DRUGI OBIEG
Sobota, 3 października 2026
1.
Google Mapsy zeszły na psy.
Używasz, Czytelniku, android auto w swoim samochodzie? Widziałeś, co gugiel
zrobił z Warszawą?
Od zawsze upodobał sobie zimę na robienie satelitarnych zdjęć stolicy, więc
Warszawa zawsze na tych mapach wyglądała brzydko: szaro-buro-brązowo. Ale parę
miesięcy temu zrobił update swoich map i ogromna większość miasta nie dość, że
sfotografowana jest zimą, to jeszcze na dodatek przez grubą warstwę chmurowego
bielma, więc nie dość, że jest buro i ponuro, to jeszcze nieostro.
Tak wygląda niemal cała Warszawa i obszerne połacie Mazowsza. Nie licząc kilka
zielonych plam, po to tylko, by dać pojęcie, jak bardzo gugiel schrzanił całą
resztę. Bo tu jest zielono, pięknie i ostro, a wszędzie indziej – odrażająco.
Popraw te zdjęcia wujku Googlu!!!
Tak wygląda piękny w rzeczywistości Park Saski w Warszawie na mapach google w
smartphonie. Gwoli sprawiedliwości, w laptopie mapy są w porządku.
2.
https://tvn24.pl/polska/ostatnie-pozegnanie-aleksandry-wierzbickiej-st9266643
Był spory tłum na pogrzebie Oli, a tym tłumie mnóstwo łez. Kiedy rozmawialiśmy
z M.L. o niej, a D.O. mówił, że była cudowną osobą, M.L. odpowiedziała: „była
aniołem”. Musiała rzeczywiście nim być, skoro każdy, kto z nią pracował, ją
pokochał. D.O. też.
3.
https://www.theguardian.com/business/2026/oct/02/john-maynard-keynes-the-cultured-economist-who-governments-turn-to-in-a-crisis
Odgłosy armat nadciągających armii niemieckich były wyraźnie słyszalne przez
Johna Maynarda Keynesa, gdy jego pociąg przejeżdżał przez północną Francję
wiosną 1918 roku. Ślady walk na froncie zachodnim były widoczne wszędzie, ale
Keynes, wówczas urzędnik skarbowy, nie jechał do Paryża w sprawach wojennych;
chciał kupić trochę dzieł sztuki.
Keynes podjął ryzykowną podróż, aby wziąć udział w aukcji
pracowni Edgara Degasa, który zmarł rok wcześniej. Człowiek, który miał stać
się czołowym ekonomistą XX wieku, wrócił do Londynu z kilkoma
impresjonistycznymi skarbami dla National Gallery, po tym jak z powodzeniem
zwrócił się do kanclerza skarbu z petycją o wydanie 20.000 funtów na aukcji.
Ta historia wiele mówi o Keynesie. Jego umiejętności w
lobbowaniu urzędników za funduszami w czasie, gdy kraj był uwikłany w kosztowną
wojnę. Jego miłość do sztuki, która zaowocowała w jego zaangażowaniu w
utworzenie Rady Sztuki. Jego przekonanie, że ekonomia jest ważniejsza od
dobrych rzeczy w życiu.
Wszystko to sprawia, że tytuł nowej sztuki Jamesa Grahama o Keynesie, „Standard
życia” , jest w pełni trafny. Keynes zgłębiał statystyki, ale był kimś znacznie
więcej niż tylko analitykiem liczb. Miał zdecydowane poglądy na temat przyczyn
złego funkcjonowania gospodarki w latach 20. i 30. XX wieku, ale równie chętnie
dyskutował o filozofii z Bertrandem Russellem i Ludwigiem Wittgensteinem.
Uważał, że rozwijająca się gospodarka powinna zapewniać więcej czasu wolnego, a
nie akumulację bogactwa. Zrewolucjonizował ekonomię, nie mając w sobie ani
krzty rewolucjonisty.
Urodzony w zamożnej rodzinie akademickiej, Keynes uczęszczał
do Eton College, a następnie studiował matematykę w Cambridge. Po studiach jego
kręgiem przyjaciół była Grupa Bloomsbury, skupiająca malarzy i pisarzy, wśród
których była Virginia Woolf, oraz dwóch jej kochanków, Lytton Strachey i Duncan
Grant. Grupa ta szczyciła się niekonwencjonalnością i odrzucaniem status quo.
Bloomsbury pomogło Keynesowi zaspokoić jego potrzeby
kulturalne, ale także ukształtowało jego myślenie ekonomiczne. Nie postrzegał
wzrostu gospodarczego jako celu samego w sobie, lecz raczej jako środek do
dobrego życia, czyli – jak to ujął – do życia „jak lilie na polu”. W
„Ekonomicznych możliwościach dla naszych wnuków” przewidywał nadejście czasów,
gdy problem ekonomiczny zostanie rozwiązany, gdy tydzień pracy będzie znacznie
krótszy, a „akumulacja bogactwa nie będzie już miała dużego znaczenia społecznego”.
Jego gotowość do kwestionowania ortodoksji została wykazana
w jednej z pierwszych książek pt. „Ekonomiczne konsekwencje pokoju”, w której
trafnie przewidział, że represyjne warunki nałożone przez traktat wersalski z
1919 r. spowodują, że upokorzone Niemcy pozostaną zawzięte i żądne zemsty.
Ku zaskoczeniu przyjaciół z Bloomsbury, Keynes zakochał się
później w rosyjskiej tancerce baletowej, Lidii Łopokowej, a para pobrała się w
1925 roku, gdy miał 42 lata. Choć Keynes był szczery i pewny siebie w wyrażaniu
swoich opinii, miał kompleksy na punkcie swojego wyglądu, uważając się za
odpychającego. Inni podzielali jego opinię. Virginia Woolf opisała go kiedyś
jako „otyłą fokę, podwójny podbródek, wystającą czerwoną wargę, małe oczy,
zmysłową, brutalną, pozbawioną wyobraźni”.
Jednym z głównych wątków sztuki jest konflikt idei między Keynesem a
austriackim ekonomistą Friedrichem Hayekiem. Ten drugi uważał, że pozostawiony
samym sobie wolny rynek zapewnia najlepsze rezultaty gospodarcze, a w dłuższej
perspektywie kryzysy można rozwiązać bez interwencji państwa.
Keynes zajął przeciwne stanowisko, podsumowane być może jego
najsłynniejszym cytatem: „Na dłuższą metę wszyscy jesteśmy martwi. Ekonomiści
stawiają sobie zbyt łatwe, zbyt bezużyteczne zadanie, skoro w burzliwych
okresach potrafią nam jedynie powiedzieć, że gdy sztorm minie dawno temu, ocean
znów będzie spokojny”.
Miał na myśli, że gospodarka nie ma naturalnej tendencji do
pełnego zatrudnienia. Przeciwnie, wysokie bezrobocie może trwać w
nieskończoność, chyba że rząd będzie gotowy do interwencji i stymulowania
popytu. Argument ten stanowił centralny punkt jego najsłynniejszej książki,
„Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”. „Ogólna teoria”, jak się
ją powszechnie nazywa, podważyła konwencjonalne myślenie ekonomiczne i wywarła
głęboki wpływ na decydentów w dekadach po drugiej wojnie światowej, kiedy to za
odpowiedzialność rządów uznano zarządzanie popytem w celu zapewnienia pełnego
zatrudnienia.
Keynes dostrzegał liczne wady systemu kapitalistycznego, ale
nie był marksistą. Jako bezwstydny elitarysta, uważał za swoją misję ratowanie
kapitalizmu przed nim samym, choćby dlatego, że uważał to za najlepszy sposób
na ochronę wartości cywilizowanych. „On gardzi zwykłymi ludźmi, zwłaszcza
zgromadzonymi w stadach” – zauważyła kiedyś reformatorka społeczna Beatrice
Webb. „Nie lubi ludzkiego stada i nie ma ochoty zwerbować go na swoją stronę”.
Nic dziwnego, że skrajna lewica ma podejrzenia wobec Keynesa. Jak napisał jego
biograf Robert Skidelsky: „Marksiści od dawna argumentują, że idee Keynesa
zostały przyjęte, ponieważ służyły interesom burżuazji w latach 30. XX wieku, a
porzucono je, gdy zaczęły zagrażać zyskom kapitalistów w latach 70.”
Prawdą jest, że Keynes i jego idee wyszły z mody w połowie
lat 70. XX wieku, w okresie, gdy gospodarki zachodnie zmagały się z rosnącą
inflacją i jednocześnie słabym wzrostem gospodarczym. Powojenni ekonomiści
keynesowscy byli zdumieni pojawieniem się wysokiej inflacji i wysokiego
bezrobocia w tym samym czasie, a nowa prawica – na czele z Margaret Thatcher i
Ronaldem Reaganem – wyszła zwycięsko z tej ery „stagflacji”. Zainspirowana
ideami Hayeka, przystąpiła do demontażu powojennego systemu opartego na pełnym
zatrudnieniu, własności państwowej, silnych związkach zawodowych i hojnych
wydatkach socjalnych.
Globalny kryzys finansowy z 2008 roku położył kres nowemu, słusznemu modelowi.
Przekonanie, że rynki nigdy się nie mylą, sprawiło, że zignorowano zagrożenia
związane z nadmierną spekulacją, co ostatecznie doprowadziło globalny system
bankowy na skraj załamania. Po raz pierwszy od lat 30. XX wieku pojawiło się
realne ryzyko pełnoskalowej depresji i w tych okolicznościach decydenci
odkurzyli swoje egzemplarze „Ogólnej teorii” w poszukiwaniu odpowiedzi.
Keynes z pewnością wyczułby nadchodzący kryzys finansowy.
Spekulował na rynkach finansowych, nie zawsze z powodzeniem. W 1920 roku
stworzył fundusz hedgingowy, który dziś nazwalibyśmy silnie lewarowanym,
wykorzystując pieniądze od swoich przyjaciół z Bloomsbury – obstawiając wahania
kursów walut – tylko po to, by zobaczyć, jak kapitał jego syndykatu legł w
gruzach, gdy funt niespodziewanie spadł.
Mimo to zdawał sobie sprawę z ryzyka. „Spekulanci mogą nie
wyrządzić żadnej szkody, będąc bańkami spekulacyjnymi na stałym strumieniu
przedsiębiorczości” – powiedział. „Ale sytuacja staje się poważna, gdy
przedsiębiorstwo staje się bańką spekulacyjną. Kiedy rozwój kapitałowy kraju
staje się produktem ubocznym działalności kasyna, zadanie prawdopodobnie
zostanie źle wykonane”.
Keynes i Hayek wciąż cieszą się szacunkiem zwolenników,
zarówno z lewicy, jak i prawicy. Jednak ostatnie dwie dekady pokazały, jak
trwałe są spostrzeżenia Keynesa – najpierw w 2008 roku, a następnie podczas
globalnej pandemii w 2020 roku.
W obliczu kryzysu wiara w wolny rynek ulatuje przez okno,
ponieważ rządy wykorzystują wszelkie dostępne im narzędzia polityczne, aby pobudzić
wzrost gospodarczy i zapobiec wzrostowi bezrobocia. Albo, jak ujął to arcykryty
Keynesa – noblista, ekonomista Robert Lucas – w 2008 roku: „Chyba każdy jest
keynesistą w okopach”.
4.
Od lewej: Neville Chamberlain, Édouard Daladier, Adolf Hitler i Benito
Mussolini – sygnatariusze układu monachijskiego. Z prawej Galeazzo Ciano, 29
września 1938. Zdjęcie z Wikipedii.
Czego to zdjęcie nas uczy? Że z faszystami się nie
pertraktuje, z faszystami się walczy.
5.
2 lata temu
1.
W Kotlinie Jeleniogórskiej, na 100 km kw., znajduje się 30
pałaców, zamków i dworów. Jest to więc jedno z największych skupisk
pałacowo-parkowych w Europie.
Wszystkie mają ciekawą historię, niemiecką oczywiście.
Polski wkład polegał na doprowadzeniu niemal wszystkich tych obiektów do ruiny,
były w nich siedziby szkół, PGR-y.
Część z nich, dzięki ludziom, dla których D.O. ma tyleż
podziwu, co zazdrości, powróciło lub powraca do życia. I to jak!
D.O. zrobił małą wycieczuszkę do trzech z nich. Popatrzcie,
co za perełki!
Zamek w Karpnikach (niem. Vischbach, Fischbach), został
zbudowany w XIV wieku prawdopodobnie przez Henryka Czirna, właściciela Płoniny
i Sokolca. Jego obecny wygląd pochodzi z 1846 i jest zasługą architekta
niemieckiego Friedricha Augusta Stülera z wykorzystaniem projektów jego
nauczyciela, Karla Friedricha Schinkla (a więc mistrza nad mistrzami!) z czasów
jego pobytu w Karpnikach w 1832. Podczas drugiej wojny światowej urządzono w
pałacu karpnickim składnicę muzealną, stworzoną przez konserwatora wojewódzkiego
Gunthera Grundmanna, w której umieszczono zbiory zrabowane w państwach
okupowanych przez Hitlera. Tu także przeniósł z Darmstadtu swoją kolekcję dzieł
sztuki ostatni właściciel Karpnik, książę Ludwig von Hessen und bei Rhein.
Po wojnie ruscy go splądrowali, popadał w ruinę. Do 1950 w
obiekcie mieściła się szkoła podstawowa. Po kilku latach pustostanu, w 1956
służyła jako dom dla dzieci niepełnosprawnych. Zaniedbany przez lata powojenne
obiekt wyremontowano w 1962, z przeznaczeniem na ośrodek kolonijny. W 1978
zamek przystosowano na ośrodek wypoczynkowy, a później sanatorium dla dzieci.
Ale, zdewastowany, rozsypywał się. Wtedy wkroczył on, człowiek bodaj
najbardziej zasłużony w dziele rewaloryzacji historycznych pałaców Kotliny,
Piotr Napierała. Więcej o nim w artykule sprzed kilkunastu lat w ‘Polityce’,
link pod zdjęciem.
2.
Pałac w nieodległej Łomnicy – to wczesnobarokowa budowla z
II połowy XVII w.
Po II wojnie światowej pałac został przejęty przez państwo
polskie. Do 1977 r. w pałacu znajdowała się szkoła. Opuszczony od końca lat 70.
XX w. uległ dewastacji. W 1992 r. pałac zakupiło małżeństwo von Küsterów:
Ulrich i Elisabeth. Niemcy, którzy 22 lata temu wybrali życie w Polsce i
poświęcili je odbudowie i rewitalizacji pałacu, przyległego budynku, parku i
gospodarstwa. Piękny o nich artykuł w ‘Rzeczpospolitej’ sprzed 3 lat, link do
artykułu pod zdjęciem.
3.
I bodaj najbardziej magiczny z tych trzech - Pałac w
Wojanowie, który do 1908 roku należał do pruskiej rodziny królewskiej.
Podczas II wojny światowej w pałacu urządzono obóz pracy dla
robotników przymusowych. Po 1945 roku w pałacu i folwarku znajdował się PGR.
Zamek Karpniki • Schloss Fischbach. O właścicielu i człowieku, który nadał temu
i innym pałacom nowe życie, poczytajcie tu: https://www.polityka.pl/.../1525665,1,piotr-napierala...
D.O. nazwał ten pałac „pałacem smutnego kucyka: powiększcie
zdjęcie i zobaczcie, kto stoi na moście i nie reaguje na bodźce.
Zamek otoczony jest fosą.
Kiedy na chwilę wyjdzie słoneczko, wszystko od razu lepiej wygląda. Zamek też.
A to już pałac w Łomnicy. Przeczytajcie fascynującą historię jego odbudowy i
odbudowującej rodziny niemieckiej tu: https://www.rp.pl/ekonomia/art16684341-pani-z-palacu-lomnica
Dowiecie się m.in. co to są „spociwczki”. Nawet nie
próbujcie odgadywać.
To wita gości przy bramie. D.O. lubi ludzi, którzy pamiętają innych ludzi,
zwłaszcza tych wyjątkowych.
A to już pałac Wojanów. Czysta magia!
Tych budynków jest tu sporo – po prawej też jest jeden ogromny.
No, czy to nie wygląda jak z bajki?
No i co: nie jest magicznie?
I ostatni rzut oka na Wojanów na pożegnanie.
6.
3 lata temu1.
Może morza za mało?
D.O. postanowił nadrobić.
Pojechał 100 km na południe od Rzymu, do San Felice Circeo,
przez które to miasteczko tyle razy przejeżdżał po drodze do swojej ulubionej
Sperlongi, ale… nigdy się nie zatrzymał.
Więc miasteczka nie znał.
I nie wiedział, dlaczego jest ulubionym wczasowiskiem tak
wielu Rzymian.
Teraz wie.
2.
Cypel Circeo wiele ma twarzy. Kiedy patrzeć nań z Anzio jawi
się jako profil leżącej twarzy kobiety.
Nie byle jakiej kobiety: czarodziejki Kirke, z włoska Circe, opiewanej w Odysei jako „straszna bogini o ludzkim głosie”. Zamieniła w świnie towarzyszy Ulissesa.
3.
Ulisses w swojej podróży natrafia na wyspę Eea. Porośnięta
gęstą roślinnością wydaje się niezamieszkana i Ulisses wysyła część swojej
załogi pod przewodnictwem Eurylochosa na rekonesans.
Ale na wyspie towarzysze odkrywają pałac, z którego rozlega
się melodyjny głos. Dokoła widać dzikie zwierzęta. Wszyscy mężczyźni, z
wyjątkiem Eurylochosa, wchodzą do pałacu i znajdują w Kirke czułą kochankę.
Mężczyźni zostają zaproszeni do udziału w uczcie, ale gdy tylko skosztowali
jedzenia, zamieniają się w świnie, lwy, psy, zgodnie z ich charakterem i
naturą.
Wkrótce potem Kirke zagania ich w do chlewu i zamyka.
Eurylochos wraca na statek i opowiada Ulissesowi, co się
stało. Ulises postanawia udać się do Kirke, aby spróbować uratować swoich
towarzyszy. Kierując się w stronę pałacu, spotyka boga Hermesa, posłańca bogów,
który wyjawia mu sekret odporności na czary Kirke: wystarczy dodać pewną
substancję do napojów serwowanych przez Kirke.
Ulisses dziabnął drinka czarodziejki, ale – cwany –
domieszał, co trzeba i nie zamienił się w świnię. Kirke przyznaje się do
porażki i przywraca ludzką postać towarzyszom Ulissesa, a także wszystkim innym
zamienionym w świnie.
Po roku Ulisses, zatęskniwszy znów za domem, poprosił Kirke
o radę o najlepszą drogę powrotną, a ta kazała mu najpierw odwiedzić podziemia
i skonsultować się z cieniem wróżbity Tejrezjasza. Po powrocie z zaświatów
Kirke daje wreszcie Ulissesowi wskazówki, jak najlepiej pokonać kolejne
trudności na drodze do Itaki.
I owaki.
4.
Ale, jako się rzekło, górzysty cypel Circeo ma wiele
postaci. Z Gaety jawi się jako wyspa, starożytna Eea.
Homer umieszcza wyspę na wschodzie („tam, gzie Helios rozkazuje”; Kirke była córką Heliosa i Perseidy); późniejsza tradycja utożsamia to z cyplem Circeo. Który wyspą nie jest, ale z południa, jak wyspa wygląda.
5.
San Felice Circeo
ma bardzo starą historię. 60-50 tysięcy lat temu ukochali ten teren już
neandertalczycy. W 1939 r. odkryto jaskinie, w których mieszkali, a w nich,
obok ich czaszek – resztki zwierząt, takich, jak … nie uwierzycie: słonie,
nosorożce, hieny i niedźwiedzie!
Potem miasteczko było rzymską kolonią, w średniowieczu
posiadłością templariuszy, lennem rodziny Caetani i wreszcie papieską twierdzą.
A dzisiaj – we wspaniałe plaże Fan Felice Circeo wbito circa
milion parasoli, pod parasolami stoją leżaki.
Na górze, nad plażami, jest średniowieczne miastusio z
zaułkami, wywołującymi zawroty głowy.
Ale może to tylko słońce: 39 stopni, to nie jest czas
idealny na przechadzki.
D.O. przechadzał się w twoim, Czytelniku, imieniu, więc rusz
za nim.
Najpierw na przechadzkę, potem na przejażdżkę. Na której załapała się także pobliska Terracina.
Ale San Felice Circeo jest czyste, Terracina zasyfiona.
Gorąco. I w krótkich spodenkach, i w futrze – gorąco.Knajpeczki gotowe na przyjęcie gości, nieczułych na upał.
Niektóre
mają powiew od morza.
Placyki zapierające dech.
Woda leci wyjątkowo zimna.
I ojojoj raz jeszcze.
Na kamieniach rosną kolorowe krzewy.
Nie mogło się skończyć inaczej, jak obiadem na plaży.
7.
7 lat temu
Urodziłem się wiosną i całe życie pracowałem, by z pączka wyrosnąć na istotę
dojrzałą. Popatrzcie: jestem dziś piękniejszy niż kiedykolwiek, przygarnijcie
mnie, doceńcie. Jeszcze dziś, najdalej jutro w dzień, bo lada chwila, tę moją
pełnię opłacę śmiercią. Spadnę, a wy będziecie po mnie deptać w waszym pędzie
ku pięknu i doskonałości...
8.
9 lat temu
CHAOTYCZNE PRZEMYŚLENIA STARSZEGO MĘŻCZYZNY FRUWAJĄCEGO W DNIU SWOICH URODZIN
LOT
Z góry… Z góry wszystko wygląda inaczej. Relatywnie. Trudno
sobie nawet wyobrazić, patrząc, przez okienko samolotu, że istoty, których z
tej wysokości nie widać, mogą emanować złe emocje w ilościach zdolnych
zniszczyć ich samych i tę piękna planetę…
DOM
Z okien samolotu za Rzymem dostrzegłem górę. Z drugiej jej
strony stoi budynek, który długo nazywałem „moim domem”. Moje dorosłe, bardzo
dorosłe Dzieci, nadal uważają to miejsce za swój „dom rodzinny”. A przecież
wszelkie związki między tamtym domem a nami ustały.
W domu nie ma śladu po nas; to w nas jest ślad po nim.
LOS KOLIBRA
K. też jest w Rzymie, a właściwie ponad nim. Nie chodzi,
lecz unosi się nad jego ulicami w zachwyconej euforii. Mówi, że chce się tu
natychmiast przenieść i mam wrażenie, że to miejsce daje jej namacalne poczucie
szczęścia, gdzieindziej nie zaznanego. Ciesz się tym szczęściem, bo ulotne.
I co: mówić jej, jak to się kończy dla kolibra, kiedy nie
oderwie wzroku od magnetycznych oczu kobry i zginie, pożarty? Czy pozwolić, by
odkryła, że najbardziej dewastujące rozczarowania dotyczą obiektów naszej
miłości? O, bo Rzym rozczaruje każdego kto zechce się przebić przez jego
magiczną powierzchowność, gdy zajrzy do jego czarnej i zepsutej duszy.
ŚLAD
Jak wygląda ślad po domu, który zwykliśmy nazywać „naszym
domem”? Jest niematerialny, zapisany, zapewne wyłącznie jako mikroładunki
elektryczne w jakiejś, nie wiadomo jakiej, mgławicy neuronów wewnątrz tej
wstrętnawej galaretki, jaką nosimy w głowie?
Ile jest wart ten prąd? Da się wycenić coś tak nieskończenie
małego? Nie? To czemu przywiązuję do tego tak dużą wagę?
Czemu ją przywiązuję do tak wielu mikroprądów w zwojach mego
mózgu, skoro zsumowane nie dadzą razem jednego miliwata, a ileż może być wart
jeden miliwat i jak się on ma do wielkiego świata widzianego z okna samolotu?
PROBIERZ
I jeżeli są one, choć nie wiem, dlaczego, coś warte dla
mnie, to ile mogą być warte dla innych? Nic, kompletnie nic? Czy tylko w
zakresie, w jakim moje mikroładunki pokrywają się z mikroładunkami bliźnich
mojej epoki?
Jak się o ich wartości dla bliźnich przekonać?
Po ilości komplementów? Pozytywnych uczuć? Po liczbie ludzi
na moim pogrzebie?
Ilu ich będzie? Czy przyjdą znaczni, czy przyjdą sławni?
Zechcą coś powiedzieć? Czy będą to nieznośnie banalne, puste słowa, ubrane w
pozór emocji? Próba wylansowania siebie przed wdzięczną, bo cichą widownią?
Czy będą smutni, czy będą płakać szczerymi łzami, czy
przyjdą z poczucia obowiązku, bo w gruncie rzeczy, cóż zanik mikroprądów może
obchodzić kogoś innego poza ich posiadaczem? Czy naprawdę poczują w sercu
przykry brak, kiedy zejdą się na cmentarzu albo kiedy wpadnie im w oko mój
nekrolog? Bo ponoć jesteśmy w stanie znieść nawet najgorsze cierpienie.
Bliźniego…
CAPSTRZYK
Chciałbym, żeby nad moją trumną odegrano ukochaną przeze
mnie muzykę, ale wszak to ja ją kochałem, a nie zebrani w kondukcie: męczyć ich
czymś, czego zapewne nie zrozumieją? I, na dodatek, ktoś przyśle wdowie po mnie
rachunek za nieopłacone prawa autorskie od publicznego wykonania tej muzyki.
Nawet dzwon nie jest za darmo, bo dzwonniczemu trzeba za targanie sznurem
zapłacić. Milczenie zatem?
DOBRE ŻYCIE
Jak powinno wyglądać tzw. „dobre życie”, takie, po którym
twój pogrzeb będzie tłumny i pełen łez? Wszak największe kondukty chadzały
często za trumnami największych potworów, jakich wydał rodzaj ludzki. Za
władcami, a przecież władza demoralizuje, demoralizuje wszystkich bez wyjątku.
A Giulio Andreotti, przy którymś wywiadzie nie wytrzymał i na powtórzoną mu
sentencję „władza demoralizuje” odpalił: „władza demoralizuje tych, którzy jej
nie mają”. Więc wszyscy jesteśmy zdemoralizowani?
Tłumne kondukty chodzą za aktorami, politykami, osobami
powszechnie znanymi; ich odejście wydaje się znaczyć dla bliźnich więcej niż
odejście osób mniej znanych, choćby najlepszych, choćby najuczciwszych, choćby
najbardziej altruistycznych.
Jeśli pogrzeb to ukoronowanie, podsumowanie istoty czyjegoś
życia, jego wagi dla społeczności, to trzeba za życia dać się poznać możliwie
szerokiemu gronu; to daje, w chwili śmierci pocieszenie, że twój pogrzeb będzie
innych zasmuci, a smutek innych będzie naszą satysfakcją i nagrodą.
A MOŻNA BYŁO INACZEJ
A gdybym coś był zrobił inaczej? Gdybym nie był taki
pryncypialny? Gdybym nie uważał, że dziejące się właśnie wydarzenie potrzebuje mojego,
w gruncie rzeczy mało znaczącego i nic niezmieniającego udziału? Gdybym zapisał
się, gdzie chcieli, a potem, w sprzyjającym czasie nawrócił? Gdybym czytał w
dzieciństwie inne książki i miał średnio-krajowe poczucie honoru?
Średnio-krajową ideę patriotyzmu? I gdybym w końcu porzucił ten szkodliwy
zwyczaj stawiania się przełożonym, tego poczucia, że skoro więcej się
przygotowywałem, to wiem więcej i lepiej? Gdybym, nie bacząc, że są irytujący i
nieciekawi, kultywował znajomości z możnymi i znanymi: czy wtedy na mój pogrzeb
przyszłoby więcej ludzi, byli by smutniejsi?
ŚMIECH
A może jestem jednak znacznie przeciętniejszy, niż mi
powtarzano od pierwszej klasy, może zbyt łatwo w to uwierzyłem, bo chciałem
wierzyć, nie zbadawszy, jak to jest naprawdę? Może najzwyczajniej w świecie nie
zasługuję na uwagę bliźnich, na ich zainteresowanie, na ich ewentualny żal, gdy
zniknę?
„Chciałem dobrze” – napiszę sobie na nagrobku.
Przechodnie będą parskać śmiechem. Dobre i to: przynajmniej
przeczytają nazwisko, choć im nic nie powie, a na dodatek śmiech rzecz
nieczęsta (zwłaszcza na cmentarzu), a dla zdrowia ważna.
A może lepiej zabrzmi „Chciałem mieć dobre słowo dla
każdego”?
JASKINIA I WIEŻA
Tłumy na pogrzebach sław mogą prowadzić do wniosku, że
„dobre życie” uwieńczone dobrym pogrzebem oznacza dać się poznać jak
największej liczbie bliźnich. Nieważne, czy cię polubią, czy będą się ciebie
bali, tłum przyjdzie z oglądać popularnych piechurów w kondukcie. Bo powodem
ich obecności prawie na pewno nie będzie konsekwencja zmarłego w postepowaniu
skromnym, „moralnym” i społeczności przydatnym…
Mimo to są tacy, którzy nie oczekując nagrody w postaci
tłumnego pogrzebu, wybierają inną drogę niż popularność.
Są ludzie, którzy chcą żyć bez reszty moralnie; zamykają się
wtedy w grotach i tam żyją w łachmanach i o misce strawy – i wtedy nazywamy ich
pustelnikami.
Są też i tacy, którzy zamykają się w wieży z kości
słoniowej, żyją tam w pogardzie grzechu - i wtedy nazywamy ich mizantropami.
Ich śmierć bywa cicha, pogrzeby samotne.
ŚREDNIA AMORALNOŚCI
Mało jednak mnichów, mało mizantropów; cnotą jest sztuka
surfingu po okolicznościach bez moralnego wartościowania czynów. Świat tego nie
ma za złe. Nawet Kościoły, powołane do wydawania ocen moralnych. Ba, czyny
kapłanów, zdarza się, wykraczają poza „średnią amoralności” ogólnie w
społeczeństwach przyjętą, więc ich oceny uwagi nie warte.
Czy ma zatem sens życie anachronicznie moralne, jeśli
społeczności tego nie dostrzegają, jeśli tego nie potrzebują, jeśli traktują to
jako irytujące dziwactwo?
ŻAL I MIŁOŚĆ
A jeśli na moim pogrzebie ludzie będą i poczują żal –
przykre mikroprądy w którymś z mózgowych zwojów – to jak długo on trwać będzie?
Ja je czuję, gdy zniknie ktoś dla mnie ważny; czyjeś
zniknięcie jest dla mnie bólem, lecz ból z czasem się zmniejsza, jest
absorbowany przez mój organizm jak guz czy krwiak.
O niektórych żywych jeszcze - myślę z rzewną czułością: to
musi być właśnie miłość, bezinteresowna, irracjonalna, nie wywołana żadnym
hormonem, żadnym popędem, żadnym interesem - miłość.
POKORA
Takie wzloty powinny być obowiązkowe, obowiązkowe okresowe
wyglądanie przez bulaj samolotu.
Obowiązkowe powinny być też wyprawy w strefy sejsmiczne. Bo
gdy się z góry nie dojrzy proporcji człowiek-świat, gdy nie poczuje się potęgi
ziemskiej skorupy, wtedy będzie się miało wypaczone spojrzenie na wszystko: na
siebie samego i na rzeczy naszego Życia, zawartego w kilku miliardach
mikroprądów, tak nikłych, że nie wynaleźliśmy jeszcze instrumentu zdolnego
zmierzyć ich nieskończenie małą wartość.
Tylko wtedy, świadomi naszej istoty, będziemy zdolni z
pokorą przyjmować nasze życie i naszą śmierć. Niepomni liczby tych, którzy
pójdą za nasza trumną.
9.
13 lat temu
Z wdzięczności za setki życzeń, które rozgrzały stare moje serce, zamieszczam
niniejszym fotografie niektórych opisywanych przeze mnie potraw, którymi
raczono mnie na Sycylii:
To jest fantazyjnie podane prosciutto con melone, taka delikatna przystawka.
Tu królują kawałki kałamarnicy, owinięte niteczkami chili, ale idą o lepsze z
krewetkami na łożach z marynowanego imbiru. Czyż mogło zabraknąć plasterka
dojrzałego mango?
D.O. głowy nie da, bo minęło 13 lat, ale wydaje mu się, że to jest carpaccio z
ryby-miecza.
Na górze musi być sałatka warzywna pomieszczona w serduszku z dwóch kawałków
fenkułu. Na dole z lewej to chyba chrupka z cienkiego ciasta, ale co jest w
kokilce, tego ani D.O. ani Żona nie pamiętają. Jakiś budyń ze słodkiej cebuli z
Giarratana (wygooglujcie sobie, jeśli nie wiecie, co to)? Żona pamięta tylko,
że po tej kolacji miała największy w życiu atak refluksu, „ale warto było”.
Rybka, małż, ostryga i kałamarnice w dwóch postaciach.
Deserek: oj tam, zwykłe semifreddo pistacjowo-mangowe z nitkami chili. W każdej
stołówce ci podadzą!
Ale już następnego dnia spaghetti alle vongole na plaży w Marina di Ragusa.
10.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń