DRUGI OBIEG
Niedziela, 2 sierpnia 2026
1.
3 lata temu
1.
Na polecenie pani Elżbiety Radziejewskiej D.O. zatankował samochód i pojechał
na drugi koniec Rzymu do „dzielnicy art nouveau”.
Dla Rzymian - Dzielnica Coppedè. Z akcentem na ostatnie „e”.
W rzeczywistości dzielnica nazywa się „Trieste” od znajdującego się w pobliżu
dużego Placu Triestu (który na dobre wrócił do Włoch po II Wojnie światowej
dopiero w 1954 roku!).
A zespół budynków określanych, jako „Dzielnica Coppedè to w rzeczywistości 18
budynków i 27 willi, rozmieszczonych wokół centralnego Piazza Mincio z
fontanną. Zwarta zabudowa to 4 czy 5 budowli, zależy jak liczyć, reszta
porozrzucana, to tam, to sam.
Zespół ten został nazwany dzielnicą przez tego samego architekta, Gino Coppedè,
florenckiego (z adopcji rzymskiego) architekta (1866 –1927).
Całość powstawała w latach 1915 – 1927, aż do śmierci architekta (z powodu
powikłań pooperacyjnych), więc z punktu widzenia stylistycznego, była w dużej
mierze anachronizmem.
Oczywiście, jeśli budowle te zaliczyć do art nouveau, ale dlaczegóżby nie,
jeśli architekt tego sobie życzył?
A ponieważ art. (cholerny microsofcie, przestań mi stawiać kropki po „art.” i
„al.”!!!) art nouveau we Włoszech nazywa się „Stile Liberty” (?!), to architekt
życzył sobie, by jego dzieła były określane jako ekspresja stylu Liberty
właśnie.
2.
People watching to pasjonujące zajęcie.
Zwłaszcza, kiedy jest upał.
Zwłaszcza, kiedy się siedzi przed otwartymi na oścież podwójnymi drzwiami nad
talerzem carbonary w Rigatoni Democratici.
People watching przeradza się w gapienie się na panie. Bo panowie są bardzo
przewidywalni w stawianiu czoła gorącu: szorty i polo. Czasem podkoszulka, w
tych szerokościach geograficznych koszulka gimnastyczna na ramiączkach
praktycznie nie występuje. Starsi panowie do szortów wkładają przewiewną
koszulkę z krótkimi rękawkami. Ale starsi panowie na taką temperaturę (ale jest
5 stopni chłodniej niż tydzień temu!) nie wychodzą. D.O. jest wyjątkiem, choć
stara się nie wystawiać się na słoneczko na dłużej niż 5 minut.
No i jedyna różnica to panowie z tatuażami i bez tatuaży. Ci ostatni w
egzemplarzach młodego pokolenia występują znacznie rzadziej.
Za to panie!
Ich sposoby rozbierania się są o wiele bardziej fantazyjne. Długie, zwiewne,
cieniusieńkie sukienki. Radko, ale są. Spodnie? A w życiu! Długich spodni,
nawet muślinowych szarawarów nie uświadczysz.
Szorty. No jasne, że szorty, ale gdyby nie młode damy, przeciętny samiec
gatunku homo sapiens nie zdawałby sobie sprawy z ich różnorodności.
Do połowy ud – te najrzadziej. Szorty – szorty – już częściej. Szorty krótsze z
przodu niż z tyłu – owszem. Szorty odsłaniające pośladki do połowy – te
występują najczęściej.
A i góry są szalenie zróżnicowane. Przeważają jakieś kombinacje wiązane,
odsłaniające ramiona, połowę pleców, całe plecy. To ostatnie ma podkategorię:
widać górę pośladków – nie widać góry pośladków.
Biustonoszom, generalnie, w te temperatury mówimy „nie”.
Ale są en vogue jakieś „topy”, które są jednocześnie i topami i biustonoszami:
te są zarezerwowane dla turystek z krajów katolickich i po trzydziestce.
Ale doświadczona kobieta nosi cieniutką bluzeczkę, w marszu roztańczoną z
wiadomych powodów.
Bo wszystkie pozostałe kombinacje najczęściej kończą się poważnymi
poparzeniami.
Widać to szczególnie u bladych Angielek czy Amerykanek z New England. Można
łatwo poznać, czy są pierwszy dzień w Rzymie, czy spędziły tu już trochę czasu.
Pierwszego dnia wyglądają jak serdelek dopiero co zdjęty z rusztu, drugiego,
solidnie podsmażone, idą po rozum do głowy i miast zastanawiać się, jak się tu
rozebrać, grubo nasmarowane maściami przeciw oparzelinom, zastanawiają się, jak
się tu ubrać.
No, ale pokoje hotelowe pełne są młodych dam, spędzających drugi, trzeci i
czwarty dzień swoich rzymskich wakacji, jęcząc i przytulając się do
klimatyzatora.
Osobna sprawa do buty: dla faceta sprawa prosta – mokasyny, najchętniej
materiałowe. Niech będą przewiewne sneakersy.
Dla kobiet nie ma reguł: od szpilek – ale te turystki wkładają tylko pierwszego
dnia po przyjeździe, potem kulejąc, z wyłamanym jednym lub dwoma obcasami,
wracają po rzymskich sanpietrini do hotelu szybko je zmieniać. Tenisówki dla
młodej damy, która, jak ze współczuciem mówi Żona D.O., „musi kusić”, to nie
honor. Więc jest tu wszystko: sandały – też nieprzydatne na bazaltowej,
nierównej kostce, koturny, buciory ogólnowojskowe (piękność musi być bez
względu na straty i cierpienia), półtrzewiki i trzewiki, w każdym dowolnym
kolorze.
Czasami, uprawiając people watching zza knajpianego stolika, nie widać butów
przechodzących dam. Jednak łatwo poznać, jakie noszą.
Jak? To proste: po minie!
Jeśli ma na twarzy błogość, to znaczy, że machnęła ręką na obowiązek kuszenia i
włożyła sneakersy na grubej podeszwie. Jeśli na twarzy maluje się głębokie
cierpienie – znaczy ma na sobie sandałki na cieniutkiej podeszwie.
Fotografując Coppede’.
Fontana delle Rane - Fontanna Żab na znajdującym się w centrum „dzielnicy”
Piazza Mincio.
Te dwa budynki po obu stronach łuku to „Pałace Ambasadorów”.
Onaż ci ona, od drugiej strony, z widoczkiem na willę Dobrych Wróżek (Villino
delle Fate)
Łuk wieńczący wejście do budynków całkowicie asymetrycznych, jest wierną
reprodukcją scenografii z filmu „Cabiria” z 1914 roku, co jest o tyle
niesamowite, że to na ogół scenografie filmowe naśladowały istniejące budowle,
a tu jest na odwrót.
Notabene, ta dzielnica inspirowała wyłącznie reżyserów tworzących horrory:
nakręcono ich tu co najmniej pięć.
Łuk od drugiej strony – jak widać kolory różne.
Patrząc w stronę Via di Tagliamento widoczek na kościół Santa Maria Addolorata,
czyli Bolesna jest.
Ze zwieńczenia łuku zwisa od stu lat wielki, kuty, żelazny żyrandol.
Między Pałacami Ambasadorów wiać fontannę i willę Dobrych Wróżek.
A to jest Pałac Pająka. Cierpiący na arachnofobię niech się nie zbliżają!
Jeszcze raz fontanna Żab i narożnik jednego z ramion Pałacu Ambasadorów.
Ten narożnik nijak ma się do reszty korpusu, ale za to właśnie kochamy Gino
Coppede’.
Malta? Mauretania?
Pozwólcie przedstawić sobie: „Il Villino delle fate”, czyli…
„Willa Dobrych Wróżek”.
Willa Cabiria
Taż sama willa przy Piazza Mincio i pani Serbka, która chodziła przed D.O. i
stawała mu przed obiektywem, ilekroć chciał zrobić zdjęcie. Towarzyszącego jej
pana Serba udało się umieścić poza kadrem, pani Serbki – nie.
Wejście do Willi Cabiria.
A to jest małe ekstra, w prezencie od D.O.
Ta ciupcia uliczka niedaleko Ministerstwa Marynarki Wojennej nad Tybrem,
reklamowana jest w przewodnikach jako „uliczka z londyńską zabudową”…
… Najprawdopodobniej przez kogoś, kto nigdy w Londynie nie był. Gdyby tak
wyglądał Londyn, to D.O. by Londyn lubił, a Londynu nie lubi ze względu na
koszmarną, przygnębiającą zabudowę, którą można podzielić na pretensjonalne i
pompatyczne domiszcza bez elementarnego gustu i psie budki z czerwonej cegły
dla klasy robotniczej. No i jeszcze Canary Warf, wyjątek o powyższej reguły.
People watching najlepiej jest uprawiać z tej pozycji
2.
4 lata temu
1.
D.O. miał bogate plany piśmiennicze, ale diabeł się sprzysiągł: wyjazdy,
niespodziewane robótki, a popołudnie i wieczór pod znakiem małej katastrofy.
Jest godzina 23, D.O. pada na pysk, więc swoich planów piśmienniczych nie
spełni.
Zaprasza na przechadzkę po centrum Rzymu, obrzydliwie turystyczną, niezbyt
oryginalną, ale to takie ponowne odkrywanie banalnych miejsc razem z małym
Londyńczykiem, który nigdy ich nie widział, zmusza do patrzenia na nie nowymi
oczami, powoduje nowe zachwyty i olśnienia.
To, proszę wycieczki, są dwa najważniejsze pałace władzy: na pierwszym planie
Palazzo Chigi, siedziba rządu, dalej, przylegający, Palazzo di Montecitorio,
siedziba Izby deputowanych. Za plecami Via del Corso i Galleria Alberto Sordi, przed oczami – fontanna
di Piazza Colonna. Zaraz po renowacji akweduktu Aqua Virgo, zakończonej
w 1570 roku, rozpoczęto prace nad podziemnymi rozgałęzieniami kanału, mającego
dotrzeć na teren starożytnego Campo Marzio, jednego z najludniejszych obszarów
Rzymu, a co za tym idzie planowano także budowę pewnej liczby fontann. Po
jednej na Piazza del Popolo i dwóch na końcach piazza Navona (fontanny
"Maura" i "Neptuna"), zamówionych przez papieża Grzegorza
XIII. W 1575 r., Giacomo Della Porta, zaprojektował również fontannę na Piazza
Colonna.
Jest zbudowana w dużej owalnej-ośmiokątnej marmurowej misie z zakrzywionymi
bokami. Pierwotnie cały kompleks, w skład którego wchodził również mały basen
centralny, opierał się na pięciu stopniach, po których nie ma już śladu ze
względu na podniesienie poziomu ulicy.
Piazza Colonna bierze swoją nazwę od niej” starożytnej kolumny Marka
Aureliusza, która ma drzwiczki, drzwiczki prowadzą do schodów wewnętrznych,
którymi można dotrzeć na szczyt kolumny, na tarasik ogrodzony żelazną barierką.
No, ale już od dawna turyści nie są tam wpuszczani.
W czasie przechadzki było ciepło, ciepło zmogło tego pana Araba, który
postanowił odpocząć w doniczce, a podczas odpoczynku rozmawiał video z jakimś
krewnym lub znajomym.
D.O. widywał już wygodniejsze leżanki, ale Bogiem a prawdą, widywał także mniej
wygodne.
Skoro mowa o fontannach, to ta to jest „Fontanna della Barcaccia” na Piazza di
Spagna, też zasilana przez akwedukt Acqua Vergine. W 1626 papież Urban VIII
zlecił Pietro Berniniemu stworzenie fontanny na placu pod kościołem Trinità dei
Monti (słynnych Schodów jeszcze nie było, więc fontanna stała na skraju skarpy.
Prace zakończono w 1629 roku, a Berniniemu pomagał jego słynny później syn Gian
Lorenzo, który prawdopodobnie ukończył prace po śmierci ojca. Niskie ciśnienie zmusiło
do umieszczenia dolnej niecki pod poziomem ulicy.
Barcaccia przyciąga tłumy różnorodne, a oko na nią nieustannie ma polizia
municipale. Bo ludziom takie idiotyzmy przychodzą do głowy!... Kilka lat temu
kibice Fejenoordu uszkodzili tę fontannę…
Czyż można nie pstryknąć sobie fotki z Barcaccią i Schodami Hiszpańskimi w tle?
Czyż można się nie napić z lodowatego zdroju, z Barcacci wypływającego?
Miejscowa roślinność
A to baardzo elegancki i baaaardzo drogi hotel na rogu very fancy Via del
Babbuino i Piazza del Popolo. Dostrzegają może P.T. Czytelnicy jego nazwę?
A ta górka to Pincio, jedno z siedmiu wzgórz Rzymu. Od Piazza del Popolo,
dzięki architektowi Giuseppe Valadierowi (1762 – 1839) ma tę uliczkę, którą się
można wspiąć do Viale Adamo Mickiewicz, poeta e patriota polacco, i dalej – do
zachodniej części Villi Borghese. D.O. z Pincio nadawał korespondencje nie raz
i nie dwa, jedną w noc sylwestrową na przełomie tysiącleci. Podczas łączenia
miejscowi oblali go obficie szampanem, potem, mokry, musiał wracać na skuterze
do domu, na mrozie i złapał zapalenie oskrzeli... Ach...
3.
10 lat temu
Tiaaaa… W latach 90 kilkanaście razy jechałem samochodem na trasie
Rzym-Warszawa-Rzym. Średnia 18 godzin z postojami na siusiu i jednym, godzinnym
na obiadek, oczywiście we Włoszech, bo gdzie może być lepiej. Warszawa –
Cieszyn – średnio 3,5 godziny.
Czy ja miałem wtedy lepsze samochody? No nie, gorsze! Czy wtedy drogi były
lepsze? No nie, gorsze! To dlaczego dziś do Zwardonia jechałem 7 godzin?
Różne były przyczyny, wypadki, pierwszy na „8-ce” przed Mszczonowem, kabina
ciężarówki w rowie, buda w poprzek. Deszcz. Roboty drogowe i wynikające stąd
korki. Circa milion policyjnych suk, powracających z Krakowa, to wyglądało jak
migająca niebiesko i srodze wyjąca inwazja. Boziu, ileż musiały te ŚDM
kosztować!?
Ale nawet i to nie uzasadnia takiego wyniku. Główna przyczyna to Polska w
ruinie. Głodujące sieroty i staruszkowie; wszyscy jak się okazuje mają
samochody i z nich energicznie korzystają.
Pani Marzenka nie byłaby sobą, gdyby mnie nie przeciągnęła po piaszczystej,
leśnej drodze gdzieś w głębokiej Styrii. Jest taki hotel, nazywa się Czervenka,
odkryty przez nasze ekipy, prowadzony przez parę miłych staruszków, leży
dokładnie w samym środku niczego, ale to kwadransik od wyjazdu z autostrady na
Graz i jest tak austriackie, że bardziej nie można, zielone pagórki, łany, aż
się czeka, że zza zakrętu wyjdzie Heidi, a Julie Andrews zaśpiewa Dźwięki
Muzyki. Jest tanio, połowę tego, co we Włoszech, a jedzonko zacne, choć, jak to
w Austrii, do wyboru jest głównie Schweinschnitzel albo Schweinschnitzel mit
kartofeln. Już tam mieszkałem i już mnie raz Marzenka prowadziła, ale tym razem
zdecydowała, że lepiej będzie od drugiej strony, więc las, żwir, piach i
wyżłobione przez deszczówkę poprzeczne kanały.
Ja zasadniczo na Czechów jestem obrażony i przez Czechię (tak się od dwóch
tygodni każą nazywać) nie jeżdżę, bo zawsze znajdą powód, żeby się do mnie
przyczepić i żądać łapówki. Każdy policjant zaczyna od postukania się palcem w
rękę i słów „privatno, privatno”. Ja privatno to ci mogę dać w nos, szujo
skorumpowana, ale zawsze moją walkę o praworządność i sprawiedliwość w Czechach
przegrywam, no, może raz wygrałem, kiedy „celni dopravka” chciała mi wlepić
mandat za to, że się winietka nie chciała do szyby przykleić. Winietka była
„Made in Czech Republik”, więc się nie przyklejała, a ja za to miałem płacić
mandat. No więc stanąłem, powiedziałem, że żadnego mandatu nie zapłacę, a w
każdej kolejnej kwestii, która do mnie mają mogą się zwrócić do konsulatu w
Pradze. Pogrozili mi strasznymi konsekwencjami, ale ponieważ niewzruszenie
tkwiłem w miejscu i mówiłem, że nie zapłacę, powtórzyli jeszcze parę razy
„privatno, privatno”, potem machnęli zrezygnowani ręką i pojechali nie żegnając
się nawet.
No, ale to musi mieć coś wspólnego z Habsburgami, bo pewien austriacki
policjant, wypatrywał samochodów z włoską rejestracją w człapiącej kolumnie,
zatrzymywał i żądał jakiejś horrendalnej sumy za rzekomo przekroczoną prędkość.
Tłumaczyłeś, że prędkość była w porządku, że jechałeś z setkami innych w tym
samym rytmie, zdecydowanie poniżej 50-tki, ale austriacki policjant swoje
wiedział, otwierał drzwi i bezceremonialnie wyciągał radio z samochodu (wtedy
tak się właśnie robiło, radio wyjmowało wychodząc, żeby nie ukradli, to tak,
gdybyście nie wiedzieli po co starym radiom samochodowym potrzebna była rączka
do transportu). Była właśnie jakaś wojna transportowa między Austrią a
Włochami, chodziło o „kwoty” ciężarówek, a obrywało się włoskim turystom. Takie
to było kiedyś przekraczanie granic. Przyzwoitości…
4.
3 lata temu
1.
Kim był archont, szanowny Czytelniku?
Był „władcą”, najwyższym urzędnikiem greckich polis.
A co było, kiedy nie było archonta?
Ano, drogi Czytelniku, była anarchia.
Dzisiaj anarchia to rodzaj ideologii, utopijnego systemu społecznego, w którym
tradycyjne instytucje powinny zostać zastąpione przez organizacje ochotnicze.
To, zdaniem anarchistów, jest bliższe naturze i gwarantuje, że żaden tyran nie
zacznie swojego ludu czy narodu uciskać. Gwarantuje indywidualizm, maksymalną
wolność jednostki. Oznacza społeczeństwo bez hierarchii. Nic nie jest
przymusowe.
Jedyne ograniczenia to te, które ograniczają wolność innych jednostek, ale to
już kwestia społecznej umowy w łonie społeczeństwa anarchistycznego.
2.
W tych dniach właśnie, w Saint-Imier w Szwajcarii, trwa światowy zjazd
anarchistów. Ludzi, uważających, że życie bez władzy jest przyjemniejsze niż
życie z władzą.
Saint-Imier to 5-tysięczna wieś w kantonie Berneńskim, na północny-zachód od
Jeziora Bodeńskiego. Wieś mała, ale ważna: tu produkuje się zegarki Longines,
słynne i drogie protezy dentystyczne Straumann, tu ma siedzibę federalny organ
certyfikujący chronometry.
Dlaczego właśnie tu zebrali się zwolennicy anarchii?
Dlatego, że to właśnie tu, w tej dolinie w latach 60. XIX wieku, zrodziła się
współczesna myśl anarchistyczna. Zrodziła i zakorzeniła dzięki stowarzyszeniom
robotników branży zegarmistrzowskiej, z definicji precyzyjnej. Dzięki nim i
dzięki wolności słowa, jaką cieszyła się Szwajcaria, gdy drogi anarchistów i
marksistów rozeszły się w 1872 roku, ci pierwsi wybrali Saint-Imier na
spotkanie i założyli anty-autorytarną Międzynarodówkę, uważaną za kolebkę
światowego ruchu anarchistycznego.
I teraz, by uczcić rocznicę tamtego wydarzenia, anarchiści z całego świata
zorganizowali sobie anty-autorytarne spotkanie w Saint-Imier. Potrwa od 19 do
23 lipca. Masz więc, Czytelniku, szansę dojechać i przeżyć niezapomniane
doświadczenie. Spodziewanych jest ponad cztery tysiące anarchistów z całego
świata. Będą setki różnego rodzaju warsztatów i pokazów, wspólne gotowanie,
kiermasz książki.
3.
Ale ty, Czytelniku, nie lubisz anarchii, boisz się jej, gotóweś ją zwalczać.
Marzysz zapewne w skrycie o rządach silnej ręki, drażnią cię parlamentarne
„jałowe” dyskusje i kłótnie „o niczym”, przeraża cię perspektywa decydowania o
sobie samy, życiu bez żadnej władzy bycia zdanym na samego siebie i ewentualnie
na dobrą wolę twojego najbliższego otoczenia.
„Błąd tkwi w słownictwie, w tonie propagandy państw narodowych, które
zaszczepiła ludziom w głowach przekonanie, że bez ich władzy zapanuje chaos”
–wyjaśnia anarchista Gian Piero de Bellis. „Jeden z filarów właściwie
rozumianej anarchii to umiejętność kierowania sobą i organizowania się”.
Pan de Ballis ma 73 lata, pochodzi z Mediolanu, w Oksfordzie pracował w kuchni
uniwersyteckiej i jako woźny w laboratoriach uczelni artystycznych, zyskał
imponujące wykształcenie, a na emeryturę obrał sobie właśnie Saint-Imier. Od
lat pracuje na 5-tomową antologią myśli anarchistycznej, cztery tomy już w
księgarniach, piąty będzie jesienią. Ma bibliotekę z 10 tysiącami książek
(nazywa ją „World Wide Wisdom”) o tematyce mniej lub bardziej poświęconej
systemom politycznym ze szczególnym uwzględnieniem anarchii. Kupił tutaj
budynki starej fabryki do zegarków z krokodylowej i pseudokrokodylowej skóry.
Cztery piętra już odrestaurował, goszczą anarchistów, którzy jednak mieszkają w
pobliskim eleganckim hotelu.
W swojej książce „Panarchy” rozwija koncepcję, sformułowaną w 1860 roku przez
belgijskiego botanika Paula Emile De Puydta. „Chodzi o to, aby każdy mógł
przyłączyć się do preferowanego przez siebie systemu państwowego, bez
jakiejkolwiek korespondencji między państwem a terytorium, trochę jak religie.
Dawno, dawno temu nie wyobrażano sobie, że różne wyznania mogą pokojowo
współistnieć, za wiele lat ktoś się uśmiechnie na myśl, że państwa toczą wojny,
by mieć wyłączną kontrolę nad terytorium” powiada.
Analogia z wolnością wyznania jest tu bardzo na miejscu, jeśli weźmiemy pod
uwagę, że górująca nad Saint-Imier góra Mont Soleil była przez wieki
schronieniem niemieckojęzycznych protestantów anabaptystycznych, podczas gdy
dolinę zamieszkiwali francuskojęzyczni katolicy. „To właśnie bliskość tych
społeczności stworzyła tło dla pokojowego współistnienia, które wciąż płynie w
żyłach tutejszych mieszkańców”.
4.
Chris Zumbrunn mieszka ze swoim partnerem i córką w domu na Mont Soleil,
zbudowanym na początku XX wieku dla budowniczego kolejki linowej, która wciąż
prowadzi z Saint-Imier na szczyt. W 2012 roku kupił go i przekształcił w La
Decentrale, miejsce otwarte na projekty inspirowane anarchizmem: „Zapraszamy i
gościmy ludzi i grupy. Główne tematy, którymi się zajmujemy, to edukacja i
alternatywne systemy ekonomiczne, media i projekty śledcze”.
Zumbrunn uważa, że ruch anarchistyczny musi budować organizacje równoległe do
istniejących mocarstw, negocjujące i współistniejące z nimi, nie wchodząc w
bezpośrednią konfrontację, ale wystarczająco silne, aby nie zostać zaatakowane
i stłumione: „Moje podejście nie jest ani reformistyczne, ani rewolucyjne.
Pracuję nad stworzeniem szerokich i odpornych alternatywnych systemów
organizacji” - mówi.
Przykładem tego jest projekt FairCoin, kryptowaluta stworzona przez lokalne
grupy anarchistyczne we współpracy z Katalończykami i Grekami. „Innym obszarem
zastosowania tej podwójnej władzy może być tworzenie i dystrybucja energii
poprzez spółdzielnie i społeczności sąsiedzkie”.
Stowarzyszenie Espace Noir przy centralnej ulicy Saint-Imier jest zorganizowane
w spółdzielnie: piętnaście osób zarządza nieruchomością, trzysta jest jej
właścicielami. Zostało stworzone przez grupę pracowników w 1984 roku – w środku
kryzysu zegarmistrzowskiego – jako kulturalne centrum o inspiracji
libertariańskiej.
Espace Noir jest tworem Federacji Jura, zrodzonej z kongresu w 1872 roku.
Przestrzeń jest otwarta na wiele inicjatyw: „Jednym z celów anarchii jest, aby
ludzie byli bohaterami własnej kultury, dlatego gościmy ruchy społeczne,
ekologiczne, feministyczne i robotnicze. Nie mamy hierarchii i podejmujemy
decyzje wspólnie”. I wszystko wydaje się działać: bar i księgarnia, sala
koncertowa i najmniejsze kino w Szwajcarii. Na balkonach tego centrum wiszą
portrety anarchistów, którzy polegli w Ukrainie w walce z Rosjanami. Ale
bywalcy chadzają także na grób jednego z założycieli ruchów anarchistycznych,
Michaiła Bakunina, znajdujący się w nieodległym Bernie.
Gian Piero De Bellis jest przekonany, że ruch anarchistyczny powinien wyjść z
logiki tajnej sekty. „W końcu Piotr Kropotkin był księciem i geografem, Michaił
Bakunin synem szlacheckich właścicieli ziemskich: to byli ludzie pewnego
kalibru. Anarchistami byli także Frank Lloyd Wrighti i Lew Tołstoj. Ale
anarchia niestety przyciągnęła również wiele niezadowolonych, wściekłych,
niedojrzałych osób. A w niektórych przypadkach propaganda państw, kojarząc to z
chaosem, odniosła taki sukces, że wpłynęła nawet na wyobraźnię samych
anarchistów. Jak napisał Bob Black, amerykański pisarz i filozof,
przedstawiciel anarchizmu postlewicowego, ‘czasami wydaje się, że największą
przeszkodą w realizacji anarchii są sami anarchiści’”. (wykorzystałem fragmenty
artykułu z ‘la Repubblica’)
5.
Skąd to zainteresowanie anarchią i anarchizmem?
Chyba stąd, że D.O. skrycie jest anarchistą albo z anarchistami (niektórymi)
sympatyzuje.
A bierze się to stąd, że w ciągu swojego długiego już życia żadnej władzy nie
polubił. Polityków, których szanował mógłby policzyć na palcach.
Znaczy, coś jest nie tak. Albo z D.O. albo z politykami i polityką. A stawiając
śmiałą hipotezę, że jednak z polityką, a nie z D.O., trzeba wyciągnąć wnioski
dość jednoznaczne: władza to zło. Rodzi żądze, instynkty, emocje, praktyki
jednoznacznie złe dla D.O. i dla społeczności, w których D.O. się obraca.
Ale D.O. nie lubi nie tylko władzy politycznej. Pierwszych nauczycieli, których
naprawdę szanował spotkał dopiero na studiach.
Wśród przełożonych D.O. w kraju i za granicą, też tylko niewielu wzbudziło u
D.O. pozytywne uczucia.
A jak to jest z tobą, Czytelniku?
Miałeś więcej niż D.O. szczęścia z polityką i politykami?
Z nauczycielami?
Z przełożonymi?
Z policjantami, celnikami, strażnikami granicznymi, szpiclami?
To taki nieformalna pieśń włoskich anarchistów, napisana przez Pietro Goriego w
styczniu 1895.
Pietro Gori, włoski anarchista, został oskarżony przez część prasy o inspirację
zabójstwa prezydenta Republiki Francuskiej Nicolasa Léonarda Sadi Carnota,
ponieważ był przyjacielem i obrońcą jego zabójcy Sante Caserio. Aby uniknąć
wyroku skazującego, Gori uciekł do Lugano. Tam uniknął zamachu w styczniu 1895
r. W tym samym miesiącu rząd szwajcarski zgodził się na aresztowanie Goriego i
siedemnastu innych uchodźców politycznych. Po piętnastu dniach przetrzymywania
grupa została przetransportowana do Bazylei i wydalona ze Szwajcarii. W
oczekiwaniu na deportację napisał tę piosenkę, która szybko zyskała
popularność, również dzięki publikacji w 1899 roku przez Carlo Frigerio „Il
Canzoniere dei Ribelli”, czyli Śpiewnika Rebeliantów.
Muzyka została zapożyczona z melodii popularnej toskańskiej piosenki „Addio a
San Remo bella”.
https://www.youtube.com/watch?v=S4ou1pNZPMs&list=RDS4ou1pNZPMs&start_radio=1
5.
8 lat temu
Sergio S., człowiek święty, bo swoją wiarę w katolicką wersję teologii przekuwa
na pomoc bliźnim, nauczył mnie szukania dobra we wszystkim.
- „Cerca sempre il lato
positivo delle cose” – powtarzał.
To powiedzenie weszło do naszego leksykonu rodzinnego, ale nie jesteśmy
święci, więc, w przeciwieństwie do Sergio S., nam nie zawsze udaje się znaleźć
stronę pozytywną.
Cóż może być na przykład coś pozytywnego w tym nieszczęściu, które obecnie
dotknęło ojczyznę?
………
………
………
………
Te kropki, to pauza na refleksję.
Hmmm….
Może być! Tak, to świetna lekcja wiedzy o społeczeństwie.
Kiedyś był taki przedmiot w szkole, nie wiem, czy teraz też.
Jeśli tak, to wielu mądrych Polaków chyba na nich nie uważało.
Z komentarzy zacnych ludzi przebija zaskoczenie, dezorientacja. Nie dlaczego
stało się to, co się stało, ale dlaczego większość społeczeństwa nie reaguje?
To zaskoczenie i ta dezorientacja są wynikiem braku wiedzy o społeczeństwie,
nieprawdaż?
Tak często można przeczytać opinie, że ludźmi niezbyt wykształconymi można
łatwo manipulować.
A ludzi wykształconych niedostateczna, czy, co gorsza, z gruntu fałszywa wiedza
o społeczeństwie dowodzi, że nimi manipulować jest równie łatwo.
Upijaliśmy się na przykład mitem Solidarności, a przecież wielu z nas bardzo
intensywnie przeżywało tamte dni, wielu świetnie pamięta, co wówczas robiło, co
myślało. A jednak... Na dodatek jest wiele rzetelnych rekonstrukcji tamtych dni
i grubym drukiem można przeczytać, że to Wałęsa przekształcił strajk o kiełbasę
w strajk o wolność, a prymas Wyszyński przez komunistyczną telewizję nawoływał
do zaprzestania protestu. My jednak trzymamy się mitu, nie prawdy historycznej.
Ogólnie dostępne są liczby uczestników Ruchu Oporu (ok. 300 tys. na ok. 35 mln
mieszkańców przedwojennej Rzeczypospolitej, mniej niż 1%) podczas II Wojny
Światowej, my żyjemy mitem, że wszyscy Polacy walczyli. Można dość dokładnie
określić liczbę uczestników Powstań w XIX wieku (ok. 200 tys. na ok. 15 mln.
mieszkańców trzech zaborów; 1,33% ca) i konstatacja jest równie przykra, nawet
jeśli pominie się to, co mówił Władysław Frasyniuk o tym, że „normalni ludzie”
zajmowali się gównie okradaniem trupów walczących o niepodległość szlachetnych
patriotów.
Nim się zatem zwróci pretensje do ludzi, przyjmujących tę kolejną narodową
tragedię z obojętnością, wypadałoby samemu odrobić lekcję.
Nim się przedstawi wizję wyjścia z tej sytuacji, należałoby uczciwie
odpowiedzieć na pytanie „kto nas w to wpakował”? Być może konstatacja, że to
ten sam człowiek, w którym widzicie nadzieję na powrót do normalności będzie
przykra, ale lekarstwa bardzo często bywają gorzkie.
Otto von Bismarck powiedział podobno: "Polacy są poetami w polityce i
politykami w poezji". Jeśli tek jest może czas to zmienić?
Artur Grottger, "Kucie kos" z cyklu "Polonia", 1863,
Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie
6.
9 lat temu
FRANCJA I POLSKA
Tu tragedia narodowa, tam operetka, a jak chciałbym, żeby w ten szczególny
dzień nie umknęło Państwu to niezwykłej wagi wydarzenie, jakie miało miejsce
wczoraj we Francji.
Podczas uroczystości upamiętniającej 75rocznicę Obławy Vel d’Hiv prezydent
Emmanuel Macron po raz pierwszy tak otwarcie, tak jednoznacznie, chciałoby się
powiedzieć tak bezlitośnie powiedział, że całkowitą odpowiedzialność za obławę
na francuskich Żydów z 16 i 17 lipca 1943 r. ponoszą Francuzi.
Tłumaczę: Vel’Hiv, to taki skrót od Velodrome de Hivier, krytego toru
kolarskiego, leżącego niegdyś w pobliżu wieży Eiffela. To tam 9000 policjantów
francuskich, (FRANCUSKICH!) zmasowało wyłapanych i aresztowanych ponad 13
tysięcy Żydów z aglomeracji paryskiej, w tym 5082 kobiety oraz 4051 dzieci.
Mieli do dyspozycji jeden kran z wodą, 5 toalet i żadnego jedzenia, poza małą
liczbą paczek, które udało się na welodrom dostarczyć Czerwonemu Krzyżowi.
Stamtąd wywieziono wszystkich do Auschwitz-Birkenau. Tyko 25 osób przeżyło.
Wszystkie 4051 dzieci pojmanych w obławie zostało zabitych.
Przez dziesięciolecia mówiono o tym półgębkiem, podkreślając inspirującą rolę
Niemców.
Po raz pierwszy wczoraj, w obecności premiera Izraela Beniamina Netanyahu,
głowa państwa francuskiego jasno powiedziała, że to wina Francuzów.
« Oui, je le redis ici, c’est bien la France qui organisa la rafle puis la
déportation et donc, pour presque tous, la mort »
„Tak, powtarzam to tutaj: to właśnie Francja zorganizowała obławę i deportację,
a zatem niemal dla wszystkich – śmierć”.
« les subtilités et les accommodements de ceux qui soutiennent que Vichy
n’était pas la France, l’idée que Vichy serait une parenthèse ouverte en 1940
et refermée en 1945 c’est commode mais c’est faux»
„Subtelności, i uspokajania tych, którzy utrzymują, że Vichy nie było Francją,
idee, że Vichy była nawiasem, otwartym w 1940 i zamkniętym w 1945 roku są
wygodne, ale fałszywe”.
7.
Van Gogh by oszalał.
8.
Timothy Garton Ash
Demokraci mają ostatnią szansę na powstrzymanie erozji demokracji w USA – i
zostało do tego mniej niż 100 dni
https://www.theguardian.com/commentisfree/2026/aug/01/democrats-donald-trump-us-midterms
W dobie ekstremalnych zjawisk pogodowych, stwierdzenie, że Stany Zjednoczone
potrzebują wielkiej klęski, wydaje się dziwne. Ale druzgocąca porażka
prezydenta Donalda Trumpa w listopadowych wyborach uzupełniających jest
dokładnie tym, czego potrzeba, aby kraj zaczął odwracać jego celową i szybką
erozję demokracji.
Szanowany Instytut Odmian Demokracji (V-Dem) na Uniwersytecie w Göteborgu
twierdzi, że w 2025 roku Stany Zjednoczone doświadczyły jednego z najszybszych
spadków liberalnej demokracji w historii. „Demokracja w USA”, jak czytamy w
Raporcie o Demokracji 2026, „jest obecnie najgorsza od 60 lat”. W związku z
obchodami 250. rocznicy powstania republiki imperialnej, zagrożenie, jakie
antyfederaliści, tacy jak Patrick Henry, dostrzegali u samych początków jej
ustroju konstytucyjnego – zagrożenie ze strony nadętego prezydenta
nadużywającego władzy wykonawczej, próbującego zostać nowym królem – jest teraz
bliższe niż kiedykolwiek wcześniej.
Analitycy V-Dem zauważają, że w 2025 roku Trump wydał nie mniej niż 225
dekretów wykonawczych, podczas gdy kontrolowany przez Republikanów Kongres
uchwalił zaledwie 49 ustaw, z których większość dotyczyła drobnych kwestii,
takich jak „Nowelizacja Kodeksu Podatkowego z 1986 roku w celu modyfikacji
zasad odraczania niektórych terminów z powodu katastrof”. Projekt 2025 Fundacji
Heritage, opracowany w celu promowania tzw. jednolitej teorii władzy
wykonawczej, jest, według własnego narzędzia monitorującego, w realizacji ponad
połowy – w czym pomagają orzeczenia Sądu Najwyższego.
Ważnym rozdziałem w podręczniku każdego potencjalnego autokraty jest ustawianie
kolejnych wyborów. Wygląda na to, że Trump również ciężko pracuje nad tymi.
Poza skandalicznym poziomem gerrymanderingu partyjnego (na który w niektórych
miejscach Demokraci reagują w podobny sposób), podejmowane są liczne próby
odmowy głosowania grupom, które chętniej głosują na Demokratów, czy to poprzez
ograniczanie głosowania korespondencyjnego, żądanie natychmiastowego okazania
dokumentu potwierdzającego obywatelstwo amerykańskie, czy też inne środki
prawne i proceduralne. Gdyby wynik wyborów 3 listopada był wyrównany w kilku
okręgach kongresowych, które mogłyby przesądzić o przejęciu kontroli nad Izbą
Reprezentantów, Trump i Republikanie zrobiliby wszystko, by zdyskwalifikować
lub wykluczyć zwycięzców Demokratów.
Stąd konieczność miażdżącego zwycięstwa. Jak pokazały Węgry tej wiosny, jeśli
powszechna niechęć do urzędującego prezydenta jest wystarczająco powszechna i
ukierunkowana na udział w głosowaniu, usuwa wszelkie przeszkody stawiane przez
potencjalnego autokratę – a przeszkody te, biorąc pod uwagę całość, były w
przypadku Węgier większe niż w tym przypadku. Wybory mogą nie być uczciwe; mogą
nawet nie być całkowicie wolne; ale wynik jest wciąż niezaprzeczalnie oczywisty
dla wszystkich.
Teraz, jeśli zapytasz, kto robi najwięcej, aby doprowadzić do miażdżącego
zwycięstwa nad Trumpem, odpowiedź jest jasna: Donald Trump. Po tym, jak
prowadził kampanię, opierając ją na podstawowych kwestiach dla przeciętnych
Amerykanów, połączenie jego taryf i wojny z wyboru na Bliskim Wschodzie
faktycznie zwiększyło koszty utrzymania - najbardziej widoczny wzrost cen
benzyny dla kierowców. Mówiąc delikatnie, nie ma oczywistej drogi do
zwycięskiego pokoju w wojnie z Iranem, która według oficjalnych danych
kosztowała 37,5 mld dolarów, a nowa administracja już wnioskowała o kolejne
67,1 mld dolarów na ten cel. Sprzeciw społeczeństwa wobec wojny zbliża się do
60% w sondażach opinii publicznej, podobnie jak wskaźnik dezaprobaty
prezydenta. Jawna korupcja jego reżimu przyczynia się do jego niepopularności.
Według pewnych szacunków, do tej pory wzbogacił siebie i swoją rodzinę na kwotę
około 2 mld dolarów. Najnowszym odkryciem jest plan prezesa FIFA i kumpla Trumpa,
Gianniego Infantino, aby sprzedać udziały w organizacji Mistrzostw Świata
funduszowi inwestycyjnemu kierowanemu przez Joshuę Kushnera, szwagra Ivanki
córki Trumpa. Połączenie FIFA i Trumpa wywołuje gęsią skórkę.
Wszystko to składa się na wyborczy odpowiednik pustej bramki dla Demokratów.
Ale gdzie jest Lionel Messi czy Harry Kane, którzy mogliby umieścić piłkę w
siatce? Nigdzie ich nie widać. Jako Europejczyk w USA, wciąż rozglądam się i
pytam: „Gdzie jest lider opozycji?”. Gdzie, by przywołać przykład węgierski,
jest taka postać opozycji jak Péter Magyar, prowadząca zdyscyplinowaną,
skuteczną kampanię w całym kraju, odpowiadając na powszechne przekonanie, że
nadszedł czas na zmiany, słowami: „a to jest zmiana, której potrzebujecie”?
Przyjaciele, którzy studiują te zagadnienia tutaj, na Uniwersytecie Stanforda,
mówią mi, że szukam czegoś, co zazwyczaj nie istnieje na tym etapie. Wybory
uzupełniające w 1994 roku, kiedy to „Kontrakt z Ameryką” lidera mniejszości w
Izbie Reprezentantów Newta Gingricha ukształtował ogólnokrajową kampanię i
przyczynił się do wielkiego zwycięstwa Republikanów, są wyjątkiem
potwierdzającym regułę. Zazwyczaj wybory uzupełniające są w zasadzie referendum
w sprawie urzędującego prezydenta i jego partii – i zazwyczaj urzędujący tracą
kilka miejsc, zwłaszcza w Izbie Reprezentantów. Jednak patrząc wstecz na wyniki
od drugiej wojny światowej, widać, że liczba miejsc w Izbie Reprezentantów
utraconych w wyborach uzupełniających jest bardzo zróżnicowana – od 54 w 1994
roku i 63 w 2010 roku do zaledwie pięciu w 1986 roku i dziewięciu w 2022 roku.
Tym razem jednocyfrowy wynik byłby później zaciekle, a może nawet gwałtownie
kwestionowany.
Nawet jeśli w systemie amerykańskim nie należy oczekiwać zjednoczonego lidera
opozycji, takiego jak Magyar – przynajmniej do czasu pojawienia się kandydata
na prezydenta w 2028 roku – Demokraci radzą sobie kiepsko z kopaniem piłki do
pustej bramki. 75-letni lider mniejszości w Senacie, Chuck Schumer, nie
przypomina faworyta. W sondażach opinii publicznej rywalizują z Trumpem o
niepopularność. Większość energii trafia do demokratycznych socjalistów, takich
jak burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani, ale czy uda im się wygrać w takich
stanach jak Michigan czy Wisconsin? Felietonista i podcaster „New York Timesa”
Ezra Klein rozważał możliwość, że właśnie ta różnorodność może być siłą: w
Kansas potrzebny jest inny kandydat, a w Seattle inny. Konie na torze. Jednak
umieszczenie niewłaściwego kandydata na zaledwie kilku z 35 miejsc w Senacie
dostępnych tym razem prawdopodobnie pozbawi Demokratów i tak już nikłych szans
na przejęcie kontroli nad Senatem.
Stawką nie jest tu przyszłość Demokratów, lecz przyszłość demokracji. Normalna
zmiana w Izbie Reprezentantów w połowie kadencji to absolutne minimum
potrzebne, aby rozpocząć hamowanie, a nawet faktyczne odwrócenie,
bezprecedensowej erozji liberalnej demokracji pod rządami Trumpa. Kontrola ta
nastąpi częściowo poprzez konstytucyjne uprawnienia Kongresu do kontrolowania
finansowania rządu, prowadzenia dochodzeń i wnoszenia impeachmentu. Jeśli
jednak dojdzie do miażdżącego zwycięstwa w wyborach, nastąpi to w jeszcze
większym stopniu poprzez zmianę psychologiczną, ponieważ Trump zaczyna wyglądać
jak jego własny najgorszy koszmar – bycie „przegranym”. Z tego właśnie powodu
człowiek, który chciałby zostać królem, spróbuje najpierw zapobiec, a następnie
ominąć i delegitymizować Izbę Reprezentantów kontrolowaną przez Demokratów wszelkimi
dostępnymi środkami. Niemniej jednak, byłby to koniec początku.
Zeszłego lata napisałem felieton, w którym argumentowałem, że Amerykanie mają
400 dni na uratowanie demokracji. Teraz zostało im niewiele ponad 90.
Timothy Garton Ash jest historykiem, pisarzem politycznym i felietonistą
Guardiana
Dzień dobry
OdpowiedzUsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuń