DRUGI OBIEG
Sobota, 26 września 2026
WSTĘP
W piątek wieczorem w siedzibie redakcji ‘Wyborczej’ Justyna
Dobrosz- Oracz poprowadziła prezentację najnowszej książki Jarosława Kurskiego
„Adam, syn Ozjasza”. O Adamie Michniku, oczywiście.
Tylko Jarkowi mogło się udać namówić Adama na zwierzenia. I
To jakie! On nie znosi mówić o sobie i w rozmowie z D.O. na AMNT postawił
staremu znajomemu bezlitosne paliki tematyczne.
Wieczór był bardzo ciekawy, w tłumie słuchających same zacne twarze. D.O. z
żalem konstatował, że wielu starych Przyjaciół go nie poznaje, ale cóż; 30 lat
za granicą zawsze działa przeciwko tobie…
1.
Polska to kraj, do którego wspaniale się tęskni.
Włochy to kraj, na który wspaniale się narzeka.
Minął tydzień i już D.O. tęskni.
Na początek trzeba wiedzieć, że jak się przechodzi z 30 stopni do 15, to się od
razu łapię poważne przeziębienie, czego też D.O. punktualnie doświadczył.
Zapalenie gardła i katar. Teraz jest już lepiej, choć nos jeszcze nieco
nieszczelny.
Potem, po najdalej dwóch dniach, zaczyna się tęsknić do włoskiego jedzenia.
Państwo D.O.stwo z niejednego pieca chleb w tej Romanii i Emilii zresztą też
jadło, ale najczęściej bywaliśmy w Tin Bota i w Zodiaco.
Tin Bota, znaczy w dialekcie romaniolskim tyle, co włoskie „tieni botta”, też
zwrot żargonowy, który dałoby się na włoski literacki przetłumaczyć jako „tieni
duro”, a na polski „trzymaj się twardo, dzielnie, wytrzymaj uderzenie”.
Uderzenia w tej knajpie były na tyle celne i mocne, że państwo D.O.stwo
słaniało się, wracając pod szpalerem platanów do swojego residence, by paść na
łóżko i przemyśliwać o celowości płukania żołądka.
Zaś w Zodiaku… Było pysznie, a porcje tak wspaniałomyślnie, że można byłoby
spróbować ich zaskarżyć za usiłowanie zabójstwa.
Ach…
Niech się Czytelnicy na D.O. nie obrażają, ale w Polsce, choć sytuacja mocno
się w ostatnich latach poprawiła, króluje kulinarne barbarzyństwo. Dominuje
ścierwo w sosie, a ze ścierwem jest jak z rybą: albo jest dobre, albo
przyprawione. Brak fantazji, polotu nadrabia się nadmiarem składników, a
zwłaszcza przypraw. Przede wszystkim jednak brak kultu dobrego jedzenia, brak
szacunku dla doskonałych składników, maniackiego dbania o ich jakość i
czystość. Dobre tradycje kulinarne, które by się w Polsce znalazło, nie są
pieczołowicie pielęgnowane. Jak głosi starawy już mem, tradycyjne polskie
potrawy to kebab, pizza i sushi.
Właściwie to D.O. się mądrzy, ale w gruncie rzeczy nie wie, co się podaje w
polskich restauracjach, bo do nich, nauczony złym przeważnie doświadczeniem,
nie chadza. A kiedy, przymuszony, chadza, to przeważnie żałuje. Nie chadza też
do knajp etnicznych, bo w Południowej i Wschodniej Azji jadał rzeczy
zachwycające i to niezależnie od tego, czy pozyskiwał je na straganach, czy w
eleganckich restauracjach. Kuchnia tajska, pyszna i na ogół delikatna i
finezyjna, w Polsce jest zwyczajnie niesmaczna, ciężka i zawiesista. W Chinach
chyba w ogóle nie ma tego, co my tu w Europie nazywamy „chińską restauracją”.
Oczywiście specjalności amerykańskich do ust D.O. nie weźmie, a za kuchnią
meksykańską nie przepada. Nawet do włoskich chodzi trzech, słownie trzech, bo
po co się ma w innych denerwować
To jest, Czytelniku, fritto misto di mare w Zodiaku. Poza jednym st. Jacquesem,
to wszystko różne ryby. Nie wygląda, ale to była porcja dla plutonu wojska.
D.O. pożarł to wszystko, bo by się zapłakał, gdyby coś tak pysznego zostawił,
ale potem nie mógł się ruszyć, tylko jęczał.
To są, Drogi Czytelniku, gnocchi łososiowe z sosem parmezanowym i odrobiną
czarnego kawioru dla pełni smaku: trzeba było widzieć maślane oczy Żony D.O.,
gdy zajadała je w Zodiaku.
2.
4 lata temu
1.
Państwo D.O. poszli po syndrom Stendhala.
2.
Syndrom Stendhala wywodzi się z pamiętników z 1817 roku tego francuskiego
pisarza, który doznał silnego osłabienia i kołatania serca podczas wizyty we
Florencji (m.in. w galerii Uffizi i przy grobie Dantego).
Przyczyną choroby jest piękno.
Najczęściej chorują nań wrażliwi turyści we Florencji, to idzie podobno w
tysiące rocznie, ale zdarza się również i w Rzymie.
3.
Można powiedzieć, że po 30 latach mieszkania tu, D.O. Rzym zna bardzo
powierzchownie. Nie było czasu: najpierw walka o przetrwanie i kęs codziennej
strawy dla Dzieci i dla nas, potem dominowała praca, zajmowała czas i energię,
więc D.O. ocierał się o piękno trochę en passant. Poświęcenie całego
dnia na dogłębniejsze zapoznanie się z jakimiś wykwitami ludzkiego ducha
należało do rzadkości.
Teraz, kiedy zobowiązania zawodowe mocno się przerzedziły (ojojoj!), możemy
sobie iść w wybrane miejsce tylko po to: żeby obcować z pięknem.
Tu naszło D.O. wspomnienie nieszczęsnej klasyfikacji dziedzictwa kulturalnego
ludzkości UNESCO… 58 na całe Włochy! 58, drogież ty moje UNESCO, to ty
znajdziesz na 500 metrach pierwszej lepszej ulicy historycznego centrum Rzymu i
dziesiątek innych włoskich miast!
I pomyśleć, że koło miejsca, do którego państwo D.O. się wybrali, przejeżdżało
się – jeśli nie codziennie – to z pewnością kilka razy w tygodniu. Ponieważ
leży przy najbardziej uczęszczanym odcinku Lungotevere, Bulwaru
Wzdłużtybrzańskiego. Obskurny mur, pomazany graffiti, jakaś zardzewiała, nigdy
nieużywana brama, jakieś wysokie, stare drzewa znad muru wystające: cóż –
miejsce, jak każde inne w Rzymie.
Tymczasem za tym murem stoi cud, a ten cud nazywa się:
VILLA FARNESINA.
4.
Początkowo nazywała się „Villa Chigi”, ponieważ zbudowana została na zlecenie
Agostino Chigiego, bardzo bogatego sieneńskiego bankiera, możnego pana i
wybitnej postaci w Rzymie na początku XVI wieku. Agostino Chigi, pupil papieży
Juliusza II i Leona X, zgromadził fortunę także ze sprzedaży ałunu.
Projekt zlecił Baldassarre Peruzziemu, wybitnemu malarzowi i architektowi I
połowy XVI wieku. I spod jego pióra wyszedł projekt tego jednego z
najwspanialszych budynków ówczesnego Rzymu. To był prawdziwy pierwowzór
rzymskich willi podmiejskich, później na różne sposoby naśladowanych przez innych
wielmożów Renesansu. Także dlatego, że po ukończeniu murów, rozpoczęły się
prace nad freskami o niezwykłej rozpiętości. A freski te malowali najlepsi z
najlepszych: Rafael i jego szkoła (m.in. Giulio Romano), sam Peruzzi,
Sebastiano del Piombo, oraz Il Sodoma. Czegoś takiego nie było wcześniej w
żadnej prywatnej rezydencji od czasów Nerona.
Niestety, w 1520 r. Agostino Chigi zmarł, część fresków pozostała
niedokończona, a willa podupadła. Spora część wyposażenia i dzieł sztuki
została rozkradziona.
Dopiero po 60 latach, w 1580 roku została zakupiona przez kardynała Alessandro
Farnese i od tamtego dnia, od nowego właściciela, wzięła swą dzisiejszą nazwę.
Willa – czego dzisiaj niewtajemniczeni nie wiedzą, miała innowacyjny kształt
podkowy. Otwierała się na ogród dwoma skrzydłami, pomiędzy którymi znajdowała
się oparta na pięciu łukach, otwarta loggia. To też był innowacyjny sposób
połączenia przestrzeni zamkniętej z ogrodami. Służyła jako miejsce przyjęć i
scena dla przedstawień teatralnych organizowanych przez kardynała. Dzisiaj
loggia została zamknięta ogromnymi szklanymi taflami, by chronić to, co
znajduje się w środku. A to w środku to sam cymes: fenomenalne freski
Rafaela oraz kierowanych przezeń jego uczniów.
Pierwotny budynek miał również duże powierzchnie fresków na zewnątrz, ale do
dziś zachowały się jedynie niewielkie ślady.
Willa kilkakrotnie zmieniała jeszcze właściciela: w 1714 r. stał się własnością
Burbonów z Neapolu, a w 1864 r. osiedlił się tam ambasador królestwa Neapolu w
Państwie Papieskim señor Bermudez de Castro, któremu zawdzięczamy gruntowną
renowację willi. Która oczywiście dochodziła do samego Tybru i miała nad nim co
najmniej jeden budynek z loggią, zaprojektowany przez Rafaela. Niestety, miasto
musiało żyć i dostosowywać się do nowych potrzeb: w 1884 r. otwarcie Bulwaru
Wzdłużtybrzańskiego wiązało się to ze zniszczeniem części ogrodów i loggii
Rafaela nad rzeką.
Miało to swoje dobre strony: póki nie było muru ochronnego, Tyber dość
regularnie wylewał. Loża była otwarta i freski były przez wody niszczone. Raz
woda dotarła nawet do kolan Galatei!
Od 1927 r. Villa należy do państwa włoskiego, które ją odrestaurowało i
umieściło w niej Accademia d'Italia pod przewodem Guglielmo Marconiego. Dziś,
wraz w wielkim pałacem po przeciwległej stronie Via della Lungara, jest
siedzibą prestiżowej Accademia dei Lincei, której służy jako pomieszczenie
reprezentacyjne.
Może P.T. Czytelnicy nie uwierzą, ale gdyby mieli odpowiednią sumę pieniędzy w
liczącej się walucie, to mogą sobie Villę Farnesinę wynająć na ślub, pierwszą
komunię, a nawet na stypę.
5.
Po wejściu do westybulu, na wprost, mamy po kilku metrach drzwi prowadzące do
przeszklonej dzisiaj loggi z freskami Rafaela. Ale państwo D.O. pozostawiło ją
sobie na deser.
D.O. powtarza (choć nie pamięta po kim) bardzo jego zdaniem trafne zdanie:
„widzisz to, co wiesz”.
Jeśli, Czytelniku, nic nie wiesz, to po wejściu zobaczysz różne kolorowe plamy,
różowiutkie na ciałach, zieloniutkie na girlandach. Zobaczysz tłum gołych pań i
panów, dość ciasno naćkanych, który robią to i owo. Potem pomyślisz, że w
smarfonie są rzeczy ciekawsze i pójdziesz zagłosować na szajkę.
A jeśli przed wejściem poczytasz, to będziesz wchodząc wiedział, że jest tam
wymalowany przez jednego z najgenialniejszych artystów w historii ludzkości
cykl opowieści o Amorze i Psyche, zaczerpnięty z „Metamorfoz” („Złotego osła”,
jak kto woli) Apulejusza.
6.
Dwa najobszerniejsze freski na sklepieniu, to od lewej „Narada bogów” i
„Weselny bankiet”. Do nich prowadzą historie, znajdujące się w osobnych
malowidłach poniżej. Oto one:
- Wenus pokazuje swojemu synowi Amorowi piękną śmiertelną księżniczkę Psyche,
aby mógł (jedną ze swoich strzał) ugodzić ją i nakłonić do zakochania się w
niegodnym i zdeformowanym mężczyźnie. Jednak to sam Amor zakochuje się w
dziewczynie.
- Amor prosi Trzy Gracje (także córki Wenus) o interwencję na rzecz Psyche,
która została wysłana przez Zefira do pałacu Amora. Kobieta od tyłu jest jednym
z najpiękniejszych aktów kobiecych renesansu; był wielokrotnie naśladowany.
– Wenus, odkrywszy sekretny związek między jej synem a Psyche, skarży się Ceres
(bogini upraw i rolnictwa) i Junonie (żonie Jowisza i obrończyni małżeństwa i
rodziny) na nienaturalny związek między bogiem a śmiertelniczką. Bogini piękna
prosi ich o przyłączenie się do niej w zemście na Psyche, ale Ceres i Junona
odmawiają.
- Wenus, bogini piękna, udaje się następnie do Jowisza w złotym rydwanie
ciągniętym przez gołębie, aby poprosić go o pomoc w ukaraniu Psyche. Ten
fragment, przypisywany Giulio Romano, choć widać wyraźnie bezpośrednią
interwencję jego mistrza Rafaela.
- Zazdrosna o urodę Psyche i oburzona jej więzią z Amorem, Wenus prosi Jowisza,
aby odnalazł Psyche, którą jednak Amor kazał Zefirowi zaprowadzić do magicznego
pałacu.
- Jowisz zlecił Merkuremu, posłańcowi bogów i bogu handlu, by odszukał Psyche.
Z Kaduceuszem w ręku Merkury schodzi na Ziemię.
- Po różnych perypetiach, w tym zejściu do Hadesu, by uzyskać Wodę Piękna od
Prozerpiny, Psyche zostaje przeniesiona przez dwa amorki na Olimp, aby mogła
zaoferować Wenus ampułkę z magiczną substancją.
- Psyche wręcza Wenus ampułkę z Wodą Piękna otrzymaną od Prozerpiny. Wenus,
która liczyła na śmierć dziewczyny, jest rozczarowana i zdumiona sukcesem
przedsięwzięcia Psyche.
- Również Amor staje przed Jowiszem. Król bogów, całując Amora, zgadza się
przerwać polowanie na Psyche i powitać ją na Olimpu jako żonę Amora.
O ile w historii Apulejusza to sam Jowisz wita Psyche na Olimpie i przemienia
ją w boginię, o tyle we fresku Rafaela zadanie to spada na Merkurego. Jest to
więc alegoryczne utożsamienie boga handlu z bardzo zamożnym bankierem Agostino
Chigim, właścicielem Villi, przyjacielem Rafaela i zleceniodawcą tych fresków.
Co więcej, twarz Psyche jest najprawdopodobniej twarzą Franceski Ordeaschi,
ukochanej żony Agostina. Nad Psyche znajduje się paw, symbol Junony, opiekunki
małżeństwa.
Po tym happy endzie pora na Radę bogów i Bankiet weselny.
- Bogowie zebrali się, by zdecydować o małżeństwie Amora i Psyche. Ta ostatnia
otrzymuje nektar nieśmiertelności od boga Merkurego: stała się boginią. Amor
tymczasem błaga Jowisza o przebaczenie dla jego przyszłej żony. W lewym dolnym
rogu znajdują się personifikacje Nilu (opierającego się o Sfinksa) i Gangesu
(obok bestii).
- W ostatnim odcinku tego cyklu, Amor i Psyche (po prawej stronie stołu, obok
siebie) siedzą na uczcie weselnej, podczas gdy Hory (ze skrzydłami motyla)
rozrzucają kwiaty i perfumy Gracjom. Pośrodku, Ganimed ofiarowuje puchar
Jowiszowi, po którego prawej stronie siedzi Junona. W parach występują również
inne bóstwa: Neptun i Amfitryta, Pluton i Prozerpina, Herkules i Hebe. Wulkan
czeka na swoją żonę Wenus z gniewnym wyrazem twarzy, Bachus obok Amora jest obecny
jako podczaszy i Apollon po lewej jest przedstawiany jako pan Muz. Wraz z
bogiem Panem gra do tańca na cześć Psyche.
7.
Do tego dochodzą jeszcze trójkątne prospekty („żagle”), przedstawiające
amorków, każdy a atrybutem kolejnego boga z Olimpu.
Teraz już, Czytelniku, wiesz. Kiedy wejdziesz, to zobaczysz. Bo widzisz to, co
wiesz.
8.
Trzeba jeszcze dodać, że zamawiający owe freski był kardynałem (mianowanym nim
nb. w wieku lat 14 przez swojego dziadka, papieża Pawła III; a wy mówicie, że
dzisiaj są skandale w Kościele!). Rafael też był żarliwym chrześcijaninem.
Freski odwiedziło co najmniej 3 papieży. Wszyscy umiłowali Pantheon grecki,
greckich bogów z ich nimbem i ich cielesnością, wszyscy wykazywali się
doskonałą znajomością greckiej mitologii i potrafili ją interpretować w sposób
im współczesny, na chwałę swoją i użytek publiczny. Były golizny i w Kaplicy
Sykstyńskiej, ale obrażały, więc wszystkie przyrodzenia przyodział pędzlem
Daniele da Volterra, zwany „Braghettone”, „gaciarzem”. Ale wtedy, na początku
XVI wieku, kilka dekad przed katastrofą Soboru Trydenckiego, golizny nie
raziły, jak i nie raziły nawiązania do mitologii klasycznej.
Wystarczyło religię grecką, obowiązującą w całym świecie hellenistycznym, na
wszystkich brzegach Morza Śródziemnego, nazwać „mitologią” i było po problemie.
Może któregoś dnia „mitologią” nazwane zostanie chrześcijaństwo: ileż problemów
zniknęłoby z naszego horyzontu?
Bo ludzkość wyznaje na całym świecie około 10 tysięcy różnych bogów. I każdy z
wyznawców jest przekonany, że tylko jego bóg jest prawdziwy, pozostałe to
mitologia, jeśli nie godna kary śmierci herezja.
9.
Oczywiście Loża Amora i Psyche to nie jedyne arcydzieło w Villa Farnesina.
Właściwie każda sala jest arcydziełem: Sala Fryzów przedstawiająca
Przedsięwzięcia Herkulesa oraz epizody mityczne, zaczerpnięte z Metamorfoz
Apulejusza. Czy Sala Galatei, niegdyś z arkadami wychodzącymi na ogród,
zamkniętymi w 1650 roku. Swoją nazwę pokój zawdzięcza freskowi Rafaela z
Triumfem Galatei, który przedstawia nimfę na rydwanie ciągniętym przez delfiny
wśród świątecznego orszaku morskich stworzeń. Obok fresku Rafaela jest też
monumentalny Polifem Sebastiano del Piombo.
Jest też wspaniała Sala Perspektyw, jak widać na zdjęciu poniżej, obecnie
restaurowana, obstawiona rusztowaniami i zasłonięta płachtami ochronnymi. Jest
po prostu fenomenalna, ponieważ freski na ścianach przedstawiają dokładnie to,
co widać byłoby w tamtym kierunku, gdyby ścian nie było.
To dzieło Baldassarre Peruzziego, namalowane w latach 1518-1519. Freski zostały
całkowicie przemalowane w 1863 roku, ale dzisiaj przywraca się je do stanu
pierwotnego. Tutaj w 1519 r. Agostino Chigi urządził swą ucztę weselną.
Kiedy się dokładnie, Czytelniku przyjrzysz freskowi na wschodniej ścianie,
dostrzeżesz brutalne graffiti, wypisane przez jakiegoś wandala. To wandal z
1527 r., kiedy to podczas „Sacco di Roma” do Willi wdarli się Landsknechci.
Jeden z nich pozostawił na fresku napis: „Was sol ich Scheibers …nd nich lachen
di. Landsknecht haben den Babst lauffen machen” – „dlaczego ja skryba miałbym
się nie śmiać: Landsknechci pogonili papieża”…
Jest też Sala Małżeńska Aleksandra i Rossany, dzieło Sodomy z 1517 roku. Na
ścianach tej sypialni, z której korzystał Chigi i jego żona, są freski ze
scenami z życia Aleksandra Wielkiego, które miały gloryfikować zleceniodawcę,
utożsamianym z tą postacią historyczną.
Więc, kiedy będziecie w Rzymie, jeśli świat się jednak nie zawali, to nie
omińcie Villa Farnesina. Teraz już wiecie, będziecie widzieć.
Villa Farnesina – wejście przez ogrody w stylu włoskim
Geometryczne trawniki goszczą drzewa z egzotycznymi owocami cytrusowymi: takich
w sklepie na rogu nie ma!
Każda z komnat jest kolejnym olśnieniem
Nie tylko ściany z freskami, ale i sklepienia, o: właśnie takie
To jest sypialnia kardynała
O czym świadczy parawan z epoki
No, D.O. miałby chyba dość niespokojne sny w takiej sypialni…
Pokoik, zwany „pompejańskim”. W rzeczywistości to nisza w murze, pod schodami
O: tymi schodami. To zdjęcie z góry, czy z dołu?
Te same schody. To zdjęcie z góry, czy z dołu?
Na tym krześle nie wolno siadać. Ma kilkaset lat
To na deser: Loggia Amora i Psyche z freskami Rafaela. Niegdyś otwarta na
ogrody, dziś zamknięta szczelnymi, szklanymi taflami.
Widok sufitu. Proszę zwrócić uwagę na trompe-oeile, fałszywe perspektywy!
Kolejny widok całości
Historia Wenus, Amora i Psyche w formie komiksowej, przedzielona girlandami, z
sześciuset rodzajami autentycznych roślin, lokalnych i egzotycznych
Każdy „epizod” historii...
To małe arcydzieło.
Kto zgadnie, co to za bóg z twarzą Chigiego?
W każdym razie to nie plaża dla nudystów, to Olimp!
Rada Bogów – jeden z dwóch głównych fresków w centrum sufitu loggi
Część lewa
Część prawa. Każda z postaci jest mocno osadzona w mitologii greckiej, każda ma
walor symboliczny, czytelny dla renesansowego patrycjusza
Bankiet weselny – druga część ogromnego fresku w Loggi
Hory posypują kwiatami ucztujących bogów
Amor i Psyche just married. Na pierwszym planie małe amorki dają w żyłę
Oto oni
A to tzw. żagle. Na każdym z nich amorek, każdy amorek ma atrybuty
poszczególnych bogów. Ten akurat ma kaduceusz, czyjże on, czyj?
W Sali Galatei, niespodziewanie – zamiast malunku - rysunek! Podobno Rafael
chciał w ten sposób udowodnić, że rysuje równie dobrze, albo lepiej niż jego
rywal – Michał Anioł. Ale Rafael był zupełnie nieagresywnym, miłym w obyciu
człowiekiem i wszyscy go lubili.
Sala Galatei cała
To miały być prawdziwe gobeliny, ale wody Tybru zbyt często by je niszczyły,
więc zostały wymalowane „jak żywe”.
A to Sala Perspektyw. W remoncie. Zza kolumn wyłaniają się widoki Rzymu z
początku XVI wieku Takie, jakie byłyby, gdyby nie było ścian. Widok na
Zachód...
...I na Wschód
Graffiti pozostawione przez Landsknechta podczas Sacco di Roma w 1527 r.
3.
4 lata temu
1.
Między VIII a VII wiekiem p.n.e. grupa Umbryjczyków postanowiła spożyć piknik u
stóp wzgórza, na lewym brzegu górnego biegu Tybru, tam, gdzie, uderzywszy we
wspomniane wzgórze, ma – strumień jeszcze – swój przełom. Ale nastąpiło coś
niezwykłego! Obrus, na którym Umbrowie rozłożyli swe wiktuały, porwał orzeł,
który lecąc, zrzucił go następnie na czubek wzgórza. Czyż można było inaczej
zinterpretować to wydarzenie niż jako znak od bogów?
Oczywiście że nie!
Dlatego biesiadnicy postanowili tam, gdzie upadł obrus zbudować miasto.
Ponieważ leżało tuż przy granicy między państwem Umbrów, a państwem Etrusków,
nazwali je „Tutere”. Nie wysilili się, bo to w ich języku oznaczało „miasto
przygraniczne”.
Między V a IV wiekiem pne. zostało zaanektowane przez Etrusków, a w III wieku
p.n.e. rozpoczął się proces romanizacji, ale z poszanowaniem lokalnych
autonomii, w tym prawa do bicia własnej monety. W czasach Augusta rozkwitło,
dostając amfiteatr, budynki miejskie świątynie, mury z bramami i wille.
W 1244 r., miało więcej mieszkańców niż ówczesny Rzymu.
Między r. 1230 a 1236 urodził się tu Jacopone dei Benedetti (choć znany jest
pod innym nazwiskiem), wielki poeta średniowieczny, autor „Laudes”, Hymnów,
wychwalających Boga
Jakieś 20 lat temu Miasto to uznane zostało za najszczęśliwsze na świecie,
miejsce, w którym jakość życia jest najwyższa.
Ale pani aptekarka z Placu Ludowego, śliczniutka, inteligentna brunetka, mówi:
- Z Warszawy? Zazdroszczę panu!
- Jak to? Mieszka pani w mieście o najwyższym standardzie życia na świecie i
zazdrości mi pani Warszawy?
- Tamte czasy dawno minęły, że miasteczko się wyludniło, kolejne władze
miejskie zaniedbały je. Proszę popatrzeć: na ulicach widać niemal wyłącznie
pojedynczych staruszków, w kawiarenkach słychać częściej amerykański niż
włoski…
No tak… Dla cudzoziemca to jest dalej uosobienie raju. Oczywiście dla tego,
który nie ma trosk finansowych.
Zgadniesz, jakie to miasto?
P.S. Plutek i inne cwaniaki, proszeni są o ugryzienie się w język, a potem w
palec, którym bez wysiłku potrafią zepsuć zabawę z każdej zagadki
fotograficznej.
Co to za miasteczko?
Którego zaułki wychodzą na dolinę, a następnie na krętą drogę wspinającą się na
przeciwległy, zielny pagórek?
Do którego centrum wiedzie ta oto brama z II wieku pne.?
Na której sklepieniu widoczna jest jeszcze wyblakła, barokowa polichromia?
A kiedy się zbliżasz, mijasz taki oto pieszy „wiadukt”?
Po lewej mijasz barokową fontannę pod rajskimi pałacami?
Gdzie możesz spotkać wiekowego, przygarbionego „cyrulika”, strzygącego równie
wiekowego klienta w wiekowym lokalu fryzjerskim, z obowiązkową brzytwą,
ostrzoną na grubym, skórzanym pasie?
Już prawie, prawie, pod arkadami Pałacu Ludowego…
Wychodzisz na Plac Ludowy z widokiem na Pałac Przeorów (burmistrzów) z jednej
strony i
Na konkaterdrę NMP Wniebowziętej
Wypijasz un espresso w barze z widokiem na piękna rozetę
A potem olśniewa cię widok kościoła świętego Fortunata, zbudowanego przed
końcem XII wieku
Wracasz wśród okwieconych kamienic...
By wrócić do rzeczywistości przez Nową Bramę.
4.
7 lat temu
Ześwirowałem no nie bo to oznaczałoby proces nagły jednorazowy a ja jestem
świrem od dawna i ten proces narastał świrowałem świrowałem aż stałem się
świrem nie potrafię określić momentu w którym to się stało dziś pojechałem do
Lasu sprawdzić co się dzieje 250 km w jedną 250 w drugą pokwękując bo plecy i
nogi już mi nie odpuszczą szaro mżyło 13 max 13,5 stopnia i te kolory paprocie
pobrązowiały liście pożółkły albo poczerwieniały lecą lecą jeszcze nie zdążyłem
na dobre opłakać tych z poprzedniego lata a już muszę opłakiwać te a pokochałem
je bardzo nie zdążyłem się nimi nacieszyć prawie 2 miesiące w łóżku potem jedno
nieszczęście za drugim i ta wulgarność zewsząd się sączy z ust oczu gazet
telewizji i komputera i z każdym dniem tygodniem i miesiącem staje cię coraz
bardziej nieznośna dziś uśmiechnęła się do mnie tysiąckrotnie z płotów
wszystkich mijanych wsi i miasteczek zaczynam nie tolerować demokracji sam się
przerażam.
Nie, to nie jest kraj dla świrów.
5.
9 lat temu
Pamiętam: przyjechała do nas po południu. Ciężka, ogromna. Tragarze sporo się
namęczyli, nim wpasowali ją w kąt między wanną a ścianą w maleńkiej łazience na
dziewiątym piętrze gomułkowskiego, 37-metrowego M3. Zasłaniała nieco prześwit
drzwi, ale kto by tam zwracał uwagę. Gumowa rura została zawieszona na krawędzi
wanny, wpakowaliśmy w otwór tłum pieluszek, przekręciliśmy pokrętło: pstryk,
pstryk, pstryk, pstryk, pstryk... I nagle... Wszystko ruszyło, kręciło się
dziarsko, w jedną w drugą stronę... A my przynieśliśmy z kuchni taborety,
siedliśmy naprzeciwko i patrzyliśmy, zafascynowani, w szklany bulaj,
słuchaliśmy, jak warczała i sapała, grzejąc wodę... I na koniec wypluła ją do
wanny, a my dziwiliśmy się, że woda taka ciemna.
Od tamtej chwili fascynacji upłynęło dokładnie 40 lat. I przez te 40 lat dobrodziejka maszyna (jeden
z najważniejszych wynalazków ludzkości) i wszystkie jej następczynie, ułatwiały
nam życie.
Ale dobra mechaniczna wróżka, jak się okazało, miała także swoją ciemną stronę.
Kradła.
Notorycznie, kleptomanka, kradła skarpetki.
Wkładałeś parę, wyjmowałeś jedną. Macałeś, przekręcałeś bęben, świeciłeś
latarką, zaglądałeś podejrzliwie w rurę wylotową i - nic: drugiej skarpetki
niet.
Kiedy się ich wrzucało dużo, np. po podróży, zdarzało się, że kradła nawet dwie
i nigdy od pary.
Złorzeczyłem jej, ale chyba to tą tylko rozzuchwalało.
Aż wreszcie...
Żona ukróciła jej wybryki, ujarzmiła.
Za pomocą takiego małego plastikowego pipka, który służy do zupełnie innych
rzeczy. Od kilku miesięcy, spinam moje skarpetki uchwytem do kuchennych
ściereczek. I nie tylko nie giną, ale na dodatek, uprane, są już pospinane w
pary, nie trzeba tracić godzinki na układanie skarpetkowych puzzli: która do
której pasuje.
No i dzięki Żonie doszedł jeszcze jeden wielki wynalazek ludzkości: plastikowy
pipek za 3.50 15 sztuk.
6.
10 lat temu
Ku czci prawdziwych bohaterów
Bohater budzi się, a w półśnie nadstawia ucho, czy z sąsiedniego pokoju
dobiegnie znajomy szelest, oddech, chrząknięcie.
Ale nie dobiega.
Więc mruży oczy – a nuż w półmroku przymkniętych powiek uda się wyczarować
znajomą sylwetkę.
Ale półmrok jest pusty.
Otwiera więc oczy i złorzeczy, bo to nie był przykry sen, tylko taka jest jawa,
świat taki jest brzydki i smutny.
Leżąc jeszcze głaska się po ręku: ach!
Wiem, to moja ręka, ale to prawie tak, jak kiedy on ją głaskał.
Dreszcz przyjemności.
Czy starczy na cały dzień?
A potem ból w krzyżu, biodrach i stopach i walka, żeby wstać.
Łazienka i znów, jak codziennie gorzki śmiech: to straszne w lustrze, to mam
być ja? Ja?
Ja.
Walka o obleczenie obolałego ciała. Ściany szare, ale kto miałby je pobielić?
Dla kogo?
Rzut oka na telefon: nienawidzę tego zbędnego, milczącego przedmiotu.
Pod drzwiami wahanie: wyjść i znów wystawić się na pogardliwe, pełnie
nienawiści spojrzenia spiesznych, młodych? To przykre.
Wyjść? Po co? Po bułkę, bo dziś w Lidlu przecena? Białe pieczywo źle robi na
zdrowie, ale inne droższe… Wyjść? Jeść, przedłużać to wszystko?
A potem, prawdziwy bohater i prawdziwa bohaterka, mimo wszystko, otwierają
drzwi i, koślawi, brzydcy i czarni i o kuli wychodzą na świat.
Chwała bohaterom.
7.
11 lat temu
1.
Żegnaj, Drogi Jarku Kuźniarze! Dziękuję ci za wszystkie chwile, spędzone razem
na antenie (przez prawie dwa lata codziennie, pamiętasz?) i prywatnie (i nawet
to czerwone wino, wylane na moją białą kanapę ci wybaczam). To smutny dzień dla
polskiego dziennikarstwa. Czuję się dziś trochę jak ten kot z wiersza
Szymborskiej. Zrobiłeś mi świństwo, ale rozumiem. Niech ci się wiedzie! Mówi
się zawsze „no to się zobaczymy”, ale to tylko słowa.
3.
Kończy się moja podróż po imperium habsburskim. Wyrok historii został wykonany,
a na dodatek Franz Josef nie dostał „like’a” w podręcznikach historii. A
jednak, od Zagrzebia do Krakowa, od Meranu do Lwowa, ślad stworzonej przezeń
pierwszej Unii Europejskiej jest wyraźny, dominujący. Cóż to musiał być za
okres prosperity! Każda wieś, każde miasteczko ma pyszne centrum, wybudowane
właśnie wtedy, w ciągu 68 lat jego panowania. Budynki publiczne, prywatne
kamienice, wille. Taki boom już się potem nie powtórzył. Bolszewik próbował mu
dorównać, oszpecając te same miasta i miasteczka ohydnymi bloczyskami (niech
sczeźnie Le Corbusier!). Ale z bloczysk nikt nigdy nie będzie dumny.
4.
Przywrócił Franz Josef także narodom dumę i umiłowanie wolności. Ale kiedy
nadeszła chwila wyboru, stanął po złej stronie.
5.
Dał narodom także umiłowanie sztuk: muzyka, architektura, malarstwo,
literatura: dał secesję. (Mam uszy pełne tej muzyki z Art. Radio w Słowenii,
ORF1 w Austrii, Klass w Niemczech, Vltava w Czechach). Dał światu okres
rozkoszy, zwany fin de siècle, do którego do dziś się nostalgicznie wzdycha.
6.
T to właśnie jest to przemożne wrażenie, z którym wracam z krótkich wakacji:
fin de siècle. Wówczas nikt tak nie nazywał okresu bezprecedensowego rozkwitu
Europy Centralnej, mało kto miał przeczucie nadchodzącej katastrofy, która
zmiecie znany świat. I to się właśnie dzisiaj powtarza. Bogata, zamożna Europa
Środkowa, od Zagrzebia do Gdańska, od Suwałk do Innsbrucku cieszy się chwilą,
ufnie patrzy w przyszłość, snuje plany, zupełnie nieświadoma nadchodzącej
katastrofy.
7.
Przywiozę też migawki, pod powiekami ślad po ludziach, których minąłem. Uśmiech
tego starego górala w małej, słoweńskiej wiosce, kiedy patrzył, jak jego mała
wnuczka skacze na batucie. Tego człowieka z jedną ręką, wjeżdżającego na
niebosiężną, tryglawską przełęcz na rowerze, w deszczu i szarówce. Tę starszą
panią, czule trzymającą za rękę męża, ewidentnie po wylewie, z niedowładem
lewej strony ciała, kiedy dzielnie i bez skargi walczył o każdy kolejny krok w
wąskiej uliczce miłej Ratyzbony. Tę białą, puchową kulkę, american eskimo z
długim spiczastym pyszczkiem, stróża restauracji w Sankt Leonhard, który
rozejrzał się po gościach, a potem bez wahania podszedł do mnie i trącił nosem
w nogę: „pogłaszcz mnie” – powiedział po swojemu. A potem nie chciał mnie
puścić, bo mu było smuto, że odjeżdżam. I te śliczne dziewczyny gdziekolwiek
się zatrzymałem: patrzyłem na was myśląc: „jak też będziecie wyglądały na
starość”? Czy będziecie umiały przetrwać, kiedy ulicami waszych miast zawładnie
żołdactwo, butna głupota i pogarda? Carpe diem!
8.
13 lat temu
Wspomnienie z Sycylii
Wiem, wiem, nie możecie się doczekać menu kolacyjnego. OK:
apetizer: arancino z ryżu i krewetek w balsamie pistacjowym.
Przystawka:
- tris morski: plasterek marynowanej ryby miecza na podłożu spaghetti z cukinii
z kropelką marmolady cebulowej,
- ośmiorniczki z rukolą na łożu z cuscusa integralnego,
- sakiewka z labraksa posypanego nitkami z ostrej papryczki.
Potem:
- domowej roboty zacierki z semoli z sosem grzybowo-rybnym posypane kruszonką z
pistacji i migdałów.
Na deser:
- semfreddo migdałowe z kulką lodów z mango.
No i potem ma się dziwne sny...
A wymiar sprawiedliwości walczy z marihuaną zamiast z tym...
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń