DRUGI OBIEG
Sobota, 15 sierpnia 2026


1.
4 lata temu
1.
To jest jeden z tych dni, w których D.O. prawie nic nie napisze. Dostaje fioła od pracy zarobkowej, już jest ślepy od wgapywania się e komputer od świtu do nocy, wyszukiwania danych, sprawdzania, pisania i tak dookoła wojtek. A robota jeszcze w lesie.

2.
O zmierzchu szybki spacerek w okolicach Campo de’ Fiori, kolacja w makaroniarni na stołkach barowych i w papierowych miskach. Ładniej wyglądało niż smakowało.

3.
Ulice Rzymu są nagle cudowne: pusto, mnóstwo miejsc parkingowych, w miejscach, gdzie nie ma zazwyczaj żadnych szans. Jutro Ferragosto, święty dzień, w którym żaden szanujący się Włoch nie może nie przebywać na wakacjach. Lepiej sobie nie wyobrażać, co musi dziać się w miejscowościach wypoczynkowych. Bo i po co? Lepiej rozkoszować się Rzymem, jakiego zazwyczaj nie ma. A Rzym dostarcza rozkoszy. Brudny, pomazany, ale zrobić pięć kroków i musisz stanąć, oszołomiony wyrafinowanym pięknem, stylem, charakterem, jakiego nie ma żadne inne miasto świata, wliczając w to włoskie. Inne miasta są czystsze, inne są brudniejsze, ładniej położone, lepiej zorganizowane, ale… Co ja wam będę mówił: Rzym to Rzym. To bazyliszek, od którego nie można oderwać oczu, który cię porywa i uprowadza, a ty, choć go nienawidzisz, zapadasz na syndrom sztokholmski i … kochasz go.

4.
D.O. już się z nim przeprosił, poznaliśmy się od nowa. Już się w nim czuje u siebie, już przypomina nazwy ulic, już automatycznie jedzie, tam, gdzie ma jechać, bez rozglądania się, sprawdzania na mapie, bez wątpliwości. Obcawe jeszcze kilka tygodni temu ulice znów są znajome, znów prezentują swoje stare dziury i wyboje. My już są z Rzymem stare kumple.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Vicolo della Cancelleria. Tu, w pałacu po prawej, Kościół udziela rozwodów. Udzielił ich paru byłym znajomym, choć mieli dzieci, choć porwali dzieci ich matkom…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Campo de’ Fiori

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Tu, 17 lutego 1600 r., spalono żywcem za herezję Giordano Bruno, XVI wiecznego filozofa, pisarza i zakonnika dominikańskiego. A mimo to ludzie nadal chodzą do kościołów…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Po wysłuchaniu wyroku śmierci, powiedział słynne zdanie: „„Być może drżycie bardziej wy, wypowiadając przeciwko mnie ten wyrok niż ja, który go słucham”.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
17 lutego 1600 r. włożono mu „żelazny gryzik” – narzędzie tortur, wkładane więźniom do ust, by przycinało język i uniemożliwiało mówienie, zaprowadzono go na Campo de’ Fiori, rozebrano do naga, przywiązano do pala i spalono żywcem. Jego prochy wyrzucono do Tybru.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Opodal, na bruku z sampietrini na Campo de’ Fiori ta trawertynowa tablica:
„Kartki płoną, ale litery fruną
Na pamiątkę spalenia talmudu
Na tym placu
9 września 1553
Wzywa o pokój dla tych, którzy opłakują twój stos”

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A tuż obok, w osterii „Pod Heretykiem”…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Widać, że to Rzym.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Panienka z okienka

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Rzymskie kolacje

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Taki tam zaułek…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Uliczna fontanella

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
I ta też.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Rzymskie międzyoknie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Jedna z dwóch bliźniaczych fontann na Piazza Farnese

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Palazzo Farnese z ogrodami, zaprojektowanymi przez Michała Anioła – siedziba Ambasady Francji - wynajmowany Transalpejczykom niegdyś za 1 lira, dziś za 1 euro. Trwa właśnie remont, rusztowania są bardzo wymyślne.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Monte di Pietà - Górka miłosierdzia - to kompleksu nieruchomości, w którym od 1539 roku mieści się biuro pożyczek pod zastaw. Zarządzali tym Bracia Mniejsi a patronem był papież Paweł III Farnese, który w 1539 roku zatwierdził konstytucję „Zgromadzenia ludzi zamożnych, którzy pożyczają pieniądze ubogim na zastawy, czyniąc to bez żadnego zysku w zwrocie pieniędzy”. Kapitał początkowy został przekazany w formie jałmużny przez członków Zgromadzenia.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
W samym centrum Rzymu

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Posterunek karabinierów tam gdzie flaga.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pieszy most na Tybrze u wylotu Via Giulia.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Zaułek

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Stąd, gdzie znajdowało się więzienie sądu Savella
11 września 1599
Beatrice Cenci
Ruszyła na szafot
Przykładna ofiara sprawiedliwości niesprawiedliwej
SPQR 1999

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
„Wszystko będzie dobrze” – to hasło z pierwszych dni pandemii. Nie wszystko było. Rodziny 200 tysięcy zmarłych na Covid nie uważają, że poszło wszystko dobrze.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
„Kapitalizm to przemoc
Bij w system”
(przykład logiki ludowej)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Ot, na jakimś domu na rogu marmurowa tablica sławiąca cesarza Germanicusa

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Architektura nieco eklektyczna, nieprawdaż?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A na narożniku jakiejś barokowej kamienicy…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A sklep ze szkłem w sobotę otwarty


2.
9 lat temu
To ostatni taki rok, w którym można narzekać na głupstwa.
Skorzystam zatem.
Najpierw na Giuseppinę. Prowadziła mnie dzisiaj tak, że lżyłem ją najgorszymi słowy, wypominałem jej prawdziwy zawód, łączyłem to z jej parszywym charakterem i w ogóle zachowywałem się jak pisowiec po mszy. Najpierw jej napisałem, że nie chcę autostrad: posłuchała małpa? A skąd! Upierała się przy tej autostradzie tak, że straciłem godzinę, zanim na własny rozum wydostałem się z Grenoble. Potem, już w Alpach, jak idiota jej posłuchałem i znów mnie wpakowała na taką dróżkę, że każdą z 200 serpentyn musiałem brać na dwa razy, bo na raz samochód się nie wyrabiał i można było zlecieć w przepaść. Po to tylko, by na końcu wyprowadzić mnie na tę samą drogę. Policzyłem na mapie: gdybym jechał drogą dłuższą, zajęłoby mi to 5 minut, a skrót kosztował mnie 1 godzinę i 45 minut. Marzenko z Automapy, wróć do mnie! Już nie będę złorzeczył!

Druga, to francuscy kucharze. Zatrzymałem się niespełna 3 kilometry od granicy włoskiej, na deptaku nadmorskim jest pandemonium, o znalezieniu miejsca na samochód nie ma mowy, więc postanowiłem zjeść coś w restauracji hotelowej. Elegancja, basen, obok parasole. W menu nic, więc choć unikam węglowodanów zamówiłem pâtes aux fruits de mer, czyli kluski z owocami morza, prosząc wyraźnie, żeby mi ich nie rozgotowali. Posłuchali mnie? A skąd!
Ale to pryszcz, że były miękkie: ONI UTOPILI TE KLUSKI W BESZAMELU!!!
Ja jestem pokojowy człowiek, ale jak bym był Gentilonim, to bym wydał rozkaz inwazji. Już raz Włosi okupowali Niceę i Menton w latach 1940-43 i zamiast uczyć tutejszych kucharzy czego z kluskami nie należy robić, to prześladowali patriotów.
Jak można! Jak można zabić cały smak i klusek i wszystkiego, czego tam nawrzucali! Ziobra bym na nich nasłał!
- Tout se bien passait? – zapytał mnie na koniec kelner.
To ja mu wtedy po polsku odpowiedziałem co se bien passait. Tego słowa nie znał, ale chyba zrozumiał.
17 euro za talerz klusek tak obrzydliwych, że to nie do opisania.
Więc wszystkich piewców i obrońców kuchni francuskiej bardzo przepraszam, ale zostanę przy swoim, że to barbarzyństwo z małymi wyjątkami. Za tym pobytem najlepsze rzeczy jadłem, które sobie sam w hotelu przyrządziłem. A plus jamais!

Ech, ja wiem, góra lodowa już dryfuje na południe, a ja o idiotyzmach.
Znowu przypomniał mi się Theodor W. Adorno, który w 1945 roku napisał: „Nach Ausschwitz noch En Gedicht zu schreiben ist barbarisch” – „Po Auschwitz napisanie choćby jednego wiersza byłoby barbarzyństwem”. I sam przestał komponować. Chyba z niewielką zresztą stratą, bo był fenomenalnym muzykologiem i kulturoznawcą, ale kompozytorem takim sobie, co jeszcze raz dowodzi, że to nie wiedza czyni artystę, ale instynkt i iskra boża.
Sporo ludzi tak wtedy myślało; wobec bezmiaru potworności (ludzkiej potworności) sztuka nagle straciła wszelki sens.
Po jakimś czasie jednak Adorno wycofał się ze swojej radykalnej tezy.
A ja, szczerze mówiąc, nie wiem, czy nie miał racji.
Czy Miłosza wykreślili z powodu tego wiersza?
Który skrzywdziłeś człowieka prostego śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, gromadę błaznów koło siebie mając na pomieszanie dobrego i złego, choćby przed tobą wszyscy się skłonili cnotę i mądrość tobie przypisując, złote medale na twoją cześć kując, radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli, nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta. Możesz go zabić - narodzi się nowy. Spisane będą czyny i rozmowy. Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy i sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.
Każdy wers uderza w tego, który wczoraj urządzał kolejną szopkę na Krakowskim.

Schumann pisał, że tak ciężko mu idzie układanie myśli w słowa, a słów w zdania, a z taką łatwością te same myśli przekłada na muzykę.
Szczęśliwa Francja. Odkąd przekroczyłem granicę, nastawiłem samochodowy odbiornik na France Musique i – otworzyły się niebiosa! Cóż to za fenomenalna rozgłośnia! W pięć dni wysłuchałem więcej arcydzieł niż na polskiej Dwójce w 5 miesięcy. Przy czym w dwójce muzykolodzy mszczą się na nas za swoje niepowodzenia na egzaminach, gubią się w przyczynkach, nieznośnie i nieskończenie pieprzą, excuze le mot, a tu minimum gadania, a jeśli już to na najwyższym poziomie, fantastyczne cykle, owoc długotrwałego researchu… A nade wszystko muzyka, muzyka, muzyka! I nawet wieczorami, w hotelu dalej tego słucham w streamingu.
Nie wiem, jak wielu ludzi słucha tej stacji, ale dzięki Francjo, że ona jest, że dbasz o nas, o ten, margines, o elity.

W historii liberalizmu dość silne bywały nurty antydemokratyczne. To dość zrozumiałe. „Dlaczego głupia większość ma rządzić mądrą mniejszością”? – to pytanie przypisuje się Platonowi, wcale dziś nie straciło aktualności.

Arcyciekawy filozof i teolog kolumbijski Nicólás Gómez Dávila powiedział wręcz: „Decyzje ludu musimy odrzucić nie tylko dlatego, że są zazwyczaj obrzydliwe, i nie dlatego, że są popularne, lecz dlatego, że roszczą sobie pretensje do bycia suwerennymi”.
A William Faulkner napisał: „Nie chciałbym podróżować statkiem, którego kurs byłby określany głosowaniem załogi, przy czym kucharz i chłopiec okrętowy mieliby takie samo prawo głosu jak kapitan i sternik”.
Bodaj ostatni w kolejności głos w tej trwającej tysiąclecia dyskusji należy do Normana Davisa, który w wywiadzie dla Newsweeka powiedział: „Oczywiście, można mieć demokrację bez kultury, nawet na wyspie kanibali. Tamtejsi obywatele demokratycznie uchwalą, że kanibalizm jest oficjalnie obowiązującym ustrojem, a po wyborach strona rządząca zje opozycję. Ten przykład pokazuje, że kultura polityczna to nie dodatek do demokracji, lecz jej istota”.
Na naszej wyspie do rządów dorwali się właśnie ludożercy i po nocach uchwalają jedno prawo po drugim… Kto zostanie zjedzony pierwszy? Kto ostatni?
„Demokracja to rządy brutali, temperowane przez dziennikarzy” - zażartował Ralph Waldo Emerson, ale mnie wcale nie do śmiechu. A propos: czytam, że Orlen (odmówił wspierania WOŚP) kupił sobie właśnie Rzeczpospolitą.

W 1928 r. Rzeczpospolita Polska miała 34.923.000 mieszkańców. Jeśli zsumować AK, AL, BCh, NSZ i pomniejsze ugrupowania, to czynnie, w ruchu oporu przeciwko Niemcom brało udział 300 tysięcy obywateli Polski. Dobrze, że wówczas nie było wyborów. Niemcy mogliby je wygrać.
A orkiestra jeszcze gra.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.Lac de Serre-Ponçon

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Oni piszą wszędzie, to to droga na najwyższą przełęcz w Europie: Col de la Bonette, 2802 m npm. Zapominają o drodze na Pico de la Veleta koło Granady, droga dochodzi na wysokość 3386 m npm.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.To nie księżyc, to widok z Col de la Bonette.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.To jakieś 30 mniej niż u Szanownych Państwa.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Cafe pod szczytem. Jeść nie dawali i dobrze.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Uzbrojeni żołnierze na Promenade des Alngais w Nicei. Było już na nich 6 zamachów, ostatni przedwczoraj na przedmieściach Paryża. Wojsko wyprowadzone zostało na ulice francuskich miast po serii zamachów z 13 listopada 2015 r. Teraz media krzyczą, że to marnowanie pieniędzy, dokładnie 850 milionów euro rocznie; efekty mizerne, a i sami żołnierze są teraz celem zamachów.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Basen wyglądał tak zachęcająco. Nawet leżąca obok restauracja wyglądała zachęcająco. Nie przełożyło się to na jakość potraw. Już mnie brzuch boli.


3.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (7)
Podróże kształcą.
Dziś zamiast teksu będzie komiks.
Obiecany Vercors, region leżący na południowy zachód od Grenoble.
Jest zupełnie zwariowany, złożony z pionowych kamiennych skał, do pewnego momentu zaczernionych lasem, potem, jak uciął nożem - sama biała czaszka. Coś jak naziskin w negatywie.
Przepaście są naprawdę przepastne.
A najbardziej zwariowane są w Vercors drogi. ZWA-RIO-WA-NE!!! Kręte jak kiszki, wąskie jak biodra Ślązaczek i strome jak metafory Błaszczaka.
Czasami mają symboliczne, kamienne murki, które niczego nie powstrzymają, ale w najgorszych miejscach nie mają nic, a z boku czai się tysiącmetrowa przepaść - zero szans przeżycia w razie błędu.
Po każdej z takich przejażdżek można się na szczęście uspokoić przy którymś z wodospadów. Pięknie szumią.
A może to ta orkiestra, która mimo wszystko nadal gra?
Brak dostępnego opisu zdjęcia.Taki jest Vercors. Na niektórych z tych skał można dojrzeć ludzi, rzucających wyzwanie grawitacji i swemu szczęściu.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Można pomylić drogę i dojechać pod samą białą czaszkę tych gigantów. Strach!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Niebotyczne, a u stóp drobny (no dobrze, nie drobny!) człowieczek ze smartphonem.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Za tym murkiem z lewej płynie wartko Bourne. Taka rzeczka. Wyżłobiła sobie kanion, a człowiek dołożył swoje trzy grosze, żeby samochody mogły przejechać. To jedna z mijanek: wjeżdżasz w jaskinię i bliźni w druga stronę mogą przejechać, a ci, których hamowałeś - minąć cię.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Tunele, wystukane bezpośrednio w skale: do nich można się przyzwyczaić, ale te wykusze, pod które trzeba wjechać, zastanawiając się, czy twoja bryczka jest wystarczająco niska - to zawsze przygoda.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.O właśnie. A droga na tyle wąska, że trzeba się do skał po prostu przytulić. Jak masz swój samochód i go czujesz - to w porządku. Jeśli właśnie wypożyczyłeś i jest większy od twojego - no, to emocje jak w banku!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Czasami to partner z przeciwka musi wjechać pod skałę, a ty musisz tylko uważać, żeby nie wyrżnąć w murek.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A już 50 metrów niżej szumi sobie Bourne

Brak dostępnego opisu zdjęcia.O, a to jeden ze szczególne emocjonujących pół-tuneli. Kiedy z przeciwka jedzie ciężarówka z przyczepą (rzecz wcale nierzadka!), to chciałbyś mieć zdolność nagłej teleportacji.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Czasami ściany tuneli są pochylone. Uważaj śmiałku!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.To cudo ma 500 metrów długości, ani jednego światełka, mieści się z biedą jeden samochód, ale w środku, po 250 i 400 metrach są dwie wąskie mijanki. Przytulać się do skał w ciemności - no przecież po to się jedzie do Vercors!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Jechać 3 km/h to też sztuka. Szybciej byłoby szaleństwem.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Z takich właśnie gardzieli skalnych leci woda. To się nazywa chute d'eau, czyli z polska - "wodospad".

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
I Vercors na takie chute d'eau natykasz się raz po raz. Ten może nie jest szczególnie widowiskowy, ale te skały są tak gładkie, tak miłe w dotyku... Niestety zimne...

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Szczególnie miły chute d'eau.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.To jeden z najbardziej nerwowych pasaży w Vercors. Jeden samochód ledwo się mieści. Od boków zostaje po 5 cm. z każdej strony. Z jednej strony skały, ostre jak noże, z drugiej murek, a za murkiem - nie będę opowiadał, bo wśród nas mogą być osoby z lękiem wysokości: wpadłyby w panikę. Trąbić trzeba już z daleka. Ja jechałem z duszą na ramieniu, myśląc, co to będzie, jak z przeciwka pojawi się drugie auto: jazda na wstecznym w tak wąskim korytarzu musi być koszmarem.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.To w środku tego tunelu, a na końcu zakręt o 120 stopni w prawo. Wąsko, murek się kończy, co gorsza.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Miałem niesamowite szczęście, bo na tych szalonych dróżkach ani razu nie musiałem się cofać. Trzykrotnie trafiały mi się samochody z przeciwka właśnie w szerszym wykuszu, gdzie można było się minąć.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Tyle razy złorzeczyłem na panią Marzenkę, ale teraz, wraz z samochodem dostałem Giuseppinę, która, małpa, nie uważała na lekcjach o Francji. Wyprowadzała mnie na takie dróżki, na których niespodziewanie kończył się asfalt, o zawróceniu nie było mowy, więc kilka kilometrów po szutrze. Potem się okazało, że to był "skrót". Gdybym pojechał prosto, dojechałbym w to samo miejsce spokojniej i szybciej.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Trafiają się miasteczka tak spektakularne, jak to, Pont-en-Royans. Dość zatłoczone, niezłe knajpki. 20 lat temu, na drodze u wrót tego miasteczka Żona znalazła potłuczone lusterko, zawiozła je troskliwie do domu, do Rzymu i zrobiła z niego cudne dzieło sztuki. Bardzo ten jej obraz lubię. A żeby mieszkać w tych domusiach, trzeba mieć nerwy bardzo silne.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Vercors był miejscem, gdzie sformowała się autentyczna partyzantka. Niemcy bali się tu wchodzić, ale, kiedy już wchodzili sporymi oddziałami, to dokonywali masakr zupełnie, jak na Wschodzie Europy. Ten znak oznaczał "Wolną Republikę Vercors", partyzanci wymalowywali ją na murach. Wśród najwyższych dowódców koordynujących się oddziałów partyzanckich było sporo Żydów; w przeciwieństwie do Polski, tutaj nikt ich nie uważał za "obcych", byli Francuzami, jak wszyscy inni; nie było szmalcowników, nikt nie wydawał ich Gestapo.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.To nekropolia poległych partyzantów niedaleko Font d'Urle. Zawsze zadbana, nieustannie konserwowana. Zaskakujące, jak wiele samochodów się tu zatrzymuje: może wiedzą, że ci polegli pozwolili wszystkim Francuzom zachować nieco honoru?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Tu Niemcy zabili dwóch partyzantów: niesamowite jest to, że jest to naprawdę bardzo wysoko w górach, trudno tu wjechać nawet samochodem, najbliższe osady znajdują się wiele, wiele kilometrów stąd.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Właśnie w Vercors zlokalizowany jest memoriał Ruchu Oporu. Takiego prawdziwego, nie tego z "Allo, allo".


4.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (6)
Podróże kształcą.
Czuję się Europejczykiem. Bycie Europejczykiem sprawia mi rozkosz. Czuję się dobrze i swobodnie w tak wielu krajach tego cudnego kontynentu. Teraz jeżdżę japońskim samochodem na włoskich numerach po Francji, w hotelach i restauracjach, zmieniając języki, rozmawiam z tak różnymi i ciekawymi ludźmi… W najgorszym wypadku schodzi na pogodę, ale częściej na wino; okazuje się, że całkiem sporo ludzi ma, jak ja, hopla na tym punkcie.
Przewiozłem na krętej, obfitującej w serpentyny alpejskiej szosce dwóch francuskich autostopowiczów; właśnie zdali ostatnie egzaminy na pierwszym roku architektury. Spytali skąd jestem, więc mówię „Varsovie”. Ucieszyli się, ale grosza bym nie dał, że wiedzieli, gdzie takie miasto (państwo?) się znajduje. No, ale jakby nie mają obowiązku (oni). Najpierw dużo mówili, ale ja jechałem dość szybko i zrobili się małomówni. Żołądki na szczęście mieli w porządku. W każdym razie, przez dłuższy czas będą przekonani, że ci z Varsovie to naprawdę dobrzy kierowcy.

Tzw. „masy” nie lubią mądrych. Nie lubią inteligentnych. Nie ufają tym, którzy się myją. Nie lubią wykształconych, uczciwych, przyzwoitych.
To nie supozycja, to konstatacja. O faktach się nie dyskutuje.
Mimo to, czasami, właśnie ci nielubiani są w cenie. Przeważnie po kryzysach.
Gdy już jacyś prawdziwi patrioci doprowadzą państwo a to do utraty niepodległości, a to do upadku gospodarczego (nikt nie potrafi zaszkodzić ojczyźnie tak, jak prawdziwy patriota!), wtedy takich Żydów jak ci wykształceni prosi się, by ratowali Polskę.
I oni ratują.
Wtedy, z wdzięczności, masy stawiają ich pod pręgierzem i obficie opluwają. To zdumiewające, ile śliny potrafią mieć masy. A jeśli oplucie nie przyniesie wystarczającej satysfakcji, to to pakują do więzień, albo gorzej.

To ja opowiem historyjkę.
Jakieś 20 lat temu wybraliśmy się z Żoną i kotem z Rzymu do Francji. Zamieszkaliśmy w Etapie pod Grenoble (niska cena!). Był ponad trzydziestostopniowy upał. Etap (teraz to się nazywa Ibis budget) miał mieć klimatyzację, ale to było to było charakterystyczne dla grupy hotelowej Accor oszustwo: „klimatyzacją” nazywali „ventilation forcé”, czyli dmuchanie powietrzem nieschłodzonym. Noc była piekłem, zwłaszcza, że kot za bardzo interesował się oknem, więc musieliśmy trzymać je zamknięte.
Następnego dnia pojechaliśmy szukać czegoś wyżej położonego. Zupełnym przypadkiem trafiliśmy do sympatycznego miasteczka Villard-de-Lans. Bingo! Śliczności pełne, powietrze rześkie. Tam w pensjonacie „Arc en ciel” dostaliśmy pokój z balkonem na pięterku, miła właścicielka polubiła kota, kot polubił ją, uspokoił się i nie chciał już uciekać. No to poszliśmy z Żoną na spacer w góry, leśną ścieżką. Po paru kilometrach, w środku lasu był jakiś obelisk. Sporo w bok, ale coś mnie ciągnęło. Podszedłem i nie wierząc oczom przeczytałem napis …po polsku: „Pamięci profesorów i uczniów Liceum Polskiego poległych na froncie lub pomordowanych przez niemieckich okupantów”… I nazwiska. W środku lasu, w środku Francji?!
W mieście – jedna z ulic w centrum: "Rue de Licee Polonaise”.
Gdzie, jak, co? Internetu się jeszcze nie woziło, więc musiałem czekać do powrotu do Rzymu, by dowiedzieć się więcej.
To było jedyne polskie liceum w okupowanej Europie. Utrzymywane przez większość czasu swego istnienia z pieniędzy najpierw PCK, potem Towarzystwa Opieki nad Polakami we Francji oraz rząd Londyński. Teściowa miała przyjaciółkę absolwentkę, wiadomości polały się strumieniem. Nie będę nudził, wszyscy sobie historię tej placówki łatwo mogą wygooglować; jest doprawdy ciekawa.
Ale ja chciałem o jednym tylko aspekcie: WSZYSCY bez wyjątku absolwenci („willardczycy”, mają swoja ulicę na warszawskim Ursynowie), WSZYSCY profesorowie, WSZYSCY opiekunowie z ramienia organizacji polskich na wychodźstwie podkreślają serdeczne przyjęcie, jakie ok. dwustu uczniom i kilkunastu profesorom zgotowali miejscowi.

Stąd dwie moje konstatacje:
1. gdybyśmy byli tzw. „porządnymi ludźmi”, to dzisiaj, w którejś z polskich miejscowości, otoczeni serdecznością, uczyli by się w swoim języku, w swoim liceum młodzi Syryjczycy.

2. Niepodległa Polska mogłaby się mieszkańcom Villard-de-Lans za serdeczną gościnę odwdzięczyć np. finansując remont dawnego gmachu liceum, który dziś niszczeje w samym środku tego słodkiego miasteczka. Villard jest „zbliźniaczone” z Mikołajkami: może to zamożne miasteczko mogłoby spełnić rolę inicjatora?

Villard-de-Lans leży w sercu podregionu, zwanego od górskiego pasma "Vercors". To jeden z piękniejszych zakątków świata. I na dodatek przez całą wojnę Niemcy bali się tu wchodzić. Tu, obszerne połacie górzystej ziemi, pozostały Wolną Francją.
Na razie obejrzyjcie, proszę zdjęcia z Villard.
A orkiestra gra nadal.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.Pensjonat, w którym mieszkaliśmy 20 lat temu. Po tej francuskiej podróży kotka, która miała ma imię "Fiu" dostała przydomek "Mrugeouir" (wymawiaj "mrużuar). Pierwsze okno z lewej na pierwszym piętrze. Miła gospodyni z córeczką. Chciałem pójść, ale po co? Powiedzieć, że z rozrzewnieniem wspominam mój pobyt sprzed lat? W ogóle, to przyjechałem w ten zakątek VIllard, bo chciałem odnaleźć ten leśny obelisk. Wlazłem pod górę w jedyną leśną drogę, jaką znalazłem. Było stromo, ale uparcie szedłem w górę. Ze dwa kilometry, nim zrezygnowałem: to ewidentnie nie było tu. Szkoda...

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Reklamy wystawy fotograficznej na gmachu dawnego Liceum polskiego, niegdyś "Hotel du Parc".

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Wdzięczna willa, zwana przez ówczesnych właścicieli "zamkiem" zasługuje na renowację. W środku można by zebrać pamiątki po goszczonych tu Polakach.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Uwaga na spadający z dachu śnieg!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Tablice pamiątkową umieścili tu Francuzi, którym Polacy pozostawili mile wspomnienia. Z jakiegoś powodu po każdym "w" jest kropka...

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Ulica Liceum Polskiego, a pod spodem tablica z krótką historią VIllard-de-Lans. Miasto strawił ogromny pożar w 1812 r. i wówczas Napoleon w Smoleńsku podpisał dekret, przeznaczający spore fundusze na odbudowę miasta. Przypadek?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.La France en toute sa douceur...

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Czy można rządzić krajem, w którym jest 400 rodzajów sera?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.I 15 rodzajów oliwek?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Charcouterie to już nikt nie zliczy.


5.
11 lat temu
ENBECJA
Na zdrowy rozum, pisałem o tym nie raz, w Polsce powinna istnieć i rządzić duża partia chrześcijańsko-demokratyczna. Powinna też istnieć duża partia socjaldemokratyczna, zdolna przejąć władzę od chadecji, gdyby ta nie dość pilnie dbała o czystość swoich szeregów. Tak działo się po dyktatorskich przełomach we Włoszech, tak było w Hiszpanii, Niemczech, Austrii i, z oczywistymi, niewielkimi różnicami, w wielu innych krajach europejskich.
Niestety, w Polsce nie udało się zbudować żadnej z tych partii. Rozmaite próby tworzenia chadeckiego centrum – od UW, przez AWS do PO - spaliły na panewce. UW była zbyt elitarna, AWS i PO zabrakło lidera z jasną wizją partii i państwa i w rezultacie obie te formacje były zbyt amorficzne, by przetrwać. PO jest jednak na tym tle swoistym fenomenem, bo trwa dłużej niż pozostałe formacje. Zawdzięczała to obecności najlepszych i najciekawszych umysłów politycznych epoki. Niestety, jej lider, Donald Tusk, bez wątpienia najzdolniejszy polski polityk okresu po przełomie, popełnił wszystkie – chciałoby się powiedzieć – banalne błędy, jakie może popełnić lider: zachciało mu się jedynowładztwa i oddalił od sfery decyzyjnej wszystkich najzdolniejszych polityków swojej partii, albo eliminując ich z życia publicznego, albo zsyłając do Brukseli. Na dodatek przestał słuchać jakichkolwiek doradców poza yesmanami. Kiedy PO znalazło się w kryzysie, „komisarze” tej partii nie przywołali z powrotem oddalonych liderów, jedynych, zdolnych odwrócić niekorzystne tendencje.
Piszę „komisarzy”, bo po „emigracji” Tuska nie zwołano nawet kongresu, by przeanalizować stan partii i demokratycznie wybrać nowe jej władze.
Tak, racja, dzisiaj jest łatwo i modnie krytykować PO. Ale ja jestem „kryty”: w 2009 r. poróżniliśmy się (uwaga, poróżniliśmy, nie pokłóciliśmy!) ze Stefanem Bratkowskim; przewidując rozwój wydarzeń napisałem wówczas artykuł „Tusku odejdź”, który Mistrzowi bardzo się nie spodobał. Oczywiście nie będę dziś mu wytykał, że moje ówczesne prognozy sprawdziły się co do joty, nie odczuwam z tego powodu żadnej satysfakcji.

Szkoda dłuższej analizy powodów, dla których nie narodziła się w Polsce socjaldemokracja z prawdziwego zdarzenia. Może kieruje mną osobista niechęć… Kiedyś, udzielając mi pierwszego dla polskich mediów wywiadu, Michaił Gorbaczow użył określenia „krasnaja armia nad Polszu nawisała” świetne określenie: nad polską socjaldemokracją „nawisajet” pokrętna osobowość Leszka Millera. Nie tylko nikt go nie rozliczył z krymskich pieniędzy ani z podarcia kontaktu na dostawy gazu z Norwegii, i skazanie nas na rosyjski szantaż, ale w 2005 r., w reakcji na jego nieudolne i skorumpowane rządy Polacy wybrali nacjonal-bolszewików z ich ideą ludowej sprawiedliwości. Potem osobiście uczestniczył w rozbijaniu wszystkich lewicowych formacji i likwidowaniu wszystkich, co zdolniejszych, lewicowych działaczy. Wielu go nie doceniło, znając jego mocno toporny umysł, ale miał rację, kiedy mówił, że upór i wytrwałość łączą go z Jarosławem Kaczyńskim.
I dlatego mamy tę historyczną anomalię, że dominującą siłą polityczną w Polsce staje się, całkowicie anachroniczna endecja. Właściwie to jest jej nowa forma, którą należałoby nazwać „enbecją”, bo tu element demokracji zastąpiony został z grubsza obciosanym bolszewizmem. Powoli poddajemy się nagle nobilitowanemu Złu.

Istnieje wiele uczonych rozpraw na temat przyczyn, dla których normalni ludzie dają się porwać idei zła; nie zamierzam z nimi konkurować. Historia uczy jednak, że w takich sytuacjach, siły dobra nagle ogarnia wszechobecna Niemożność, atrofia woli, niezdolność do mobilizacji, przeciwstawienia się Złu, nim ono całkowicie zatriumfuje. Potem pokonać je będzie znacznie trudniej i będzie wymagało znacznie większych ofiar.
Nic te moje facebookowe jeremiady nie dadzą, szkoda było czasu na ich pisanie i na czytanie. Co komu po satysfakcji „a nie mówiłem”?


6.
Ostatnie pożegnanie Andrzeja. Znaliśmy się i lubiliśmy od prawie półwiecza.

\Na cmentarzu. Z polityków, z których Andrzej robił niezasłużenie bohaterów, był tylko prof. Adam Bodnar.


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga