DRUGI OBIEG
Poniedziałek, 30 marca 2026
1.
Kilkanaście dni temu, na cześć przyjazdu Syna, który za nimi przepada, D.O.
kupił w budce małosolne.
Małosolne okazały się tak słone, że mordę wykrzywiały, a na dodatek D.O., który
małosolne uwielbia, pod żadnym pozorem nie może jeść nic słonego.
(Notabene dlatego krzywi się w duchu okropnie przy każdym posiłku, bo dania są
zupełnie mdłe i może państwo D.O.stwo zawsze solili bardzo mało i dlatego na
gościnnym stole zawsze królowała solniczka, by goście sobie na talerzach
dosalali.
No i natknął się D.O. w supermarkecie na ogóreczki, wypisz, wymaluj na
małosolne: malutkie i jędrne. O tę jędrność nie jest wcale łatwo, bo sklepowi
magazynierzy uwielbiają przemrozić warzywa i owoce, więc na półki często
trafiają flaki.
No, ale napakował D.O. tych malutkich ogóreczków do torby i jął się rozglądać
na zestawem do kiszenia. A tu zestawu ani widu, ani słychu. Więc zaczął sobie
D.O. przypominać, co też jest potrzebne do zrobienia ogórków małosolnych i
skompletował wszystko poza koprem. No, ale ten koper postanowił zastąpić obfitą
porcją koperku łącznie z łodygami. No i super, bo po dwóch dniach małosolne
zrobiły się małosolne. Przy czym tę małosolność należy rozumieć dosłownie,
ponieważ D.O. na cały słój wsypał zaledwie półtorej łyżeczki od kawy, czyli
maleńkiej, soli bez soli, czyli z obniżoną zawartością sodu.
I teraz oczywiście każdy gospodarz i każda gospodyni zakrzyknie, że to za mało,
że z tego nie mogą wyjść dobre małosolne. Tymczasem mogą, a cała tajemnica
polega na tym, by trzymać te małosolne pod przykryciem nieco dłużej niż
zazwyczaj. D.O. wystarczyły dwa dni, no może dwa i pół. Są w sam raz i wcale
nie czuć soli.
2.
Widoczne z kosmosu”: dlaczego Hiszpania ma największe na świecie skupisko
szklarni
W Andaluzji mieści się „Europejski ogród warzywny” – laboratorium rozwoju i
innowacji produkujące warzywa dla całej Europy
https://www.theguardian.com/environment/2026/mar/29/europe-vegetable-garden-greenhouses-andalusia-spain
Ogród warzywny w Europie znajduje się w Andaluzji, w południowej Hiszpanii.
Jest tak rozległy, że widać go nawet z kosmosu: jeśli otworzysz Mapy Google i
spojrzysz na zachód od Almerii, zobaczysz białą plamę przypominającą lodowiec,
ale po powiększeniu zdasz sobie sprawę, że to największe skupisko szklarni na
świecie. Ponad 30 000 hektarów ziemi pokryte jest plastikiem, tworząc
geometryczny labirynt pięciokrotnie większy od Manhattanu, gdzie co roku
produkuje się 3,5 miliona ton warzyw – od pomidorów po ogórki, od papryki po
cukinię, od bakłażanów po melony – wystarczająco dużo, aby wyżywić pół miliarda
ludzi i wygenerować obrót przekraczający 3 miliardy euro.
„Nazywamy to 'morzem plastiku'; to największy na świecie pomnik poświęcony
produkcji żywności” – mówi Guadalupe López Díaz, dyrektor projektu w ośrodku
doświadczalnym Fundación Tecnova. „Ale to także miejsce poświęcone innowacjom i
rozwojowi, elementom gwarantującym firmom kontrolę, a przede wszystkim warzywa
przez 12 miesięcy w roku”.
„Dziś trwa zrównoważona rewolucja technologiczna” – kontynuuje López Díaz –
„transformacja skoncentrowana na produkcji zdrowej, wysokiej jakości żywności,
zużywającej mniej wody i energii, przy jednoczesnym zachowaniu odporności na
skutki zmian klimatu. Ostatecznie, innowacyjny i przedsiębiorczy duch naszych
rolników już kilkakrotnie przekształcił tę ziemię”.
Ten cud gospodarczy rozpoczął się w 1963 roku na suchym i słonecznym półwyspie
Campo de Dalías – gdzie region odnotowywał wówczas jedne z najniższych
wskaźników wzrostu gospodarczego w całej Europie i niezwykle trudne warunki dla
ogrodnictwa – kiedy rolnicy uparcie zaczęli chronić uprawy przed wiatrem za
pomocą prymitywnych plastikowych szklarni. Szybko zdali sobie sprawę, że
szklarnie mogą również rozpraszać światło, zatrzymywać ciepło i wilgotność, a
tym samym kontrolować mikroklimat. To – w połączeniu z nawadnianiem
kropelkowym, naturalną ochroną przed szkodnikami i badaniami genetycznymi –
umożliwiło zwiększenie liczby zbiorów, umożliwiając je nawet zimą. Morze plastiku
stało się w ten sposób prawdziwym obszarem intensywnego rolnictwa, gdzie oprócz
szklarni istnieją szkółki, laboratoria chemiczne, szkoły zawodowe i ośrodki
badawcze (takie jak Fundación Tecnova, gdzie bada się bardziej wydajne tworzywa
sztuczne i uprawy przystosowane do klimatu), a także firmy pakujące i
spółdzielnie dystrybucyjne. Produkty są eksportowane wszędzie, zwłaszcza do
krajów Europy Północnej.
W Balanegra, na zachodnim wybrzeżu Campo de Dalías, technik Patricia Baldan
Cruz rozmawia ze swoją koleżanką Maríą José Araos Fuentes przed dużą instalacją
odsalania wody zarządzaną przez spółkę publiczną Acuamed. „Morze plastiku” –
mówi Patricia – „stało się globalnym punktem odniesienia dla wydajnej,
bezpiecznej i odpowiedzialnej produkcji żywności.
„Dziś, gdy planeta stoi przed podwójnym wyzwaniem: wykarmienia rosnącej
populacji i ochrony zasobów naturalnych, Almería jawi się jako żywe
laboratorium rozwiązań. Produkuje świeżą, zdrową żywność przez cały rok,
przestrzegając surowych norm środowiskowych, wykorzystując zaawansowane
technologie i minimalizując zużycie wody. Nasza odsalarka, na przykład, jest
jedną z największych w Europie i działa od 2015 roku: każdego dnia pobiera i
odsala ponad 120 kilometrów sześciennych wody, co odpowiada dwóm basenom
olimpijskim na godzinę”.
Jaka będzie przyszłość morza plastiku? Możliwą odpowiedź można znaleźć w murach
Escuela Agraria de Vícar, założonej w 1972 roku na obrzeżach miejscowości La
Gangosa. 480 uczniów z różnych części Andaluzji studiuje tu najnowsze techniki
rolnicze i przygotowuje się do wejścia w świat pracy, który „w ciągu
najbliższych 20 lat” – mówi dyrektor szkoły Francisco Valverde – „doprowadzi do
rolnictwa opartego na sztucznej inteligencji, internecie rzeczy i
zaawansowanych czujnikach, wzmocnionego systemami agriwoltaicznymi i
biokompozytami, wykorzystującego odporne odmiany roślin uprawnych i
nastawionego na gospodarkę o obiegu zamkniętym”.
Uczymy naszych studentów zarówno teorii, jak i praktyki, uprawiając i
sprzedając produkty na dwuhektarowej działce obok szkoły. Naszym celem jest
przekazywanie nowych technologii, które w przyszłości nie tylko zapewnią
zrównoważony rozwój i bezpieczeństwo żywnościowe, ale także wzmocnią rolę
Almerii jako globalnego lidera w dziedzinie innowacyjnego rozwoju połączonego z
rozwojem społecznym.
Nie da się zaprzeczyć problemom generowanym przez tak intensywne rolnictwo.
Główne problemy związane są z wyzyskiem człowieka. W morzu plastiku siła
robocza składa się z ponad 70 000 pracowników zagranicznych, głównie z Maroka i
Afryki Subsaharyjskiej. Choć wielu z nich żyje w godnych i przyzwoitych
warunkach, często w czystych miastach z pełnym zakresem usług, wielu jest
często niedopłacanych, a niektórzy żyją w niepewnych warunkach, w wiejskich
domach obok lub między szklarniami.
Co więcej, chociaż znaczny odsetek używanego plastiku jest poddawany
recyklingowi (według niektórych źródeł 85%), nadal występują krytyczne sytuacje
związane z nielegalnym składowaniem odpadów i porzucaniem ich. Zrównoważony
rozwój musi stać się konkretnym celem i nie da się go pogodzić z eksploatacją
człowieka.
3.
Zastanawia się D.O., jakim trzeba być idiotą, gdy afiszować się z premierem
małego kraju europejskiego, który jest znienawidzony przez większość swoich
rodaków, i najbliższe wybory z całą pewnością przegra, mimo pomocy ze strony
Putina i mimo prawdopodobnych oszustw na dużą skalę. Takiego lidera nie należy
dotykać nawet kijem, bo się można od niego zarazić; on już jest skazany, to
jest już polityczny trup, który chodzi. Prawdopodobnie niedługo skończy też w
więzieniu, oskarżony o przemienienie struktur państwa w wielki mafijny gang.
Więc dlaczego jakiś polityk chciałby być z nim dzisiaj kojarzony?
D.O. tego nie rozumie i jedyne wytłumaczenie, jakie znajduje to to, że taki
polityk jest idiotą.
No i jakim trzeba być idiotą, żeby się afiszować psychopatycznym durniem, który
właśnie rozsadza cały świat i przegrywa wojnę, którą bez sensu rozpętał?
Jakim trzeba być durniem, żeby wierzyć, że w chwili potrzeby, taki skretyniały
pajac przyjdzie komukolwiek z pomocą?
Pajac zresztą głośno to zapowiada, że z pomocą nie przyjdzie, wieszczy koniec
NATO, rzuca obelgami w stronę najbliższych sojuszników, obraża ich, mówiąc że
nigdy nie przyszli jego mocarstwu z pomocą, chociaż oni przyszli i to
kilkakrotnie, a on w Europie nigdy nie
kiwnął palcem, by pomóc w ugruntowaniu demokracji w którymkolwiek z krajów, a
dzisiaj nie broni jak należy europejskiego kraju, który znajduje się od ponad
czterech lat w dramatycznej potrzebie i bohatersko walczy z Imperium Zła.
Jest nie tylko przejawem głupoty, ale też jaskrawym dowodem na
krótkowzroczność: już za kilka miesięcy, po wyborach midterm, ten pajac
zostanie zapędzony do koziego rogu w swoim pałacu, który kazał zrujnować.
Po co więc te umizgi, po co afiszowanie się z przegrywającym? Tego się nie da
wytłumaczyć tylko wiarę w międzynarodówkę faszystowską, która rozbije
znienawidzoną Unię Europejską, rozwali systemy demokratyczne w całej Europie i
de facto poda niepodległość Europy na tacy Putinowi. Putin nawet nie musi się bardzo
starać, zawładnie Europą dzięki takim idiotom, jak wspomniany polityk.
3.
Projekt sali balowej Trumpa nie został dogłębnie zbadany. Architekci twierdzą,
że to widać.
Krytycy twierdzą, że istotne uzupełnienie Białego Domu przez prezydenta Trumpa
ma wiele wad. O ile nie będzie interwencji sędziego, i tak ma zostać
zrealizowane w tym tygodniu.
https://www.nytimes.com/interactive/2026/03/29/upshot/white-house-ballroom.html
Najbardziej żenujący moment, choć nie jedyny, pojawia się niespodziewanie w
środku debaty. Przewodniczący Konferencji Konserwatywnego Działania
Politycznego CPAC Matt Schalpp pyta publiczność: „Czy chcecie trzeciego
impeachmentu Trumpa?”. To ćwiczenie retoryczne, jak pytanie dzieci, czy lubią
brokuły, mające na celu wzbudzenie oburzenia i mobilizację przed listopadowymi
wyborami uzupełniającymi. Odpowiedź brzmi jednak: tak, a przynajmniej
entuzjastyczna reakcja budzi obawy.
Schlapp próbuje więc się wycofać: „Nie, to nie jest właściwa odpowiedź.
Spróbujmy jeszcze raz: ilu z was chciałoby ponownie zobaczyć impeachment?”. Nie
ma mowy. Ludzie zrozumieli, ale reakcja pozostaje chłodna.
Błędem byłoby wyciąganie jednoznacznych wniosków na podstawie jednego epizodu,
ale wyczuwalne wrażenie w korytarzach Gaylord Resort w Grapevine, gdzie w tym
roku Schalpp przeniósł doroczne spotkanie najpotężniejszego konserwatywnego
lobby w USA, jest takie, że coś jest nie tak. Trump nie pojawił się, po raz
pierwszy od dziesięciu lat; frekwencja jest niska, mimo że jesteśmy w samym
sercu Ameryki; wątpliwości są liczne. Pierwsza dotyczy Iranu, zaatakowanego
przez prezydenta, który obiecywał zakończenie niekończących się wojen na
Bliskim Wschodzie.
Jego były doradca, Steve Bannon, ostrzegał, że Iranu nie należy atakować, by
zadowolić Izrael. „Skoro jesteśmy w samym środku wydarzeń” – powiedział ze
sceny, na której prowadzi podcast War Room – „musimy wygrać. Aby to jednak
zrobić, musimy jasno określić nasze cele i strategię, zwłaszcza że zmierzamy w
kierunku wysyłania naszych dzieci do walki. Rodzice chcą wiedzieć, jak i
dlaczego”. I oto nadchodzi kolejny ważny odcinek.
Ze sceny gospodarze programu War Room rozpoczynają improwizowaną ankietę: „Mamy
dwie możliwości: zbombardować i odejść; albo wysłać naszych chłopców w teren,
żeby zmienili reżim. Kto opowiada się za pierwszym?”. Z widowni dobiegają
okrzyki aprobaty. „A kto opowiada się za drugim?”. Cisza, niemal absolutna.
Wtedy Ahmed Aghoubi, widz owinięty flagą szacha, podnosi głos: „Jesteście
ignorantami. To nie wojna, ale misja na rzecz wolności i powinniście ją
poprzeć. Reżim chce zniszczyć Amerykę; żeby ją obalić, musimy walczyć na
miejscu”. Emocje sięgają zenitu, a gospodarze pytają: „Czy wysłałbyś swoje
dzieci na śmierć do Iranu?”. Ahmed krzyczy: „Oczywiście! Ja też bym poszedł”.
Wtedy David Durbin z lokalnej Partii Republikańskiej warczy na niego: „Dobrze,
więc idź. Jeśli Irańczycy chcą zmienić swój rząd, to ich sprawa”.
Pomijając konsternację, gdy Reza Phalavi wszedł na scenę, powitano go brawami:
„Walczymy za wszystkich. Wyobraźcie sobie Iran, który zamiast mówić „śmierć
Ameryce”, powiedziałby „Boże, błogosław Ameryce”, przyjacielu Izraela. Musimy
rozszerzyć Porozumienia Abrahama o Porozumienia Cyrusa”.
Miało to również praktyczne uzasadnienie: „Iran, który eksportuje inżynierów
zamiast terroryzmu, dodałby bilion dolarów do gospodarki USA”. Książę koronny
odpowiedział tym, którzy odmówili oddania życia za ojczyznę: „Irańczycy
zapłacili za swoje pragnienie wolności czterdziestoma tysiącami ofiar;
zastąpienie jednego tyrana drugim niczego nie rozwiąże. Musimy dokończyć
dzieła. Irańczycy zadają ostateczny cios; w odpowiednim momencie podburzę ich
do buntu”. Kandyduje na przywódcę, mimo że Trump jest ostrożny: „Miliony
prosiły mnie o zarządzanie transformacją i zgodziłem się. Prosimy was o
stworzenie odpowiednich warunków. W tym roku przypada 250. rocznica
niepodległości Stanów Zjednoczonych; miejmy nadzieję, że zbiegnie się ona z
naszą”.
Odnosi się wrażenie, że wojna, w połączeniu z generowanymi przez nią problemami
gospodarczymi, grozi powstaniem rozłamu między Trumpem a jego elektoratem. „To”
– protestuje Durbin – „nie jest powodem, dla którego go wybraliśmy”, mimo że
Donaldowi brakuje neokonserwatywnej ambicji eksportu demokracji. Przełomowym
momentem wydaje się być wysłanie amerykańskich żołnierzy na miejsce. Za
wcześnie, by stwierdzić, jak duży wpływ będzie to miało na wybory, ale to
właśnie na to ryzyko Trump wystawia swoją prezydenturę. (https://www.repubblica.it/esteri/2026/03/29/news/cpac_in_texas_base_maga_dice_no_guerra_in_iran_trump_si_gioca_presidenza-425250792/?ref=RHLM-BG-P13-S1-T1-fdg4
)
Doroczna Konferencja Konserwatywnego Działania Politycznego (CPAC) zazwyczaj
jest miejscem optymizmu, jeśli nie triumfu. To właśnie na jej scenie w
zeszłym roku Elon Musk wzniósł w powietrze piłę łańcuchową w trakcie swojej
nieudanej próby wprowadzenia przejrzystych rozwiązań biurokratycznych, a J.D.
Vance nazwał nieudokumentowaną imigrację „największym zagrożeniem” dla Stanów
Zjednoczonych i Europy. Trump jest stałym bywalcem, racząc publiczność długimi
monologami o swoich osiągnięciach.
Nie w tym roku. Po raz pierwszy od dekady prezydent nie pojawił się na
uroczystości, najwyraźniej pochłonięty wojną w Iranie. Pod jego nieobecność
publiczność zgromadzona w ogromnej sali balowej słuchała debaty znanych, ale
mniej wpływowych postaci Maga, na temat kierunku, w którym zmierza ich ruch.
Głównym zmartwieniem było to, jak prezydent, który prowadził kampanię na rzecz
zakończenia wojen, może rozważać lądową inwazję na Iran.
„Odradzałem to jak najgłośniej” – powiedział Erik Prince, były dyrektor
generalny grupy najemników Blackwater, który przewidywał, że jeśli Trump wyda
rozkaz wtargnięcia, „w ciągu najbliższych kilku tygodni zobaczycie obrazy
płonących amerykańskich okrętów wojennych. I nie sądzę, żeby ludzie byli na to
naprawdę przygotowani”.
Obok niego, na miękkim białym krześle, siedział były żołnierz Navy SEAL Jason
Redman, który powiedział do publiczności: „Naród amerykański musi zrozumieć, że
nie możemy przestać, skoro już zaczęliśmy”.
„Wkrótce urodzi się mój pierwszy wnuk. Nie chcę, żeby za 20 lat mój wnuk musiał
walczyć z Iranem” – powiedział.
Kiedy nadeszła jego kolej, weteran dyplomacji administracji Trumpa, Ric
Grenell, unikał rozmów o inwazji, zamiast tego chwaląc mądrość prezydenta w
przystąpieniu do wojny. „Za kilka miesięcy spojrzymy wstecz i powiemy: dzięki
Bogu, że rozwiązaliśmy ten problem, reżim irański nie stanowi już zagrożenia” –
powiedział Grennell.
Dzień wcześniej były kongresmen Partii Republikańskiej Matt Gaetz prognozował
coś przeciwnego: „Chcę, aby prezydent Trump miał do dyspozycji wszelkie
narzędzia dyplomatyczne i wierzę, że wie o wiele więcej ode mnie, ale lądowa
inwazja na Iran sprawi, że nasz kraj stanie się biedniejszy i mniej
bezpieczny”.
Ponieważ Trump nie wygłosił mowy końcowej, to publiczność musiała zdecydować,
komu uwierzyć. Apel o jedność wygłosił bombastyczny były doradca Trumpa, Steve
Bannon, który wezwał zgromadzonych do odłożenia na bok obaw i poparcia projektu
Maga bez względu na wszystko.
„Mamy właściwą politykę. Potrzebujemy tylko determinacji, by doprowadzić ją do
końca i dokończyć to, co zaczęliśmy” – powiedział Bannon w swoim licznie
zgromadzonym przemówieniu.
„Ludzie siedzą tam i myślą: »Och, ta osoba nie przyszła, ta osoba nie
przyszła«. Tak, jest wielu wspaniałych ludzi, którzy nie mogli przyjechać. Albo
nie chcieli przyjechać, albo są zajęci prowadzeniem wojen i dbaniem o kraj,
nieważne – przyjechaliście”.
Poza miejscem spotkania, w Grapevine w Teksasie, kraj był znacznie mniej
życzliwy. Poparcie dla kandydata Trumpa jako prezydenta jest obecnie niskie, a
wojna z Iranem nie przynosi poprawy, podczas gdy średnie ceny benzyny wzrosły
do najwyższych poziomów od czterech lat. W listopadzie jego republikańscy
sojusznicy będą bronić kontroli nad Kongresem, legislaturami stanowymi i
rezydencjami gubernatorskimi w wyborach uzupełniających, w których partia
rządząca historycznie wypada słabo. Już teraz widać, że wyborcy Demokratów są
gotowi do ataku: w zeszłym tygodniu ich kandydat zdobył mandat w Izbie
Reprezentantów stanu Floryda, obejmujący również Mar-a-Lago.
Wojna była pod wieloma względami głównym tematem konferencji CPAC, głównie
dzięki licznej frekwencji zwolenników byłego następcy tronu Iranu, Rezy
Pahlawiego. Ustawiono ich wzdłuż drogi do hotelu, trzymając flagi Izraela,
Stanów Zjednoczonych i Iranu za czasów szacha, i gromkimi brawami powitali jego
przemówienie na konwencji.
„Donald Trump nie przegra”, powiedział 73-letni Mehrdad Ghafar, który dorastał
w Iranie, ale uciekł po rewolucji i pojawił się na CPAC w czapce z napisem:
„Uczyńmy Iran znów wielkim”.
„Przeszedł przez wszystkie te wojny, większe niż ta, i wyszedł z nich
zwycięsko” – powiedział.
Starsi uczestnicy, którzy nie mieli osobistych powiązań z krajem, mimo to
poparli kampanię wojskową, uważając ją za nakaz religijny lub przynajmniej za
okazję do wyrównania rachunków.
„Uwielbiam to. To biblijne” – powiedziała 87-letnia Deanna Averett.
„Ma nadzieję, że dobro zwycięży nad złem i kraj będzie mógł wyglądać jak
dawniej”.
James Bosler (65 l.) uważał to za szansę na rozwiązanie rywalizacji, która
rozpoczęła się jeszcze w latach 1979–1981, gdy w Iranie pojawił się kryzys
związany z zakładnikami. Po tym kryzysie stosunki między oboma państwami nigdy
się nie odbudowały.
„Czas coś z tym zrobić” – powiedział. „A gdyby rzeczywiście można było coś
zrobić i… mieć lepszą kontrolę nad ropą, to byłoby coś wielkiego”.
Mark Weaver, 74-latek, zbagatelizował ekonomiczne konsekwencje wojny, które nie
tylko doprowadziły do wzrostu cen benzyny, ale także sprawiły, że na
amerykańskich giełdach tygodniami notowano wyprzedaże.
„Nie podoba mi się to, ale wcale mnie to nie przeraża” – powiedział,
zauważając, że indeksy „robiły to samo rok temu”.
Jednak dyskomfort był wyraźny wśród młodszych uczestników. Republikanie,
których popiera, są już w historycznej niekorzystnej sytuacji w wyborach
uzupełniających, powiedział 18-letni Gary Polakoff i przewidział, że wzrost cen
benzyny pogłębi ten trend.
„Wielu młodych ludzi, tak jak ja, boi się potencjalnego poboru opłat,
potencjalnych problemów, które mogłyby spowodować wzrost cen” – powiedział.
John Christy, 19-letni student, wyraził współczucie wobec trudnej sytuacji
Irańczyków, lecz obawiał się, że konflikt może przekształcić się w „wieczną
wojnę”, której się sprzeciwia i której Trump od dawna stara się uniknąć podczas
swojej kampanii.
„Politycy zawsze powtarzają, że musimy iść na wojnę, żeby przynieść tym ludziom
wolność. Oczywiście, jestem Amerykaninem, popieram wolność. Ale, wiecie, walka
o wolność w obcych krajach wydaje się diabelskim interesem” – powiedział.
„Niech Bóg błogosławi naród irański. Widziałem niektórych z nich, jak tu
chodzą, wydają się wspaniałymi ludźmi. Ale kategorycznie nie mogę poprzeć
niczego, co nie stawia Ameryki na pierwszym miejscu”.
Po wysłuchaniu wymiany zdań między Princem i Redmanem, 21-letni Stephan
Norquist uznał, że bardziej przekonujące argumenty miał były dyrektor generalny
Blackwater.
„Samo wkroczenie do branży nie oznacza, że trzeba iść na całość. Nie warto
angażować się w zły pomysł” – powiedział.
Lisa Musket, lat 60, była zaskoczona, że prezydent, którego wspierała, wplątał
kraj w wojnę z odwiecznym wrogiem USA. Ale ufała mu już wcześniej i teraz
ponownie zaufa mu, że przeprowadzi kraj przez tę wojnę.
„Nie chcę już więcej wojen i w pewnym sensie za tym głosowaliśmy” –
powiedziała. „Ale teraz jesteśmy w stanie wojny i wiem, że Trump postąpi
właściwie”. (https://www.theguardian.com/us-news/2026/mar/29/cpac-maga-anxiety-iran-war
)
4.
Papież najwyraźniej gani Trumpa mówiąc o przywódcach, którzy „mają ręce pełne
krwi”
Niezwykle dosadne komentarze Papieża pojawiły się po modlitwie Pete’a Hegsetha
o przemoc wobec wrogów, „którzy nie zasługują na litość”
https://www.theguardian.com/world/2026/mar/29/pope-rebuke-trump-leaders-with-hands-full-of-blood
Papież Leon XIII powiedział, że Bóg ignoruje modlitwy przywódców, którzy
prowadzą wojnę i mają „ręce pełne krwi”, co było jawną reprymendą dla
administracji Trumpa.
Papież wygłosił te komentarze w niedzielę, gdy tysiące żołnierzy amerykańskich
dotarło na Bliski Wschód, a kilka dni później minister obrony USA, Pete Hegseth
, modlił się o przemoc wobec wrogów , którzy nie zasługiwali na „żadne
miłosierdzie”.
Podczas mszy w Niedzielę Palmową na placu św. Piotra papież powiedział, że
konflikt pomiędzy Iranem, Izraelem i Stanami Zjednoczonymi jest „okrutny” i że
Jezus nie może być usprawiedliwieniem wojny.
„Oto nasz Bóg: Jezus, Król Pokoju, który odrzuca wojnę, którym nikt nie może
się posłużyć, by usprawiedliwić wojnę” – powiedział dziesiątkom tysięcy
wiernych. „On nie wysłuchuje modlitw tych, którzy prowadzą wojnę, lecz je
odrzuca”.
Cytując fragment Biblii, Leo dodał: „Nawet jeśli będziesz się modlił wiele
razy, nie wysłucham cię. Twoje ręce są pełne krwi”.
Pierwszy papież Kościoła katolickiego z USA nie wymienił nazwiska żadnego rządu
ani osoby, jednak te niezwykle dosadne uwagi nastąpiły po środowej modlitwie
Hegsetha o przemoc i po koncentracji amerykańskich sił lądowych w pobliżu
Iranu. …
Włączenie przez Hegsetha swojej wiary chrześcijańskiej do działań Pentagonu
spotkało się ze szczególną uwagą i kontrowersjami.
W zeszłym tygodniu podczas chrześcijańskiego nabożeństwa dla wojskowych i
cywilnych pracowników w Waszyngtonie, Hegseth powiedział: „Niech każdy pocisk
trafi w wrogów sprawiedliwości i naszego wielkiego narodu. Daj im mądrość w
każdej decyzji, wytrwałość w nadchodzącej próbie, niezłomną jedność i
przytłaczającą brutalność w działaniu przeciwko tym, którzy nie zasługują na
litość”.
Minister obrony jest członkiem kościoła należącego do Wspólnoty Kościołów
Ewangelicko-Reformowanych, którego założyciel określa się jako chrześcijański
nacjonalista. …
========
Do jakiego kościoła należą głupcy, którzy włażą Hegsethowi w zupę?
5.
Izraelska policja zabrania kardynałowi Pizzaballi odwiedzenia Grobu Pańskiego:
„Ze względów bezpieczeństwa”. Rozpętuje się burza, ale Netanjahu w końcu otwiera
drzwi.
https://www.corriere.it/esteri/26_marzo_29/gerusalemme-impedito-l-ingresso-al-santo-sepolcro-al-cardinale-pizzaballa-e-a-padre-ielpo-per-la-domenica-delle-palme-48b01ce8-6983-4d4c-995b-f2d125633xlk.shtml
6.
Trzeci protest No Kings zgromadził 8 milionów ludzi na całym świecie, którzy
chcą przeciwstawić się administracji Trumpa
Antyautorytarne wiece we wszystkich 50 stanach i ponad tuzinie krajów stanowiły
największą liczbę protestów w ciągu jednego dnia w historii USA
https://www.theguardian.com/us-news/2026/mar/28/no-kings-protests-trump
7.
Wybrał się w D.O. na poszukiwanie wiosny. Wynik tych poszukiwań jest bardzo
mizerny, bo, zasadniczo, wiosny jeszcze nie ma. Widać, że coś tam się w
przyrodzie nieśmiało dzieje, ale wiosną tego jeszcze nie można nazwać. Poniżej
dowód na fiasko poszukiwań wiosny przez D.O.
Tu wiosny niet.
To jeszcze nie jest bez; co najwyżej bz.
Wierzba się rwie, ale najwyraźniej poród jest ciężki.
Tylko forsycja daje popis.
Rzęsa i owszem, ale trawka jeszcze nie pozielniała.
No, może wierzba się popłakała, ale to jeszcze nie płacz, tylko ciche łkanie,
takie chlip, chlip…
W mieście jakieś bazie, diabli wiedzą na czym.
A to musi być krzew gorejący.
A tu zestaw na zakończenie.
A to jest właściwie jedyny przejaw wiosny, jaki D.O. znalazł: w samym środku
miasta, na pokracznym drzewie, w zupełnie bez liści, nagle z grubego konara to.
Miło.
6 lat temu
CZTERY ŻYCIA I ŚMIERĆ
Marek miał cztery życia.
Pierwsze w Polsce. Niewiele o nim wiem, bo poznaliśmy się dopiero w Rzymie.
Opowiadał o dzieciństwie niewiele, chyba nie był szczęśliwy. Wspominał życie z
samotną matką. Poznałem ją, nim dopadła ją przykra starość: wzbudzająca
odruchowy szacunek dostojność, Marek mówił, że bywała surowa, przywiązywała
wagę do form; mnie wydała się ciepła i życzliwa.
Drugie życie miał we Włoszech: najpierw w Turynie, gdzie imał się różnych prac.
Poznał blisko kilku turyńskich starych Żydów i te spotkania wywarły na nim
wrażenie, ich wojenne wspomnienia zmieniły jego patrzenie na świat i na ludzi.
Kochany ksiądz Adam Boniecki poznał się na nim i zatrudnił go w powstającej
właśnie na życzenie nowo wybranego papieża – Polaka polskiej wersji
L’Osservatore Romano. Bywałem w tej redakcji często na początku lat 80, Marek
siedział biurko w biurko z późniejszym ambasadorem RP przy Watykanie Stefanem
Frankiewiczem. Jak łatwo się domyślić, to nie jest wymarzona praca dla pisarza
z temperamentem: same oficjałki pisane sztampowym językiem, tak, by nikogo nie
urazić, nie wywołać najmniejszej choćby kontrowersji.
Ale wyżywał się w radio, w Radio Wolna Europa, którego został korespondentem
mniej więcej w tym samym czasie. Pisywał też do Tygodnika Powszechnego, inne
polskie gazety były dla niego off-limits. Pisał wiersze, ale te, poznałem dużo
później.
Z nim samym zetknąłem się w grudniu 81, kiedy zakładaliśmy Komitet Solidarności
z Solidarnością we Włoszech. Młody, wesoły, skory do żartów.
Zbliżyliśmy się do siebie. Masze rodziny często się widywały, robiliśmy wspólne
wyprawy za miasto, graliśmy z naszymi dziećmi w piłkę przed jego domem koło
murów watykańskich, tuż obok anteny nadawczej radia, tak silnej, że słychać je
było we wszystkich okolicznych domofonach.
Trzecie życie nadeszło, gdy obaj mogliśmy znowu zacząć pisać do gazet w Polsce.
Niedługo później jemu zamknęli RWE, ale po krótkiej przerwie trafił do
Polskiego Radia (wówczas jeszcze polskiego, nie partyjnego).
Dalej się przyjaźniliśmy i pracowaliśmy ramię w ramię przy każdej praktycznie
ważniejszej okazji. To był super gość, oddany i lojalny, choć nie brakło mu
kłopotów, w tym rodzinnych. Cechował go specyficzny, niepowtarzalny humor.
Każde zdanie było przesycone ironią, często autoironią, było jakimś kalamburem,
często dobrodusznym szyderstwem. Nie sposób było się z nim nudzić, mieliśmy
świetny feeling, choć tak różne temperamenty i charaktery.
Kiedy dał nam kiedyś swoje wiersze, zrozumiałem, jak bardzo musiał być w
młodości nieszczęśliwy, jak głębokie miał życie duchowe, jak powierzchownie w
gruncie rzeczy go znaliśmy.
Wydaliśmy w sumie trzy jego tomiki, dałem z siebie wszystko, by je dobrze
zredagować i uporządkować w logicznej całości, Żona z radością zrobiła do nich
okładki.
Pokazał nam kiedyś swoją korespondencję z Tadeuszem Różewiczem: okazało się, że
Różewicz cenił jego wiersze.
Poezja była dla niego ważna; pewnie dlatego tak bardzo czuł się związany i tak
serdecznie opiekował się samotnym, przeubogim poetą Jerzym Hordyńskim.
Opowiedział mi kiedyś, przejęty, jak pan Jerzy stwierdził, że za kilka dni
umrze; odrzucił to: „no jak to: dziś jesteś, jutro ma cię nie być”? Na
pogrzebie na cmentarzu Prima Porta, w polskiej kwaterze, byliśmy razem.
Śmieliśmy się z Marka, że jest pewnie Dorianem Greyem, wyglądał zawsze młodo,
jakby czas się go nie imał. Nie chorował: jedyny incydent sanitarny, jaki
pamiętam to była ość. Utkwiła mu w gardle, podczas kolacji w jednej z
pierwszych otwartych w Rzymie restauracji chińskich przy Corso Rinascimento.
Zawiozłem na ostry dyżur do San Camillo, uchodzącego wówczas za najlepszy w
Rzymie. Wszedł do Izby Przyjęć, rozejrzał się po brudnoszarych ścianach, po
tłumach, czekających na lekarza i powiedział, że już go nie boli, ość sama
wyszła. Dopiero następnego dnia po południu wyznał, że przemęczył się całą noc
i dopiero rano poszedł do jakiejś prywatnej kliniki, gdzie za 200 tysięcy lirów
(dla nas wówczas majątek!), usunięto mu tę ość jakoś bezboleśnie. Teraz, w
grudniu, przeszedł ciężką grypę.
Uwielbiał wygłupy i różne prowokacje. Kiedy pojechaliśmy kiedyś razem na
Festiwal Dwóch Światów do Spoleto, zażądał w barze księgi życzeń i zażaleń, po
czym zostawił następujący wpis: Un’ottimo caffe, bravi – un gruppo di lavavetri
polacchi in visita di lavoro”. Polaków wtedy identyfikowano z ludźmi myjącymi
szyby w samochodach na skrzyżowaniach ulic, więc ten wpis: „Świetna kawa, brawo
– grupa polskich zmywaczy szyb z roboczą wizytą” to był cały Marek.
Był bez wątpienia najlepszym polskim watykanistą. Nie kościelną liżydupą, tylko
dziennikarzem. Jak każdy watykanista, musiał raz po raz znosić różne cięgi, bo
zawsze coś się jednemu czy drugiemu biskupowi lub księżuli nie podobało. Raz
miał poważniejsze kłopoty wręcz z akredytacją, ale się z tego wykaraskał jakoś,
ale mówił o tym bardzo niechętnie, więc nawet ja nie znam szczegółów.
Czwarte życie nadeszło, gdy, na skutek podłych, obrzydliwych intryg podłych i
obrzydliwych ludzi, „dobra zmiana” wywaliła go z Radia. Słyszeliśmy się wtedy
kilka razy. Najpierw był pewien, że on, świetny dziennikarz, wybitny
watykanista, wytrawny znawca spraw włoskich i kościelnych, znajdzie jakaś inną
pracę. Tydzień po tygodniu okazywało się, że nikt go nie chce, nie potrzebuje
jego wiedzy, umiejętności i talentu.
Moim zdaniem nigdy się psychicznie nie podniósł z tego dramatu.
Miesiąc temu mieliśmy okazję się spotkać, bo byłem w Rzymie. Ale się nie
spotkaliśmy, bo robota. Słyszeliśmy się tylko: to był ten sam Marek, ze swoimi
kalamburami, szyderstwem, zaskakującymi pointami. Skończyli właśnie z żoną i
córką przeprowadzkę, w głosie obojga dostrzegłem radosne podniecenie z tego
nowego etapu życia.
Śmierć.
Marku. Miałeś dobrą śmierć. Wyszedłeś na dzielnicowy bazarek po warzywa i owoce
i upadłeś. Nim przyjechała karetka, już cię nie było. Nie cierpiałeś długo, nie
czekałeś na Nią podłączony do jakiejś maszynerii. Tylko, psiakrew, dlaczego tak
wcześnie!
Ty masz to z głowy, nie miej mi za złe, że ja jeszcze poużalam się trochę nad
moją raną, jaką Twoja śmierć mi zadała.
Marek Lehnert
FINIS
Popędzi nas kiedyś elizejskim polem
Anioł z mieczem spragnionym
Skurcz ziemi, wyczuwalny bosą stopą
Cóżem cóżem
I czeluść
nieodwołalna bez echa
Wiersz z tomu „Mój ulubiony zestaw kolorów”, rozdział „Ars moriendi”, PSIK
Editore 1991
Na skrzydełku okładki dedykacja: „Mój ulubiony zestaw kolorów
życie i śmierć
białej kartce papieru
poświęcam"
Dobrego dnia wszystkim...
OdpowiedzUsuńCześć Waldek
UsuńTrzymaj się. Jak się można z Tobą skontaktować? Ewa też pyta...
UsuńPrzez profil żony. Jadwiga Woźniak. Dobiesławice 37a. Mam Messengera. Wysłałem do Ciebie wiadomość oraz do Ewy, ale mi odpowiedział, że nie odbierzesz, bo w folderze Inne nie odbierasz.
UsuńMes nie doszedł.
UsuńTegoroczna wiosna rodzi się w bólach... Daleko jej do "elizejskich pól".
OdpowiedzUsuńDziękuję. Dobrego dnia.
OdpowiedzUsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuń