
"Zatrzymani byli już wcześniej wielokrotnie notowani za różnego rodzaju czyny zabronione. Policjanci nadal intensywnie pracują nad sprawą, aby wyjaśnić wszystkie okoliczności tego skandalicznego zdarzenia i zatrzymać pozostałych sprawców" – napisała wrocławska policja na swoim profilu na Facebooku.


4.

Co zrobić: pełno jest sqrvysynów wśród Polaków.
https://wyborcza.biz/biznes/7,159911,32930843,coraz-gorsze-nastroje-ukraincow-w-polsce-co-piaty-potrzebuje.html
Teoretycznie coraz stabilniejsze warunki pracy i coraz lepsze zarobki powinny przekładać się na poprawę samopoczucia Ukraińców. Jest zupełnie na odwrót. Nastroje są dziś gorsze niż jeszcze w 2024 roku.
Coraz więcej Ukraińców aktywnie stara się o uzyskanie polskiego obywatelstwa. Dziś ma je tylko 3,5 proc. z nich, ale już co czwarty obywatel Ukrainy w Polsce podejmuje działania na rzecz stania się pełnoprawnym obywatelem w świetle prawa. Kolejne 25 proc. planuje zrobić to w przyszłości.
Co ciekawe, chęć zdobycia polskiego obywatelstwa najczęściej deklarowali (w 28 proc. przypadków) Ukraińcy, którzy nie mają dzieci. … Niezbyt przychylni temu pomysłowi byli też Ukraińcy mieszkający w Łodzi. Tam aż 40 proc. Ukraińców nie myśli o polskim obywatelstwie, co jest najwyższym odsetkiem w kraju. Tak wynika z najnowszego badania Ośrodka Badań nad Migracjami, którego autorem jest Jeremy Caldeira "Ukraińcy w Polsce 2026".
Dużą przepaść widać też między wsiami a miastami. Migranci, którzy znaleźli dom na polskiej wsi, częściej chcą jak najszybciej zyskać status obywatela RP (deklaruje tak 36 proc. z nich), niż ci, którzy mieszkają w miastach (24 proc.).
Ponad cztery lata po wybuchu pełnoskalowej wojny większość Ukraińców nadal żyje w Polsce na podstawie tzw. statusu UKR, czyli specjalnej formy prawnej przygotowanej przez polski rząd jeszcze w 2022 roku. … Dziś, choć politycy coraz bardziej ograniczają przepisy pomocowe (przypomnijmy, że osoby ze statusem UKR nie mają już np. prawa do 800 plus na dzieci, jeśli nie udowodnią, że pracują) nadal blisko 60 proc. Ukraińców przebywa w Polsce legalnie właśnie dzięki temu statusowi. …
Po raz kolejny potwierdziło się to, co wiemy od dawna - ich poziom aktywności zawodowej jest bardzo wysoki (według omawianego badania wynosi 83 proc.). Ale co ważniejsze, pracują też na coraz korzystniejszych warunkach.
Już ponad połowa (52,3 proc.) Ukraińców zatrudniona jest w oparciu o umowę o pracę. Dzięki temu pracy nie stracą z dnia na dzień, odprowadzają składki na emeryturę czy ubezpieczenie społeczne, a w razie sytuacji losowych, np. wypadku, mogą iść na płatne L4.
Na mniej stabilnej - ale przynajmniej oskładkowanej - umowie zlecenie pracuje jednak nadal częściej niż co czwarty Ukrainiec (27,6 proc.). Co dziesiąty (11 proc.) jest zatrudniony na B2B lub prowadzi własną działalność gospodarczą.
Dziś jednak nadal aż 40 proc. z nich zarabia mniej niż 5 tys. zł brutto, co każe przypuszczać, że spora grupa Ukraińców otrzymuje pensję w okolicach płacy minimalnej (ta wynosi w 2026 roku 4,8 tys. zł brutto). Wciąż też są osoby (ok. 7 proc.), którym na życie musi wystarczyć dochód poniżej 2 tys. zł.
Bardzo wyraźnie widać dysproporcje między zarobkami mężczyzn i kobiet. Blisko co czwarty (24,9 proc.) Ukrainiec zarabia ponad 9,5 tys. zł brutto. Ale wśród kobiet na taką stawkę może liczyć tylko 13,4 proc. pracowniczek.
Tendencja odwraca się, gdy w grę wchodzą pensje w okolicach płacy minimalnej. W sumie ponad 46 proc. kobiet zarabia poniżej 5 tys. zł brutto. Wśród mężczyzn ten odsetek wynosi 31,6 proc.

Ukraińcy w coraz gorszych nastrojach. Tęsknią za domem
Nie za dobrze wyglądają jednak dane o zadowoleniu z życia Ukraińców mieszkających w Polsce. Owszem, 40 proc. z nich deklaruje, że przynosi im ono satysfakcję, ale deklaracje te obarczone są niepewnością.
Jeszcze bardziej martwiący jest fakt, że nawet wątłe deklaracje zadowolenia pojawiają się w 2026 roku rzadziej niż jeszcze przed dwoma laty. Gdy o to samo zapytano Ukraińców w 2024 roku aż o 10 punktów procentowych częściej deklarowali zadowolenie z życia. W sumie równo połowa ankietowanych przyznała wtedy, że sprawia im ono satysfakcję.
Cieniem na samopoczucie chroniących się w Polsce przed wojną Ukraińców kładzie się tęsknota za domem. Zadeklarowało ją prawie 80 proc. badanych. Jak zauważają autorzy raportu, to może pogłębiać dolegliwości związane ze zdrowiem psychicznym, które i tak jest dla uchodźców wyzwaniem. Co piąty Ukrainiec deklaruje potrzebę wsparcia psychicznego. Częściej niż co dziesiąty (12 proc.) - emocjonalnego.
To - jak zauważa autor badania - stoi w sprzeczności z wiedzą ze wcześniejszych badań. Zwykle stabilizowanie się sytuacji zawodowej przekłada się na lepsze samopoczucie. Ukraińcy w Polsce, choć są w coraz lepszej sytuacji ekonomicznej, czują się coraz gorzej.


5.

Ukraiński startup przeprowadza walkę rakietową w głąb Rosji
Fire Point produkuje miesięcznie 100 pocisków dalekiego zasięgu i tysiące dronów, co ma kluczowe znaczenie dla zdolności Kijowa do przeprowadzania uderzeń na duże odległości – mówi dyrektor generalna Iryna Terech
https://www.theguardian.com/world/2026/jul/27/fire-point-ukraine-cruise-missiles-russia
Wiodąca firma zbrojeniowa w Rosji produkuje miesięcznie około 100 pocisków manewrujących dalekiego zasięgu Flamingo, co pozwala na przeprowadzenie długotrwałej kampanii uderzeniowej na cele oddalone o setki mil w głąb Rosji.
Fire Point produkuje również bezzałogowe samoloty FP-1 i FP-2 w tempie „setek dziennie”, jak podaje prezes Iryna Terech. Produkcja na dużą skalę jest wznawiana po przerwie spowodowanej opóźnieniem w zatwierdzeniu 90 mld euro pożyczki UE dla Ukrainy.
Rozwój startupu od momentu jego powojennego powstania w 2022 r. jest dowodem szybkiego dojrzewania rodzimego przemysłu zbrojeniowego na Ukrainie, który w końcu zapewnił jej siłom zbrojnym zdolności dalekiego zasięgu, odmówione im przez Zachód na wcześniejszym etapie konfliktu.
„Nie mam informacji o żadnym głębokim ataku uderzeniowym, który miał miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy i nie dotyczyłby naszych produktów” – powiedziała Terech. Ataki rakietowe i dronów z użyciem amunicji Fire Point miały miejsce „średnio od pięciu do piętnastu dziennie”.
Pociski rakietowe Flamingo, które mogą przenosić 1150 kg materiałów wybuchowych, co pozwala na przebicie betonowych ścian, zostały użyte w czerwcu w ataku na rosyjską fabrykę podzespołów wojskowych w Czeboksarach, ponad 600 mil od Charkowa, na północnym wschodzie Ukrainy.
Jak powiedziała Terech, ich rzeczywisty dystans lotu należał do „najdłuższych odnotowanych w historii misji pocisków manewrujących”, wynosząc około 1800 km (1118 mil) ze względu na złożoność toru lotu. Każdy Flamingo kosztuje nieco poniżej 600 000 dolarów, powiedział dyrektor generalny, czyli jest tańszy niż amerykański Tomahawk, którego cena wynosi około 3,5 miliona dolarów.
W szczególności lżejsze drony FP-1, o zasięgu ponad 1600 km, są używane do ataków na słabiej bronione rosyjskie rafinerie ropy naftowej w ramach kampanii, która doprowadziła do zmniejszenia ich produkcji o 20% i powstania długich kolejek na stacjach benzynowych. Kosztują od 55 000 do 75 000 dolarów, dodała Terech.
Fire Point działa obecnie w 83 fabrykach na Ukrainie oraz jednej w Danii, zatrudniając 6000 osób, w porównaniu z 3500 pod koniec ubiegłego roku, jak podaje Terech. W grudniu ubiegłego roku „Guardian” odwiedził jeden z zakładów produkcyjnych, gdzie kilkudziesięciu mężczyzn montowało konstrukcje ze sklejki, plastiku i włókna węglowego w całe drony.
„To, co teraz widzimy, jest efektem wieloletnich wysiłków strony ukraińskiej” – powiedział Ben Hodges, były generał dowodzący armią amerykańską w Europie. „Oni nie tylko potrafią precyzyjnie dotrzeć w głąb Rosji i ominąć rosyjską obronę przeciwlotniczą, ale ich broń przenosi również ładunek wystarczająco duży, aby osiągnąć cel”.
Rezultatem jest ewolucja w trwającej od dawna wojnie, w której Ukraina coraz bardziej ogranicza zdolność Rosji do przeprowadzania śmiercionośnych ataków dalekiego zasięgu. Każdego miesiąca Rosja produkuje do 70 pocisków manewrujących Ch-101 odpalanych z powietrza, 25 Kalibrów odpalanych z morza, według ukraińskich szacunków, a także kolejne 60 pocisków balistycznych Iskander M.
Fire Point pracuje również nad pierwszymi ukraińskimi rakietami balistycznymi. Terekh ma nadzieję, że pierwsze próby zostaną zrealizowane do końca roku.
Wariant krótkiego zasięgu FP-7 stanie się podstawą odrębnej inicjatywy Freyja, międzynarodowego przedsięwzięcia mającego na celu stworzenie alternatywnego systemu obrony powietrznej dla amerykańskiego Patriota, w które zaangażowana jest Ukraina i dziewięć innych krajów europejskich. Fire Point wyprodukuje wyrzutnie i pociski przechwytujące, a docelowy koszt jednego pocisku wyniesie 1 mln dolarów.
„Uwielbiamy Patriota” – powiedział Terekh, dodając jednak, że globalna produkcja jest daleka od obecnego poziomu popytu. Tylko systemy Patriot są w stanie powstrzymać rosyjskie pociski balistyczne przed uderzeniem w Kijów i inne miejsca, ale ukraińskie zapasy są na wyczerpaniu.
„Cała światowa produkcja pocisków Pac-3 wynosi około 600-700 pocisków rocznie; dokładnie tyle pocisków Patriot zużywano na Bliskim Wschodzie w ciągu dwóch tygodni” – dodała. Obecnie istnieje nadzieja, że technologia ta zostanie przetestowana już w lipcu przyszłego roku.

Fire Point jest w dużej mierze własnością jego założyciela, biznesmena Denysa Shtilermana. Chociaż Shtilerman prowadził rozmowy o sprzedaży udziałów Timurowi Mindichowi, przyjacielowi i byłemu partnerowi biznesowemu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, oskarżonego w zeszłym roku o prowadzenie procederu korupcyjnego w sektorze energetycznym, założyciel twierdzi, że nie doszło do żadnej transakcji.
Terekh, który studiował architekturę, zanim dołączył do Fire Point latem 2023 r., kiedy firma zatrudniała 18 osób, powiedział, że firma jest przykładem tego, jak rosyjska inwazja pilnie zmusiła Ukrainę – niegdyś serce radzieckiego przemysłu – do modernizacji i regeneracji.
„Ukraina, w powojennej gospodarce, będzie musiała być eksporterem towarów o wysokiej wartości dodanej. Nie chcemy już być spichlerzem dla świata” – powiedział Terech, nawiązując do historycznej siły Ukrainy w rolnictwie. Na razie jednak, z powodu wymogów wojny, broń Fire Point nie jest eksportowana.


5.

Milei oskarża rząd Luli o promowanie kampanii antyargentyńskiej.
https://www.gazetadopovo.com.br/mundo/milei-acusa-governo-lula-de-promover-campanha-anti-argentina/
Prezydent Argentyny Javier Milei po raz kolejny skrytykował rząd Luiza Inácio Luli da Silvy (PT), dzień po tym, jak podczas krajowej konwencji Partii Pracy w São Paulo nazwał lidera Partii Pracy „więźniem” i „złodziejem” , co oficjalnie zainaugurowało kandydaturę senatora Flávio Bolsonaro na prezydenta republiki.


6.

Brazylia odwołuje ambasadora z Argentyny po tym, jak Milei skrytykował Lulę i Moraesa.
W przemówieniu na konwencji PL prezydent Argentyny nazwał Lulę „przestępcą”, a Moraesa „łysym śmieciem”.
https://www.cnnbrasil.com.br/blogs/luciana-taddeo/internacional/brasil-chama-embaixador-na-argentina-apos-criticas-de-milei-a-lula-e-moraes/
========
Javier Milei, to taki faszystowski poyeb w stylu Mentzena, słusznie nazywany „El Loco” — „Wariat”. Niestety i w Argentynie, i w Polsce ludzie z łatwością godną lepszej sprawy dają się uwieść niebezpiecznym wariatom. A przecież to są oczywiste poyeby!


7.

https://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,32930231,leszek-miller-od-moskiewskiej-pozyczki-do-ruskiej-onucy.html#s=S.MT-K.C-B.1-L.1.duzy
Prezydent Nawrocki, odbierając Zełenskiemu Order Orła Białego, spełnił po prostu postulaty Leszka Millera. Którego mentorem w tych sprawach był Wiktor Janukowycz.
– Na mieście plotkują, że skrajnie antyukraińskie wypowiedzi Leszka Millera wiążą się z samobójczą śmiercią jego syna – zdradza mi wieloletni znajomy polityka Jan Ordyński, publicysta i wiceprezes Towarzystwa Dziennikarskiego. – On uważa, że ukraińska synowa…
– Chodzi o żonę Leszka juniora, z którą ten przed samobójstwem się rozwiódł po licznych awanturach.
– …wpędziła mu jedynaka w depresję.
– Bzdura – kwituje Miller, były lider postkomunistycznej lewicy, premier, minister, poseł i europoseł. – Moje poglądy wynikają z wieloletnich przemyśleń i obserwacji. Głębiej zainteresowałem się sprawami ukraińskimi już w czasach Wiktora Janukowycza…
Pochodzący z Doniecka Janukowycz był w latach 2002-14 prorosyjskim premierem, a potem prezydentem Ukrainy. Został odsunięty od władzy po proeuropejskich protestach w Ukrainie i w 2014 r. uciekł do Rosji, gdzie w 2022 r. był prawdopodobnie szykowany na marionetkowego prezydenta Ukrainy.
– Wiele razy się z Janukowyczem spotykaliśmy, rozmawialiśmy o rosnącym ukraińskim nacjonalizmie, czyli nazizmie, którego przejawem był na przykład rosnący kult Bandery. Janukowycz był jego przeciwnikiem. Miałem słuszne, jak się potem okazało, przeświadczenie, że póki on jest u władzy, banderyzm nie zwycięży. Po jego obaleniu i wyjeździe do Rosji skierowałem w imieniu Sojuszu Lewicy Demokratycznej projekt uchwały sejmowej o zagrożeniu możliwym wzrostem ukraińskiego nacjonalizmu. Dokument został wyrzucony do kosza. Więc niech mi nikt dziś nie mówi, że zmieniłem punkt widzenia pod wpływem jakichś spraw osobistych. Od co najmniej dekady powtarzam to samo. I dobrze, że Zełenski nadał jednostce wojskowej imię bohaterów UPA, bo gdyby nie to, dalej wszyscy by udawali, że zagrożenia nie ma.
Tego typu wypowiedzi „bywszego premier-ministra Polszy" szeroko rozpowszechniają obecnie główne kremlowskie media: agencja TASS, tabloid „Argumenty i Fakty", serwisy Gazeta.ru, Life.ru i inne. Cytuje go rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji Maria Zacharowa.
– No i co z tego? Wolę być ruską onucą niż banderowskim pampersem – stwierdził Miller pod koniec czerwca w Radiu ZET. …
– O ty cholerny trepie! Chyba nie wiesz, co mówisz! – złości się Zbigniew Bujak, działacz podziemia w PRL, były polityk Unii Pracy i Unii Wolności, potem współtwórca Obywatelskiego Komitetu Solidarności z Ukrainą. Za dziecka biegał po tych samych żyrardowskich podwórkach co Miller, chodził też do tej samej szkoły. – Ukraińcy zaraz będą mieli szwedzkie samoloty Gripen i jeszcze faktycznie nam zwrócą te stare, posowieckie MiG-i, które im posłaliśmy. To byłaby katastrofa we wzajemnych stosunkach. Miller kompletnie nie rozumie, że Kijów walczy o bezpieczeństwo Polski i Europy. …
Latem 1989 roku było to jednak towarzystwo bez przyszłości: najważniejszym zadaniem Millera okazało się przygotowanie ostatniego zjazdu, podczas którego partia została rozwiązana.
Jej miejsce i liczony w setkach miliardów ówczesnych złotych majątek – między innymi trzy tysiące budynków w centrach miast, ośrodki wypoczynkowe od Bałtyku po Tatry i koncern Prasa-Książka-Ruch – przejęła nowo założona Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej. W tej kierowanej przez Aleksandra Kwaśniewskiego partii Miller został sekretarzem generalnym, a potem przewodniczącym.
W kraju trwało tymczasem uwłaszczanie dawnej nomenklatury. Działacze schyłkowej PZPR i nowo narodzonej SdRP stworzyli setki nowych spółek: Agencję Gospodarczą, Gravicot, Servicus, Universal, Transakcję i inne. …
Te przekształcenia – a także odprawy dla 20-tysięcznego aparatu administracyjnego PZPR, utrzymanie dziennika „Trybuna" i wsparcie dla tygodnika „NIE" Jerzego Urbana – też wymagały finansowania. Z początkiem roku 1990 Rakowski, ostatni pierwszy sekretarz PZPR, odebrał ponad milion dolarów pożyczki od sowieckiej bezpieki – KGB (średnia polska pensja wynosiła wtedy kilkadziesiąt dolarów). Z ujawnionych w 2022 roku przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę dokumentów wynika, że w listopadzie tego samego roku Miller osobiście zwrócił połowę długu Władimirowi Silwestrowowi, oficerowi KGB, pod przykrywką. Zwrot miał nastąpić w służbowym mieszkaniu radcy ambasady sowieckiej, faktycznie innego szpiega KGB – Władimira Ałganowa. Co się stało z drugą połową – nie wiadomo. Miller jej raczej nie przywłaszczył.
Sprawę moskiewskiej pożyczki ujawnili w listopadzie 1991 roku dziennikarze z Rosji – był to czas, kiedy kwitła tam głasnost. Centroprawica w Polsce zyskała potwierdzenie, że postkomuniści są nadal ruską ekspozyturą. W samej SdRP oburzyli się na Millera przyszły premier Józef Oleksy i poseł Włodzimierz Cimoszewicz. Ten drugi po wyborach z 1991 roku zażądał, aby Miller wstrzymał się od ślubowania poselskiego, póki nie wyjaśni: co z kasą? Jako przewodniczący klubu lewicy w Sejmie zagroził nawet własną rezygnacją ze stanowiska. Miller nie wyjaśnił niczego, ślubowanie złożył, po czym Cimoszewicz faktycznie zrezygnował. „Wyborczej" powiedział, że przyjęte przez Rakowskiego i Millera „ogromne pieniądze, które zniknęły, obciążają konto lewicy".
W roku 1992 prokuratura wszczęła w sprawie pożyczki śledztwo, które po zwycięstwie postkomunistów w wyborach parlamentarnych 1993 roku zostało umorzone.

– Tyle lat już minęło, może mi pan zdradzi, jak to naprawdę było… – proponuję Millerowi.

– Rakowski, który był autorem pomysłu, by pożyczyć pieniądze, poprosił o nie Michaiła Gorbaczowa...
– Ostatniego genseka Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego.
– …obaj z Rakowskim baliśmy się bowiem, że nie pokryjemy należnych odpraw tysiącom pracowników aparatu. Okazało się jednak, że PZPR ma dewizy ze składek członków partii za granicą. Dlatego część pożyczki zwróciliśmy.
Natomiast to, że ja rzekomo osobiście oddawałem gotówkę kagiebistom w mieszkaniu Ałganowa… jest całkowicie zmyślone.
Niemniej jednak pod hasłem „moskiewska pożyczka" w Wikipedii nadal można przeczytać, że „operację koordynowali Rakowski i Miller". A profesor Grzegorz Motyka, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego, mówi mi, że właśnie ze względu na opisane wydarzenia z 1990 roku były premier powinien powstrzymać obecne ataki na Ukrainę: – Bo za każdym razem, gdy wypowiada się na ten temat, przypomina o swojej roli w moskiewskiej pożyczce. Czyli o związkach z Kremlem.
– On był zawsze służalcem Moskwy, a potem Waszyngtonu – uważa Tomasz Piątek, niezależny dziennikarz śledczy, pisarz i tropiciel ruskich wpływów. – Brał pieniądze od pierwszych, później od drugich: konkretnie 15 milionów dolarów od CIA, którą wpuścił po 2002 roku do Polski, by sobie otworzyła tajne więzienia dla członków Al-Kaidy. … Po licznych publikacjach światowych mediów na ten temat Miller i Kwaśniewski niechętnie potwierdzili zawarty z CIA układ. Śledztwo w sprawie zostanie jednak umorzone za rządów PiS w 2022 roku.
„Mówiłeś beton, myślałeś Miller, obrońca obecności w Polsce armii sowieckiej, zajadły krytyk III RP" – napisze dekadę później w „Polityce" Marcin Meller. „Kiedy wchodził na sejmową mównicę, posłowie prawicy wychodzili z sali. Przed mikrofonem butny, w parlamentarnej restauracji omijany szerokim łukiem zarówno przez większość polityków, jak i dziennikarzy".
Nie ominęła go jednak reporterka „Wieczoru Wybrzeża" i magazynu „Ona" Marzena Domaros, która jako hrabina Anastazja Potocka kręciła się po Sejmie w roli rzekomej korespondentki francuskiego „Le Figaro", zaciągała pożyczki i romansowała. W wydanej w 1992 roku książce pamiętniku opisała ze szczegółami swoje stosunki seksualne z wicemarszałkiem Sejmu Andrzejem Kernem z Porozumienia Centrum oraz dwoma posłami SdRP: Aleksandrem Kwaśniewskim i Millerem. Wszyscy panowie byli w tym czasie żonaci i żaden nie zdementował rewelacji. Żona Leszka Millera zadeklarowała w rozmowie z Szewczykiem, że pamiętnika Domaros nie czytała: „Jeżeli bardzo się kocha męża, to nie chce się o tym myśleć i się po prostu wybacza. Ale jakaś zadra w mym sercu była". (…)
========
D.O. poleca cały artykuł. Dobre dziennikarstwo starej daty.


8.

https://bielskobiala.wyborcza.pl/bielskobiala/7,88025,32933752,radny-pis-upomnial-sie-o-wymazanych-po-wojnie-honorowych-obywateli.html
Przedwojenni honorowi obywatele Bielska i Białej, dwóch osobnych wtedy miast, zniknęli z oficjalnych wykazów. Radny PiS Paweł Korzondkowski domaga się przywrócenia pamięci o osobach, które zostały wyróżnione przed 1939 rokiem.
39-letni Paweł Korzondkowski, radny Prawa i Sprawiedliwości z Bielska-Białej, jest doktorem teologii. Prowadzi własną działalność gospodarczą związaną z poszukiwaniami genealogicznymi, skończył w tym kierunku podyplomowe studia na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jest także nauczycielem religii.
Złożył teraz interpelację, która - jak komentuje wielu mieszkańców - powinna była pojawić się już dawno. Upomina się w niej o honorowych obywateli Bielska i Białej, kiedyś osobnych miast. Nadano im tytuły przed 1 września 1939 roku, potem zostali "wymazani".
Wśród honorowych obywateli Bielska-Białej są Lech Wałęsa i Jan Paweł II
Radny przypomina, że na stronie internetowej Urzędu Miasta Bielska-Białej są wykazy honorowych obywateli oraz osób zasłużonych dla miasta. Pierwszą listę otwiera Edward Kuźma, który otrzymał tytuł honorowego obywatela pośmiertnie w 1961 roku. Wcześniej był sekretarzem prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Bielsku-Białej.
W sumie pomiędzy 1945 a 1989 rokiem ten tytuł otrzymało osiem osób, siedmiu z nich po latach tytuły odebrano - uchwałą radnych podjętą w styczniu 1991 roku.
Po 1989 roku wśród uhonorowanych znaleźli się m.in. Lech Wałęsa, Jan Paweł II, Tomasz Stańko, Jan Ptaszyn Wróblewski czy Hortz Weiss, radny Rady Miejskiej Wolsfburga, partnerskiego miasta Bielska-Białej, przewodniczący Towarzystwa Niemiecko-Polskiego w tym mieście.
Ale, jak przypomina Paweł Korzondkowski, tytuły honorowych obywateli nadawane były już wcześniej, przez Bielsko i Białą – do 1951 roku dwa osobne miasta. Radny przekonuje, że nazwiska tych osób powinny zostać wyeksponowane w przestrzeni ratusza oraz na stronie internetowej Urzędu Miasta Bielska-Białej. …
Bielsko-Biała to miasto o wielokulturowych i wieloreligijnych korzeniach. Przed wojną mieszkali tutaj Polacy, Niemcy i Żydzi. Pod koniec lat 30. minionego wieku prawie połowa jego mieszkańców deklarowała narodowość niemiecką. Bielsko przed wojną licznie zamieszkiwała też społeczność żydowska - w 1939 roku było to ponad 5 tys. osób, sporo Żydów mieszkało również w Białej. Trzecią dużą część Bielska-Białej stanowili Polacy.
Wielokulturowość miasta przerwała wojna. We wrześniu 1939 roku Niemcy zniszczyli synagogę w Bielsku.
Dorota Wiewióra, szefowa Bielskiej Gminy Wyznaniowej Żydowskiej, pochodzi z rodziny Schrajberów z Krakowa. Spośród ponad 70 jej krewnych wojnę przeżyli tylko jej tata i jego brat. Reszta osób zginęła. Podobny los spotkał wiele bielskich i bialskich rodzin. Ci, którzy przeżyli, wyjechali z miasta po 1968 roku.
Tragiczny los spotkał także miejscowych Niemców. Ci, którzy zostali, często przyjmowali polskie nazwiska, żeby nie rzucać się w oczy. Starsi mieszkańcy pamiętają, jak ewangelicy na swoich cmentarzach zamazywali czarną farbą niemieckie napisy na pomnikach, bojąc się, że na fali walki z niemczyzną zostaną usunięte.
- Znam 80-, 90-latków obawiających się przyznać do swojego niemieckiego pochodzenia, nie ze względu na siebie, ale na swoje wnuki i dzieci. W Bielsku-Białej podczas ostatniego spisu powszechnego niektórzy zaznaczali narodowość śląską, bo do niemieckiej nadal boją się przyznać, a nie czują, żeby byli narodowości polskiej - mówił w rozmowie z "Wyborczą" Łukasz Giertler, historyk i bielski Niemiec, wieloletni przewodniczący koła Mniejszości Niemieckiej w Bielsku-Białej.
Jak komentuje teraz Łukasz Giertler, po 1990 roku nastąpił wysyp tytułów honorowego obywatela Bielska-Białej. Ci, którzy budowali miasto, szczególnie w XIX wieku, zostali z listy wykreśleni. Na szczęście ich nazwiska nie zostały zapomniane. Listę uhonorowanych do 1939 roku stworzył nieżyjący już historyk, dr Jerzy Polak. To 23 nazwisk. Kompletnego zestawienia jednak nie ma, choć na podstawie różnych publikacji pewnie udałoby się je zrobić.
Kogo honorowali przedwojenni mieszkańcy Bielska i Białej? Honorowym Obywatelem Miasta Bielska był np. Michał Grażyński, doktor filozofii i prawa, wojewoda śląski w latach 1926-1939, politycznie związany z sanacją.
Gustaw Josephy (1855-1918), austriacki przedsiębiorca, wieloletni członek Rady Miasta Bielska, założyciel Związku Przemysłowców Bielska-Białej i Okolic oraz poseł na Sejm Krajowy w Opawie był honorowym obywatelem obu miast. To postać niejednoznaczna. Wielki przemysłowiec, który przyczynił się do rozwoju miasta, był wrogiem ruchu robotniczego oraz niemieckim nacjonalistą. Sprzeciwiał się tworzeniu polskich szkół w Bielsku i Białej.
Salomon Pollak (1840-1920) był przez 32 lata członkiem Rady Miasta Bielska, szefował też wydziałowi finansów. To jedna z najbardziej zasłużonych osób. Tylko dzięki jego pomocy miastu udało się zaciągnąć ogromny kredyt inwestycyjny m.in. na kanalizację i gazyfikację. Dużo dobrego zrobił także poza magistratem. Przez wiele lat był prezesem Gminy Wyznaniowej Żydowskiej. Działał w wielu komitetach, m.in. budowy teatru, hali gimnastycznej dla szkół średnich oraz szpitala. W 1908 roku z rąk Franciszka Józefa I otrzymał godność radcy cesarskiego. Dwa lata później radni Bielska w podziękowaniu za wkład w rozwój miasta przyznała mu tytuł honorowego obywatela. …
Historia wiele razy dzieliła mieszkańców regionu. Postać cesarza Franciszka Józefa I do dzisiaj na Śląsku Cieszyńskim cieszy się dużą sympatią. W 2006 roku władze Cieszyna przywróciły sali sesyjnej w miejscowym ratuszu, która uchodzi za jedną z najpiękniejszych w Polsce, wygląd sprzed wieku. Na ścianach zawieszono kopie starych portretów, które kiedyś tutaj wisiały, m.in. potężny portret Franciszka Józefa I z siwymi bokobrodami. Cesarz w 1906 roku osobiście otwierał cieszyńską salę. Powieszono także portret Marii Teresy.
- To wierny i autentyczny wygląd sali sprzed wieku. Można ją było odtworzyć na podstawie licznych fotografii. Sala jest teraz prawdziwą perełką historyczną. Marzyłam o tym jeszcze w latach 80., gdy prowadziłam jej pierwszą gruntowną renowację - mówiła wtedy Irena Kwaśny, cieszyńska radna i konserwatorka zabytków.
Zrobiła się burza, bo ówczesny burmistrz Bogdan Ficek zapowiedział, że portrety zostaną tylko do dnia, kiedy odbędą się główne obchody rocznicy. - W ich miejscu powinni pojawić się ci, którzy krzewili polskość na tej ziemi. Franciszek Józef jest wspominany z nostalgią, ale za czasów monarchii austriackiej za odezwanie się po polsku w urzędzie bito w twarz - mówił "Wyborczej" Ficek.


9.

https://wyborcza.biz/biznes/7,177151,32933761,polak-bez-ryby-z-rosji-zyc-nie-moze-czego-zabraklo-w-nowych.html
olska po raz pierwszy przyczyniła się do osłabienia unijnych sankcji wobec Rosji, sprzeciwiając się zakazowi importu ryb z Rosji. Mimo wybicia części zębów z nowych sankcji i tak mocno zabolą one Rosję.
W ramach kolejnego, 21. pakietu sankcji wobec Rosji, Unia Europejska planowała zakazać importu niektórych ryb z Rosji. … Zakaz ten miał objąć także Białoruś, aby uniemożliwić Rosjanom omijanie restrykcji za pomocą dostaw z kraju rządzonego przez Aleksandra Łukaszenkę. …
Muszę powiedzieć, że zanim objęłam to stanowisko, nie zdawałam sobie sprawy, że ryby są tak geopolityczne. Kwestia ryb jest czymś, co naprawdę poważnie hamuje wszelkie istotne procesy geopolityczne
- powiedziała w połowie lipca szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas, potwierdzając usunięcie zakazu importu ryb z 21. pakietu sankcji wobec Rosji.
Według medialnych doniesień zakazowi ryb z Rosji sprzeciwiły się Niemcy, Francja, Holandia, Portugalia i Polska.
Dlaczego Polska sprzeciwiła się takiemu zakazowi? - zapytała w zeszłym tygodniu Wyborcza.biz Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Do czasu publikacji tego tekstu odpowiedzi nie dostaliśmy. (…)


10.

https://wyborcza.biz/biznes/7,177151,32921124,eldorado-na-lotnisku-chopina-tak-rozdano-wejsciowki-vip-za.html
Rozdawane na imprezach karty VIP o wartości tysięcy złotych, brak nadzoru nad budżetem i sprzęt ratowniczy, który zamiast do Ukrainy trafił do okręgu wyborczego polityka PiS. Tak działało Biuro Komunikacji Polskich Portów Lotniczych (PPL) pod kierownictwem Anny Dermont.
Jest wieczór, impreza, tłum ludzi, a w nim dyrektorka biura komunikacji Polskich Portów Lotniczych (PPL) Anna Dermont dostrzega znajomego. Wita się i od słowa do słowa przekazuje mu kartę VIP na Lotnisko Chopina. Tak po prostu, w ramach "prezentu" ofiarowuje mu warty ok. 1600 zł wstęp do najbardziej prestiżowej strefy na lotnisku.
Wejściówka do strefy VIP to klucze do zupełnie innego świata. Zamiast standardowych procedur - stania w kolejkach, czekania na niewygodnych krzesłach, kanapek po 40 zł i transportu ciasnym autobusem - oczekiwanie na lot staje się wręcz przyjemnością.
Do strefy VIP prowadzi specjalne wydzielona droga. Po wejściu trzeba przejść standardową kontrolę, choć - jak czytamy w ofercie - "jest ona bardziej komfortowa i dyskretna". Do dyspozycji podróżnych są prywatne pokoje, gdzie można się zrelaksować. W tym czasie wyznaczeni pracownicy zajmują się odprawą i bagażem.
Na miejscu jest także bardzo szeroki wybór posiłków, od lekkich przekąsek po dania gorące, a także napoje alkoholowe i bezalkoholowe. Dodatkowo można zrobić zakupy w Baltona Duty Free ze specjalnym 20-proc. rabatem - wszystko bez opuszczania salonu, z dostawą do stolika w ciągu 30 minut. Gdy nadchodzi pora lotu, po VIP-a podjeżdża limuzyna BMW, która zawozi podróżnego pod samolot.
Jak już wspomnieliśmy, jednorazowo taka przyjemność kosztuje 1600 zł. Można wykupić sobie też kartę roczną w cenie 14 500 zł za 10 wejść albo 50 wejść za 56 000 zł. Mówimy więc o usłudze dla naprawdę elitarnego grona. I nie ma co ukrywać, żeby z niej skorzystać, najczęściej trzeba było być bardzo bogatym, albo... mieć dobre relacje z Anną Dermont. …
Anna Dermont dołączyła do PPL i została rzeczniczką prasową spółki oraz Lotniska Chopina w marcu 2022 roku. Prezesem był wtedy powiązany z Prawem i Sprawiedliwością Stanisław Wojtera. Stanowisko piastował do marca 2024 r. To za jego kadencji dyrektorka biura komunikacji miała pośredniczyć w przekazaniu specjalistycznych toreb medycznych do Ukrainy, które ostatecznie trafiły m.in. do strażaków z okręgu wyborczego Marcina Horały.

========
D.O. od dawna uważa, że lotniskiem na Okęciu rządzi wstrętna mafia, która ma na usługach m.in. policję, wyspecjalizowaną głównie w prześladowaniu kierowców przywożących lub odbierających swoich bliskich z lotniska, które nie przewidziało obecności samochodów. W środku tego slumsa, przynoszącego rozwijającej się Polsce wstyd – personel wyspecjalizowany w maksymalnym uprzykrzaniu życia podróżnym i obdzieraniu ich z ciężko zarobionych pieniędzy.


11.

Przemysł telewizyjny Opinia
Benedict Cumberbatch, Alan Cumming i Benedict Wong
Katastrofa telewizyjna i kinowa może mieć dramatyczne skutki dla tego, co oglądasz i co wiesz. Działaj teraz, aby temu zapobiec.
Fuzja Paramount i Warner Bros. toczy się w USA i Wielkiej Brytanii. Minister kultury Wielkiej Brytanii zna ryzyko i może interweniować. Powinna…
https://www.theguardian.com/commentisfree/ng-interactive/2026/jul/27/tv-cinema-paramount-warner-bros-merger-benedict-cumberbatch-alan-cumming-benedict-wong
Choć sprawa ta nie trafiła jeszcze na pierwsze strony gazet w Wielkiej Brytanii, warto wiedzieć o proponowanej fuzji Paramount i Warner Bros. Grozi ona wyrządzeniem ogromnej szkody brytyjskiej opinii publicznej. Jako aktorzy i osoby publiczne, którzy poświęcili swoje kariery artystyczne w Wielkiej Brytanii – pracując z brytyjskimi ekipami, na brytyjskich scenach i planach zdjęciowych – mamy obowiązek wobec społeczeństwa, które wspiera, cieszy się i konsumuje sztukę, którą tworzymy.
Wielkiej Brytanii grozi fuzja z udziałem mediów, która zaszkodziłaby naszym pracownikom, naszej kulturze i społeczeństwu – ale możemy ją powstrzymać. Lisa Nandy, sekretarz stanu ds. cyfryzacji, kultury, mediów i sportu, dodaje nam otuchy, wysyłając niedawno listy do Paramount Skydance i Warner Bros. Discovery, a także oświadczenie do parlamentu, w którym deklaruje, że „jest gotowa interweniować” w sprawie przejęcia Warner Bros. przez Paramount za 110 miliardów dolarów.
Ma rację, badając to poważne zagrożenie dla brytyjskiego interesu publicznego. I nie będzie działać sama. W tym miesiącu 12 stanów USA, na czele z Kalifornią, pozwało sąd federalny, domagając się zablokowania fuzji, ostrzegając, że spowoduje ona wzrost cen, zmniejszenie liczby produkowanych filmów i obniżenie jakości przekazu dla widzów. I właśnie odnieśli ważne zwycięstwo: w piątek Paramount zgodził się odroczyć fuzję do czasu rozprawy, która może potrwać miesiące. Stany te podjęły działania nawet po tym, jak Departament Sprawiedliwości stanu Waszyngton – pomimo doniesień o zastrzeżeniach pracowników – przegłosował umowę.
Ich pozew potwierdza zagrożenie; nie może jednak wykonać pracy za Wielką Brytanię. Amerykańskie sądy walczą na froncie antymonopolowym o rynki amerykańskie. Unia Europejska, która w zeszłym tygodniu warunkowo poparła fuzję, również podejmuje własne decyzje. Interes publiczny Wielkiej Brytanii, nasze media publiczne, pluralizm naszych wiadomości, pluralizm opinii, które słyszy brytyjska publiczność, mogą być bronione jedynie przez naszego sekretarza stanu i Urząd ds. Konkurencji i Rynków (Concurrence and Markets Authority).
Walka z tą fuzją toczy się teraz na dwóch frontach, a Nandy dowodzi jednym z nich. Jeśli jej departament zdecyduje się na interwencję, może to okazać się jedną z najważniejszych decyzji, jaką minister kultury podjął w odniesieniu do brytyjskiego filmu, telewizji i mediów od pokolenia.
Oto dlaczego. Poświęciliśmy całe życie pracując w tej branży. Wiemy, jak wygląda ona od środka: studia dźwiękowe w Leavesden, ekipy, które przemieszczają się od produkcji do produkcji, montażyści, operatorzy kamer i kostiumolodzy, których nazwiska przewijają się w napisach końcowych filmu. To nasi ukochani przyjaciele i koledzy, którzy tworzą programy, które wszyscy kochamy, którzy produkują wiadomości edukujące publiczność i filmują wydarzenia sportowe, które wspólnie oglądamy. Brytyjski film i telewizja to nie tylko obrazy na waszych ekranach; to życie i źródło utrzymania tysięcy pracowników i rodzin, których praca wspiera lokalne gospodarki. Branża ta zapewnia ponad 180.000 miejsc pracy, wygenerowała 6,8 mld funtów wydatków na produkcję w zeszłym roku i dodaje około 12 mld funtów rocznie do wartości naszej gospodarki. To jedna z rzeczy, które Wielka Brytania nadal robi lepiej niż prawie ktokolwiek inny, i dziedzictwo kulturowe, które musimy chronić.
Z rosnącym niepokojem obserwujemy, jak konsolidacja wpływa na zakres i głębię naszej twórczości: liczba niezależnych premier filmowych na czołowym festiwalu filmów niezależnych Sundance spadła o połowę między 2019 a 2025 rokiem. Nagradzane filmy dokumentalne – filmy, które zdobyły Oscary i zajmowały pierwsze miejsca w jury festiwali – miały trudności ze znalezieniem dystrybucji komercyjnej, ponieważ poruszały tematy, które pozostałym garstkom nabywców wydawały się niewygodne. Każda tego typu fuzja zawęża drogę, którą historie mogą dotrzeć do odbiorców.
Właśnie dlatego fuzja Paramount i WBD jest tak niebezpieczna. Dlatego interwencja Nandy i jej departamentu jest tak ważna.
Paramount proponuje przejęcie Warner Bros. Discovery w ramach jednego z największych w historii przejęć lewarowanych, obciążając połączoną firmę długiem szacowanym na 84 miliardy dolarów. Aby go obsłużyć, kierownictwo obiecało inwestorom około 6 miliardów dolarów oszczędności w ramach „synergii”. Mówiąc wprost, oznacza to zwolnienia, anulowane produkcje, mniej zlecanych filmów i mniej podejmowanego ryzyka.
Widzieliśmy to już wcześniej. Kiedy Discovery połączyło się z WarnerMedia w 2022 roku, odłożyło ukończone filmy na półkę i zwolniło tysiące pracowników; kiedy Skydance połączyło się z Paramount w zeszłym roku, zwolniło około 2000 osób. Teraz ci sami dyrektorzy składają tę samą obietnicę, a brytyjscy producenci, twórcy, utalentowani aktorzy i widzowie zapłacą, kiedy nadejdzie termin płatności.
Jednak kwestie związane z miejscami pracy leżą głównie w gestii Urzędu ds. Konkurencji i Rynków, którego analiza powinna zakończyć się pełnym dochodzeniem w fazie 2. Zadanie Departamentu Kultury, Mediów i Sportu sięga dalej: ma on ustalić, czy fuzja leży w interesie publicznym. Z całą pewnością nie. W swoim oświadczeniu skierowanym do brytyjskich parlamentarzystów Nandy wskazała na potrzebę zapewnienia wystarczającej różnorodności poglądów w mediach informacyjnych i wystarczającej różnorodności osób kontrolujących przedsiębiorstwa medialne. Podkreśliła również potencjalny wpływ na usługi streamingowe, ujednolicenie treści i telewizję dla dzieci. Ustawa o przedsiębiorstwach chroni coś, na czym wszyscy powinniśmy się skupić: kto decyduje, co oglądamy i co poznajemy.
Zastanów się, jak szeroki zakres działalności mogłaby posiadać ta jedna firma. Channel 5, jeden z naszych pięciu nadawców publicznych, który nadaje wieczorne wiadomości bez konieczności opłacania abonamentu. CNN International, którego jakość, dokładność, wiarygodność i bezstronność, według badań Ofcomu z 2018 roku, przewyższają oceny wszystkich innych telewizyjnych źródeł informacji. Archiwa wiadomości CNN i CBS – jedne z najważniejszych na świecie zbiorów wiadomości, zawierające ponad 4,25 mln filmów, zdjęć i multimediów obejmujących prawie pół wieku historii. Jeśli jeden właściciel, działający z pobudek komercyjnych, kontroluje dostęp do obu, kontroluje surowiec naszej pamięci historycznej.
Jeden właściciel kontrolujący tak dużą część wiadomości i prawdy zagraża opinii publicznej w sposób, w jaki nie czyni tego zwykła konsolidacja. Gdy osobni właściciele prowadzą oddzielne redakcje, historia uznana przez jednego za niewygodną może nadal dotrzeć do odbiorców za pośrednictwem innej. Połącz te redakcje w jedną firmę, a biznesowe obawy – lub polityczne długi – jednego zarządu decydują o tym, co zobaczą miliony ludzi, a o czym nigdy się nie dowiedzą.
I wiemy coś o intencjach tego konkretnego właściciela. Dyrektor generalny Paramount podobno obiecał Donaldowi Trumpowi, że wprowadzi „ radykalne zmiany” w CNN, jeśli umowa dojdzie do skutku. Kiedy nabywca najbardziej zaufanego międzynarodowego kanału informacyjnego na świecie składa politykowi obietnice redakcyjne, brytyjski sekretarz stanu ma prawo – a wręcz obowiązek – zadać pytania, zanim wyschnie atrament.
Nandy skrupulatnie zaznaczyła, że ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta. Dobrze. Ważne jest, aby poświęcić czas na podjęcie właściwych decyzji. Jednak argumenty za pełną interwencją w interesie publicznym, z Ofcomem oceniającym pluralizm i składającym raport, są przytłaczające.
Aktorom często powtarza się, żeby nie wdawali się w spory prawne. Rozumiemy ten instynkt. Ale spędziliśmy życie na wystarczającej liczbie brytyjskich planów filmowych, pracowaliśmy z wystarczającą liczbą brytyjskich ekip i obserwowaliśmy wystarczająco dużo znakomitych brytyjskich produkcji, które walczyły o znalezienie nabywcy, by wiedzieć, że to nie jest czyjś argument. To nasz. Nandy otworzyła drzwi do interwencji. Musi przez nią przejść, dla dobra wszystkich, którzy tworzą brytyjską telewizję i film – i wszystkich, którzy je oglądają. Jeśli tego nie zrobi, zostaniemy bez możliwości ochrony naszej branży i naszej kultury przed tą konsolidacją. Nie możemy ignorować interesu publicznego; musimy go bronić i zablokować tę fuzję.

Alan Cumming, Benedict Cumberbatch i Benedict Wong to aktorzy pracujący w Wielkiej Brytanii i Hollywood


12.

Czym zajmują się spadkobiercy największych dynastii samochodowych? Niektórzy mieszkają w ogrodach zoologicznych, a inni są ekspertami od Watykanu.
https://d.repubblica.it/urep/2026/07/26/news/giosue_boetto_cohen_dinastie_auto_storia_eredi-425488027/?ref=RHLM-BG-P28-S1-T1-mgzn
Następca założyciela Jaguara mieszka w angielskim warsztacie samochodowym, pan Opel w jednym z największych ogrodów zoologicznych w Niemczech. A córka pana Simca? Została pierwszą francuską korespondentką watykańską. Giosuè Boetto Cohen szukał po kolei krewnych pionierów przemysłu motoryzacyjnego.
Sir Williams Lyons był genialnym założycielem Jaguara, brytyjskiej marki, która wciąż prosperuje pomimo fuzji w 2008 roku z indyjskim gigantem Tata. Mieszkał na 200-akrowej posiadłości kilka kilometrów od Coventry i to z troski o zdrowie firmy, a nie o przyszłość swoich spadkobierców, sprzedał swoje dzieło British Motor Company w 1966 roku. Dziś jego wnuk, Michael Quinn, mieszka w skromnym domu i warsztacie w Wembley, po tym jak również pracował dla Jaguara, ale jako dealer. „A jednak niczego nie żałuje; jest zadowolony z godnego życia, jakie prowadzi” – wyjaśnia Giosuè Boetto Cohen, dziennikarz, którego książka „Le dinastie dell'auto” zgłębia losy potomków wielkich pionierów branży pojazdów czterokołowych.

- Jaki ma pan samochód?

„Uważam się za skromnego entuzjastę, ale tak naprawdę mam ich cztery. Jeden to, powiedzmy, muł rodzinny, niezbędny do codziennych obowiązków, bo mieszkam na wsi. Potem trzy klasyczne samochody. Land Rover z lat 60., prekursor wszystkich późniejszych pojazdów terenowych. Stary Peugeot 403 z 1957 roku zaprojektowany przez Pinifarinę, który pojawił się w tym samym roku co legendarny Citroën DS. Alfa Romeo Spider. Wspaniałe zabawki.”

- I mówi pan, że nie jest fanem.

Pomysł na książkę zrodził się podczas mojej pracy w RAI, gdzie napisałem książkę „La storia siamo noi”. Przez dziesięć lat przeprowadzałem wywiady z wielkimi konstruktorami nadwozi, od Pininfariny po Zagato. Od tego czasu nawiązałem współpracę z Muzeum Motoryzacji w Turynie i zacząłem pisać serię artykułów dla Quattroruote, gdzie po raz pierwszy zainteresowałem się losem spadkobierców historycznych marek. Bardziej na poziomie ludzkim, jak pokazuje ta książka, która kontynuuje i poszerza te badania.

- Jak pisze pan w posłowiu, odnalezienie linii rodowej było nie lada wyczynem.

Kiedy dzwonisz do Jaguara lub Land Rovera i prosisz o informacje, nie rozumieją, o czym mówisz. To firmy, które kultywują swoją historię poprzez słowa, a duma z przeszłości jest dla nich przede wszystkim narzędziem marketingowym. Z wyjątkami takimi jak Porsche i Mercedes, które mają niezwykłe muzea. We Włoszech i Francji jesteśmy w tyle; mam na myśli przypadek André Citroëna, wyjątkowego talentu inżynierskiego, któremu można by poświęcić trzy muzea. Krótko mówiąc, musiałem sam szukać kontaktów, spotykając się jedynie z nieufnością w oficjalnych kanałach.

- Warto było, odkrył Pan, że Gregor von Opel mieszka w jednym z największych ogrodów zoologicznych w Niemczech.

„Drugie co do wielkości zoo w Niemczech. Baron Gregor wiedział, że będę tym zachwycony i zaprosił mnie na kolację do restauracji w loży, w samym środku ogromnego parku, wśród ryków i niepokojących dźwięków, w rodzaju miniaturowego Serengeti tuż za Rüsselsheim. Jego ojciec, który był zapalonym myśliwym w Afryce, nagle doznał swoistej przemiany i to zapoczątkował. Został etologiem i zaczął importować nosorożce i żyrafy, aby chronić zagrożone gatunki. Zoo zatrudnia obecnie setki osób. Opelowie to jednak bogata dynastia; sprzedali firmę w 1929 roku, przed wielkim kryzysem, pobierając za nią złote marki i przez długi czas mieli dochód ze sprzedaży.”

- Rody szybko zużywają majątki.

„Bez wątpienia, ale bogactwa przeszłości były mniej zdumiewające niż te, którymi dysponowali niektórzy współcześni technokraci. A w każdym razie spadkobiercy wiedzą, jak sobie radzić nawet bez pełnych portfeli. Na przykład Caroline Pigozzi, córka Piemontczyka Teodora Pigozziego, który został Monsieur Simcą w Paryżu, stała się najsłynniejszą watykaniską we Francji”.

- Bogaci czy biedni, życie spadkobierców jest przejawem wielkiej godności.

Syn wynalazcy Land Rovera, po pracy jako nauczyciel, żyje szczęśliwie w małym, prowincjonalnym domu. Ostatni z wielkiej dynastii Bugatti z przełomu wieków wiąże koniec z końcem jako śmieciarz, podczas gdy jego przodkowie byli najzdolniejszymi i najodważniejszymi inżynierami tamtych czasów. Ale nie narzeka, tak jak spadkobiercy Volvo nie tęsknią za wygodami. Prawda jest taka, że wielcy pionierzy motoryzacji mieli bardzo silną etykę. Prawie wszyscy z nich sprzedali swoje firmy, aby zapewnić sobie rozwój i prosperowanie, myśląc bardziej o dobrobycie swoich pracowników niż o dzieciach i wnukach.

PROFIL Dziennikarz, pisarz, prezenter, reżyser i twórca programów telewizyjnych o tematyce kulturalnej, Giosuè Boetto Cohen, zdobył nagrodę Best in Classics za książkę „Młody Giorgetto. Jak zostać projektantem samochodów stulecia”, poświęconą Giugiaro. Jego najnowszym dziełem jest „Dynastie motoryzacyjne. Ojcowie motoryzacji opowiadani przez ich dzieci i wnuki”.


13.

Leon XIV kończy swój urlop w Castel Gandolfo i dziś wraca do Watykanu.
W sierpniu wznowiono przesłuchania i udał się do Asyżu i Rimini, ale już w środę wrócił do watykańskiej posiadłości na Wzgórzach Albańskich na koncert Bocellego, a 15 sierpnia
https://www.repubblica.it/cronaca/2026/07/27/news/leone_xiv_vacanze_castel_gandolfo_rientro_vaticano-425495287/?ref=RHLM-BG-P17-S1-T1-fdg13
Leon XIV powraca dziś do Rzymu po trzytygodniowych wakacjach w Castel Gandolfo, na wpół pustym Watykanie , w czasie gdy miasto przygotowuje się na kolejną falę upałów, a Kuria wciąż znajduje się w środku letniej przerwy.

Audiencje wznowione
Papież będzie stopniowo powracał do swoich obowiązków. Od 5 sierpnia wznowione zostaną środowe audiencje generalne, które będą odbywać się w Bazylice Świętego Piotra, ponieważ w Auli trwają prace remontowe oświetlenia.

Dwie wycieczki w sierpniu
Ponadto w tym miesiącu zaplanowano już dwa wyjazdy poza Rzym: 6 sierpnia do Asyżu na Franciszkańskie Spotkanie Młodzieży oraz 22 sierpnia do Rimini, aby wziąć udział w spotkaniu Comunione e Liberazione, a zaraz potem spotkać się z wiernymi z Romanii. Możliwe, że Papież odwiedzi również niektóre parafie rzymskie w sierpniu.

Francja, procesy, dyplomacja
Leone przejmie następnie nadzór nad różnymi dokumentami związanymi z nadchodzącymi zobowiązaniami. Obejmują one przygotowania do podróży do Francji (Paryż, Lourdes i Metz od 25 do 28 września) oraz szczyt w październiku z przewodniczącymi światowych konferencji episkopatów, aby omówić Amoris Laetitia, adhortację apostolską, w której papież Franciszek poruszył wrażliwe kwestie, takie jak pary de facto, komunia dla osób rozwiedzionych i żyjących w nowych związkach, a także, bardziej ogólnie, moralność seksualna. W nadchodzących miesiącach spodziewane jest zarówno zakończenie procesu kanonicznego przeciwko Marko Rupnikowi, artyście mozaik i byłemu jezuicie, oskarżonego o gwałt przez liczne kobiety, jak i wznowienie procesu dotyczącego sprzedaży budynku w centrum Londynu, w którym oskarżony jest kardynał Angelo Becciu . Nie zabraknie kontaktów dyplomatycznych i inicjatyw, w szczególności na rzecz promowania pokoju, od Bliskiego Wschodu po Ukrainę i Afrykę. Co więcej, niemało osób w Watykanie uważa, że wraz z powrotem Leon dokona także ważnych nominacji w Kurii Rzymskiej.

Powrót do Castel Gandolfo
Chociaż Prevost nie przestał całkowicie pracować podczas wakacji w watykańskiej posiadłości na Wzgórzach Albańskich, to teraz nie wrócił jeszcze całkowicie do swoich obowiązków. W przyszłą środę, 29 lipca, wróci do Castel Gandolfo na kilka godzin, aby wziąć udział w koncercie Andrei Bocellego, który z okazji 800. rocznicy śmierci św. Franciszka zaśpiewa „Pieśń Pokoju” z towarzyszeniem 170 młodych chórzystów. Leon ma spędzić tam kolejne trzy dni w okolicach ferii w połowie sierpnia, kiedy to ma odprawić mszę świętą w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

Z bratem Johnem
W Castel Gandolfo papieżowi towarzyszył brat Jan, by pomóc mu realizować postanowienie o uprawianiu sportów (pływanie, tenis i jazda konna). Kilkakrotnie wystąpił publicznie, na koncercie diecezji Albano oraz na lunchu zorganizowanym przez Borgo Laudato Si' dla 200 osób „w trudnej sytuacji społecznej”. Leone dwukrotnie wyjechał za miasto: 20 lipca na Monte Cassino, a dwa dni później do Vallepietra i Subiaco, gdzie odwiedził lokalne klasztory i sanktuaria. W niedzielę w południe przewodniczył modlitwie Anioł Pański na centralnym placu Castel Gandolfo, którą teraz odmówi z Pałacu Apostolskiego z widokiem na Plac Świętego Piotra.


14.

Krzykacze mile widziani: Klub Krzyku w Chicago pozwala ludziom „poddać się i puścić”
Mieszkańcy Chicago spotykają się, by wspólnie pokrzyczeć i pobudzić się do działania, ponieważ aktywność ta zyskuje popularność w całych Stanach Zjednoczonych
https://www.theguardian.com/us-news/2026/jul/27/chicago-scream-club-screaming

Ludzie spacerujący wzdłuż plaży North Avenue Beach, piaszczystego pasa nad jeziorem Michigan, w dzielnicy Lincoln Park w Chicago , w niedzielne wieczory mogą spodziewać się czegoś niezwykłego.
Dzieje się tak, ponieważ w cieplejszych miesiącach w Chicago odbywa się tam co tydzień spotkanie „Scream Club”, skupiającego społeczność liczącą do 300 osób lubiących krzyczeć nad wodą. Ta aktywność zdaje się rozprzestrzeniać na całe Stany Zjednoczone.
Założony w zeszłym roku przez parę Emanuela Hernandeza i Elenę Sobolevą, Chicago Scream Club stał się popularnym miejscem dla każdego, kto chce uwolnić się od stresu lub, w przynajmniej jednym przypadku, świętować ślub. Filmy online, na których ludzie stoją w kolejce i krzyczą do jeziora, dowodzą, że jest to popularna aktywność grupowa.
„Myślę, że wiele osób uważa, że krzyczenie samemu jest głupie. Więc kiedy mają pozwolenie od innych, krzyczenie razem z nimi, myślę, że po prostu dodaje im to pewności siebie” – powiedziała Hernandez, która pracuje jako praktyk oddechu, trenerka mężczyzn i trenerka fitness.
Krzyki, których nagrania stały się viralem w tym tygodniu w internecie, zaczęły się po kłótni Hernandeza i Sobolevej. Hernandez przeprowadził się do Chicago, aby być z Sobolevą, rezygnując z kariery aktora i trenera crossfitu. Jak powiedział Hernandez, para miała problemy z przyzwyczajeniem się do nowego trybu życia.
„Pewnego dnia spacerowaliśmy nad jeziorem i zapytałem: »Chcesz po prostu iść krzyczeć do jeziora?«. A ona odpowiedziała: »Wiesz, tak, ale co, gdyby w pobliżu byli ludzie?«” – wspominał 41-letni Hernandez.
„I mówię: »Po prostu zapytam ich, czy chcą do nas dołączyć«. I tak właśnie zrobiliśmy. Znaleźliśmy pomost, który wychodzi na tyle daleko w wodę, że gdyby ktoś był w pobliżu, nie byłby w stanie nas usłyszeć, ale byli tam ludzie. Więc po prostu zapytaliśmy ich: »Hej, patrzcie, zaraz wpadniemy z krzykiem do jeziora. Jeśli chcecie do nas dołączyć, to serdecznie zapraszamy«”.
41-letni Hernandez powiedział, że tamci ludzie odpowiedzieli: „Jasne, że tak” – i dołączyli do pary, krzycząc.
„Wtedy Elena i ja pomyśleliśmy: «Wow, to było naprawdę super! I myślę, że chyba powinniśmy coś z tym zrobić».”
Stworzyli plakat zachęcający do wspólnego krzyczenia, a z czasem, co tydzień, zaczęło pojawiać się coraz więcej osób. Para twierdzi, że w szóstym tygodniu było ich już ponad 300. Od tego czasu Hernandez i Soboleva rozszerzyli klub, organizując imprezy z krzyczeniem w takich miastach jak Austin, Phoenix i Waszyngton. Istnieje nawet strona internetowa Scream Club – choć nie jest ona związana z klubem Hernandeza i Sobolevej – gdzie ludzie mogą „krzyczeć razem z innymi przez internet”.
„Każdy ma zupełnie inny powód [dla którego przychodzi]. Niektórzy przychodzą, bo potrzebują uwolnić się od stresu, lęków i narastających emocji, ale są też tacy, którzy przychodzą, żeby świętować. Dwa tygodnie temu gościliśmy pannę młodą z przyjaciółkami, żeby wykrzyczeć swoje święto i świętować swój ślub w tej naprawdę wyjątkowej formie” – powiedziała Soboleva, konsultantka ds. brandingu dla firm prowadzonych przez kobiety, która przeniosła się z Rosji do Stanów Zjednoczonych w 2011 roku.
„Widzieliśmy ludzi w każdym wieku, wszystkich narodowości, z różnych środowisk. Są tacy, którzy płaczą, są tacy, którzy się załamują, wiecie, to wszystko to stłumione emocje, które tak długo w sobie trzymali”.
Para prowadzi uczestników przez sesję krzyku. Jak mówi 36-letnia Soboleva, wręczają każdemu „kawałek biodegradowalnego papieru”, na którym zachęca się uczestników do zapisania „czego chcą się pozbyć” lub jakie mają intencje. Następnie wrzucają papier do wody i krzyczą.
Soboleva powiedziała, że nie ma potrzeby specjalistycznego stroju ani sprzętu. „Po prostu czujcie się komfortowo” – dodała. Hernandez radziła, aby na początku krzyczeć cicho, a potem krzyczeć najgłośniej.
„Najważniejsza rada, jaką dałbym ludziom, brzmi: po prostu się nie bójcie. Po prostu poddajcie się i odpuśćcie. Krzyczenie to temat tabu, więc kiedy dajemy ludziom na to pozwolenie, to po prostu: po prostu się zgłoście” – powiedział.
„To jest najważniejsze. Nie tylko pokazujesz się dla siebie, ale także dla ludzi w swoim życiu, którzy cię kochają i chcą, żeby ci się dobrze powodziło”.


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga