DRUGI OBIEG
Poniedziałek, 7 września 2026
1.
Miramare, Marebello, Bellariva… No nie mieli wielkiej fantazji ojcowie miasta,
kiedy nazywali dzielnice Rimini.
Od początku: oczywiście byliśmy tu już kiedyś, chociaż nigdy nas nie pociągały
zatłoczone kurorty bez duszy, ale za to z milionami straganów. Pierwszy raz z
małymi jeszcze Dziećmi, w okresie czarnej biedy wysupłaliśmy (Bóg wie, jak)
jakieś grosze i przyjechaliśmy tu na jedną, niewygodną noc w rozpadającym się
hostelu, w pokoju trzyosobowym. Nie stać nas było na płatną plażę, więc morze
tylko z daleka. D.O. gotów się założyć, że Dzieci tego nie pamiętają, a i Żona,
obdarzona fenomenalną pamięcią w wyjątkiem nazw miejsc, w których razem
byliśmy, pewnie też nie.
Potem spędziliśmy tu Sylwestra 2010/11; dla D.O. był to diabelnie pracowity
rok, bo oprócz normalnego programu i wszystkich dodatków posmoleńskich,
przygotowywał 3 odcinki „Roku według Jacka”, a więc spędzał w robocie po 18
godzin, wybierając, oglądając, i pisząc „offy” do setek wydarzeń. Miał D.O.
poczucie, że jeszcze kilka takich dni i będzie z nim niedobrze. Latały tanie
samoloty do Forli’, prawie puste, bo zima: polecieliśmy. Miasto było wymarłe,
co nam bardzo odpowiadało, hotel luksusowy (wtedy za psie pieniądze, dziś jest
najdroższy w mieście i bardzo się rozbudował), nawet fajerwerków w sylwestra
było mało, bo i miejscowych co kot napłakał. To były rozkoszne 3 dni. Po
powrocie psychopatyczny szef w zamian za całą tą pracę odebrał mi „za karę”
program, bo choć miałem ustną zgodę na wyjazd przełożonego, to, czemuś w
kryzysie wściekłości, miał mi za złe, że nie złożyłem dopiero co wprowadzonego
wniosku elektronicznego. Bóg z nim.
Tym razem nasz wybór padł na Rimini, bo jako emeryci dysponujemy skromnymi
środkami finansowymi, a tutejsze hotele są co najmniej o połowę tańsze niż np.
nad Jeziorem Garda.
Więc robimy dobre miny i cierpliwie znosimy tłumy i stragany i staramy się
czerpać z Rimini to, co najlepsze.
2.
Wypożyczony samochód od przyjazdu stoi w garażu, a my spacerujemy, jak nigdy
dotąd, Nie bacząc na skrzypiące kości i jęczące resztki mięśni.
Rozochocony pochwałami krokomierza, D.O. pomyślał sobie: „chodźmy do portu”.
Było jeszcze dość wcześnie, słońce nienazbyt natrętne, wiaterek przyjemny –
idziemy!
Idziemy, idziemy, kości udowe zaraz nam się wbiją gdzieś wyżej, słońce coraz
hardsze, ale, wiedzeni perspektywą dotarcia do portu brniemy dalej. Po ponad
godzinie przysiadamy na napitek w barze, patrzymy w telefon… A my nawet połowy
tego dystansu nie przebyliśmy! Ponad 5 kilometrów za nami, minęło południe, a
my zagubieni gdzieś nigdzie, między hotelami a straganami. Minęła pora basenu,
zbliża się Święta Godzina Obiadu, a my z dala od pieleszy!
Małpa nie cielę, więc sobie D.O sprytnie wymyślił, że idziemy dalej i obiad
zjemy gdzieś w centrum, a potem zobaczymy. Poszliśmy więc dalej, ale kiedy
minęła 13 weszliśmy do niezłej – jak się okazało – restauracji.
3.
- To był wielki obiad – powiedziała w półtorej godziny później Żona. – I
smaczny.
D.O. jej przyznał rację.
Rozważaliśmy powrót autobusem, Żona już sprawdziła, którym i gdzie można kupić
bilety, ale po sutym (i smacznym) obiedzie rozochociliśmy się na tyle, że
postanowiliśmy wracać pieszo.
To była fatalna decyzja. Słońce parzyło, wiaterek ustał, my po niedługiej
chwili byliśmy mokrzuteńcy i szliśmy, szliśmy, szliśmy.
- Jeśli się teraz przewrócę – powiedział po jakimś czasie D.O. – to już nie
wstanę.
Żona była tak zmęczona, że przestała się odzywać, a to już zły znak. Co chwilę
wyciągała chusteczkę i przecierała oczy, bo zalewał jej je pot z czoła i
szczypał. Stopy D.O. wściekle piekły, biodra przypominały, czym była
inkwizycja. Bez wątpienia współczuliby nam żołnierze napoleońscy, powracający
spod Berezyny.
Ta wymyślna tortura trwała ponad godzinę. I żadną pociechą był entuzjazm
krokomierza na temat pobitego rekordu.
W numerze okazało się, że dzień wcześniej, wychodząc z morza, byliśmy suchsi
niż po tym przerażającym spacerku. Wyżymaczka!
Koszulka D.O. na słoneczku po paru godzinach wyschła, ale wydawała z siebie woń
wykluczającą ponowne jej użycie w towarzystwie.
Reszta dnia upłynęła państwu D.O.stwu na leżąco.
Dobre tiramisù -zawsze wywołuje uśmiech.
Podobnie jak dobre tortino al cioccolato.
Polpo con patate, w innych regionach
zwane także piovra con patate.
Gnocchi con mazzancolle.
Kolorki
Inne kolorki lokalne. Che tu pasuje.
Tipicznnyje italianskije produkty. Liczba objętych sankcjami Rosjan imponująca.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń