DRUGI OBIEG
Niedziela, 2 sierpnia 2026

1.
3 lata temu
1.
Na polecenie pani Elżbiety Radziejewskiej D.O. zatankował samochód i pojechał na drugi koniec Rzymu do „dzielnicy art nouveau”.
Dla Rzymian - Dzielnica Coppedè. Z akcentem na ostatnie „e”.
W rzeczywistości dzielnica nazywa się „Trieste” od znajdującego się w pobliżu dużego Placu Triestu (który na dobre wrócił do Włoch po II Wojnie światowej dopiero w 1954 roku!).
A zespół budynków określanych, jako „Dzielnica Coppedè to w rzeczywistości 18 budynków i 27 willi, rozmieszczonych wokół centralnego Piazza Mincio z fontanną. Zwarta zabudowa to 4 czy 5 budowli, zależy jak liczyć, reszta porozrzucana, to tam, to sam.
Zespół ten został nazwany dzielnicą przez tego samego architekta, Gino Coppedè, florenckiego (z adopcji rzymskiego) architekta (1866 –1927).
Całość powstawała w latach 1915 – 1927, aż do śmierci architekta (z powodu powikłań pooperacyjnych), więc z punktu widzenia stylistycznego, była w dużej mierze anachronizmem.
Oczywiście, jeśli budowle te zaliczyć do art nouveau, ale dlaczegóżby nie, jeśli architekt tego sobie życzył?
A ponieważ art. (cholerny microsofcie, przestań mi stawiać kropki po „art.” i „al.”!!!) art nouveau we Włoszech nazywa się „Stile Liberty” (?!), to architekt życzył sobie, by jego dzieła były określane jako ekspresja stylu Liberty właśnie.

2.
People watching to pasjonujące zajęcie.
Zwłaszcza, kiedy jest upał.
Zwłaszcza, kiedy się siedzi przed otwartymi na oścież podwójnymi drzwiami nad talerzem carbonary w Rigatoni Democratici.
People watching przeradza się w gapienie się na panie. Bo panowie są bardzo przewidywalni w stawianiu czoła gorącu: szorty i polo. Czasem podkoszulka, w tych szerokościach geograficznych koszulka gimnastyczna na ramiączkach praktycznie nie występuje. Starsi panowie do szortów wkładają przewiewną koszulkę z krótkimi rękawkami. Ale starsi panowie na taką temperaturę (ale jest 5 stopni chłodniej niż tydzień temu!) nie wychodzą. D.O. jest wyjątkiem, choć stara się nie wystawiać się na słoneczko na dłużej niż 5 minut.
No i jedyna różnica to panowie z tatuażami i bez tatuaży. Ci ostatni w egzemplarzach młodego pokolenia występują znacznie rzadziej.
Za to panie!
Ich sposoby rozbierania się są o wiele bardziej fantazyjne. Długie, zwiewne, cieniusieńkie sukienki. Radko, ale są. Spodnie? A w życiu! Długich spodni, nawet muślinowych szarawarów nie uświadczysz.
Szorty. No jasne, że szorty, ale gdyby nie młode damy, przeciętny samiec gatunku homo sapiens nie zdawałby sobie sprawy z ich różnorodności.
Do połowy ud – te najrzadziej. Szorty – szorty – już częściej. Szorty krótsze z przodu niż z tyłu – owszem. Szorty odsłaniające pośladki do połowy – te występują najczęściej.
A i góry są szalenie zróżnicowane. Przeważają jakieś kombinacje wiązane, odsłaniające ramiona, połowę pleców, całe plecy. To ostatnie ma podkategorię: widać górę pośladków – nie widać góry pośladków.
Biustonoszom, generalnie, w te temperatury mówimy „nie”.
Ale są en vogue jakieś „topy”, które są jednocześnie i topami i biustonoszami: te są zarezerwowane dla turystek z krajów katolickich i po trzydziestce.
Ale doświadczona kobieta nosi cieniutką bluzeczkę, w marszu roztańczoną z wiadomych powodów.
Bo wszystkie pozostałe kombinacje najczęściej kończą się poważnymi poparzeniami.
Widać to szczególnie u bladych Angielek czy Amerykanek z New England. Można łatwo poznać, czy są pierwszy dzień w Rzymie, czy spędziły tu już trochę czasu.
Pierwszego dnia wyglądają jak serdelek dopiero co zdjęty z rusztu, drugiego, solidnie podsmażone, idą po rozum do głowy i miast zastanawiać się, jak się tu rozebrać, grubo nasmarowane maściami przeciw oparzelinom, zastanawiają się, jak się tu ubrać.
No, ale pokoje hotelowe pełne są młodych dam, spędzających drugi, trzeci i czwarty dzień swoich rzymskich wakacji, jęcząc i przytulając się do klimatyzatora.
Osobna sprawa do buty: dla faceta sprawa prosta – mokasyny, najchętniej materiałowe. Niech będą przewiewne sneakersy.
Dla kobiet nie ma reguł: od szpilek – ale te turystki wkładają tylko pierwszego dnia po przyjeździe, potem kulejąc, z wyłamanym jednym lub dwoma obcasami, wracają po rzymskich sanpietrini do hotelu szybko je zmieniać. Tenisówki dla młodej damy, która, jak ze współczuciem mówi Żona D.O., „musi kusić”, to nie honor. Więc jest tu wszystko: sandały – też nieprzydatne na bazaltowej, nierównej kostce, koturny, buciory ogólnowojskowe (piękność musi być bez względu na straty i cierpienia), półtrzewiki i trzewiki, w każdym dowolnym kolorze.
Czasami, uprawiając people watching zza knajpianego stolika, nie widać butów przechodzących dam. Jednak łatwo poznać, jakie noszą.
Jak? To proste: po minie!
Jeśli ma na twarzy błogość, to znaczy, że machnęła ręką na obowiązek kuszenia i włożyła sneakersy na grubej podeszwie. Jeśli na twarzy maluje się głębokie cierpienie – znaczy ma na sobie sandałki na cieniutkiej podeszwie.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Fotografując Coppede’.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Fontana delle Rane - Fontanna Żab na znajdującym się w centrum „dzielnicy” Piazza Mincio.
Te dwa budynki po obu stronach łuku to „Pałace Ambasadorów”.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Onaż ci ona, od drugiej strony, z widoczkiem na willę Dobrych Wróżek (Villino delle Fate)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Łuk wieńczący wejście do budynków całkowicie asymetrycznych, jest wierną reprodukcją scenografii z filmu „Cabiria” z 1914 roku, co jest o tyle niesamowite, że to na ogół scenografie filmowe naśladowały istniejące budowle, a tu jest na odwrót.
Notabene, ta dzielnica inspirowała wyłącznie reżyserów tworzących horrory: nakręcono ich tu co najmniej pięć.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Łuk od drugiej strony – jak widać kolory różne.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Patrząc w stronę Via di Tagliamento widoczek na kościół Santa Maria Addolorata, czyli Bolesna jest.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Ze zwieńczenia łuku zwisa od stu lat wielki, kuty, żelazny żyrandol.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Między Pałacami Ambasadorów wiać fontannę i willę Dobrych Wróżek.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to jest Pałac Pająka. Cierpiący na arachnofobię niech się nie zbliżają!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Jeszcze raz fontanna Żab i narożnik jednego z ramion Pałacu Ambasadorów.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Ten narożnik nijak ma się do reszty korpusu, ale za to właśnie kochamy Gino Coppede’.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Malta? Mauretania?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pozwólcie przedstawić sobie: „Il Villino delle fate”, czyli…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
„Willa Dobrych Wróżek”.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Willa Cabiria

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Taż sama willa przy Piazza Mincio i pani Serbka, która chodziła przed D.O. i stawała mu przed obiektywem, ilekroć chciał zrobić zdjęcie. Towarzyszącego jej pana Serba udało się umieścić poza kadrem, pani Serbki – nie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Wejście do Willi Cabiria.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to jest małe ekstra, w prezencie od D.O.
Ta ciupcia uliczka niedaleko Ministerstwa Marynarki Wojennej nad Tybrem, reklamowana jest w przewodnikach jako „uliczka z londyńską zabudową”…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
… Najprawdopodobniej przez kogoś, kto nigdy w Londynie nie był. Gdyby tak wyglądał Londyn, to D.O. by Londyn lubił, a Londynu nie lubi ze względu na koszmarną, przygnębiającą zabudowę, którą można podzielić na pretensjonalne i pompatyczne domiszcza bez elementarnego gustu i psie budki z czerwonej cegły dla klasy robotniczej. No i jeszcze Canary Warf, wyjątek o powyższej reguły.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
People watching najlepiej jest uprawiać z tej pozycji


2.
4 lata temu
1.
D.O. miał bogate plany piśmiennicze, ale diabeł się sprzysiągł: wyjazdy, niespodziewane robótki, a popołudnie i wieczór pod znakiem małej katastrofy. Jest godzina 23, D.O. pada na pysk, więc swoich planów piśmienniczych nie spełni.
Zaprasza na przechadzkę po centrum Rzymu, obrzydliwie turystyczną, niezbyt oryginalną, ale to takie ponowne odkrywanie banalnych miejsc razem z małym Londyńczykiem, który nigdy ich nie widział, zmusza do patrzenia na nie nowymi oczami, powoduje nowe zachwyty i olśnienia.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
To, proszę wycieczki, są dwa najważniejsze pałace władzy: na pierwszym planie Palazzo Chigi, siedziba rządu, dalej, przylegający, Palazzo di Montecitorio, siedziba Izby deputowanych.
Za plecami Via del Corso i Galleria Alberto Sordi, przed oczami – fontanna di Piazza Colonna. Zaraz po renowacji akweduktu Aqua Virgo, zakończonej w 1570 roku, rozpoczęto prace nad podziemnymi rozgałęzieniami kanału, mającego dotrzeć na teren starożytnego Campo Marzio, jednego z najludniejszych obszarów Rzymu, a co za tym idzie planowano także budowę pewnej liczby fontann. Po jednej na Piazza del Popolo i dwóch na końcach piazza Navona (fontanny "Maura" i "Neptuna"), zamówionych przez papieża Grzegorza XIII. W 1575 r., Giacomo Della Porta, zaprojektował również fontannę na Piazza Colonna.
Jest zbudowana w dużej owalnej-ośmiokątnej marmurowej misie z zakrzywionymi bokami. Pierwotnie cały kompleks, w skład którego wchodził również mały basen centralny, opierał się na pięciu stopniach, po których nie ma już śladu ze względu na podniesienie poziomu ulicy.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Piazza Colonna bierze swoją nazwę od niej” starożytnej kolumny Marka Aureliusza, która ma drzwiczki, drzwiczki prowadzą do schodów wewnętrznych, którymi można dotrzeć na szczyt kolumny, na tarasik ogrodzony żelazną barierką. No, ale już od dawna turyści nie są tam wpuszczani.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
W czasie przechadzki było ciepło, ciepło zmogło tego pana Araba, który postanowił odpocząć w doniczce, a podczas odpoczynku rozmawiał video z jakimś krewnym lub znajomym.
D.O. widywał już wygodniejsze leżanki, ale Bogiem a prawdą, widywał także mniej wygodne.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Skoro mowa o fontannach, to ta to jest „Fontanna della Barcaccia” na Piazza di Spagna, też zasilana przez akwedukt Acqua Vergine. W 1626 papież Urban VIII zlecił Pietro Berniniemu stworzenie fontanny na placu pod kościołem Trinità dei Monti (słynnych Schodów jeszcze nie było, więc fontanna stała na skraju skarpy. Prace zakończono w 1629 roku, a Berniniemu pomagał jego słynny później syn Gian Lorenzo, który prawdopodobnie ukończył prace po śmierci ojca. Niskie ciśnienie zmusiło do umieszczenia dolnej niecki pod poziomem ulicy.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Barcaccia przyciąga tłumy różnorodne, a oko na nią nieustannie ma polizia municipale. Bo ludziom takie idiotyzmy przychodzą do głowy!... Kilka lat temu kibice Fejenoordu uszkodzili tę fontannę…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Czyż można nie pstryknąć sobie fotki z Barcaccią i Schodami Hiszpańskimi w tle?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Czyż można się nie napić z lodowatego zdroju, z Barcacci wypływającego?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Miejscowa roślinność

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to baardzo elegancki i baaaardzo drogi hotel na rogu very fancy Via del Babbuino i Piazza del Popolo. Dostrzegają może P.T. Czytelnicy jego nazwę?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A ta górka to Pincio, jedno z siedmiu wzgórz Rzymu. Od Piazza del Popolo, dzięki architektowi Giuseppe Valadierowi (1762 – 1839) ma tę uliczkę, którą się można wspiąć do Viale Adamo Mickiewicz, poeta e patriota polacco, i dalej – do zachodniej części Villi Borghese. D.O. z Pincio nadawał korespondencje nie raz i nie dwa, jedną w noc sylwestrową na przełomie tysiącleci. Podczas łączenia miejscowi oblali go obficie szampanem, potem, mokry, musiał wracać na skuterze do domu, na mrozie i złapał zapalenie oskrzeli... Ach...


3.
10 lat temu
Tiaaaa… W latach 90 kilkanaście razy jechałem samochodem na trasie Rzym-Warszawa-Rzym. Średnia 18 godzin z postojami na siusiu i jednym, godzinnym na obiadek, oczywiście we Włoszech, bo gdzie może być lepiej. Warszawa – Cieszyn – średnio 3,5 godziny.
Czy ja miałem wtedy lepsze samochody? No nie, gorsze! Czy wtedy drogi były lepsze? No nie, gorsze! To dlaczego dziś do Zwardonia jechałem 7 godzin?
Różne były przyczyny, wypadki, pierwszy na „8-ce” przed Mszczonowem, kabina ciężarówki w rowie, buda w poprzek. Deszcz. Roboty drogowe i wynikające stąd korki. Circa milion policyjnych suk, powracających z Krakowa, to wyglądało jak migająca niebiesko i srodze wyjąca inwazja. Boziu, ileż musiały te ŚDM kosztować!?
Ale nawet i to nie uzasadnia takiego wyniku. Główna przyczyna to Polska w ruinie. Głodujące sieroty i staruszkowie; wszyscy jak się okazuje mają samochody i z nich energicznie korzystają.
Pani Marzenka nie byłaby sobą, gdyby mnie nie przeciągnęła po piaszczystej, leśnej drodze gdzieś w głębokiej Styrii. Jest taki hotel, nazywa się Czervenka, odkryty przez nasze ekipy, prowadzony przez parę miłych staruszków, leży dokładnie w samym środku niczego, ale to kwadransik od wyjazdu z autostrady na Graz i jest tak austriackie, że bardziej nie można, zielone pagórki, łany, aż się czeka, że zza zakrętu wyjdzie Heidi, a Julie Andrews zaśpiewa Dźwięki Muzyki. Jest tanio, połowę tego, co we Włoszech, a jedzonko zacne, choć, jak to w Austrii, do wyboru jest głównie Schweinschnitzel albo Schweinschnitzel mit kartofeln. Już tam mieszkałem i już mnie raz Marzenka prowadziła, ale tym razem zdecydowała, że lepiej będzie od drugiej strony, więc las, żwir, piach i wyżłobione przez deszczówkę poprzeczne kanały.
Ja zasadniczo na Czechów jestem obrażony i przez Czechię (tak się od dwóch tygodni każą nazywać) nie jeżdżę, bo zawsze znajdą powód, żeby się do mnie przyczepić i żądać łapówki. Każdy policjant zaczyna od postukania się palcem w rękę i słów „privatno, privatno”. Ja privatno to ci mogę dać w nos, szujo skorumpowana, ale zawsze moją walkę o praworządność i sprawiedliwość w Czechach przegrywam, no, może raz wygrałem, kiedy „celni dopravka” chciała mi wlepić mandat za to, że się winietka nie chciała do szyby przykleić. Winietka była „Made in Czech Republik”, więc się nie przyklejała, a ja za to miałem płacić mandat. No więc stanąłem, powiedziałem, że żadnego mandatu nie zapłacę, a w każdej kolejnej kwestii, która do mnie mają mogą się zwrócić do konsulatu w Pradze. Pogrozili mi strasznymi konsekwencjami, ale ponieważ niewzruszenie tkwiłem w miejscu i mówiłem, że nie zapłacę, powtórzyli jeszcze parę razy „privatno, privatno”, potem machnęli zrezygnowani ręką i pojechali nie żegnając się nawet.
No, ale to musi mieć coś wspólnego z Habsburgami, bo pewien austriacki policjant, wypatrywał samochodów z włoską rejestracją w człapiącej kolumnie, zatrzymywał i żądał jakiejś horrendalnej sumy za rzekomo przekroczoną prędkość. Tłumaczyłeś, że prędkość była w porządku, że jechałeś z setkami innych w tym samym rytmie, zdecydowanie poniżej 50-tki, ale austriacki policjant swoje wiedział, otwierał drzwi i bezceremonialnie wyciągał radio z samochodu (wtedy tak się właśnie robiło, radio wyjmowało wychodząc, żeby nie ukradli, to tak, gdybyście nie wiedzieli po co starym radiom samochodowym potrzebna była rączka do transportu). Była właśnie jakaś wojna transportowa między Austrią a Włochami, chodziło o „kwoty” ciężarówek, a obrywało się włoskim turystom. Takie to było kiedyś przekraczanie granic. Przyzwoitości…
Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.



4.
3 lata temu
1.
Kim był archont, szanowny Czytelniku?
Był „władcą”, najwyższym urzędnikiem greckich polis.
A co było, kiedy nie było archonta?
Ano, drogi Czytelniku, była anarchia.
Dzisiaj anarchia to rodzaj ideologii, utopijnego systemu społecznego, w którym tradycyjne instytucje powinny zostać zastąpione przez organizacje ochotnicze. To, zdaniem anarchistów, jest bliższe naturze i gwarantuje, że żaden tyran nie zacznie swojego ludu czy narodu uciskać. Gwarantuje indywidualizm, maksymalną wolność jednostki. Oznacza społeczeństwo bez hierarchii. Nic nie jest przymusowe.
Jedyne ograniczenia to te, które ograniczają wolność innych jednostek, ale to już kwestia społecznej umowy w łonie społeczeństwa anarchistycznego.

2.
W tych dniach właśnie, w Saint-Imier w Szwajcarii, trwa światowy zjazd anarchistów. Ludzi, uważających, że życie bez władzy jest przyjemniejsze niż życie z władzą.
Saint-Imier to 5-tysięczna wieś w kantonie Berneńskim, na północny-zachód od Jeziora Bodeńskiego. Wieś mała, ale ważna: tu produkuje się zegarki Longines, słynne i drogie protezy dentystyczne Straumann, tu ma siedzibę federalny organ certyfikujący chronometry.
Dlaczego właśnie tu zebrali się zwolennicy anarchii?
Dlatego, że to właśnie tu, w tej dolinie w latach 60. XIX wieku, zrodziła się współczesna myśl anarchistyczna. Zrodziła i zakorzeniła dzięki stowarzyszeniom robotników branży zegarmistrzowskiej, z definicji precyzyjnej. Dzięki nim i dzięki wolności słowa, jaką cieszyła się Szwajcaria, gdy drogi anarchistów i marksistów rozeszły się w 1872 roku, ci pierwsi wybrali Saint-Imier na spotkanie i założyli anty-autorytarną Międzynarodówkę, uważaną za kolebkę światowego ruchu anarchistycznego.
I teraz, by uczcić rocznicę tamtego wydarzenia, anarchiści z całego świata zorganizowali sobie anty-autorytarne spotkanie w Saint-Imier. Potrwa od 19 do 23 lipca. Masz więc, Czytelniku, szansę dojechać i przeżyć niezapomniane doświadczenie. Spodziewanych jest ponad cztery tysiące anarchistów z całego świata. Będą setki różnego rodzaju warsztatów i pokazów, wspólne gotowanie, kiermasz książki.

3.
Ale ty, Czytelniku, nie lubisz anarchii, boisz się jej, gotóweś ją zwalczać. Marzysz zapewne w skrycie o rządach silnej ręki, drażnią cię parlamentarne „jałowe” dyskusje i kłótnie „o niczym”, przeraża cię perspektywa decydowania o sobie samy, życiu bez żadnej władzy bycia zdanym na samego siebie i ewentualnie na dobrą wolę twojego najbliższego otoczenia.
„Błąd tkwi w słownictwie, w tonie propagandy państw narodowych, które zaszczepiła ludziom w głowach przekonanie, że bez ich władzy zapanuje chaos” –wyjaśnia anarchista Gian Piero de Bellis. „Jeden z filarów właściwie rozumianej anarchii to umiejętność kierowania sobą i organizowania się”.
Pan de Ballis ma 73 lata, pochodzi z Mediolanu, w Oksfordzie pracował w kuchni uniwersyteckiej i jako woźny w laboratoriach uczelni artystycznych, zyskał imponujące wykształcenie, a na emeryturę obrał sobie właśnie Saint-Imier. Od lat pracuje na 5-tomową antologią myśli anarchistycznej, cztery tomy już w księgarniach, piąty będzie jesienią. Ma bibliotekę z 10 tysiącami książek (nazywa ją „World Wide Wisdom”) o tematyce mniej lub bardziej poświęconej systemom politycznym ze szczególnym uwzględnieniem anarchii. Kupił tutaj budynki starej fabryki do zegarków z krokodylowej i pseudokrokodylowej skóry. Cztery piętra już odrestaurował, goszczą anarchistów, którzy jednak mieszkają w pobliskim eleganckim hotelu.
W swojej książce „Panarchy” rozwija koncepcję, sformułowaną w 1860 roku przez belgijskiego botanika Paula Emile De Puydta. „Chodzi o to, aby każdy mógł przyłączyć się do preferowanego przez siebie systemu państwowego, bez jakiejkolwiek korespondencji między państwem a terytorium, trochę jak religie. Dawno, dawno temu nie wyobrażano sobie, że różne wyznania mogą pokojowo współistnieć, za wiele lat ktoś się uśmiechnie na myśl, że państwa toczą wojny, by mieć wyłączną kontrolę nad terytorium” powiada.
Analogia z wolnością wyznania jest tu bardzo na miejscu, jeśli weźmiemy pod uwagę, że górująca nad Saint-Imier góra Mont Soleil była przez wieki schronieniem niemieckojęzycznych protestantów anabaptystycznych, podczas gdy dolinę zamieszkiwali francuskojęzyczni katolicy. „To właśnie bliskość tych społeczności stworzyła tło dla pokojowego współistnienia, które wciąż płynie w żyłach tutejszych mieszkańców”.

4.
Chris Zumbrunn mieszka ze swoim partnerem i córką w domu na Mont Soleil, zbudowanym na początku XX wieku dla budowniczego kolejki linowej, która wciąż prowadzi z Saint-Imier na szczyt. W 2012 roku kupił go i przekształcił w La Decentrale, miejsce otwarte na projekty inspirowane anarchizmem: „Zapraszamy i gościmy ludzi i grupy. Główne tematy, którymi się zajmujemy, to edukacja i alternatywne systemy ekonomiczne, media i projekty śledcze”.
Zumbrunn uważa, że ruch anarchistyczny musi budować organizacje równoległe do istniejących mocarstw, negocjujące i współistniejące z nimi, nie wchodząc w bezpośrednią konfrontację, ale wystarczająco silne, aby nie zostać zaatakowane i stłumione: „Moje podejście nie jest ani reformistyczne, ani rewolucyjne. Pracuję nad stworzeniem szerokich i odpornych alternatywnych systemów organizacji” - mówi.
Przykładem tego jest projekt FairCoin, kryptowaluta stworzona przez lokalne grupy anarchistyczne we współpracy z Katalończykami i Grekami. „Innym obszarem zastosowania tej podwójnej władzy może być tworzenie i dystrybucja energii poprzez spółdzielnie i społeczności sąsiedzkie”.
Stowarzyszenie Espace Noir przy centralnej ulicy Saint-Imier jest zorganizowane w spółdzielnie: piętnaście osób zarządza nieruchomością, trzysta jest jej właścicielami. Zostało stworzone przez grupę pracowników w 1984 roku – w środku kryzysu zegarmistrzowskiego – jako kulturalne centrum o inspiracji libertariańskiej.
Espace Noir jest tworem Federacji Jura, zrodzonej z kongresu w 1872 roku.
Przestrzeń jest otwarta na wiele inicjatyw: „Jednym z celów anarchii jest, aby ludzie byli bohaterami własnej kultury, dlatego gościmy ruchy społeczne, ekologiczne, feministyczne i robotnicze. Nie mamy hierarchii i podejmujemy decyzje wspólnie”. I wszystko wydaje się działać: bar i księgarnia, sala koncertowa i najmniejsze kino w Szwajcarii. Na balkonach tego centrum wiszą portrety anarchistów, którzy polegli w Ukrainie w walce z Rosjanami. Ale bywalcy chadzają także na grób jednego z założycieli ruchów anarchistycznych, Michaiła Bakunina, znajdujący się w nieodległym Bernie.
Gian Piero De Bellis jest przekonany, że ruch anarchistyczny powinien wyjść z logiki tajnej sekty. „W końcu Piotr Kropotkin był księciem i geografem, Michaił Bakunin synem szlacheckich właścicieli ziemskich: to byli ludzie pewnego kalibru. Anarchistami byli także Frank Lloyd Wrighti i Lew Tołstoj. Ale anarchia niestety przyciągnęła również wiele niezadowolonych, wściekłych, niedojrzałych osób. A w niektórych przypadkach propaganda państw, kojarząc to z chaosem, odniosła taki sukces, że wpłynęła nawet na wyobraźnię samych anarchistów. Jak napisał Bob Black, amerykański pisarz i filozof, przedstawiciel anarchizmu postlewicowego, ‘czasami wydaje się, że największą przeszkodą w realizacji anarchii są sami anarchiści’”. (wykorzystałem fragmenty artykułu z ‘la Repubblica’)

5.
Skąd to zainteresowanie anarchią i anarchizmem?
Chyba stąd, że D.O. skrycie jest anarchistą albo z anarchistami (niektórymi) sympatyzuje.
A bierze się to stąd, że w ciągu swojego długiego już życia żadnej władzy nie polubił. Polityków, których szanował mógłby policzyć na palcach.
Znaczy, coś jest nie tak. Albo z D.O. albo z politykami i polityką. A stawiając śmiałą hipotezę, że jednak z polityką, a nie z D.O., trzeba wyciągnąć wnioski dość jednoznaczne: władza to zło. Rodzi żądze, instynkty, emocje, praktyki jednoznacznie złe dla D.O. i dla społeczności, w których D.O. się obraca.
Ale D.O. nie lubi nie tylko władzy politycznej. Pierwszych nauczycieli, których naprawdę szanował spotkał dopiero na studiach.
Wśród przełożonych D.O. w kraju i za granicą, też tylko niewielu wzbudziło u D.O. pozytywne uczucia.
A jak to jest z tobą, Czytelniku?
Miałeś więcej niż D.O. szczęścia z polityką i politykami?
Z nauczycielami?
Z przełożonymi?
Z policjantami, celnikami, strażnikami granicznymi, szpiclami?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
To taki nieformalna pieśń włoskich anarchistów, napisana przez Pietro Goriego w styczniu 1895.
Pietro Gori, włoski anarchista, został oskarżony przez część prasy o inspirację zabójstwa prezydenta Republiki Francuskiej Nicolasa Léonarda Sadi Carnota, ponieważ był przyjacielem i obrońcą jego zabójcy Sante Caserio. Aby uniknąć wyroku skazującego, Gori uciekł do Lugano. Tam uniknął zamachu w styczniu 1895 r. W tym samym miesiącu rząd szwajcarski zgodził się na aresztowanie Goriego i siedemnastu innych uchodźców politycznych. Po piętnastu dniach przetrzymywania grupa została przetransportowana do Bazylei i wydalona ze Szwajcarii. W oczekiwaniu na deportację napisał tę piosenkę, która szybko zyskała popularność, również dzięki publikacji w 1899 roku przez Carlo Frigerio „Il Canzoniere dei Ribelli”, czyli Śpiewnika Rebeliantów.
Muzyka została zapożyczona z melodii popularnej toskańskiej piosenki „Addio a San Remo bella”.
https://www.youtube.com/watch?v=S4ou1pNZPMs&list=RDS4ou1pNZPMs&start_radio=1


5.
8 lat temu
Sergio S., człowiek święty, bo swoją wiarę w katolicką wersję teologii przekuwa na pomoc bliźnim, nauczył mnie szukania dobra we wszystkim.
- „Cerca sempre il lato positivo delle cose” – powtarzał.
To powiedzenie weszło do naszego leksykonu rodzinnego, ale nie jesteśmy święci, więc, w przeciwieństwie do Sergio S., nam nie zawsze udaje się znaleźć stronę pozytywną.
Cóż może być na przykład coś pozytywnego w tym nieszczęściu, które obecnie dotknęło ojczyznę?
………
………
………
………
Te kropki, to pauza na refleksję.
Hmmm….
Może być! Tak, to świetna lekcja wiedzy o społeczeństwie.
Kiedyś był taki przedmiot w szkole, nie wiem, czy teraz też.
Jeśli tak, to wielu mądrych Polaków chyba na nich nie uważało.
Z komentarzy zacnych ludzi przebija zaskoczenie, dezorientacja. Nie dlaczego stało się to, co się stało, ale dlaczego większość społeczeństwa nie reaguje?
To zaskoczenie i ta dezorientacja są wynikiem braku wiedzy o społeczeństwie, nieprawdaż?
Tak często można przeczytać opinie, że ludźmi niezbyt wykształconymi można łatwo manipulować.
A ludzi wykształconych niedostateczna, czy, co gorsza, z gruntu fałszywa wiedza o społeczeństwie dowodzi, że nimi manipulować jest równie łatwo.
Upijaliśmy się na przykład mitem Solidarności, a przecież wielu z nas bardzo intensywnie przeżywało tamte dni, wielu świetnie pamięta, co wówczas robiło, co myślało. A jednak... Na dodatek jest wiele rzetelnych rekonstrukcji tamtych dni i grubym drukiem można przeczytać, że to Wałęsa przekształcił strajk o kiełbasę w strajk o wolność, a prymas Wyszyński przez komunistyczną telewizję nawoływał do zaprzestania protestu. My jednak trzymamy się mitu, nie prawdy historycznej.
Ogólnie dostępne są liczby uczestników Ruchu Oporu (ok. 300 tys. na ok. 35 mln mieszkańców przedwojennej Rzeczypospolitej, mniej niż 1%) podczas II Wojny Światowej, my żyjemy mitem, że wszyscy Polacy walczyli. Można dość dokładnie określić liczbę uczestników Powstań w XIX wieku (ok. 200 tys. na ok. 15 mln. mieszkańców trzech zaborów; 1,33% ca) i konstatacja jest równie przykra, nawet jeśli pominie się to, co mówił Władysław Frasyniuk o tym, że „normalni ludzie” zajmowali się gównie okradaniem trupów walczących o niepodległość szlachetnych patriotów.
Nim się zatem zwróci pretensje do ludzi, przyjmujących tę kolejną narodową tragedię z obojętnością, wypadałoby samemu odrobić lekcję.
Nim się przedstawi wizję wyjścia z tej sytuacji, należałoby uczciwie odpowiedzieć na pytanie „kto nas w to wpakował”? Być może konstatacja, że to ten sam człowiek, w którym widzicie nadzieję na powrót do normalności będzie przykra, ale lekarstwa bardzo często bywają gorzkie.
Otto von Bismarck powiedział podobno: "Polacy są poetami w polityce i politykami w poezji". Jeśli tek jest może czas to zmienić?
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Artur Grottger, "Kucie kos" z cyklu "Polonia", 1863, Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie


6.
9 lat temu
FRANCJA I POLSKA
Tu tragedia narodowa, tam operetka, a jak chciałbym, żeby w ten szczególny dzień nie umknęło Państwu to niezwykłej wagi wydarzenie, jakie miało miejsce wczoraj we Francji.
Podczas uroczystości upamiętniającej 75rocznicę Obławy Vel d’Hiv prezydent Emmanuel Macron po raz pierwszy tak otwarcie, tak jednoznacznie, chciałoby się powiedzieć tak bezlitośnie powiedział, że całkowitą odpowiedzialność za obławę na francuskich Żydów z 16 i 17 lipca 1943 r. ponoszą Francuzi.
Tłumaczę: Vel’Hiv, to taki skrót od Velodrome de Hivier, krytego toru kolarskiego, leżącego niegdyś w pobliżu wieży Eiffela. To tam 9000 policjantów francuskich, (FRANCUSKICH!) zmasowało wyłapanych i aresztowanych ponad 13 tysięcy Żydów z aglomeracji paryskiej, w tym 5082 kobiety oraz 4051 dzieci. Mieli do dyspozycji jeden kran z wodą, 5 toalet i żadnego jedzenia, poza małą liczbą paczek, które udało się na welodrom dostarczyć Czerwonemu Krzyżowi.
Stamtąd wywieziono wszystkich do Auschwitz-Birkenau. Tyko 25 osób przeżyło. Wszystkie 4051 dzieci pojmanych w obławie zostało zabitych.
Przez dziesięciolecia mówiono o tym półgębkiem, podkreślając inspirującą rolę Niemców.
Po raz pierwszy wczoraj, w obecności premiera Izraela Beniamina Netanyahu, głowa państwa francuskiego jasno powiedziała, że to wina Francuzów.
« Oui, je le redis ici, c’est bien la France qui organisa la rafle puis la déportation et donc, pour presque tous, la mort »
„Tak, powtarzam to tutaj: to właśnie Francja zorganizowała obławę i deportację, a zatem niemal dla wszystkich – śmierć”.
« les subtilités et les accommodements de ceux qui soutiennent que Vichy n’était pas la France, l’idée que Vichy serait une parenthèse ouverte en 1940 et refermée en 1945 c’est commode mais c’est faux»
„Subtelności, i uspokajania tych, którzy utrzymują, że Vichy nie było Francją, idee, że Vichy była nawiasem, otwartym w 1940 i zamkniętym w 1945 roku są wygodne, ale fałszywe”.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.


7.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Van Gogh by oszalał.


8.

Timothy Garton Ash
Demokraci mają ostatnią szansę na powstrzymanie erozji demokracji w USA – i zostało do tego mniej niż 100 dni
https://www.theguardian.com/commentisfree/2026/aug/01/democrats-donald-trump-us-midterms

W dobie ekstremalnych zjawisk pogodowych, stwierdzenie, że Stany Zjednoczone potrzebują wielkiej klęski, wydaje się dziwne. Ale druzgocąca porażka prezydenta Donalda Trumpa w listopadowych wyborach uzupełniających jest dokładnie tym, czego potrzeba, aby kraj zaczął odwracać jego celową i szybką erozję demokracji.
Szanowany Instytut Odmian Demokracji (V-Dem) na Uniwersytecie w Göteborgu twierdzi, że w 2025 roku Stany Zjednoczone doświadczyły jednego z najszybszych spadków liberalnej demokracji w historii. „Demokracja w USA”, jak czytamy w Raporcie o Demokracji 2026, „jest obecnie najgorsza od 60 lat”. W związku z obchodami 250. rocznicy powstania republiki imperialnej, zagrożenie, jakie antyfederaliści, tacy jak Patrick Henry, dostrzegali u samych początków jej ustroju konstytucyjnego – zagrożenie ze strony nadętego prezydenta nadużywającego władzy wykonawczej, próbującego zostać nowym królem – jest teraz bliższe niż kiedykolwiek wcześniej.
Analitycy V-Dem zauważają, że w 2025 roku Trump wydał nie mniej niż 225 dekretów wykonawczych, podczas gdy kontrolowany przez Republikanów Kongres uchwalił zaledwie 49 ustaw, z których większość dotyczyła drobnych kwestii, takich jak „Nowelizacja Kodeksu Podatkowego z 1986 roku w celu modyfikacji zasad odraczania niektórych terminów z powodu katastrof”. Projekt 2025 Fundacji Heritage, opracowany w celu promowania tzw. jednolitej teorii władzy wykonawczej, jest, według własnego narzędzia monitorującego, w realizacji ponad połowy – w czym pomagają orzeczenia Sądu Najwyższego.
Ważnym rozdziałem w podręczniku każdego potencjalnego autokraty jest ustawianie kolejnych wyborów. Wygląda na to, że Trump również ciężko pracuje nad tymi. Poza skandalicznym poziomem gerrymanderingu partyjnego (na który w niektórych miejscach Demokraci reagują w podobny sposób), podejmowane są liczne próby odmowy głosowania grupom, które chętniej głosują na Demokratów, czy to poprzez ograniczanie głosowania korespondencyjnego, żądanie natychmiastowego okazania dokumentu potwierdzającego obywatelstwo amerykańskie, czy też inne środki prawne i proceduralne. Gdyby wynik wyborów 3 listopada był wyrównany w kilku okręgach kongresowych, które mogłyby przesądzić o przejęciu kontroli nad Izbą Reprezentantów, Trump i Republikanie zrobiliby wszystko, by zdyskwalifikować lub wykluczyć zwycięzców Demokratów.
Stąd konieczność miażdżącego zwycięstwa. Jak pokazały Węgry tej wiosny, jeśli powszechna niechęć do urzędującego prezydenta jest wystarczająco powszechna i ukierunkowana na udział w głosowaniu, usuwa wszelkie przeszkody stawiane przez potencjalnego autokratę – a przeszkody te, biorąc pod uwagę całość, były w przypadku Węgier większe niż w tym przypadku. Wybory mogą nie być uczciwe; mogą nawet nie być całkowicie wolne; ale wynik jest wciąż niezaprzeczalnie oczywisty dla wszystkich.
Teraz, jeśli zapytasz, kto robi najwięcej, aby doprowadzić do miażdżącego zwycięstwa nad Trumpem, odpowiedź jest jasna: Donald Trump. Po tym, jak prowadził kampanię, opierając ją na podstawowych kwestiach dla przeciętnych Amerykanów, połączenie jego taryf i wojny z wyboru na Bliskim Wschodzie faktycznie zwiększyło koszty utrzymania - najbardziej widoczny wzrost cen benzyny dla kierowców. Mówiąc delikatnie, nie ma oczywistej drogi do zwycięskiego pokoju w wojnie z Iranem, która według oficjalnych danych kosztowała 37,5 mld dolarów, a nowa administracja już wnioskowała o kolejne 67,1 mld dolarów na ten cel. Sprzeciw społeczeństwa wobec wojny zbliża się do 60% w sondażach opinii publicznej, podobnie jak wskaźnik dezaprobaty prezydenta. Jawna korupcja jego reżimu przyczynia się do jego niepopularności. Według pewnych szacunków, do tej pory wzbogacił siebie i swoją rodzinę na kwotę około 2 mld dolarów. Najnowszym odkryciem jest plan prezesa FIFA i kumpla Trumpa, Gianniego Infantino, aby sprzedać udziały w organizacji Mistrzostw Świata funduszowi inwestycyjnemu kierowanemu przez Joshuę Kushnera, szwagra Ivanki córki Trumpa. Połączenie FIFA i Trumpa wywołuje gęsią skórkę.
Wszystko to składa się na wyborczy odpowiednik pustej bramki dla Demokratów. Ale gdzie jest Lionel Messi czy Harry Kane, którzy mogliby umieścić piłkę w siatce? Nigdzie ich nie widać. Jako Europejczyk w USA, wciąż rozglądam się i pytam: „Gdzie jest lider opozycji?”. Gdzie, by przywołać przykład węgierski, jest taka postać opozycji jak Péter Magyar, prowadząca zdyscyplinowaną, skuteczną kampanię w całym kraju, odpowiadając na powszechne przekonanie, że nadszedł czas na zmiany, słowami: „a to jest zmiana, której potrzebujecie”?
Przyjaciele, którzy studiują te zagadnienia tutaj, na Uniwersytecie Stanforda, mówią mi, że szukam czegoś, co zazwyczaj nie istnieje na tym etapie. Wybory uzupełniające w 1994 roku, kiedy to „Kontrakt z Ameryką” lidera mniejszości w Izbie Reprezentantów Newta Gingricha ukształtował ogólnokrajową kampanię i przyczynił się do wielkiego zwycięstwa Republikanów, są wyjątkiem potwierdzającym regułę. Zazwyczaj wybory uzupełniające są w zasadzie referendum w sprawie urzędującego prezydenta i jego partii – i zazwyczaj urzędujący tracą kilka miejsc, zwłaszcza w Izbie Reprezentantów. Jednak patrząc wstecz na wyniki od drugiej wojny światowej, widać, że liczba miejsc w Izbie Reprezentantów utraconych w wyborach uzupełniających jest bardzo zróżnicowana – od 54 w 1994 roku i 63 w 2010 roku do zaledwie pięciu w 1986 roku i dziewięciu w 2022 roku. Tym razem jednocyfrowy wynik byłby później zaciekle, a może nawet gwałtownie kwestionowany.
Nawet jeśli w systemie amerykańskim nie należy oczekiwać zjednoczonego lidera opozycji, takiego jak Magyar – przynajmniej do czasu pojawienia się kandydata na prezydenta w 2028 roku – Demokraci radzą sobie kiepsko z kopaniem piłki do pustej bramki. 75-letni lider mniejszości w Senacie, Chuck Schumer, nie przypomina faworyta. W sondażach opinii publicznej rywalizują z Trumpem o niepopularność. Większość energii trafia do demokratycznych socjalistów, takich jak burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani, ale czy uda im się wygrać w takich stanach jak Michigan czy Wisconsin? Felietonista i podcaster „New York Timesa” Ezra Klein rozważał możliwość, że właśnie ta różnorodność może być siłą: w Kansas potrzebny jest inny kandydat, a w Seattle inny. Konie na torze. Jednak umieszczenie niewłaściwego kandydata na zaledwie kilku z 35 miejsc w Senacie dostępnych tym razem prawdopodobnie pozbawi Demokratów i tak już nikłych szans na przejęcie kontroli nad Senatem.

Stawką nie jest tu przyszłość Demokratów, lecz przyszłość demokracji. Normalna zmiana w Izbie Reprezentantów w połowie kadencji to absolutne minimum potrzebne, aby rozpocząć hamowanie, a nawet faktyczne odwrócenie, bezprecedensowej erozji liberalnej demokracji pod rządami Trumpa. Kontrola ta nastąpi częściowo poprzez konstytucyjne uprawnienia Kongresu do kontrolowania finansowania rządu, prowadzenia dochodzeń i wnoszenia impeachmentu. Jeśli jednak dojdzie do miażdżącego zwycięstwa w wyborach, nastąpi to w jeszcze większym stopniu poprzez zmianę psychologiczną, ponieważ Trump zaczyna wyglądać jak jego własny najgorszy koszmar – bycie „przegranym”. Z tego właśnie powodu człowiek, który chciałby zostać królem, spróbuje najpierw zapobiec, a następnie ominąć i delegitymizować Izbę Reprezentantów kontrolowaną przez Demokratów wszelkimi dostępnymi środkami. Niemniej jednak, byłby to koniec początku.
Zeszłego lata napisałem felieton, w którym argumentowałem, że Amerykanie mają 400 dni na uratowanie demokracji. Teraz zostało im niewiele ponad 90.

Timothy Garton Ash jest historykiem, pisarzem politycznym i felietonistą Guardiana


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga