DRUGI OBIEG
Wtorek, 13 stycznia 2026


1.
4 lata temu
O karnawale przeciętny Polak wie tyle, że wcina się faworki, zwane też „chrustem” i że organizuje się prywatki, na których się tańczy i pije, a jak się dobrze ułoży to i inne rzeczy po alkowach się robi.
A to nie jest takie proste, z tym karnawałem!
Po pierwsze to okres zabaw różnych, związany z katolicyzmem; jeśli się je respektuje w krajach niekatolickich, to tylko z zazdrości wobec katolików. A katolicyzm ma swoje korzenie w pogaństwie, w każdym razie równie silne, co w Biblii Judajczyków.
Zgodnie z najbardziej uznaną interpretacją, słowo „karnawał” wywodzi się od łacińskiego carnem levare („zabrać mięso”), jako że odnosi się do obżarstwa w ostatni dzień karnawału, czyli wtorek ostatkowy, tuż przed okresem wstrzemięźliwości i postu, poprzedzającego żydowskie święto Paschy, zwane u nas „Wielkanocą”.

Dlatego dawniej na określenie tego wtorkowej kulminacji karnawału, używano w Polsce znacznie bardziej wiernego łacińskiemu oryginałowi określenia „mięsopust”.
Są też inne teorie na pochodzenie słowa „karnawał”; niektórzy twierdzą, że pochodzi od „carnualia”, czyli zabawy wiejskie, lub polne, kończące się wyżerką na bazie mięsa, a jeszcze inni, że od „carrus navalis”, czyli „statek na kołach”, rodzaju karnawałowego wozu, do dziś używanego w mięsopust w niektórych krajach, np. we Włoszech i w Niemczech (gdzie od kilku lat chętnie na takich wozach umieszcza się podobizny polskiego Świrka i węgierskiego mafioza w formie trzody chlewnej, foto).
To „carrus navalis” to pozostałość starożytnego święta egipskiego, przejętego przez świat hellenistyczny „Navigium Isidis” („statek Izydy”), podczas którego rzeźbę Izydy przynoszono na brzeg morza, by bogini pobłogosławiła początek sezonu żeglarskiego. „Podczas Navigum Isidis” noszono maski i wleczono ozdobny wóz, zwany po łacinie właśnie „carrus navalis”.
Ale być może źródło tkwi w rozpowszechnionymi w świecie hellenistycznym, wiosennym świętem Antesteria (gr. ánthos - ‘kwiat’), ku czci Dionizosa, obchodzonym 11–13 dnia miesiąca Antesterion (luty–marzec), podczas którego otwierano beczki z winem z jesiennego tłoczenia i urządzano konkurs picia, również dla malutkich dzieci. Prowadzono też procesję do świątyni Dionizosa, gdzie 14 czcigodnych kobiet odprawiło tajne obrzędy poprzedzające ceremonię świętych zaślubin żony króla archonta z Dionizosem (no elgebety zwyczajnie!). Był to jakiś obrządek płodności, ale na czym on polegał pozostaje niejasne: być może królowa leżała z hermą (pilastrem, zakończonym figurą Hermesa), udając spółkowanie, być może to król pojawił się w masce Hermesa i też do spółkowania dochodziło?
Jak zwał, tak zwał, ważne jest to, że pierwszy raz słowa „karnawał” użyli poeta i błazen Matazone da Caligano w końcu XIII wieku, a potem kronikarz z Lukki Giovanni Sercambi około 1400 roku, obaj świetni poeci, mocno goliardyczni.
W każdym razie między starożytnymi obrządkami a pierwszymi wzmiankami o carnevale minęło 1000 lat, a to oznacza, że przywiązanie ludności chrześcijańskiej do starożytnych pogańskich tradycji było wciąż żywe.
Nb. ten XIV wiek w Europie był przełomowy. D.O. przypomina, że rodziło si właśnie Odrodzenie, działali tacy poeci i pisarze, jak Dante Alighieri, Francesco Petrarca i Giovanni Boccaccio, a Odrodzenie to okres, w którym kończy się niemal nieprzerwane, niemal tysiącletnie absolutne panowanie Kościoła. A ponieważ panowanie Kościoła nie kończy się z woli Kościoła, tylko ludu, więc Kościół, być może (takie jest przynajmniej jedno z tłumaczeń) zaakceptował carnevale jako rodzaj wentyla bezpieczeństwa.
Zasadniczo, mięsopust jest rytuałem odwrócenia, to jest takim, w którym role społeczne zostają odwrócone (panowie i kasta kapłańska byli wyśmiewani poprzez przebrania i pieśni ludu), a normy pożądanego zachowania zawieszone. Innymi słowy władzę przejmował lud, możni i księża się chowali, a lud dawał upust represjonowanej przez Kościół sprośności.
Ten wentyl działał, bo po krótkim okresie orgiastycznym następował ascetyczny Wielki Post, w którym wszystkie rygory wracały ze wzmożona siłą. W średniowieczu karnawał trwał od Bożego Narodzenia do Wielkiego Postu i te dwa miesiące ludność chrześcijańska wykorzystała jako ujście dla codziennych frustracji wszelakiej natury, w tym seksualnej. Fundamentalistyczny „Synod z Leptines” w 742 r. potępił Spurcalibus en februario, „lutowe brudy”, sprośności, ale poległ, ponieważ domagał się, by wszelkie dobra przeszły na własność Kościoła, a to się nie podobało tym, którzy cokolwiek mieli.
D.O. uprzejmie informuje, że ów synod znany jest pod nazwą „Concillium Germanicum” i odbył się na zlecenie Karlomana, syna Karola Młota, w nieznanej miejscowości. Jedna z wersji mówi, że w niegdysiejszej Estiennes, która jest dziś akwitańską dziurą o 200 mieszkańcach i nazywa się Escalans, druga – że gdzie w pobliżu Binche w Belgii, a jeszcze inna – że gdzieś w Niemczech.

Należy jeszcze pamiętać, że prawie wszystkie nowinki – teologiczne, literackie, artystyczne obyczajowe, architektoniczne i – last but not least – polityczne rodziły się wówczas w Italii i były „importowane” do reszty Europy ze sporym opóźnieniem; w wypadku Polski – niemal 200 lat.
Jakie to ma znaczenie? Ano takie, że pod koniec lutego w większej części Półwyspu Apenińskiego pojawiają się już pierwsze oznaki wiosny. D.O. zawsze z utęsknieniem czekał 20 lutego, bo tego dnia, niemal co roku, drzewa migdałowe pokrywały się fioletowymi kwiatami i choć bywało jeszcze chłodno, to jednak już zupełnie inaczej patrzyło się w przyszłość: optymistycznie i radośnie.

I tu trzeba wspomnieć, że zima była uważana (słusznie, D.O. podziela ten pogląd!) za okres panowania, złych, zimowych duchów; trzeba było je wygnać, aby lato mogło powrócić. No i carnevale był takim wyganianiem złych duchów zimy w pierwsze dni przedwiośnia. Karnawał, obok innych znaczeń, można zatem uznać też za rytuał przejścia z ciemności do światła, z zimy do lata i za pierwsze wiosenne święto - święto płodności.
Był jeszcze i wzgląd praktyczny: wraz z pierwszymi cieplejszymi dniami, wszystkie zapasy z ostatniego, listopadowego uboju, a więc mięsa, smalcu itp., trzeba było naprędce zjeść, bo inaczej by się szybko zepsuły! Wielki Post – religia czy nie religia, kościelne nakazy czy nie – i tak by nastąpił, ponieważ do czasu pojawienia się nowych, wiosennych plonów, ludzie i tak byli skazani na chudziutkie jedzenie, głównie przetworów zbożowych oraz – w wypadku zamożniejszych domostw – specyficznych wędlin, do dzisiaj jakże odmiennych w Italii niż w Polsce!

Włoski „carnevale” był głównie świętem miejskim: włoskie osady, choćby najmniejsze, miały zwartą, typowo miejską zabudowę, a „wieś” w rozumieniu środkowoeuropejskim prawie w ogóle nie istniała. Były samotne domostwa rolnicze, ale w wielu regionach miały one charakter warowni, z powodu częstych najazdów Saracenów (Arabów), jak np. sycylijskie „baglio”.
A wracając na północnoeuropejskie równiny, to okres karnawału Kościół nazywał tam bogobojnie „przepościem”. Nie mamy też jasności, kiedy elementy włoskiego carnevale i w jakim stopniu dotarły do Polski.

Ale, najprawdopodobniej przedostały się – jak większość osiągnięć cywilizacyjnych – z Niemiec, gdzie plemiona germańskie, już od dawna świętowały powrót światła (dziennego): dni się wydłużały i coraz częściej niebo było nieco jaśniejsze niż w okresie ciężkiej zimy. Ciekawe były te niemieckie obrzędy: tak, jak w Italii przepędzano zimę by wiosną powróciła płodność, ale w tradycji germańskiej centralną postacią tego rytuału była bogini płodności Nerthus. Istnieją również przekazy mówiące, że kukłę Nerthus lub Freyra (Frajera!) umieszczono na statku z kołami, czyli na wozie karnawałowym, powyżej wspomnianym. Za wozem szła procesja ludzi w przebraniach zwierzęcych i mężczyzn w ubraniach kobiecych. I uwaga: elementem obrządku było skonsumowanie małżeństwa na owym wozie, jako rytuał płodności. To zasługa Frajera, w mitologii nordyckiej boga płodności, pokoju, dobrobytu i męskości, słońca, pięknej pogody oraz dobrych zbiorów.
D.O. wydaje się, że nie taki z tego Freyera frajer!
Kościelne „przedpoście” – znacznie bardziej ascetyczna forma karnawału - jest głęboko związane ze świętami żydowskimi: chrześcijanie – sekta judaizmu, czyli „prawdziwy Kościół jezusowy”, a nie paoliński, wywodzący się od odszczepieńca – świętego Szawła/Pawła, zaczynała przedpoście w szabat septuagesimowy, czyli 70 dni przez Paschą, na pamiątkę 70 lat babilońskiej niewoli narodu żydowskiego. Z szabatu wyszły w IV wieku niedziele: „Dominica Septuagesimae”. I o tym mamy już znacznie wcześniejsze wzmianki: pierwsze pochodzą z sakramentarza papieża św. Gelazego z V w. W VI w. formalnie zatwierdził przedpoście papież Grzegorz Wielki, nakazując, by w tym czasie obowiązywał post złagodzony. Ale i ten łagodny post został zniesiony przez papieża Innocentego IV ok. r. 1250.
Przedpoście jako rytuał kościelny zniknął z kalendarza liturgicznego dopiero w 1969 r. z woli Pawła VI.

Tradycyjnie święto to było również okresem ulegania żądzom seksualnym, co nabrało szczególnego znaczenia np. w Wenecji, gdzie damy z najlepszych domów, na równi z plebsem, wkładały kolorowe maski i płaszcze, uniemożliwiające rozpoznanie i – jak się powszechnie uważa – oddawały się wyrafinowanym uciechom cielesnym, gioie della carne – a carne to nie tylko „mięso”, to także „ciało” w języku św. Pawła, przyjętym przez cały Kościół pogańsko-chrześcijański, tj. nieżydowski.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Karnawał w Viareggio, jeden z najsłynniejszych we Włoszech


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Karnawał w Acireale na Sycylii


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Karnawał w Wenecji


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Karnawał w Dussldorfie


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Karnawał w Niemczech


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Idem


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Tamże


2.
Obraz zawierający ubrania, Ludzka twarz, osoba, kobieta

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.
Papież Leon XIV przyjął dziś rano na audiencji Marię Corinę Machado, liderkę opozycji w tym południowoamerykańskim kraju, która w zeszłym roku otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla.
Nazwisko Machada pojawiło się bez ostrzeżenia na liście licznych audiencji, których Prevost udzielił dziś rano w Pałacu Apostolskim.

Jak wiadomo, Machado uciekła z Wenezueli, aby w grudniu ubiegłego roku pojawić się w Oslo na ceremonii wręczenia Nagrody Nobla. Po porwaniu i przewiezieniu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro do Nowego Jorku, Donald Trump wykluczył możliwość objęcia przez Machado urzędu przywódcy kraju: „To bardzo miła kobieta” – powiedział – „ale myślę, że będzie jej bardzo trudno zostać przywódczynią; nie cieszy się wystarczającym poparciem i szacunkiem w kraju”. Teraz, podobno na własną prośbę, wenezuelska liderka opozycji została przyjęta przez urodzonego w Chicago papieża.
======
W czwartek Maríę Corinę Machado przyjmie Trump.
Gdyby prezydentem był ktoś inny, moglibyśmy mieć nadzieję na autentyczną przemianę w Wenezueli.
Ale to Donald Trump, więc liczenie na niego w jakiejkolwiek kwestii jest nie tylko niemądre, lecz wręcz nierozsądne.


3.
Obraz zawierający tekst, zrzut ekranu, osoba, strażak

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.
Minister spraw zagranicznych Iranu twierdzi, że protesty „znalazły się pod całkowitą kontrolą”
Brak dostępu do Internetu utrudnia weryfikację, czy brutalne represje osłabiły dynamikę ruchu
https://www.theguardian.com/global-development/2026/jan/12/iran-protests-crackdown-toll-foreign-minister
Abbas Araghchi przekazał te uwagi zagranicznym dyplomatom w Teheranie, nie przedstawiając jednak dowodów.
Nieliczne wiadomości i nagrania wideo, które pojawiły się w Iranie w nocy, pokazały, że protesty wciąż trwają, ale przedłużająca się przerwa w dostępie do internetu utrudniała ocenę czy przemoc stosowana przez władze była skuteczna w osłabieniu dynamiki ruchu.
Protesty, trwające już 16 dni, rozpoczęły się, gdy handlarze w Teheranie wyszli na ulice, aby zaprotestować przeciwko nagłej deprecjacji irańskiej waluty. Przerodziły się w ogólnokrajowe demonstracje, w których protestujący domagali się upadku irańskiego reżimu, co wywołało zdecydowaną reakcję władz.
Iran odparł już poprzednie fale masowych niepokojów siłą, zwłaszcza w 2009 i 2019 roku. Najbliższe dni są postrzegane jako sprawdzian siły obecnego ruchu protestacyjnego w obliczu coraz bardziej śmiercionośnej odpowiedzi.
Minister spraw zagranicznych twierdził, że mocarstwa zachodnie przekształciły pokojowe protesty w „gwałtowne i krwawe, aby dać pretekst” do interwencji wojskowej. Irańscy urzędnicy oskarżyli Izrael i Stany Zjednoczone o wspieranie protestów i wykorzystywanie ich do destabilizacji kraju, pomimo pozornie ogromnego udziału zwykłych Irańczyków w ruchu protestacyjnym.
Irańska telewizja państwowa wyemitowała w poniedziałek nagranie przedstawiające dziesiątki tysięcy prorządowych demonstrantów, którzy przybyli, by okazać poparcie reżimowi po tym, jak prezydent kraju wezwał do „narodowego marszu oporu”. Tłumy skandowały „śmierć Ameryce!” i protestowały przeciwko antyrządowym protestom.
Działania rządu spotkały się z falą potępienia ze strony społeczności międzynarodowej. W poniedziałek Niemcy i Kanada zaapelowały do władz o zaprzestanie represji wobec Irańczyków.
Na kilka godzin przed oświadczeniem Araghchiego Donald Trump twierdził, że Iran zwrócił się do niego z propozycją negocjacji, chociaż sam rozważał podjęcie „bardzo zdecydowanych” działań militarnych przeciwko reżimowi w związku z nasileniem represji, w wyniku których zginęły podobno setki osób.

Zapytany w niedzielę przez reporterów na pokładzie Air Force One, czy Iran przekroczył wcześniej ogłoszoną czerwoną linię zabijania protestujących, Trump odpowiedział: „Wygląda na to, że zaczynają”.
Dodał, że chociaż Iran poprosił o negocjacje, „możemy być zmuszeni do działania z powodu tego, co dzieje się przed spotkaniem” – odnosząc się do intensywności represji rządu wobec protestujących. „Przyglądamy się temu bardzo poważnie” – powiedział prezydent USA. „Wojsko się temu przygląda, a my rozważamy kilka bardzo mocnych opcji. Podejmiemy decyzję”.
Rzecznik irańskiego MSZ Esmail Baghaei powiedział, że kanały rozmów ze Stanami Zjednoczonymi są otwarte, ale muszą one opierać się na „wspólnych interesach i obawach”.
Trump groził wcześniej interwencją w Iranie, jeśli rząd zabije protestujących. Groźba ta pojawiła się po tym, jak organizacje broniące praw człowieka poinformowały, że w ciągu ostatniego tygodnia zginęły setki irańskich demonstrantów.
Nieliczne informacje, jakie przedostały się z Iranu w związku z trwającą już czwarty dzień blokadą internetu, wskazywały na ciągłe stosowanie siły wobec protestujących i rosnącą liczbę ofiar śmiertelnych.
„Po pewnym czasie, w ciemności, rozpoczęła się strzelanina, a ludzie zostali postrzeleni. Na ulicach nie było żadnych sił bezpieczeństwa. Na podstawie naszych obserwacji podejrzewamy, że strzały padły albo z dronów w powietrzu, albo bezpośrednio z dachów” – powiedział protestujący w dzielnicy Punak w Teheranie.
Dodał, że władze najwyraźniej odcinały dopływ prądu przed strzelaniem do protestujących, tak aby tłum pogrążył się w ciemnościach, zanim zaczną padać kule.

======
Irańska telewizja państwowa transmitowała obrazy setek protestów popierających Republikę Islamską w różnych miastach w całym kraju. Podczas gdy internet w kraju był zablokowany przez ponad 84 godziny i przez dwa tygodnie wybuchały protesty antyrządowe, w których organizacje pozarządowe donosiły o zabiciu co najmniej 544 osób, anglojęzyczna wersja irańskiej telewizji państwowej, Press TV, opublikowała na swoim koncie X transmisje na żywo, pokazujące setki osób maszerujących z flagą Republiki Islamskiej w miastach takich jak Zahedan, Raszt, Ilam, Arak i północna prowincja Azerbejdżanu. Press TV określiła uczestników demonstracji popierających Republikę Islamską, na których wyświetlano wizerunki Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego, jako „Irańczyków zjednoczonych przeciwko terroryzmowi”, a protesty antyrządowe nazwała „powstaniami w Iranie wspieranymi przez USA i Izrael”. Jak podała stacja Press TV, prezydent Masud Pezeshkian był jedną z tysięcy osób, które dziś wyszły na ulice Teheranu, aby wyrazić poparcie dla irańskiego reżimu po 16 dniach protestów.


4.
Obraz zawierający garnitur, ubrania, człowiek, tekst

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.
Węgry udzielają azylu byłemu polskiemu ministrowi w związku ze śledztwem w sprawie nadużycia władzy
Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oskarżony o kierowanie grupą przestępczą w czasie sprawowania władzy
Były polski minister, wobec którego toczy się śledztwo w sprawie domniemanego nadużycia władzy w czasie, gdy był członkiem konserwatywno-nacjonalistycznego rządu Prawa i Sprawiedliwości (PiS), otrzymał azyl polityczny na Węgrzech.
https://www.theguardian.com/world/2026/jan/12/hungary-grants-asylum-to-former-polish-minister-zbigniew-ziobro-abuse-of-power-investigation

Zbigniew Ziobro, były minister sprawiedliwości, był jedną z najbardziej widocznych twarzy rządu PiS i odegrał kluczową rolę w kontrowersyjnych reformach sądownictwa, które zdaniem krytyków podważyły praworządność i niezależność sądów, prowadząc do przedłużającego się konfliktu z UE.
Od czasu odsunięcia rządu PiS od władzy w 2023 r. Polską rządzi proeuropejska koalicja rządowa pod przewodnictwem byłego przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, wybranego w wyniku obietnicy rozliczenia się z domniemanymi korupcjami i nadużyciami państwowych zasobów podczas ośmioletnich rządów PiS.
Ziobrze postawiono 26 zarzutów. Prokuratura bada zarzuty, że kierował grupą przestępczą i nadużywał swojego stanowiska, przeznaczając środki z funduszu przeznaczonego na pomoc ofiarom przestępstw.
Według doniesień polskich mediów, prokuratorzy twierdzą, że środki te przeznaczono na polityczne poparcie oraz na nabycie systemu szpiegującego Pegasus, rzekomo wykorzystywanego przeciwko krajowym rywalom politycznym.
W poniedziałek napisał w mediach społecznościowych , że jest zdecydowany „walczyć z politycznym bandytyzmem i bezprawiem”, twierdząc, że padł ofiarą „osobistej wendety” ze strony Tuska.
„Postanowiłem pozostać za granicą, dopóki w Polsce nie zostaną przywrócone rzeczywiste gwarancje praworządności ” – powiedział, dziękując premierowi Węgier, Viktorowi Orbánowi, za udzielenie mu azylu.
Na konferencji prasowej w Warszawie prawnik Ziobry, Bartosz Lewandowski, stwierdził, że były minister nie będzie miał w Polsce sprawiedliwego procesu.
Minister spraw zagranicznych Węgier, Péter Szijjártó, poinformował w Budapeszcie, że władze węgierskie udzieliły azylu „kilku” osobom, które padły ofiarą „prześladowań politycznych” w Polsce, podała agencja Reuters. Odmówił podania nazwisk.
Marcin Romanowski, który był wiceministrem sprawiedliwości Polski w rządzie Ziobry, złożył wniosek o azyl na Węgrzech pod koniec 2024 r. po tym, jak został uznany za podejrzanego w podobnej sprawie.
Rzecznik polskiego rządu Adam Szłapka powiedział, że wniosek Ziobry o azyl pokazuje, że „szeryf okazał się zwykłym tchórzem”.
W listopadzie polski parlament uchylił immunitet parlamentarny Ziobry. Prokuratura wnioskowała o jego tymczasowe aresztowanie, a wniosek ma zostać rozpatrzony w tym tygodniu. W grudniu unieważniono jego paszporty, aby uniemożliwić mu wyjazd z kraju.


5.
Amerykańska opinia publiczna nie wydaje się już życzliwie nastawiona do prezydenta. Dziś, niecały rok po jego inauguracji 20 stycznia 2025 r., wskaźnik poparcia dla niego wynosi zaledwie 44,1% według średniej RealClearPolitics i 42,1% według szacunków znanego analityka Nate'a Silvera.
Te liczby ujawniają, że prezydent jest w dużej mierze niepopularny. Silver w szczególności podkreśla, jak szybko spadły notowania Trumpa od czasu jego wyboru: zachęcające 52,4% po inauguracji szybko wyparowało, a do 29 kwietnia 2025 r. wskaźnik poparcia spadł już do 43,6%. Od tego czasu obserwujemy dość trwałą stagnację w notowaniach jego partii. Trump nie przemawia do niezdecydowanych, nie rządzi „z centrum”, nie dąży do transwersalizmu: apeluje do swojej bazy, aby ją zmobilizować. W 2025 roku jego strategia została odrzucona: nie tylko szybko stracił na popularności w sondażach, ale Republikanie ponieśli druzgocącą porażkę w niemal każdym wyścigu wyborczym, przegrywając z kretesem w wyborach na gubernatorów New Jersey i Wirginii oraz w wyścigu o stanowisko burmistrza Nowego Jorku.
Rok 2026 będzie przełomowy: wybory uzupełniające odbędą się w listopadzie ponownie wybrane zostaną cała Izba Reprezentantów i jedna trzecia Senatu. Jest jeszcze za wcześnie, by stwierdzić, czy przejęcie władzy przez Maduro i interwencjonizm Trumpa przyniosą poparcia. Początkowe sygnały nie napawają jednak optymizmem magnata: interwencja została generalnie odrzucona przez większość Amerykanów, mimo że skutecznie zjednoczyła republikańską bazę wyborczą. W okresie poprzedzającym wybory uzupełniające, tradycyjnie charakteryzujące się stosunkowo niską frekwencją, polaryzacja może przyjść Trumpowi z pomocą. Jednak same wybory w 2025 roku uwypukliły, jak powszechne pozostaje niezadowolenie nawet wśród elektoratu republikańskiego, który nie odpowiedział na działania mobilizacyjne. Dla Demokratów będzie to przełomowy rok, a wybory rozegrają się na ostrzu noża. Zwycięstwo byłoby kluczowe dla ożywienia partii, która wyszła z ostatnich wyborów prezydenckich rozbita i która teraz pokłada wielkie nadzieje w efekcie Trumpa: polaryzacja wywoływana przez Donalda mobilizuje wyborców Partii Republikańskiej, ale z drugiej strony stymuluje również udział rozczarowanych Demokratów.


6.
W wywiadzie dla „New York Timesa”, Trump powtórzył swoje wypowiedzi z lutego, według których Zełenski nie ma żadnych „kart do rozegrania” w negocjacjach z Rosją i nie miał ich od pierwszego dnia. „Prezydent Ukrainy ma tylko jedno: Donalda Trumpa”.


7.
„Jak państwo wiedzą, bardzo, bardzo ciężko pracujemy na rzecz pokoju na Ukrainie. Teraz pokój na Ukrainie zależy tylko od jednej osoby. Tą osobą jest, jak państwo doskonale wiedzą, Władimir Putin. Zatem, oczywiście, w pewnym momencie konieczne będą rozmowy również z prezydentem Putinem” – oświadczyła rzeczniczka Komisji Europejskiej Paula Pinho na codziennym briefingu prasowym, odpowiadając na pytanie o wezwanie premier Giorgii Meloni i prezydenta Francji Emmanuela Macrona do wznowienia dialogu z prezydentem Rosji. „W międzyczasie jednak wykonujemy wiele pracy. Niestety, nie widzimy żadnych oznak ze strony prezydenta Putina wskazujących na chęć udziału w takich rozmowach, więc jeszcze nie jesteśmy na tym etapie, ale mamy nadzieję, że w pewnym momencie rozmowy te w końcu doprowadzą do pokoju na Ukrainie” – dodała.


8.
3 lata temu
Zdjęcia poniżej raczej nie pozostawiają wątpliwości, w jakim można być nastroju w drugiej dekadzie stycznia na 52 równoleżniku N.
Ale umysł ludzki niezbadanymi tory chadza, więc kiedy tak szedł D.O. w tej mgle, umysłem przeniósł się do …Las Vegas. Co z hiszpańska znaczy mniej więcej „trawniki”, bo pierwszy Europejczyk, który tam dotarł zobaczył tłuste, zielone trawy, porastające spłachetek pustyni po wiosennych deszczach.

D.O. był w LV parę razy, kręcił filmy (nadal dostępne na player.pl!). I jeśli mu się skojarzył z chłodnym polem i lasem, to dlatego, że wspomina to uczucie, kiedy wysiadając z klimatyzowanego samolotu, poczuł nagle jak policzkuje go w twarz suchy upał. To przyjemne uczucie.
Odmienne od tego, którego doznaje się, wysiadając z klimatyzowanego samolotu w Mombassie czy New Delhi w porze monsunów: tam nie dostaje się policzka suchą ręką, ale mokrą, gorącą ścierką.
No i w Las Vegas można było po 22 wyjść z klimatyzowanych pomieszczeń bez obawy o udar cieplny i szok moralny w zderzeniu z biedą. A w Mombassie i New Delhi nie.

A do Las Vegas D.O. jeździł, bo było blisko do miejsc, które chciał odwiedzić i sfilmować, a ponadto albo Nevada albo samo Las Vegas dopłaca liniom lotniczym, by tam lądowały, bo lot do tego miasta jest znacznie, znacznie tańszy, niż do Los Angeles, 10 minut lotu więcej. Więc jadąc do Kaliforni warto sobie podliczyć. Wynajem samochodu nadal jest w USA znacznie tańszy niż w Europie, a te paręset kilometrów z LV do LA, to część przygody i sama przyjemność.

I przeniósł się D.O. myślą do tej światowej stolicy kiczu, blichtru i zalegalizowanego występku. Nie, nie pokochał Las Vegas, to z pewnością nie jest miejsce dlań odpowiednie, ale – wspominając – pewną rzewność poczuł. Był dużo młodszy - to po pierwsze. Przed tamą Hoovera było jeszcze mnóstwo wody w rzece Colorado, to po drugie. Po trzecie to świetne miejsce wypadowe na pustynię, a pustynia daje do głowy. Po czwarte: nie sposób się nudzić, chodząc po Stripie: tylu modeli na raz nie ma chyba w żadnym innym miejscu na świecie.
A po piąte i najważniejsze: D.O. kręcił film. Bardzo lubił to robić: lekki statyw, kamerka i oczy dookoła głowy, by wybierać najlepsze, najciekawsze, najoryginalniejsze kadry, które muszą jednak coś mówić o filmowanym miejscu.
Statyw był lekki, kamerka też, ale D.O. przypisuje przynajmniej cześć swoich problemów z kręgosłupem właśnie im. Co jest pewną nobilitacją, bo problemy z biodrami, kolanami i kręgosłupem to choroba zawodowa operatorów, a D.O. był tylko zdolnym amatorem.

Gdzie spał? Jak to, gdzie? Za pierwszym razem w Hiltonie! Hotel przechodził remont i pokoje były po 35 $. Za drugim razem w Paris Las Vegas, pokoje po 50$, ale za to okno z widokiem na fenomenalny taniec wodotrysków przez hotelem Bellagio. W kilku bardzo eleganckich i drogich hotelach są śmiesznie tanie stołówki – takie bufety z „all you can eat”.

Czy D.O. grał? Nie, D.O. wolałby dać sobie to i owo obciąć, byleby nie zasilić choćby jednym centem tej zbrodniczej machiny. Oh, yes, D.O. często marzy o dużej wygranej na loterii, ale nie kupuje losów, nie skreśla numerów totolotkowych, czy jak to się tam teraz nazywa, to nie dla niego rozrywka. Jedyna loteria, w której z przyjemnością brał udział to ta w Stowarzyszeniu Prasy Zagranicznej w Rzymie, gdzie przez bodaj 5 lat z rzędu wygrywał cuda niewidy: wycieczkę na Kretę, do Dubaju, do Mombassy… Potem stop, ostatnie 5 loterii nie wygrał nawet laurki.
Ach: Las Vegas… Początki dwóch wspaniałych przygód, dwóch wspaniałych podróży po Parkach Narodowych zachodnich Stanów Zjednoczonych – coś absolutnie pięknego, nieoczekiwanego i niezapomnianego i początek podróży wzdłuż granicy z Meksykiem aż do San Diego i Tijuany, a potem na Północ aż do San Francisco, po raz kolejny.

Wróciłby?
Pewnie, że by wrócił! Ale nie w podskokach. Postarzał się i już nie podskakuje.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
„Trawniki”

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
12 stycznia 2023

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
12 stycznia 2023

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
12 stycznia 2023


9.
6 lat temu
OPOWIEŚĆ OD TYŁU, A POTEM OD PRZODU
Kartonowe pudełeczko, a nim znaczek. Taki znaczek w szerokim świecie nazywają „trade mark”. W tym wypadku dużej, znanej firmy.

OD TYŁU
W środku kolorowy kwadracik z grubego papieru, sznureczek, a na końcu nieduża papierowa torebeczka. W torebeczce ścinki wysuszonych liści któregoś gatunku Camellia sinensis. Liście te, zanurzone we wrzątku, dają napój zwany herbatą, bogaty w alkaloid C8H10N4O2, znany jako kofeina, teina, mateina lub guaranina, jeśli pochodzi z kawy, herbaty, guarany lub yerba-mate. Zawiera także naturalne przeciwutleniacze - katechiny. Notabene, w dialekcie hokkien znak
czyta się, jak „tê”, zaś w dialekcie kantońskim – jak „chá” i świat się podzielił w nazywaniu napoju z tej rośliny. My w Polsce postanowiliśmy pokręcić i nazwaliśmy ten napój „trawą tê” –z łacińska „herba thea”.

Cała sucha herbata znajdująca się we wspomnianym, papierowym woreczku pochodzi z Sylhet. Nigdy Państwo o Sylhet nie słyszeli? Proszę napisać ostry list do nauczyciela od geografii i kilku ministrów oświaty. Sylhet nazywał się Srihatta, ale to było dawno temu. Był częścią Wielkiego Assamu za czasów brytyjskiego Radżu. Referendum z 1947 wykazało, że muzułmańska większość mieszkańców Sylhet chce przyłączenia do muzułmańskiego Pakistanu, tylko muzułmański powiat Karimganj na własną prośbę, pozostał w granicach Indii.
Więc Sylhet leżał sobie w Pakistanie, ale tylko 24 lata, bo w 1971 mieszkańcy wschodnich prowincji się zbuntowali i ze Wschodniego Pakistanu zrobili Bangladesz. To i Sylhet znalazł się w Bangladeszu, jego północno-wschodniej części, w pobliżu Bengalu i indyjskiego stanu Asam, stanowiącego niemal enklawę Indii w ich południowo- wschodniej części.
Prowincja Sylhet jest zielona, przedzielona serią łańcuchów górskich biegnących z południa na północ, rozdzielonych szerokimi, żyznymi dolinami. Łańcuchy te urywają się przy dolinie pełnej cudnych meandrów rzeki Surmy, za którymi leży przedhimalajski łańcuch Gór Khasi, masywny, choć nie osiągający nawet 2000 m. n.p.m.

To właśnie w dolinę Surmy Brytyjczycy przekształcili w jedno z największych zagłębi herbacianych świata. I cała herbata w papierowych woreczkach, zawieszonych na sznureczkach, zakończonych kolorowym, papierowym kwadracikiem, pochodzi z doliny rzeki Surmy w prowincji Sylhet, znajdującej się dzisiaj w Bangladeszu.

OD PRZODU
Na smutnym rynku we Włodawie jedynym miejscem, w którym można coś zjeść, jest lokal z kebabem. „Przy naszym kebabie, zapomnisz o schabie” – głosi rozstawiona przed drzwiami tablica. Gdy tam wszedłem, za wysoką ladą stał młody mężczyzna o egzotycznej urodzie i nieszczęsnej twarzy. Znam takie twarze, widziałem je w porcie na Lampedusie, w Mexicali, a nawet w Brześciu. Ba, sam kiedyś taką miałem. Całym sobą, człowiek, który miał mi dać jeść, wyrażał głuche, beznadziejnie nieszczęście. Było w środku czterech ubranych na czarno i krótko ostrzyżonych młodzieńców, więc przez chwilę przemknęło mi przez myśl wspomnienie Ełku, ale nie, młodzieńcy grzecznie się pożegnali i wyszli. A ja zacząłem rozmawiać z nieszczęsnym. Przeszedłem na angielski, spytałem, skąd pochodzi. Z Bangladeszu – odpowiedział. Z każdym zdaniem to zastane nieszczęście stopniowo znikało z jego twarzy. Nawet kiedy powiedział zdanie, które nieodmiennie kojarzy mi się z Remarkiem: niewinnie administracyjne, ale tak złowrogie, jak rzadko które: „They give students’ visa, they don’t give the family visa”. „They” … I hate them.
Aż wreszcie, uśmiechnięty właściciel sklepu z kebabem zrobił coś wzruszającego.
Zapytałem, czy nie mógłbym do kebaba dostać herbaty.
- Nie – odpowiedział. Mamy tylko ice tea.
Nie chciałem tego cukrowego ulepku. Ale on coś tam mruknął, poszedł na zaplecze i wrócił, niosąc w rękach małe, kartonowe pudełko z trade markiem na wierzchu. Nastawił wodę i, czekając, aż się zagotuje, opowiedział mi, że to jego prywatna, że pije tylko tę herbatę, tę konkretną, brytyjską herbatę, bo wie, że cała zawartość papierowego woreczka pochodzi z jego rodzinnych stron, z prowincji Sylhet, na północnym-wschodzie Bangladeszu, pewnie z doliny rzeki Surma. Te posiekane listki w torebeczce z ażurowej bibułki były częścią jego świata, jego ludzi.

Nie wiem, czy brytyjska firma ze znanym trade markiem wie, że na jej dochody składa się także grosz od właściciela skromniutkiego lokalu z kebabem na rynku we Włodawie; pewnie nie, a nawet gdyby, to na jej akcjonariuszach pewnie nie zrobiłoby to większego wrażenia.
A on nie chciał ode mnie pieniędzy za herbatę, jego herbatę, zrobioną z liści kamelii, rosnących u progu jego rodzinnego domu: dzielił się ze mną odrobiną swojego Sylhetu.
Kiedy będziecie we Włodawie, wpadnijcie do niego na kebab. Mój był pyszny.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Sylhet.


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Sylhet.
Byłeś we Włodawie? To porównaj.


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Zbiry herbaty w Sylhet.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pagórki porośnięte roślinami, z których liście trafiają do Włodawy w papierowych torebeczkach, „ready for boiling water”.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pyszny kebab we Włodawie robi studenciak, tęskniący za swoim Sylhetem.


10.
7 lat temu
COCOIR

Dwa lata temu chodziłem po Villard-de-Lans z duchem Phiu.
Licealista Syn przyniósł za pazuchą do domu, ją, szaro-burego noworodka nieledwie. Była dzieckiem czarno-białej latawicy gdzieś z Villalba pod Tivoli, okociła się, dwójka przeżyła, drugie małe wziął kolega Syna, ale tamto długo nie pożyło, łaziło po ulicach i ktoś je niestety rozjechał.
W „książeczce zdrowia kota” zapisano „Phiu”, bo na pytanie „jak ma na imię”? Syn zagwizdał.
Od pierwszego dnia była Wybitnym Myśliwym. Godzinami polowała na moją rękę pod kocem: jak się ruszało, to był wróg, trzeba było gonić bez wytchnienia, wyciągać pazury ile się dało i zębów nie żałować. Kiedy ręka wyjeżdżała spod koca, przez sekundę patrzyła na nią z podejrzeniem, potem jednak podstawiała grzbiet i włączała motorek.
Podróży samochodem nie znosiła, mimo to, nie mając jej z kim zostawić, zabraliśmy ją w podróż do Francji. Koszmar dla wszystkich. Jeszcze pod domem wykrzyknęła głębokie „miau”, takie z bebechów, i powtarzała to dwa razy na minutę, przez całą drogę.
Otwarta klatka z kocykiem z jej kojca stała na tylnym siedzeniu, ale jej nie interesowała. Właziła albo pod pedały, albo na deskę pod przednią szybą. Na podłodze między fotelami a kanapą stała jej domowa siusialnia i w końcu ten piaseczek wybrała sobie na legowisko. Ale nie zasnęła, nie przestała powtarzać gardłowego „miau”. Jej ulubionym miejscem na Ziemi były zawsze kolana Żony, Ostateczne jej Schronienie, ale tym razem na nie nie chciała.

W Grenoble było gorąco, to był jakiś Ibis czy Etap, chwalący się air-contitioningiem, który naprawdę był niczym więcej niż nadmuchem gorącego powierza. Wieczorem robiło się chłodniej, ale nie mogliśmy otworzyć okna, bo Phiu kręciła się wyłącznie koło niego, usiłując wyjść.
Tak już mają: przekonane, że wystarczy wyjść przez okno, a znajdą się w starej, własnej, dobrze znanej i obwąchanej ojczyźnie.
Dusiliśmy się i pociliśmy, Phiu była niespokojna i wcale nie spała. Następnego rana zmieniliśmy plany i postanowiliśmy jechać gdzieś wyżej, gdzie nie będzie tak upiornie gorąco.
Ruszyliśmy po omacku i trafiliśmy – nie mając wtedy pojęcia, co to za miejsce - do „polskiego” Villard-de Lans, które już kiedyś na FB opisywałem; to wyjątkowe dla Polaków miasteczko, w którym główna ulica nosi nazwę Liceum Polskiego, ale niestety to muzeum wali się powoli, przy całkowitej obojętności polskich władz wszystkich orientacji politycznych. Taka to nasza wdzięczność za rodzinne przyjęcie polskich dzieci-uchodźców.
Villard nas zachwycił, znaleźliśmy hotelik, Arc-en-ciel, czyli Tęcza. Wtedy jeszcze się nie kojarzyła. Sympatyczna gospodyni, miły pokoik z balkonikiem i obłędnym widokiem na masyw Vercors.
I oto, niespodziewanie, Phiu zaakceptowała to miejsce. Uspokoiła się, zaczęła układać na łóżku. Baliśmy się o to, czy nie będzie chciała zeskoczyć z balkonu, 3 piętra w dół, ale nie. Lubiła tam przesiadywać, a nawet przeskakiwać na sąsiedni balkon, oddalony o pół metra od naszego. Byliśmy trochę przerażeni, ale w końcu Phiu wracała na „swoje” terytorium.
Potem ruszyliśmy dalej. Było już lepiej. Nosiliśmy ją w ażurowej klatce po Dzielnicy Łacińskiej w Paryżu, wśród przelewającego się tłumu, nosiliśmy do knajpeczek, ale przyjmowała to już bez dramatów.
Po powrocie, w uznaniu jej podróżniczych osiągnięć, przemianowaliśmy ją na „Cocoir”, co oczywiście należało wymiawiać z francuska: „kocuar”. Potem awansowała na „Mrugeuoir”, czyli „Mrużuar”.
14 lat temu (21 dziś) umarła na serce jako-10-latka; polski weterynarz w Rzymie już nie mógł jej w niczym pomóc.
No i ja, dwa bodaj lata temu wróciłem do Vercors i do „polskiego” Villard-de-Lans, tym razem sam. Chodziłem tymi samymi uliczkami, w te same miejsca, co wtedy, a duch Mrużuarka chodził ze mną i miłośnie mruczał.


11.
13 lat temu
Jacek Palasinski dodał nowe zdjęcie.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga