DRUGI OBIEG
Sobota, 15 sierpnia 2026
1.
4 lata temu
1.
To jest jeden z tych dni, w których D.O. prawie nic nie napisze. Dostaje fioła
od pracy zarobkowej, już jest ślepy od wgapywania się e komputer od świtu do
nocy, wyszukiwania danych, sprawdzania, pisania i tak dookoła wojtek. A robota
jeszcze w lesie.
2.
O zmierzchu szybki spacerek w okolicach Campo de’ Fiori, kolacja w makaroniarni
na stołkach barowych i w papierowych miskach. Ładniej wyglądało niż smakowało.
3.
Ulice Rzymu są nagle cudowne: pusto, mnóstwo miejsc parkingowych, w miejscach,
gdzie nie ma zazwyczaj żadnych szans. Jutro Ferragosto, święty dzień, w którym
żaden szanujący się Włoch nie może nie przebywać na wakacjach. Lepiej sobie nie
wyobrażać, co musi dziać się w miejscowościach wypoczynkowych. Bo i po co?
Lepiej rozkoszować się Rzymem, jakiego zazwyczaj nie ma. A Rzym dostarcza rozkoszy.
Brudny, pomazany, ale zrobić pięć kroków i musisz stanąć, oszołomiony
wyrafinowanym pięknem, stylem, charakterem, jakiego nie ma żadne inne miasto
świata, wliczając w to włoskie. Inne miasta są czystsze, inne są brudniejsze,
ładniej położone, lepiej zorganizowane, ale… Co ja wam będę mówił: Rzym to
Rzym. To bazyliszek, od którego nie można oderwać oczu, który cię porywa i
uprowadza, a ty, choć go nienawidzisz, zapadasz na syndrom sztokholmski i …
kochasz go.
4.
D.O. już się z nim przeprosił, poznaliśmy się od nowa. Już się w nim czuje u
siebie, już przypomina nazwy ulic, już automatycznie jedzie, tam, gdzie ma
jechać, bez rozglądania się, sprawdzania na mapie, bez wątpliwości. Obcawe
jeszcze kilka tygodni temu ulice znów są znajome, znów prezentują swoje stare
dziury i wyboje. My już są z Rzymem stare kumple.
Vicolo della Cancelleria. Tu, w pałacu po prawej, Kościół udziela rozwodów.
Udzielił ich paru byłym znajomym, choć mieli dzieci, choć porwali dzieci ich
matkom…
Campo de’ Fiori
Tu, 17 lutego 1600 r., spalono żywcem za herezję Giordano Bruno, XVI wiecznego
filozofa, pisarza i zakonnika dominikańskiego. A mimo to ludzie nadal chodzą do
kościołów…
Po wysłuchaniu wyroku śmierci, powiedział słynne zdanie: „„Być może drżycie
bardziej wy, wypowiadając przeciwko mnie ten wyrok niż ja, który go słucham”.
17 lutego 1600 r. włożono mu „żelazny gryzik” – narzędzie tortur, wkładane
więźniom do ust, by przycinało język i uniemożliwiało mówienie, zaprowadzono go
na Campo de’ Fiori, rozebrano do naga, przywiązano do pala i spalono żywcem.
Jego prochy wyrzucono do Tybru.
Opodal, na bruku z sampietrini na Campo de’ Fiori ta trawertynowa tablica:
„Kartki płoną, ale litery fruną
Na pamiątkę spalenia talmudu
Na tym placu
9 września 1553
Wzywa o pokój dla tych, którzy opłakują twój stos”
A tuż obok, w osterii „Pod Heretykiem”…
Widać, że to Rzym.
Panienka z okienka
Rzymskie kolacje
Taki tam zaułek…
Uliczna fontanella
I ta też.
Rzymskie międzyoknie.
Jedna z dwóch bliźniaczych fontann na Piazza Farnese
Palazzo Farnese z ogrodami, zaprojektowanymi przez Michała Anioła – siedziba
Ambasady Francji - wynajmowany Transalpejczykom niegdyś za 1 lira, dziś za 1
euro. Trwa właśnie remont, rusztowania są bardzo wymyślne.
Monte di Pietà - Górka miłosierdzia - to kompleksu nieruchomości, w którym od
1539 roku mieści się biuro pożyczek pod zastaw. Zarządzali tym Bracia Mniejsi a
patronem był papież Paweł III Farnese, który w 1539 roku zatwierdził
konstytucję „Zgromadzenia ludzi zamożnych, którzy pożyczają pieniądze ubogim na
zastawy, czyniąc to bez żadnego zysku w zwrocie pieniędzy”. Kapitał początkowy
został przekazany w formie jałmużny przez członków Zgromadzenia.
W samym centrum Rzymu
Posterunek karabinierów tam gdzie flaga.
Pieszy most na Tybrze u wylotu Via Giulia.
Zaułek
Stąd, gdzie znajdowało się więzienie sądu Savella
11 września 1599
Beatrice Cenci
Ruszyła na szafot
Przykładna ofiara sprawiedliwości niesprawiedliwej
SPQR 1999
„Wszystko będzie dobrze” – to hasło z pierwszych dni pandemii. Nie wszystko
było. Rodziny 200 tysięcy zmarłych na Covid nie uważają, że poszło wszystko
dobrze.
„Kapitalizm to przemoc
Bij w system”
(przykład logiki ludowej)
Ot, na jakimś domu na rogu marmurowa tablica sławiąca cesarza Germanicusa
Architektura nieco eklektyczna, nieprawdaż?
A na narożniku jakiejś barokowej kamienicy…
A sklep ze szkłem w sobotę otwarty
2.
9 lat temu
To ostatni taki rok, w którym można narzekać na głupstwa.
Skorzystam zatem.
Najpierw na Giuseppinę. Prowadziła mnie dzisiaj tak, że lżyłem ją najgorszymi
słowy, wypominałem jej prawdziwy zawód, łączyłem to z jej parszywym charakterem
i w ogóle zachowywałem się jak pisowiec po mszy. Najpierw jej napisałem, że nie
chcę autostrad: posłuchała małpa? A skąd! Upierała się przy tej autostradzie
tak, że straciłem godzinę, zanim na własny rozum wydostałem się z Grenoble.
Potem, już w Alpach, jak idiota jej posłuchałem i znów mnie wpakowała na taką
dróżkę, że każdą z 200 serpentyn musiałem brać na dwa razy, bo na raz samochód
się nie wyrabiał i można było zlecieć w przepaść. Po to tylko, by na końcu
wyprowadzić mnie na tę samą drogę. Policzyłem na mapie: gdybym jechał drogą
dłuższą, zajęłoby mi to 5 minut, a skrót kosztował mnie 1 godzinę i 45 minut.
Marzenko z Automapy, wróć do mnie! Już nie będę złorzeczył!
Druga, to francuscy kucharze. Zatrzymałem się niespełna 3 kilometry od granicy
włoskiej, na deptaku nadmorskim jest pandemonium, o znalezieniu miejsca na
samochód nie ma mowy, więc postanowiłem zjeść coś w restauracji hotelowej.
Elegancja, basen, obok parasole. W menu nic, więc choć unikam węglowodanów
zamówiłem pâtes aux fruits de mer, czyli kluski z owocami morza, prosząc
wyraźnie, żeby mi ich nie rozgotowali. Posłuchali mnie? A skąd!
Ale to pryszcz, że były miękkie: ONI UTOPILI TE KLUSKI W BESZAMELU!!!
Ja jestem pokojowy człowiek, ale jak bym był Gentilonim, to bym wydał rozkaz
inwazji. Już raz Włosi okupowali Niceę i Menton w latach 1940-43 i zamiast
uczyć tutejszych kucharzy czego z kluskami nie należy robić, to prześladowali
patriotów.
Jak można! Jak można zabić cały smak i klusek i wszystkiego, czego tam
nawrzucali! Ziobra bym na nich nasłał!
- Tout se bien passait? – zapytał mnie na koniec kelner.
To ja mu wtedy po polsku odpowiedziałem co se bien passait. Tego słowa nie
znał, ale chyba zrozumiał.
17 euro za talerz klusek tak obrzydliwych, że to nie do opisania.
Więc wszystkich piewców i obrońców kuchni francuskiej bardzo przepraszam, ale
zostanę przy swoim, że to barbarzyństwo z małymi wyjątkami. Za tym pobytem
najlepsze rzeczy jadłem, które sobie sam w hotelu przyrządziłem. A plus jamais!
Ech, ja wiem, góra lodowa już dryfuje na południe, a ja o idiotyzmach.
Znowu przypomniał mi się Theodor W. Adorno, który w 1945 roku napisał: „Nach
Ausschwitz noch En Gedicht zu schreiben ist barbarisch” – „Po Auschwitz
napisanie choćby jednego wiersza byłoby barbarzyństwem”. I sam przestał
komponować. Chyba z niewielką zresztą stratą, bo był fenomenalnym muzykologiem
i kulturoznawcą, ale kompozytorem takim sobie, co jeszcze raz dowodzi, że to
nie wiedza czyni artystę, ale instynkt i iskra boża.
Sporo ludzi tak wtedy myślało; wobec bezmiaru potworności (ludzkiej
potworności) sztuka nagle straciła wszelki sens.
Po jakimś czasie jednak Adorno wycofał się ze swojej radykalnej tezy.
A ja, szczerze mówiąc, nie wiem, czy nie miał racji.
Czy Miłosza wykreślili z powodu tego wiersza?
Który skrzywdziłeś człowieka prostego śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
gromadę błaznów koło siebie mając na pomieszanie dobrego i złego, choćby przed
tobą wszyscy się skłonili cnotę i mądrość tobie przypisując, złote medale na
twoją cześć kując, radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli, nie bądź bezpieczny.
Poeta pamięta. Możesz go zabić - narodzi się nowy. Spisane będą czyny i
rozmowy. Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy i sznur i gałąź pod ciężarem
zgięta.
Każdy wers uderza w tego, który wczoraj urządzał kolejną szopkę na Krakowskim.
Schumann pisał, że tak ciężko mu idzie układanie myśli w słowa, a słów w
zdania, a z taką łatwością te same myśli przekłada na muzykę.
Szczęśliwa Francja. Odkąd przekroczyłem granicę, nastawiłem samochodowy
odbiornik na France Musique i – otworzyły się niebiosa! Cóż to za fenomenalna
rozgłośnia! W pięć dni wysłuchałem więcej arcydzieł niż na polskiej Dwójce w 5
miesięcy. Przy czym w dwójce muzykolodzy mszczą się na nas za swoje
niepowodzenia na egzaminach, gubią się w przyczynkach, nieznośnie i
nieskończenie pieprzą, excuze le mot, a tu minimum gadania, a jeśli już to na
najwyższym poziomie, fantastyczne cykle, owoc długotrwałego researchu… A nade
wszystko muzyka, muzyka, muzyka! I nawet wieczorami, w hotelu dalej tego
słucham w streamingu.
Nie wiem, jak wielu ludzi słucha tej stacji, ale dzięki Francjo, że ona jest,
że dbasz o nas, o ten, margines, o elity.
W historii liberalizmu dość silne bywały nurty antydemokratyczne. To dość
zrozumiałe. „Dlaczego głupia większość ma rządzić mądrą mniejszością”? – to
pytanie przypisuje się Platonowi, wcale dziś nie straciło aktualności.
Arcyciekawy filozof i teolog kolumbijski Nicólás Gómez Dávila powiedział wręcz:
„Decyzje ludu musimy odrzucić nie tylko dlatego, że są zazwyczaj obrzydliwe, i
nie dlatego, że są popularne, lecz dlatego, że roszczą sobie pretensje do bycia
suwerennymi”.
A William Faulkner napisał: „Nie chciałbym podróżować statkiem, którego kurs
byłby określany głosowaniem załogi, przy czym kucharz i chłopiec okrętowy
mieliby takie samo prawo głosu jak kapitan i sternik”.
Bodaj ostatni w kolejności głos w tej trwającej tysiąclecia dyskusji należy do
Normana Davisa, który w wywiadzie dla Newsweeka powiedział: „Oczywiście, można
mieć demokrację bez kultury, nawet na wyspie kanibali. Tamtejsi obywatele
demokratycznie uchwalą, że kanibalizm jest oficjalnie obowiązującym ustrojem, a
po wyborach strona rządząca zje opozycję. Ten przykład pokazuje, że kultura
polityczna to nie dodatek do demokracji, lecz jej istota”.
Na naszej wyspie do rządów dorwali się właśnie ludożercy i po nocach uchwalają
jedno prawo po drugim… Kto zostanie zjedzony pierwszy? Kto ostatni?
„Demokracja to rządy brutali, temperowane przez dziennikarzy” - zażartował
Ralph Waldo Emerson, ale mnie wcale nie do śmiechu. A propos: czytam, że Orlen
(odmówił wspierania WOŚP) kupił sobie właśnie Rzeczpospolitą.
W 1928 r. Rzeczpospolita Polska miała 34.923.000 mieszkańców. Jeśli zsumować
AK, AL, BCh, NSZ i pomniejsze ugrupowania, to czynnie, w ruchu oporu przeciwko
Niemcom brało udział 300 tysięcy obywateli Polski. Dobrze, że wówczas nie było
wyborów. Niemcy mogliby je wygrać.
A orkiestra jeszcze gra.
Lac de Serre-Ponçon
Oni piszą wszędzie, to to droga na najwyższą przełęcz w Europie: Col de la
Bonette, 2802 m npm. Zapominają o drodze na Pico de la Veleta koło Granady,
droga dochodzi na wysokość 3386 m npm.
To nie księżyc, to widok z Col de la Bonette.
To jakieś 30 mniej niż u Szanownych Państwa.
Cafe pod szczytem. Jeść nie dawali i dobrze.
Uzbrojeni żołnierze na Promenade des Alngais w Nicei. Było już na nich 6
zamachów, ostatni przedwczoraj na przedmieściach Paryża. Wojsko wyprowadzone
zostało na ulice francuskich miast po serii zamachów z 13 listopada 2015 r.
Teraz media krzyczą, że to marnowanie pieniędzy, dokładnie 850 milionów euro
rocznie; efekty mizerne, a i sami żołnierze są teraz celem zamachów.
Basen wyglądał tak zachęcająco. Nawet leżąca obok restauracja wyglądała
zachęcająco. Nie przełożyło się to na jakość potraw. Już mnie brzuch boli.
3.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (7)
Podróże kształcą.
Dziś zamiast teksu będzie komiks.
Obiecany Vercors, region leżący na południowy zachód od Grenoble.
Jest zupełnie zwariowany, złożony z pionowych kamiennych skał, do pewnego
momentu zaczernionych lasem, potem, jak uciął nożem - sama biała czaszka. Coś
jak naziskin w negatywie.
Przepaście są naprawdę przepastne.
A najbardziej zwariowane są w Vercors drogi. ZWA-RIO-WA-NE!!! Kręte jak kiszki,
wąskie jak biodra Ślązaczek i strome jak metafory Błaszczaka.
Czasami mają symboliczne, kamienne murki, które niczego nie powstrzymają, ale w
najgorszych miejscach nie mają nic, a z boku czai się tysiącmetrowa przepaść -
zero szans przeżycia w razie błędu.
Po każdej z takich przejażdżek można się na szczęście uspokoić przy którymś z
wodospadów. Pięknie szumią.
A może to ta orkiestra, która mimo wszystko nadal gra?
Taki jest Vercors. Na niektórych z tych skał można dojrzeć ludzi, rzucających
wyzwanie grawitacji i swemu szczęściu.
Można pomylić drogę i dojechać pod samą białą czaszkę tych gigantów. Strach!
Niebotyczne, a u stóp drobny (no dobrze, nie drobny!) człowieczek ze
smartphonem.
Za tym murkiem z lewej płynie wartko Bourne. Taka rzeczka. Wyżłobiła sobie
kanion, a człowiek dołożył swoje trzy grosze, żeby samochody mogły przejechać.
To jedna z mijanek: wjeżdżasz w jaskinię i bliźni w druga stronę mogą
przejechać, a ci, których hamowałeś - minąć cię.
Tunele, wystukane bezpośrednio w skale: do nich można się przyzwyczaić, ale te
wykusze, pod które trzeba wjechać, zastanawiając się, czy twoja bryczka jest
wystarczająco niska - to zawsze przygoda.
O właśnie. A droga na tyle wąska, że trzeba się do skał po prostu przytulić.
Jak masz swój samochód i go czujesz - to w porządku. Jeśli właśnie wypożyczyłeś
i jest większy od twojego - no, to emocje jak w banku!
Czasami to partner z przeciwka musi wjechać pod skałę, a ty musisz tylko
uważać, żeby nie wyrżnąć w murek.
A już 50 metrów niżej szumi sobie Bourne
O, a to jeden ze szczególne emocjonujących pół-tuneli. Kiedy z przeciwka jedzie
ciężarówka z przyczepą (rzecz wcale nierzadka!), to chciałbyś mieć zdolność
nagłej teleportacji.
Czasami ściany tuneli są pochylone. Uważaj śmiałku!
To cudo ma 500 metrów długości, ani jednego światełka, mieści się z biedą jeden
samochód, ale w środku, po 250 i 400 metrach są dwie wąskie mijanki. Przytulać
się do skał w ciemności - no przecież po to się jedzie do Vercors!
Jechać 3 km/h to też sztuka. Szybciej byłoby szaleństwem.
Z takich właśnie gardzieli skalnych leci woda. To się nazywa chute d'eau, czyli
z polska - "wodospad".
I Vercors na takie chute d'eau natykasz się raz po raz. Ten może nie jest
szczególnie widowiskowy, ale te skały są tak gładkie, tak miłe w dotyku...
Niestety zimne...
Szczególnie miły chute d'eau.
To jeden z najbardziej nerwowych pasaży w Vercors. Jeden samochód ledwo się
mieści. Od boków zostaje po 5 cm. z każdej strony. Z jednej strony skały, ostre
jak noże, z drugiej murek, a za murkiem - nie będę opowiadał, bo wśród nas mogą
być osoby z lękiem wysokości: wpadłyby w panikę. Trąbić trzeba już z daleka. Ja
jechałem z duszą na ramieniu, myśląc, co to będzie, jak z przeciwka pojawi się
drugie auto: jazda na wstecznym w tak wąskim korytarzu musi być koszmarem.
To w środku tego tunelu, a na końcu zakręt o 120 stopni w prawo. Wąsko, murek
się kończy, co gorsza.
Miałem niesamowite szczęście, bo na tych szalonych dróżkach ani razu nie
musiałem się cofać. Trzykrotnie trafiały mi się samochody z przeciwka właśnie w
szerszym wykuszu, gdzie można było się minąć.
Tyle razy złorzeczyłem na panią Marzenkę, ale teraz, wraz z samochodem dostałem
Giuseppinę, która, małpa, nie uważała na lekcjach o Francji. Wyprowadzała mnie
na takie dróżki, na których niespodziewanie kończył się asfalt, o zawróceniu
nie było mowy, więc kilka kilometrów po szutrze. Potem się okazało, że to był
"skrót". Gdybym pojechał prosto, dojechałbym w to samo miejsce
spokojniej i szybciej.
Trafiają się miasteczka tak spektakularne, jak to, Pont-en-Royans. Dość
zatłoczone, niezłe knajpki. 20 lat temu, na drodze u wrót tego miasteczka Żona
znalazła potłuczone lusterko, zawiozła je troskliwie do domu, do Rzymu i
zrobiła z niego cudne dzieło sztuki. Bardzo ten jej obraz lubię. A żeby
mieszkać w tych domusiach, trzeba mieć nerwy bardzo silne.
Vercors był miejscem, gdzie sformowała się autentyczna partyzantka. Niemcy bali
się tu wchodzić, ale, kiedy już wchodzili sporymi oddziałami, to dokonywali
masakr zupełnie, jak na Wschodzie Europy. Ten znak oznaczał "Wolną
Republikę Vercors", partyzanci wymalowywali ją na murach. Wśród
najwyższych dowódców koordynujących się oddziałów partyzanckich było sporo
Żydów; w przeciwieństwie do Polski, tutaj nikt ich nie uważał za
"obcych", byli Francuzami, jak wszyscy inni; nie było szmalcowników,
nikt nie wydawał ich Gestapo.
To nekropolia poległych partyzantów niedaleko Font d'Urle. Zawsze zadbana,
nieustannie konserwowana. Zaskakujące, jak wiele samochodów się tu zatrzymuje:
może wiedzą, że ci polegli pozwolili wszystkim Francuzom zachować nieco honoru?
Tu Niemcy zabili dwóch partyzantów: niesamowite jest to, że jest to naprawdę
bardzo wysoko w górach, trudno tu wjechać nawet samochodem, najbliższe osady
znajdują się wiele, wiele kilometrów stąd.
Właśnie w Vercors zlokalizowany jest memoriał Ruchu Oporu. Takiego prawdziwego,
nie tego z "Allo, allo".
4.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (6)
Podróże kształcą.
Czuję się Europejczykiem. Bycie Europejczykiem sprawia mi rozkosz. Czuję się
dobrze i swobodnie w tak wielu krajach tego cudnego kontynentu. Teraz jeżdżę
japońskim samochodem na włoskich numerach po Francji, w hotelach i
restauracjach, zmieniając języki, rozmawiam z tak różnymi i ciekawymi ludźmi… W
najgorszym wypadku schodzi na pogodę, ale częściej na wino; okazuje się, że
całkiem sporo ludzi ma, jak ja, hopla na tym punkcie.
Przewiozłem na krętej, obfitującej w serpentyny alpejskiej szosce dwóch
francuskich autostopowiczów; właśnie zdali ostatnie egzaminy na pierwszym roku
architektury. Spytali skąd jestem, więc mówię „Varsovie”. Ucieszyli się, ale
grosza bym nie dał, że wiedzieli, gdzie takie miasto (państwo?) się znajduje.
No, ale jakby nie mają obowiązku (oni). Najpierw dużo mówili, ale ja jechałem
dość szybko i zrobili się małomówni. Żołądki na szczęście mieli w porządku. W
każdym razie, przez dłuższy czas będą przekonani, że ci z Varsovie to naprawdę
dobrzy kierowcy.
Tzw. „masy” nie lubią mądrych. Nie lubią inteligentnych. Nie ufają tym, którzy
się myją. Nie lubią wykształconych, uczciwych, przyzwoitych.
To nie supozycja, to konstatacja. O faktach się nie dyskutuje.
Mimo to, czasami, właśnie ci nielubiani są w cenie. Przeważnie po kryzysach.
Gdy już jacyś prawdziwi patrioci doprowadzą państwo a to do utraty
niepodległości, a to do upadku gospodarczego (nikt nie potrafi zaszkodzić
ojczyźnie tak, jak prawdziwy patriota!), wtedy takich Żydów jak ci wykształceni
prosi się, by ratowali Polskę.
I oni ratują.
Wtedy, z wdzięczności, masy stawiają ich pod pręgierzem i obficie opluwają. To
zdumiewające, ile śliny potrafią mieć masy. A jeśli oplucie nie przyniesie
wystarczającej satysfakcji, to to pakują do więzień, albo gorzej.
To ja opowiem historyjkę.
Jakieś 20 lat temu wybraliśmy się z Żoną i kotem z Rzymu do Francji.
Zamieszkaliśmy w Etapie pod Grenoble (niska cena!). Był ponad
trzydziestostopniowy upał. Etap (teraz to się nazywa Ibis budget) miał mieć
klimatyzację, ale to było to było charakterystyczne dla grupy hotelowej Accor
oszustwo: „klimatyzacją” nazywali „ventilation forcé”, czyli dmuchanie
powietrzem nieschłodzonym. Noc była piekłem, zwłaszcza, że kot za bardzo
interesował się oknem, więc musieliśmy trzymać je zamknięte.
Następnego dnia pojechaliśmy szukać czegoś wyżej położonego. Zupełnym
przypadkiem trafiliśmy do sympatycznego miasteczka Villard-de-Lans. Bingo!
Śliczności pełne, powietrze rześkie. Tam w pensjonacie „Arc en ciel” dostaliśmy
pokój z balkonem na pięterku, miła właścicielka polubiła kota, kot polubił ją,
uspokoił się i nie chciał już uciekać. No to poszliśmy z Żoną na spacer w góry,
leśną ścieżką. Po paru kilometrach, w środku lasu był jakiś obelisk. Sporo w
bok, ale coś mnie ciągnęło. Podszedłem i nie wierząc oczom przeczytałem napis
…po polsku: „Pamięci profesorów i uczniów Liceum Polskiego poległych na froncie
lub pomordowanych przez niemieckich okupantów”… I nazwiska. W środku lasu, w
środku Francji?!
W mieście – jedna z ulic w centrum: "Rue de Licee Polonaise”.
Gdzie, jak, co? Internetu się jeszcze nie woziło, więc musiałem czekać do
powrotu do Rzymu, by dowiedzieć się więcej.
To było jedyne polskie liceum w okupowanej Europie. Utrzymywane przez większość
czasu swego istnienia z pieniędzy najpierw PCK, potem Towarzystwa Opieki nad
Polakami we Francji oraz rząd Londyński. Teściowa miała przyjaciółkę
absolwentkę, wiadomości polały się strumieniem. Nie będę nudził, wszyscy sobie
historię tej placówki łatwo mogą wygooglować; jest doprawdy ciekawa.
Ale ja chciałem o jednym tylko aspekcie: WSZYSCY bez wyjątku absolwenci
(„willardczycy”, mają swoja ulicę na warszawskim Ursynowie), WSZYSCY
profesorowie, WSZYSCY opiekunowie z ramienia organizacji polskich na
wychodźstwie podkreślają serdeczne przyjęcie, jakie ok. dwustu uczniom i
kilkunastu profesorom zgotowali miejscowi.
Stąd dwie moje konstatacje:
1. gdybyśmy byli tzw. „porządnymi ludźmi”, to dzisiaj, w którejś z polskich
miejscowości, otoczeni serdecznością, uczyli by się w swoim języku, w swoim
liceum młodzi Syryjczycy.
2. Niepodległa Polska mogłaby się mieszkańcom Villard-de-Lans za serdeczną
gościnę odwdzięczyć np. finansując remont dawnego gmachu liceum, który dziś
niszczeje w samym środku tego słodkiego miasteczka. Villard jest
„zbliźniaczone” z Mikołajkami: może to zamożne miasteczko mogłoby spełnić rolę
inicjatora?
Villard-de-Lans leży w sercu podregionu, zwanego od górskiego pasma
"Vercors". To jeden z piękniejszych zakątków świata. I na dodatek
przez całą wojnę Niemcy bali się tu wchodzić. Tu, obszerne połacie górzystej
ziemi, pozostały Wolną Francją.
Na razie obejrzyjcie, proszę zdjęcia z Villard.
A orkiestra gra nadal.
Pensjonat, w którym mieszkaliśmy 20 lat temu. Po tej francuskiej podróży kotka,
która miała ma imię "Fiu" dostała przydomek "Mrugeouir"
(wymawiaj "mrużuar). Pierwsze okno z lewej na pierwszym piętrze. Miła
gospodyni z córeczką. Chciałem pójść, ale po co? Powiedzieć, że z
rozrzewnieniem wspominam mój pobyt sprzed lat? W ogóle, to przyjechałem w ten
zakątek VIllard, bo chciałem odnaleźć ten leśny obelisk. Wlazłem pod górę w
jedyną leśną drogę, jaką znalazłem. Było stromo, ale uparcie szedłem w górę. Ze
dwa kilometry, nim zrezygnowałem: to ewidentnie nie było tu. Szkoda...
Reklamy wystawy fotograficznej na gmachu dawnego Liceum polskiego, niegdyś
"Hotel du Parc".
Wdzięczna willa, zwana przez ówczesnych właścicieli "zamkiem"
zasługuje na renowację. W środku można by zebrać pamiątki po goszczonych tu
Polakach.
Uwaga na spadający z dachu śnieg!
Tablice pamiątkową umieścili tu Francuzi, którym Polacy pozostawili mile
wspomnienia. Z jakiegoś powodu po każdym "w" jest kropka...
Ulica Liceum Polskiego, a pod spodem tablica z krótką historią VIllard-de-Lans.
Miasto strawił ogromny pożar w 1812 r. i wówczas Napoleon w Smoleńsku podpisał
dekret, przeznaczający spore fundusze na odbudowę miasta. Przypadek?
La France en toute sa douceur...
Czy można rządzić krajem, w którym jest 400 rodzajów sera?
I 15 rodzajów oliwek?
Charcouterie to już nikt nie zliczy.
5.
11 lat temu
ENBECJA
Na zdrowy rozum, pisałem o tym nie raz, w Polsce powinna istnieć i rządzić duża
partia chrześcijańsko-demokratyczna. Powinna też istnieć duża partia
socjaldemokratyczna, zdolna przejąć władzę od chadecji, gdyby ta nie dość
pilnie dbała o czystość swoich szeregów. Tak działo się po dyktatorskich
przełomach we Włoszech, tak było w Hiszpanii, Niemczech, Austrii i, z
oczywistymi, niewielkimi różnicami, w wielu innych krajach europejskich.
Niestety, w Polsce nie udało się zbudować żadnej z tych partii. Rozmaite próby
tworzenia chadeckiego centrum – od UW, przez AWS do PO - spaliły na panewce. UW
była zbyt elitarna, AWS i PO zabrakło lidera z jasną wizją partii i państwa i w
rezultacie obie te formacje były zbyt amorficzne, by przetrwać. PO jest jednak
na tym tle swoistym fenomenem, bo trwa dłużej niż pozostałe formacje.
Zawdzięczała to obecności najlepszych i najciekawszych umysłów politycznych
epoki. Niestety, jej lider, Donald Tusk, bez wątpienia najzdolniejszy polski
polityk okresu po przełomie, popełnił wszystkie – chciałoby się powiedzieć –
banalne błędy, jakie może popełnić lider: zachciało mu się jedynowładztwa i
oddalił od sfery decyzyjnej wszystkich najzdolniejszych polityków swojej
partii, albo eliminując ich z życia publicznego, albo zsyłając do Brukseli. Na
dodatek przestał słuchać jakichkolwiek doradców poza yesmanami. Kiedy PO
znalazło się w kryzysie, „komisarze” tej partii nie przywołali z powrotem
oddalonych liderów, jedynych, zdolnych odwrócić niekorzystne tendencje.
Piszę „komisarzy”, bo po „emigracji” Tuska nie zwołano nawet kongresu, by
przeanalizować stan partii i demokratycznie wybrać nowe jej władze.
Tak, racja, dzisiaj jest łatwo i modnie krytykować PO. Ale ja jestem „kryty”: w
2009 r. poróżniliśmy się (uwaga, poróżniliśmy, nie pokłóciliśmy!) ze Stefanem
Bratkowskim; przewidując rozwój wydarzeń napisałem wówczas artykuł „Tusku
odejdź”, który Mistrzowi bardzo się nie spodobał. Oczywiście nie będę dziś mu
wytykał, że moje ówczesne prognozy sprawdziły się co do joty, nie odczuwam z
tego powodu żadnej satysfakcji.
Szkoda dłuższej analizy powodów, dla których nie narodziła się w Polsce
socjaldemokracja z prawdziwego zdarzenia. Może kieruje mną osobista niechęć…
Kiedyś, udzielając mi pierwszego dla polskich mediów wywiadu, Michaił Gorbaczow
użył określenia „krasnaja armia nad Polszu nawisała” świetne określenie: nad
polską socjaldemokracją „nawisajet” pokrętna osobowość Leszka Millera. Nie
tylko nikt go nie rozliczył z krymskich pieniędzy ani z podarcia kontaktu na
dostawy gazu z Norwegii, i skazanie nas na rosyjski szantaż, ale w 2005 r., w
reakcji na jego nieudolne i skorumpowane rządy Polacy wybrali nacjonal-bolszewików
z ich ideą ludowej sprawiedliwości. Potem osobiście uczestniczył w rozbijaniu
wszystkich lewicowych formacji i likwidowaniu wszystkich, co zdolniejszych,
lewicowych działaczy. Wielu go nie doceniło, znając jego mocno toporny umysł,
ale miał rację, kiedy mówił, że upór i wytrwałość łączą go z Jarosławem
Kaczyńskim.
I dlatego mamy tę historyczną anomalię, że dominującą siłą polityczną w Polsce
staje się, całkowicie anachroniczna endecja. Właściwie to jest jej nowa forma,
którą należałoby nazwać „enbecją”, bo tu element demokracji zastąpiony został z
grubsza obciosanym bolszewizmem. Powoli poddajemy się nagle nobilitowanemu Złu.
Istnieje wiele uczonych rozpraw na temat przyczyn, dla których normalni ludzie
dają się porwać idei zła; nie zamierzam z nimi konkurować. Historia uczy
jednak, że w takich sytuacjach, siły dobra nagle ogarnia wszechobecna
Niemożność, atrofia woli, niezdolność do mobilizacji, przeciwstawienia się Złu,
nim ono całkowicie zatriumfuje. Potem pokonać je będzie znacznie trudniej i
będzie wymagało znacznie większych ofiar.
Nic te moje facebookowe jeremiady nie dadzą, szkoda było czasu na ich pisanie i
na czytanie. Co komu po satysfakcji „a nie mówiłem”?
6.
Ostatnie pożegnanie Andrzeja. Znaliśmy się i lubiliśmy od prawie półwiecza.
\Na cmentarzu. Z polityków, z których Andrzej robił niezasłużenie bohaterów, był
tylko prof. Adam Bodnar.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń