DRUGI OBIEG
Sobota, 19 września 2026


1.
Sowiecka kronika filmowa. Zobaczcie jak sowieccy propagandyści rzewnie opisywali atak na Polskę. A na koniec tradycyjne spotkania z niemieckimi oficerami.
https://www.facebook.com/reel/332458970653601


2.
4 lata temu
1.
Uwolniony na chwilę od obowiązków zawodowych, tuż przed wpadnięciem w wir uścisków rodzinnych, D.O. umówił się na Trastevere z Przyjacielem Rossendem, Znamy się tyle lat, dekad właściwie, ale tym razem Rossend wyjawił całkiem nowe szczegóły swojego życia. „Pierwszego życia”, którego D.O. nie znał i dlatego słuchał z rozdziawioną gębą, a potem zaczął gorąco namawiać Rossenda, żeby to koniecznie spisał.
Okazało się zatem, że Rossend, jak D.O. ma dwa życia: pierwsze – filmowe, drugie dziennikarskie.
Nie D.O. je opowiadać, a jeśli w ogóle o tym pisze, to z jednej przyczyny.
Rossend urodził się w katalońskiej ni to wsi, ni miasteczku, 2006 mieszkańców. Rodzina była bardzo biedna, często jedynym pożywieniem były podwórkowe zielska, którymi pogardziłyby nawet kozy. Harówka za grosze; smak ciężkiej pracy Rossend poznał dziecięciem jeszcze, zwłaszcza, gdy jego ojciec uległ wypadkowi w pracy i by go nie wyrzucono, wyrostek Rossend musiał go zastępować w elektrowni.
Tam, spędzając noce i poranki przez oscylatorami, poznawał życie swego i okolicznych miasteczek, widział, kiedy ludzie się budzą, kiedy kąpią, kiedy wychodzą do pracy, kiedy babcie zaczynają gotować obiady (bo matki musiały pracować w polu). I z nudów opisał to życie swoich krajan, widziane przez strzałki na wskaźnikach zużycia prądu.
W jego małym miasteczku, a może dużej wsi, było malutkie kino. Jak D.O., Rossend szukał tam innej, przyjemniejszej rzeczywistości.
W tym malutkim miasteczku, w tym malutkim kinie, był też malutki klub dyskusyjny: po seansie zostawała garstka widzów, a nauczycielka miejscowej szkoły moderowała dyskusje. Rossend zostawał dyskutować.
I oto pewnego dnia, gdy Rossend iał 23 lata i był już sporo po maturze, zrobionej w sąsiednim, nieco większym miasteczku katalońskim, po dyskusji o jakimś filmie, podszedł do niego nieznany pan i zapytał: „Interesuje cię kino? Chciałbyś się nim bliżej zajmować”?
- Chciałbym – odpowiedział Rossend.
- To przygotuj na za dwa tygodnie projekt, napisz, co cię konkretnie interesuje, co chciałbyś poznać dokładniej, czego chciałbyś się nauczyć, co chciałbyś w tym kinie robić.
I Rossend napisał coś. Jak sam mówi, był ciekawym świata, nieco zuchwałym młodzieńcem z zabitej deskami katalońskiej prowincji, w Hiszpanii rządzonej represyjnie przez Francisco Franco, Hiszpanii niemal całkowicie odciętej od świata, autarchicznej.
Po kolejnych dwóch tygodniach dostał list: „twój projekt nam się podoba, przyjedź do Barcelony, pod taki to a taki adres”.
I Rossend, mając lat 23, zebrał pieniądze na pociąg i po raz pierwszy w życiu pojechał do odległej o 80 kilometrów Barcelony.
Oszołomiony widokiem wielkiego miasta, pod wskazanym adresem zastał grupę eleganckich panów, którzy mu powiedzieli, że spodobał im się jego projekt i postanowili mu przyznać stypendium.
Sty-pen-dium!
Sporo peset miesięcznie, dla biednego Rossenda to była zawrotna suma.
- Gdzie chciałbyś studiować za granicą?
Rossend, świeżo przeflancowany z małego miasteczka, po raz pierwszy w wielkim mieście, po raz pierwszy wobec wysokobrzmiącego słowa „stypendium” odpowiedział:
- Nie wiem, ale wydaje mi się, że dwa miejsca, w których obecnie się dzieje najwięcej w kinematografii to Paryż i Rzym. Spodziewał się oburzenia po takiej zuchwałości, ale…
Panowie z aprobatą popatrzyli na niego i spytali:
- To które wybierasz?
Rossendowi, jak i D.O., przypomniały się wszystkie filmy neorealizmu włoskiego, przypominały mu się widziane na malutkim ekranie malutkiego kina w malutkim mieście Katalonii zaułki Rzymu i Neapolu, susząca się za oknami bielizna, przypomniały mu się przygody włoskiego ludku, jakże przypominające wielkie dramaty Ajschylosa, czy Sofoklesa i powiedział:
- Rzym.

2.
Jechał trzy dni, jego wagon, w którym był sam, nocami w pidżamie, bo zagraniczne podróże z Hiszpanii były bardzo limitowane, podczepiano na kolejnych stacjach do kolejnych pociągów, aż wreszcie wysiadł w sercu Rzymu na Stazione Termini.
I dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie wie, w którą stronę pójść, bo fundatorzy stypendium nie załatwili mu nic: żadnej szkoły, żadnego locum.
Więc zaczął się rozglądać sam i początkowo popadał w rozpacz, bo był rok 1968, studenci kontestowali wszystko; szkoły artystyczne „dla burżujskich dzieci” były wszystkie pozamykane.
I teraz już w skrócie, bo nie o to w tej opowieści chodzi: przypadek sprawił, że poznał reżysera, zaprzyjaźnionego z Roberto Rossellinim, Roberto Rossellini został właśnie mianowany dyrektorem Scuola Internazionale del Cinema di Roma, nawet najzagorzalsi maoiści nie śmieli krytykować Rosselliniego – guru europejskiej lewicy, więc nauka mogła ruszyć.
Rossend stanął przez gremium profesorskim na egzamin wstępny – a tam siedzieli wszyscy wielcy reżyserzy włoscy, których nazwiska z nabożeństwem wypowiadali miłośnicy kina na całym świecie.
Został przyjęty, stał się ulubieńcem Rosselliniego, który reaktywował Festiwal Filmowy w Wenecji (właściwie: Biennale Sztuki Filmowej), znalazł mu jakąś posadkę i nagle oto Rossend, jeszcze student, zaczął bywać w domu u Felliniego, Viscontiego, Risiego…
W tym samym czasie zaczął pisywać recenzje filmowe do hiszpańskich gazet. A Franco jeszcze żył, hiszpańskie gazety nie miały żadnych korespondentów ni wysłanników, więc dostawał coraz więcej zamówień, na artykuły niekoniecznie dotyczące tylko kinematografii.
Wtedy dostał telefon od ludzi, którzy dali mu stypendium: „czy, kiedy przyjdzie pora, będziesz gotów objąć stanowisko dyrektora hiszpańskiego instytutu kinematografii”? – zapytali.
- Będę – zapewnił Rossend, a dopiero potem nieco się przeraził swojej zuchwałości.
Aż wreszcie, pod koniec 1975 roku umarł Franco. Sprawy przyspieszyły i Rossend przygotowywał się do powrotu i objęcia wysokiego stanowiska w kinematografii hiszpańskiej. Nie przestawał jednak pisać i choć żadna z redakcji nie widziała go na oczy, stał się bardzo popularny; Włochy były dla Hiszpanii inspiracją i wzorem.
Aż pewnego dnia na początku roku 1978, w Harry’s Bar na Via Veneto w Rzymie, spotkał się z nieznajomym Katalończykiem.
- Przyjechałem specjalnie, żeby się z panem spotkać – powiedział.
Przedstawił się: Antonio Asensio Pizarro.
- Powstaje nowe pismo, wolne, postępowe. Ja jestem jego właścicielem. Będzie się nazywać po prostu „El Periódico”. Chciałbym, żeby pan był naszym korespondentem z Rzymu. Czy odpowiada panu pensja 750 tysięcy lirów miesięcznie?
Średnia pensja we Włoszech wynosiła wtedy 300-500 tysięcy lirów. Rossend zazwyczaj nie śmierdział groszem.
- Dobrze – odpowiedział Rossend.
I tak się zaczęło jego drugie życie.

3.
W zeszłym roku, po 40 latach pracy, przeszedł na emeryturę. Na pożegnanie redakcja dała mu odprawę 150 tysięcy euro.
No, ale podobieństwa z życiorysem D.O. skończyły się już wcześniej.

4.
Dlaczego D.O. opowiada to wszystko o człowieku, o którym żaden z Czytelników nigdy nie słyszał?
Domyślisz się?
Nie?
To D.O. powie.
Rossend dostał stypendium od nieformalnej, na wpół tajnej grupy zamożnych Hiszpanów, którzy przygotowywali kraj na to, co będzie po śmierci Franco. Wyszukiwali zdolnych ludzi we wszystkich regionach, miastach i miasteczkach, wsiach nieomalże.
Dlatego przejście od faszyzującej dyktatury – tu analogie ze współczesną Polską stają się oczywiste – do dojrzałej demokracji było takie płynne (jeśli nie liczyć żałosnej próby zamachu pułkownika Tejero). Dlatego Hiszpania w zaledwie 9 lat po śmierci dyktatora, była gotowa i została przyjęta do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Dlatego z pomocą unijnych funduszy w dwie dekady nadrobiła ogromne zaległości, dzielące ją od najbardziej rozwiniętych państw Zachodniej Europy. Dlatego jej sztuka, filmowa, plastyczna, literacka – rozwija się tak błyskotliwie i święci triumfy na całym świecie.
Są analogie?
Są, z zachowaniem wszelkich proporcji. W Polsce było konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość. Był podziemny obieg myśli, dzieł literackich i publicystyki politycznej. Byli działający w podziemiu liderzy opinii, którzy cierpliwie tracili czas na takich wyrostków, jak D.O., wy wytłumaczyć im czym jest demokracja i dlaczego Polska za wszelką cenę musi się znaleźć w Europie, nie w „Eurazji”. Kreślili plany, wyznaczali zadania.
I dlatego przejście od komunistycznej, opresyjnej dyktatury było w ówczesnej Polsce w sumie bezbolesne a z pewnością bezkrwawe.
A dzisiaj…
Brak dostępnego opisu zdjęcia.Rossend Domenech, Człowiek o dwóch życiach. Przyjaciel.


3.

4 lata temu
1.
No tak…
Bye, bye Mario, uśmiechnięty portierze naszego rzymskiego domu, zawsze gotowy do pomocy. Przepracowałeś lata całe w banku, na wczesnej emeryturze chciałeś być nadal użyteczny. O takich ludziach w Rzymie mówią „un pezzo di pane” – „kawałek chleba”. Mimo, że codziennie woziłeś żonę na radioterapię, podwórze i klatki schodowe były zawsze lśniące, i każdy, kto wchodził i wychodził mógł liczyć na dobre słowo. Bez ciebie, walka z łamiącymi się zawiasami od deski sedesowej zakończyłaby się porażką.
Bye, bye Mini Minorze, 13-letnim owocu mezaliansu jakiejś jamniczki z podwórkowym kundelkiem, który nie odstępowałaś Mario na krok na spacerach. Trudno będzie zapomnieć twój wzrok, kiedy unosiłeś łepek, by z miłością popatrzeć na swojego dwunogiego towarzysza.
Niech wam się dobrze wiedzie!

2.
Bye, bye Bezdomny Panie w nowych, czystych koszulkach polo i wózku zakupowym, który stawiałeś koło stolika cukierni na rogu. Zawsze czekało tam na ciebie cappuccino i cornetto, które my, ludzie Północy nazywamy croissantem. W upały – butelka zimnej wody. Znikłeś, kiedy na trzy tygodnie opadły żaluzje cukierni, której właściciele wyjechali – jak większość Rzymian – na wakacje. D.O. myślał o tobie, przejeżdżając codziennie koło tego miejsca. Ale cię nie było. Na szczęście parę dni temu cukiernia znów się otworzyła i na szczęście, ty pojawiłeś się, milczący, zamyślony, przy tym samym stoliku ze swoim zwykłym zestawem łakoci i swoim wózkiem na zakupy.
D.O. nie rozgryzł twojej tajemnicy, nie dowiedział się, gdzie śpisz, gdzie ubierają cię w modne, leciutko tylko przenoszone koszulki polo.
Niech ci się dobrze wiedzie!

3.
Bye, bye, Egipcjanie ze sklepu z warzywami, bye, bye sprzedawczynie z małego supermarketu; bye, bye, sąsiedzi, którzy nie podnosiliście już ze zdziwieniem oczu na nasz widok, wchodzących do eleganckiej kamienicy.

4.
Bye, bye, Corrado, Paolo i Angelo z “Rigatoni Democratici” na Zatybrzu.
Aż strach pomyśleć, ile kilogramów pyszności wtrząchnęliśmy przy waszych stolikach, zawsze z najlepszymi kąskami, takimi dla przyjaciół. Będziecie się dalej uwijać wśród tłumu klientów, jak w ukropie, ale już bez nas. Będziemy tęsknić za uśmiechami, którymi zawsze nas witaliście w progu.
Niech Wam się dobrze wiedzie!

5.
Bye, bye kochani Koledzy ze Stampa Estera, Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej, towarzysze cudownych przygód i wspólnej ciężkiej pracy. Wy, którzy jeszcze pamiętacie pełne potu i łez czasy prawdziwego dziennikarstwa, czasy pełne glorii, czasy, w których ten zawód dawał dużo satysfakcji. To naprawdę se e vrati?
Po sierpniowej przerwie siedziba znów będzie otwarta, znów będzie można przyjść i pracować, mając do dyspozycji wszystkie ważniejsze agencje prasowe i dużo kanałów informacyjnych z całego świata. Pobiegłbym tam na skrzydłach, ale… Na pracę D.O. już nikt nie czeka… No i pora ruszyć w drogę powrotną.
Niech wam się dobrze wiedzie!

6.
Bye, bye Rossend. D.O. tak już ma, że lgnie do ludzi z charakterem, ale i z życiorysem, którym można by dziś obdzielić z tuzin media workerów. Ale pod warunkiem, że mają w sobie tę szczyptę wariactwa, która czyni ich niepowtarzalnymi. O, właśnie napisałeś mi whatsappa radząc używać moringi, ziela obniżającego skutecznie poziom cukru i dodającego jednocześnie wigoru. No pewnie, że D.O. posłucha: Rossend zna się na tym, jaki mało kto, to wyrocznia nawet dla naukowców od żywności. Czuje niedosyt kontaktów z tobą, kto wie, może kiedyś?...
Niech ci się dobrze wiedzie!

7.
Bye, bye Alfred, drogi Przyjacielu, bye, bye Helle, czarodziejko, drugie wcielenie twojej rodaczki Babette, bye, bye wasza piękna rodzino, która przyjmujesz nas, jak swoich. Wczoraj znowu, Helle, uraczyłaś nas twoimi magicznymi eliksirami, tajemniczymi miksturami z ingrediencji pozornie nie pasujących, a tworzących tak delikatny i zrównoważony amalgamat, że… wyszliśmy objedzeni jak bąki, bo jak można było zrezygnować z czegoś tak wyjątkowego? O twoim życiu i pracy, Alfredo, duńska gazeta zrobiła 7-odcinkowy serial na całą stronę. D.O. ma co roku 365-odcinkowy serial, zatytułowany „Wdzięczność”.
Niech wam się dobrze wiedzie!

8.
Bye, bye, Córeczko, bye, bye londyński Wnuku, którzy przemierzyliście pół Europy, żeby się z nami spotkać, żeby być znowu, na dobre i na złe, Rodziną. 10 dni, jak to mało!
Niech wam się dobrze wiedzie!

9.
Bye, Bye, Synku, Smyczku kochany, super manadżerze i burżuju doskonały. Używaliśmy twojej gościnności przez prawie dwa miesiące, starając się nie pozostawić niczego nie ma swoim miejscu, w twoim włoskim, wypieszczonym mieszkaniu. Bye, bye, rzymski Wnuku, mały geniuszu o niesamowitej wiedzy i panowaniu nad językiem, doskonałym i precyzyjnym, którego powinien ci, siedmiolatku, zazdrościć każdy telewizyjny prezenter, każdy polityk.
Bye, bye, szary Garibaldi, bye, bye czarno-biała Lolu. Będziemy tęsknić za waszymi miaukami i waszym mruczeniem!
Niech wam się dobrze wiedzie!

10.
Bye, bye, Rzymie. Pokazałeś nam teraz swoją najlepszą twarz. Szpetota twoich peryferii teraz nas nie raziła, nie zaznaliśmy agresji na ulicach, nawet lipcowe góry śmieci nie zakryły twojego bazyliszkowego uroku.
Może kiedyś, znowu…
Dziś jeszcze ostatni rzut oka na ciebie, wśród pakowania bambetli i upychania ich w samochodzie.

11.
Będziemy jechać myśląc, że to dobrze, że UE zakaże wydawania wiz turystycznych Rosjanom. Spotykaliśmy ich na ulicach Rzymu zaskakująco dużo, butnych i pogodnych, grymaśnych i wierzących w moc swoich portfeli i sprawiających wrażenie, że nikt nie okazał im dezaprobaty za zbrodnie swoich rodaków. Zbrodnie, których są wspólnikami, bo zezwalają na nie, zapewne wierząc w zbrodniczą propagandę jeszcze bardziej niż wyborcy szajki wierzą w kłamstwa Ciula Krzywomordego. Poza tym, jeśli mają tyle pieniędzy, by tu przyjechać, tłoczyć się pod najdroższymi boutikami, to muszą być wspólnikami reżimu, bo przyzwoici Rosjanie albo siedzą w koloniach karnych i więzieniach, albo w psychuszkach, albo klepią biedę gdzieś na Zachodzie, na który udało im się uciec przez aresztowaniem.

12.
Będziemy jechać, myśląc o tym faszystowskim wypierdku z Budapesztu, którego przydupasy krasno i dębskie, wymyśliły właśnie, że należy ograniczyć liczbę kobiet przyjmowanych na uniwersytety, bo jest „za dużo kobiet z dyplomami, co stanowi zagrożenie dla mężczyzn i dla wzrostu demograficznego”. „Jeśli kobiety spędzają zbyt dużo czasu na nauce, nie wychodzą za mąż, nie mają dzieci i nie przyczyniają się do rozwoju narodu” – napisano w raporcie orbanowskiego „Obserwatorium”. „Jeśli chłopcy, którzy są bardziej skłonni do przedsiębiorczości i podejmowania ryzyka, nie będą mogli rozwijać się bez ograniczeń [narzuconych im przez kobiety], będą narażeni na „problemy psychiczne i behawioralne”. „Różowa edukacja” może powodować „problemy demograficzne”, ponieważ wykształcone kobiety nie będą w stanie znaleźć podobnie wykształconych małżonków, „co może prowadzić do spadku dzietności”.
Och, gdyby oni wszyscy w ślady ruskowo wojennogo korabl’a!
Może być zdjęciem przedstawiającym 1 osoba i siedziPan Bezdomny w cukierni na rogu

Może być zdjęciem przedstawiającym w budynkuWejście do Stampa Estera, dwa kroki od Fontanny di Trevi

Może być zdjęciem przedstawiającym 1 osoba, tabela i w budynkuBar w Stampa Estera, gdzie D.O. spędził najpiękniejsze chwile swojego zawodowego życia, wśród Przyjaciół – prawdziwych dziennikarzy

Może być zdjęciem przedstawiającym 1 osoba i na świeżym powietrzuRossend

Może być zdjęciem przedstawiającym 7 osób i w budynkuAlfred z żoną Helle (u szczytu stołu) i ich rodzina

Może być zdjęciem przedstawiającym jedzenie i w budynkuA to dzieło Helle: pasticcio di ricotta z kawałkami pecorino senese i sosem pomidorowym z dodatkiem „czosnku pocałunkowego” – strzeżonej pilnie odmiany czosnku bez alliny, co sprawia, że człowiek po jego spożyciu nie cuchnie i może iść się całować. Re-we-lacja!

Może być zdjęciem przedstawiającym pomnik i na świeżym powietrzuBye, bye Rzymie!


4.
6 lat temu

Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord, o którym wszyscy wiedzą, że był dyplomatą, ale mało kto, że był także biskupem, ekskomunikowanym, bo sprzyjał odebraniu Kościołowi jego dóbr, miał pewnego razu powiedzieć: „Istotną umiejętnością polityków jest wynajdowanie nowych nazw dla instytucji, które pod starymi nazwami stały się dla opinii publicznej odrażające”.
Ten bon-mot stał się szczególnie aktualny wczoraj, gdy PZPR pod nową nazwą zorganizował dla siebie w Gdańsku uroczystości z okazji rocznicy swojej największej klęski.
Nie jest to dla neo-PZPR-u nowość, bo od lat uroczyście obchodzi rocznicę innej historycznej porażki, tj. Konstytucji 3 Maja.
Ta rosyjska agentura ma też we zwyczaju praktykować niezwykle agresywną antyrosyjską retorykę.
Nie jestem pewien, jak się dziś nazywa UB. Może SOP, Służba Ochrony Państwa? To uderzające, bo wg definicji, państwo to forma organizacji społeczeństwa. A tymczasem lekkomyślnie zaakceptowaliśmy zawładnięcie tego pojęcia przez polityczną oligarchię. Gorzej nawet, gdy oligarchię stanowi szajka, zwana czasem „partią”. Wtedy UB czy SOP (jak zwał, tak zwał, bo to przecież tak sama instytucja, której cwaniacy, zwani politykami zmienili nazwę), broni szajki, a nie społeczeństwa, zorganizowanego w państwo. Społeczeństwo i szajka mają sprzeczne interesy, więc UB i neo-UB jest społeczeństwa (państwa) wrogiem.
Analogiczny mechanizm dotyczy Kościoła, tylko że to jeszcze bardziej ironiczne, bo „Kościół”, czyli żydowski „qāhāl” lub „‛ēdāh”, grecka „ἐκκλησία” (ekklēsía), czyli łacińska „Ecclesia” oznacza „zgromadzenie”, a tymczasem nazwę tę skradła grupa najbardziej cwanych kapłanów.
Nie mija dzień, by nie odkrywał bezmiaru własnej głupoty. Przez większość długiego życia miałem bardzo za złe komunistom rosyjskim i wszystkim innym ich aktywną, czasem zbrodniczą wrogość wobec Kościoła. Trzeba było odnowionego sojuszu tronu z ołtarzem, czyli neo-PZPR-u, z przeżartą występkiem narodowo-katolicką hierarchią, by do mnie dotarło, że komuniści nie napadli pierwsi, ale brali odwet za agresję, której stali się ofiarami. Dzisiaj widać jak na dłoni, że stroną napadającą, agresywną, wywołującą konflikty, nie są nawet najbardziej radykalne ugrupowania polityczne, ale kler. Zgodnie ze złodziejską zasadą: „uciekając, krzycz ‘łapaj złodzieja’ ”, napadając nieustannie na społeczeństwo, hierarchia krzyczy „Kościół jest atakowany”.
Mnie się to wydaje dość krótkowzroczną strategią, ale to nie moje zmartwienie.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord


5.
9 lat temu

Przez 30 lat życia było ciężko, czasem bardzo, ale… Przez 320 dni w roku, kiedy rano otwierałem żaluzje w oknach, tzw. „persiane”, świeciło słońce, a niebo było błękitne.
Była zima, a jakże, czasami padał śnieg, ale przyroda była żywa, zawsze było zielono, a różne krzewy dawały z siebie najpiękniejsze kolory właśnie wtedy, gdy temperatury spadały poniżej 20 stopni.
Co roku piszę, że nie znoszę jesieni, to już nudzi mnie samego, a co dopiero ewentualnego Czytelnika.
Smutno się zrobiło. Jeszcze niby drzewa mają liście, jeszcze całkiem nie pożółkły, ale to już przyrodowa umieralnia: to się czuje, to niemal namacalne.
Nie mają już w sobie nic romantycznego opuszczone gniazda boćków, ptasie krzyki w lesie mają już jakiś dramatyczny podźwięk.
Zmęczona porodami ziemia odpoczywa, wygłaskana w podzięce płytkimi ostrzami bron.
Piasek pod stopami zrobił się śliski i nieprzyjemny.


6.
11 lat temu
1.
Rąbnęli mi góry! Dojechałem do S. pod wieczór, w zachodzącym słońcu niemal pionowe, jaskrawozielone góry dokoła wydawały się rajskie. Ostrych zboczy uczepiły się tyrolskie domki, kreski z ciemnego drewna, białe prostokąty ścian, ciemnobrązowe, spadziste dachy i balkony, każdy obowiązkowo z kaskadą z uczepionych geranii. „Nacieszę się nimi rano”, pomyślałem, kiedy zaczęły znikać w nadchodzącej nocy. Budzę się rano, a tu deszcz! Wyglądam przez okno: Gdzie są góry!? Białe, pędzące w tę i we w tę chmury und das ist alles.

2.
Ach, te moje Włochy! Wjeżdżam ci ja, a tam droga świeżo położona i już popękana i pokruszona, znaki drogowe, zapomniane od miesięcy, jak ten, zaraz przy granicy, ograniczający prędkość do absurdalnych 30 km/h, z powodu żwiru, który mógłby pryskać spod kół. Żwiru ani śladu, a owego znaku nawet najbardziej zdyscyplinowani Niemcy nie przestrzegali. Wiadomo: niepoważne znaki, niepoważny kraj… Pod tym względem zaimponowała mi Słowenia: ograniczenia tylko tam, gdzie trzeba, realistyczne, a nie dydaktyczne, odwoływane, kiedy tylko powód, dla którego zostały postawione minie… Przez małe wsie, gdzie droga prosta i widoczność dobra można jechać 70, fotoradarów nie ma… Mój słoweński przyjaciel wyniósł się do Nowego Jorku, bo mu Słowenia prowincjonalna, a dla mnie ona taka piękna i rozumna, przynajmniej w dostępnym mi interfejsie.

3.
Włochy dowaliły mi swoją włoskością zaraz potem: 36 km z Brunico (Bruneck) do Bressanone (Brixen) w 2,5 godziny. Myślałem: wypadek, roboty drogowe. Nie, nic, po prostu stoimy. 20 metrów do przodu, kilka minut stania i tak raz po raz. Witajcie w moim piekle.

4.
Moim? Moje Włochy? Czy to są w ogóle Włochy? Są, ale tylko nominalnie. To Południowy Tyrol, gdzie obowiązuje niemiecki, a włoski jest tolerowany. W szkołach, urzędach – niemiecki: jeśli go nie znasz, nie dostaniesz roboty. W 1915, w zamian za obietnicę pozyskania Południowego Tyrolu (tajny Traktat Londyński) Włochy zmieniły sojusze i zaatakowały Austrię. Po przegranej mocarstw centralnych oto i Südtirol w granicach Królestwa Włoch, choć spis ludności z początku stulecia (austriacki, więc niekoniecznie w pełni prawdziwy) wskazywał, że ponad 90% ludności było niemieckojęzycznych, a tylko niewiele ponad 5% (reszta to język ladyński) mówiło po włosku. Podczas II WŚ Hitler nie podważał przynależności tego regionu do Włoch; dopiero po 8 Września zaczął nim administrować, choć formalnie pozostawał w granicach kadłubowej Włoskiej Republiki Społecznej Mussoliniego. Rządzi tutaj niepodzielnie Südtiroler Volkspartei, Partia Ludowa Pd. Tyrolu, niegdyś zdecydowanie irredentystyczna i antywłoska, z częstymi wycieczkami w stronę terroryzmu, dziś współpracująca lojalnie z Rzymem. Bo nie ma się o co bić. Prowincja Bolzano cieszy się fenomenalną autonomią; jako się rzekło mówi się po niemiecku, po niemiecku uczy, po niemiecku redaguje oficjalne akty. Niemiecki jest pierwszy na przydrożnych tablicach, choć im dalej od głównych dróg, tym mniej włoskiego. Tutejsi mieszkańcy często w ogóle włoskiego nie znają! Wchodzisz do hotelu, mówisz „buongiorno”, a pani zza lady woła swoją córkę, uczennicę, która coś tam włoskiego w szkole liznęła, żeby przetłumaczyła, co ja też chcę. A córka, pewnie matura za pasem, mówi do mnie jeszcze bardziej łamaną włoszczyzną niż Tomuś Ś! Czy warto więc utrzymywać tę fikcję, że Südtirol to Włochy? W czasie zawodów narciarskich stoją koło siebie na podium dwaj Tyrolczycy, ale jednemu grają hymn austriacki, drugiemu włoski. Pierwszy się może nieco bardziej wzrusza, a nie bardzo wiem, co myśli drugi. Jakoś żaden dziennikarz o to nie zapytał żadnego reprezentanta Włoch, choć w sportach zimowych dominują właśnie Tyrolczycy. A i ja sam nigdy nie miałem odwagi indagować: po co budzić śpiące upiory?

5.
No, ale nie ma już granic, jest Zjednoczona Europa, więc Tyrolczycy z obu stron granicy mogą żyć jak i gdzie im się podoba. I to lubimy! Keine grenzen! Niech każdy żyje jak chce, mówi w jakim chce języku, słucha ulubionych bajek, wierzy w co chce i na co chce głosuje! Mnie się to podoba. Chciałbym, żeby tak było i w Zachodniej Polsce i we Wschodniej Ukrainie. I na Litwie. Chciałbym, żeby Warszawa była taka jak kiedyś: trochę polska, trochę żydowska, trochę rosyjska, trochę ormiańska i chińska, żeby się kultury i języki mieszały, przenikały i wzbogacały, żeby Warszawiacy od dziecka wiedzieli co to odmienność i od dziecka uczyli się ją szanować.

6.
Potem połknęła mnie chmura, potem było już tylko mleko. Albo lepiej: śmietana. Zaraz za Vipiteno wjechałem w tak gęstą mgłę, że cały świat znikł. Ze trzydzieści lat temu wjechaliśmy z naszymi dziećmi w podobną, powiedziałem im wtedy: „jesteśmy w niebie”. A one w płacz. Chciały ziemi, a nie nieba... Droga do San Leonardo pełna jest zakrętów o 180 stopni, ale miałem szczęście, bo siedziałem na ogonie miejscowemu zadziornemu mercedesowi, więc jechałem na jego światła i w sumie było nieźle. Ale odpadł w San Leonardo (Sankt Leonhard) i na przełęcz Rombo (Timmelsjoch, 2509 m npm) jechałem zdany tylko na siebie. Byłem już tam dwa razy wcześniej, cudne widoki, ale nie tym razem. 20 na godzinę wydawało się szaleńczą prędkością. Wzrok wytężony na ledwo widocznej białej linii po prawej stronie szosy. Co jakiś czas, z przeciwka, bez żadnego ostrzeżenia, pojawiały się tuż przede mną światła jakiegoś pojazdu, który walczył ze śmietaną w drugą stronę. Kątem oka, przez boczną szybę dostrzegałem, czy to był samochód, czy motocykl, bo nic nie stanie na przeszkodzie niemieckiemu motocykliście! Z przerażeniem minąłem też kilka autobusów, w ostatniej chwili trzeba było odbić do samego krańca szosy, a co było za owym krańcem? – zapewne przepaść, kilometrowa, nieskończona. Pamiętałem, że przed samą przełęczą był spory wodospad, czekałem nań, jak na znak, że koszmar się skończy. Ale dał na siebie czekać i w końcu bardziej go usłyszałem niż zobaczyłem. Zatrzymałem się na przełęczy na poboczu, żeby chwilę odpocząć. Otworzyłem drzwi i wiatr wyrwał mi je z ręki. Spojrzałem na licznik: 4 stopnie C! Zrobiłem trzy kroki i uciekłem w zacisze samochodu. Dopiero znacznie później zorientowałem się, że wiatr i wilgoć ufryzowały mnie raczej groteskowo, nawet czesane, włosy nie chciały wrócić na swoje miejsce. Myślałem, że się skończy, ale zjazd był jeszcze większym koszmarem. Silnik wył na dwójce jak zarzynany, spadek potworny, że jest zakręt jak agrafka orientowałem się na metr przed nim i nie miałem pojęcia, jak bardzo należy skręcić kierownicę, żeby nie zjechać z szosy ani w jedną ani w drugą stronę. W pewnym momencie tuż przed maską wyrosła mi ze śmietany krowa! Zdołałem zahamować i ominąć ją jak najostrożniej. Odtąd serce waliło mi jak młotem, bo w każdej chwili spodziewałem się jej koleżanek. I tak było sporo jeszcze kilometrów aż do punktu poboru opłat za przejazd przez przełęcz. Zapłaciłem, ujechałem 5 kroków i nagle, jak nożem uciął mgła ustąpiła i pokazało się słońce. Nie można byłe tak od razu? Zapłacił bym wcześniej!


7.
12 lat temu

Jak będzie wyglądać Polska, kiedy Kaczyński dorwie się do władzy? Jak on. Będzie niedomyta, rozmemłana, obleśna, nieestetyczna, z zepsutymi zębami, niedouczona, agresywna, cwana a pozbawiona elementarnej szlachetności ducha, zadufana w sobie, gardząca wszystkim i wszystkimi i - przede wszystkim - bezgranicznie głupia. Takiej Polski chcemy? Czy taką Polskę można kochać i szanować?


8.

Ratuj się, kto może!


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga