DRUGI OBIEG
Sobota, 21 marca 2026
1.
Zabrali mi mojego rumaka, a w zamian dali pony. To takie taczki z silnikiem,
zwane up! W taczkach nie było takich cudów, jak w moim rumaku, ale za to nic
się nie psuło, bo prawie nie było software'ów.
Wśród software'ów, który taczkom brakowało, był dostęp do internetowych
rozgłośni radiowych, więc D.O., przyzwyczajony do stałego jazgotu muzycznego w
samochodzie, był skazany na stacje analogowe. I po raz pierwszy od roku włączył
radiową Dwójkę, tak na wszelki wypadek, żeby nie kaleczyć sobie uszu przykrymi
dźwiękami, płynącymi z innych rozgłośni.
Ha! D.O. zapomniał, że zbliża się Wielkanoc i że rządzona przez rozmodlony
personel Dwójka będzie nadawała muzykę kościelną. Pech sprawił, że D.O. włączył
radio, właśnie na audycję redaktor Magdaleny Łoś, więc najwyższa bogobojność
była zagwarantowana.
P.s: autoryzowany warsztat u autoryzowanego dealera nie zrobił absolutnie nic z
rumakiem D.O. Poinformował tylko, że napisał do producenta i że ewentualnie
kiedyś wezwie go z rumakiem znowu, kiedy producent raczy odpowiedzieć na pytanie
o zagadkowy problem znikających funkcji z displayów w jego rumaku, co
najprawdopodobniej nie jest kwestią techniczną, tylko finansową. Półtora
miesiąca temu, może nawet mniej, D. O. Odebrał swojego rumaka po całkowitym
resecie i zainstalowaniu nowego systemu. To było wykonane w ramach wezwania
wszystkich tiguanów, zaordynowanym przez Volkswagena, być może zawstydzonego
faktem, że tiguana uznano za drugi najbardziej zawodny samochód w Europie. No,
ale po zainstalowaniu nowego systemu, jako się rzekło, z displayów w rumaku
D.O. zaczęły znikać różne ikonki, a wraz z nimi istotne funkcje. Co raczej jest
oczywistym dowodem, że instalacja nowego systemu z jakichś powodów się nie
powiodła. No i teraz dealer musi dostać instrukcje, czy próbować ponownie
instalować system w ramach gwarancji, co stanowi ekstra koszt dla producenta,
czy też ponownie podłączyć się pod ogólne wezwanie od tego źle zainstalowanego,
które jest już wliczone w koszty Wolfsburga.
Piątkową wizytę D.O. rezerwował jeszcze w lutym, nie było wcześniejszych
terminów, dostał też sms-em wezwanie od dealera, którego system wykazał złe
funkcjonowanie mojego systemu. Ale ten sam dealer, który odesłał Znajomego
Włocha z unieruchomionym bliźniaczym tiguanem, obecnie ma w nosie także
problemy D.O. A ów dealer to Cichy- Zasada. W Piasecznie.
Chyba D.O. zacznie szukać innego dealera z warsztatem, ale wszystkie są
stosunkowo daleko od mieszkania D.O. Chociaż nie aż tak, jak ten w Piasecznie,
który, kiedy jeszcze nazywał się
‘Rowiński – Waldemajer’ był znany z solidności,
2.
Już za kilka godzin, około 10:00, na portalu natemat.pl, ukaże się najnowsza
rozmowa z cyklu Allegro ma non troppo. Oglądajcie, proszę, bo być może znowu
będzie dłuższa przerwa w nagrywaniu.
Notabene D.O/\. jest bardzo rozczarowany wynikami oglądalności ostatniej
rozmowy z Grzegorzem Rzeczkowskim, a był przekonany, że to będzie hicior nad
hiciory i pobije rekordy oglądalności. Szczęśliwie fragmenty tej rozmowy,
umieszczone w różnych rolkach w różnych mediach społecznościowych, natrzaskały
setki tysięcy kontaktów, więc redakcja jest zadowolona, bo częściowo z tego
żyje. D.O. chciałby, żeby redakcja natemat.pl i jej podobne, ambitne, niezależne
redakcje nie musiały martwić się o przetrwanie z powodu niedostatku
finansowych, więc jeśli swoją pracą D. O. może przyczynić się do finansowego powodzenia
redakcji, to jest szczęśliwy.
3.
Gdybyście chcieli zobaczyć, jak naprawdę wyglądała
Kartagina, tak bardzo oczerniana przez zwycięskich Rzymian, obejrzyjcie ten
fascynujący film AI.
https://www.facebook.com/reel/1254795182769689
4.
Chuck Norris, gwiazda filmów akcji i mistrz sztuk walki, zmarł w wieku 86 lat
Aktor, który zyskał sławę dzięki roli w filmie Bruce’a Lee „Droga smoka”, stał
się także gwiazdą telewizji dzięki serialowi „Walker, Texas Ranger”
https://www.theguardian.com/film/2026/mar/20/chuck-norris-prolific-action-star-and-karate-champion-dies-aged-86
5.
2 lata temu
1.
„Są takie dwa pomysły, nad którymi pracuję i które za mną chodzą, ale ostatnimi
czasy przyznałam sobie emeryturę i powolutku kończę zamiary literackie. Nie mam
zamiaru do dziewięćdziesiątki pisać powieści. Zostawiam te pomysły
nierozwinięte na czas emerytury, bardzo możliwe, że wrócę do tego” –
powiedziała Olga Tokarczuk podczas spotkania ze studentami Uniwersytetu
Gdańskiego, wkrótce po ceremonii przyznania jej doktoratu honoris causa tejże
uczelni.
„Kiedy kilka lat temu wzięłam się za swoją powieść "Empuzjon",
zafundowałam sobie prywatne badania nad mizoginią - mówiła Olga Tokarczuk
podczas spotkania na Uniwersytecie Gdańskim.
- Obszar przemocy, który się przede mną otworzył, był nie do zniesienia. Zdałam
sobie sprawę z tego, że w tekstach kultury mamy ukryte demony, których nikt nie
odwołał, nie unieważnił. Są one mizoginistyczne, pełne pogardy i niechęci,
umniejszające kobiety. Dotyczy to zwłaszcza literatury XIX i początków XX
wieku”.
„To się dzieje za pomocą wycinania kobiet, gubienia ich prac, nierównych płac,
braku praw do swojego ciała - mówiła Olga Tokarczuk. - Należy przypomnieć, że
jesteśmy w sytuacji, kiedy parlament 38-milionowego państwa, złożony głównie z
mężczyzn, cały czas odwleka decyzję, czy kobieta ma prawo do swojego ciała.
Przyzwyczailiśmy się do kompromisu aborcyjnego, ale za sto lat będziemy na to
patrzeć jak na kompletne dziwactwo”.
„Moje zarzuty nie są do mężczyzn, lecz do kultury, która ma pewne przemocowe
aspekty. Nigdy nie występowałabym przeciwko mężczyznom jako jednostkom. Mówię o
przemocy i braku w kulturze, który dotyczy nieobecności i niemoty kobiet”.
(Wyborcza)
Dodatek ilustrowany zaczyna się o poranku, w tym uroczym, przydrożnym
uroczysku.
2 lata temu, o tej porze…
To wczoraj. No, koniec świata!
https://tvn24.pl/tvnmeteo/swiat/hiszpania-wyspy-kanaryjskie-ulewy-i-snieg-na-rajskiej-wyspie-wioska-odcieta-od-swiata-st8958876
6.
8 lat temu
Ciotka Nela narzekała trzydzieści lat temu z okładem, że jej chłodno. A kiedy
my na to, że termometr wskazuje 27 stopni, powiedziała historyczne zdanie: „27,
ale chłodne”.
To było takie trafne, że odtąd w mojej rodzinie nie podaje się już suchej
wartości numerycznej: trzeba dodać, czy chłodna ona, czy ciepła.
Doświadczam tego właśnie cieleśnie, bo parę dni temu w Warszawie było 13
stopni, tutaj też jest 13, ale w Warszawie chodziłem w kurtce, a tu w koszuli.
Drzewa owocowe kolorowo kwitną, cytryny pęcznieją z dumy, że już niedługo
trafią do limoncello, półmetrowa trawa zasłania widoki, mlecze przekwitają,
niedługo będą dmuchawce. Ale dopiero, jak Buran pójdzie precz. Tu każdy wie, co
Buran, bo można nie wiedzieć, co Syberia, ale jak się nazywa ten zimny wiatr ze
wschodu, to wiedzą wszyscy.
Dodatkowo mamy tu wartości altymetryczne, więc nad samym morzem było stosunkowo
słoneczne 15, a na którejś z przełęczy bardzo mglisto-pochmurne 10. Przy 15
musiałem ustawić temperaturę w samochodzie na minimum, czyli na 16; przy 10
musiałem ją podkręcić do 21.
Dla miejscowych jest zima, więc wyglądają jak rosyjskie mużiki: baranice
zastąpili ciepłymi kurtkami, ale wysokie czapy, jak znad Jeniseju.
Podsłuchuję, przechodząc, co do siebie mówią, ale miejscowy dialekt jest dla
mnie szczelny: nie rozumiem ani słowa, zero, nada de nada. W ogóle nie wydaje
mi się romański.
Spadam z pieca na łeb serpentynami z Nerano na plażkę z pocysterskim
hotelikiem, znaną, jak sądziłem, tylko mnie, ale choć jesteśmy hors saison, na
okrągłym parkingu słyszę niemiecki i francuski. Ale zasadniczo żywej duszy.
No, prawie.
Na początku zjazdu, w bramie stoi niedorozwinięty i macha wszystkim przyjaźnie
ręką. Dobrze, że widać, że niedorozwinięty, inaczej ktoś mógłby mu przywalić za
taką prowokację.
Na plaży dwóch panów w sennym tempie rozbiera podniszczony przez falę pomost i
zabiera się za budowę nowego; miesiąc maksimum i staną na nim stoliki, na
stolikach położone zostaną obrusy, na obrusach postawione zostaną kieliszki na
wino, talerze na pastę. położone sztućce i serwetka, którą ludzie nie dzicy,
tylko cywilizowani, kładą sobie na kolanach przy jedzeniu.
Wspinam się oczywiście wolniej niż spadam, więc podczas wspinaczki od
pocysterskiego do Nerano zauważam parę malującą na zielono balustradę przy
jakimś podjeździe. Zauważam wracającą ze szkoły dziewczynę z monstrualną hmm…
biodrami i w leginsach. Nim zdołam ułożyć sobie w myślach komentarz, widzę jej
sobowtóra czule za rączki z jakimś konusem. Stare przysłowie nie kłamie, mogę
to dać na piśmie.
SS 163 to jest namacalny dowód, jak wielka jest różnica pomiędzy zwykłym ostrym
zakrętem a prawdziwą curva pericolosa. To nie jest droga, to czyste wariactwo.
Parę lat temu postawili wielkie zakazy wjazdu, mówiąc, że strada jest zamknięta
dla ruchu z powodu remontu. Gula mi wyrosła, bo nie po to się tarabaniłem 2500
kilometrów, żeby pocałować klamkę do SS 163, więc wjechałem w te zakazy:
„dojadę, dokąd dojadę, a co pojadę to moje” – pomyślałem. No i strada wcale nie
była zamknięta. Ale wielu dało się nabrać, więc prowadziłem samochód jedną
ręką, a w drugiej trzymałem kamerę. Wrzuciłem to na YT, można sobie obejrzeć,
jak to jest, kiedy ta strada jest pusta. Dzisiaj pusta nie była, więc zwykłe
sceny: histeria zbłąkanych turystów, ostre hamowania, przycieranie boków o
murki nad przepaściami, niemiłosierne wleczenie ku wściekłości tubylców. Tylko
kierowcy autobusów nie znają strachu: mają wszystko wyliczone co do milimetra.
Jam nie strachliwy i w curvach, choćby były najbardziej pericolose się lubuję,
a mimo to na widok potworów przytulam się do muru, tak, że czujniki z prawej
wyją jak licznik Geigera w Fukushimie, potwór nawet nie zwalnia, mija mnie o
centymetr, czujniki z lewej nawet już nie bipkają, tylko wyją ciągłą syreną, ja
czekam na zgrzyt blachy, już sobie wyobrażając, jak będę się tłumaczył w
wypożyczalni i ile mnie będzie kosztować kwota stała, ale potwór przejeżdża,
nie czyniąc mi krzywdy, bipkanie ustaje i mogę jechać dalej, aż do kolejnego
autobusu.
Zasadniczo należałoby dokonać upgrade’u różnych informacji drogowych. Do
„attenzione, strada pericolosa”, „strada sdrucciolevole”, „strada deformata”
„strada allagata”, nadzór drogowy powinien jeszcze dodać: „attenzione, strada
bombardata”, tak fatalna jest jakość nawierzchni. Państwo jest zadłużone po
uszy, ok. 7 milionów obywateli stoi z wyciągniętą po jałmużnę ręką, każdy
rozsądny rząd musi prowadzić „austerity” a la Merkel i na asfalt go nie stać… Z
tym, że zwycięska w niedawnych wyborach partia obiecuje obniżenie podatków i
wypłacenie „reddito di cittadinanza” – zarobków obywatelskich, każdemu po 870
euro na rękę, biedny czy bogaty, stary czy młody, gruby z apetytem, czy chudy
anorektyk. No, już gimnazjalista podliczy, że z tego będzie Wenezuela albo
nawet Zimbabwe, ale to nie zmienia faktu, że nazajutrz po wyborach przed
biurami komitetów wyborczych tego śmiesznego gościa ustawiły się długie kolejki
ludzi, żądających wypłat. Oblężeni działacze zaczęli sporządzać listy chętnych,
żeby ich nie zleli. Wczoraj ich śmieszny guru zapowiedział, że zgłoszenia będą
przyjmowane wyłącznie przez internet. Może dlatego tu, gdzie mieszkam albo nie
chodzi wcale, albo jak krew z nosa. O takim drobiazgu, jak to, że obiecujący
raczej nie uformują rządu nikt nie wspomina.
Druga, co do liczby głosów partia faszystowska obiecywała zaledwie obniżkę
podatków w wysokości 600 euro na osobę. Ale już starożytni Sumerowie mówili, że
kiedy jedna z walczących stron trzyma w ręku 600 euro ulg, a druga 870 w żywej
gotowce, to ta pierwsza skazana jest na przegraną…
Widoczek z okna.
To, co Tygrysy, takie, jak D.O. lubią najbardziej.
Moscardini in guazzetto. Pattrz w słowniku, a jeszcze lepiej szukaj w menu.
7.
8 lat temu
Buran w nocy się spłakał i spreczył.
Na „spreczyć się” copyright mają nasze dzieci. Kiedy brzdące były zbyt namolne,
rodzice mówili do nich „pójdź precz, dziecino”. Aż którymś razem, nim
zdążyliśmy otworzyć usta, jedno z nich powiedziało: „wiem, mam się spreczyć”. I
tak już zostało.
Buran zmoczył się i spreczył, ale przyczaił się w pobliżu i odgraża się, że
wróci w sobotę i sporo namiesza: „Temperatury będą pikować” – głoszą główne
tytuły gazet. Bo rząd rządem, populiści populistami, ale wiosną ciepło ma być.
Patrzę w prognozy na mój region – w sobotę 17 stopni. To może ten Buran się na
Polsce wyładuje i przymrozi tylko Północ tego kozaczka?
Niebo nie znosi pustki, więc miejsce Burana zajął ciepły wiatr z Afryki.
Jedyny, który może bez wizy przez morze. Skąd wiem, że z Afryki? Kiedy rano na
samochodzie znajdujesz warstwę zaschniętego, żółtego piasku, znaczy, że ktoś tu
był nad Saharą. Ja nie, znaczy musiał wiatr.
Chmurzyska, tylko nad Amalfi lampaduza, czyli coś między dużą lampą a
Lampedusą. Normalnie przez dziurę w chmurach promień Żółtego Karła omiata
ziemię, jak reflektor przeciwlotniczy omiata niebo, a tu nic: stanęło i stoi
nad Amalfi. Ktoś kręci film? Robi kolejne zdjęcia do reklamy „Visit Italy”? A
propos: to są najbardziej absurdalne miasteczka w Europie: ich to nie powinno
być! Goła skała, a do niej przyczepione budynki, jak jedwabniki do morwy.
Wydaje się, że ziemia zaraz się otrząśnie i strąci z siebie te kolorowe
pasożyty.
Z Mety, gdzie się SS 163 zaczyna, do Vietri sul Mare, gdzie się kończy, jest
jakieś 58 km, ale wprawny kierowca jedzie dwie godziny. Mniej wprawni dłużej
albo zawracają, zdesperowani. Mnie po takim przejeździe bolą ramiona, jakbym
przerzucał żwir. Jadę szybko, szybciej niż inni, ale Einstein dowiódł, że,
prędkość też jest względna, nie tylko uroda. Bo na SS 163 szybko, bardzo
szybko, to jest 40 km/h, a przy 60 km/h nieustannie ocierasz się o śmierć.
Kiedy byłem tu pierwszy raz w 1973 r. nie było jeszcze kamiennych murków między
jadącym a przepaścią. Były pojedyncze, kamienne słupki, między którymi widać
było w dole, na skraju kipieli, przerdzewiałe wraki aut, którym nie poszło
najlepiej. Prowadził wtedy adwokat Edoardo: jedną ręką zapalał papierosa, drugą
kręcił wściekle kierownicą, a trzecią równie wściekle gestykulował przed nosem
żony, bo się państwo bez przerwy kłócili. Po powrocie do Polski opowiadałem z
przejęciem, jak to otarłem się o śmierć kilkaset razy na odcinku 30 kilometrów,
bo avvocato jechał tylko do Positano.
Co się zmieniło przez te 45 lat? Na niektórych zakrętach widać, że cześć drogi
została od spodu umocniona, no i zbudowano wspomniany murek. Kamienie, a na
nich betonowa, półokrągła czapa. Ochrona bardziej psychologiczna, niż
rzeczywista, sądząc po ilości reperaturek, a to po uderzeniu samochodu, a to po
uderzeniu spadającego głazu. No i całość pokolorowana jest wielobarwnym
lakierem z setek przycierających samochodów. Mam nadzieję, że tak zostanie, że
nikomu nie przyjdzie do głowy zmienić tego na przelotową arterię: ta piekielna
szosa to dziedzictwo kulturalne ludzkości.
Między jednym zakrętem a drugim jest czasami zaledwie 10 metrów, a mają po
90 i więcej stopni, więc trzeba się szybko nauczyć patrzeć nie przez przednią,
ale przez boczne szyby. Kiedy coś dostrzeżesz przez przednią, może być już za
późno na reakcje.
Droga ma w szerszych miejscach 6, w węższych 3,50 metra. Nie ma mowy, żeby się
dwa auta zmieściły, ale wielu młodym mężczyznom wydaje się, że tak i wtedy jest
pisk i hałas tłuczonego szkła. Na dodatek tu są Włochy, więc wszyscy jeżdżą,
gdzie nie powinni, stają, gdzie nie powinni i chodzą, gdzie nie powinni. Do
tego tam i sam przycina się piniom gałęzie, więc stoi ciężarówka z
wysięgnikiem, tam i sam coś tam budują i stoi ogromna grucha, pompująca beton…
To jest jazda!
Postanowiłem tym razem zwiedzić wszystkie miasteczka, przez które dotychczas
tylko przejeżdżałem, dążąc zawsze do jakiegoś celu. Czy ja wiem? Gdyby w
pobliżu nie było Positano, Amalfi i Ravello, to może by to były cuda, a tak są
hmmm… ciekawe. Zaledwie.
A najciekawsi staruszkowie. Jeszcze by młokosom pokazali, jak się kieruje
kutrem w sztorm, ale nikt już ich nie chce na kuter wpuszczać, jeszcze by
pokazali, jak się oprawia ryby, ale nikt ich im już do oprawiania nie daje.
Stoją więc grupkami, gadają o niczym i tak schodzi dzień. Od pogrzebu do
pogrzebu. Niektórzy są tak starzy, że stoją sami, uprawiają people watching,
podszyci nadzieją, że ktoś się do nich odezwie i znów poczują się jak ludzkie
istoty. Tę nadzieję i tę zachętę widzisz w ich oczach, przechodząc obok. I
czasem rzeczywiście ktoś się do nich odezwie, choć niecodziennie.
W jednym z tych miasteczek przyplątał się do mnie wielki, rudy, stary, kudłaty
pies. Tutejszy, bo dzieci wołały za nim „Billy”. Szedł tak koło mnie, a nie
byłem pewien, czy to zbieg okoliczności, czy może mu zapachniałem
niecodziennością? Po jakichś stu metrach zatrzymał się przed drzwiami sklepu
mięsnego i tęsknie popatrzył do środka. Ale nie stał długo: przysiągłbym, że
machnął łapą: „to beznadziejne”, i powlókł się w boczną uliczkę.
Kiedy wracałem, zobaczyłem go znowu, choć dużo dalej. Wlókł te łapy tak, jak
ci czekający na słowo staruszkowie nogi. Przeszedł na drugą stronę corso, gdzie
stała na smyczy także ruda i także kudłata suczka. Powąchali się, ale
właścicielka suczki, zajęta rozmową, pociągnęła ją energicznie ku sobie. Kundel
spojrzał smutno, suczka spojrzała smutno: „ech, życie” – westchnęli. I kundel
poszedł w jedną, a ja w druga stronę.
Z Amalfi do Ravello jest 5 kilometrów wspinaczki, z czego dwa takie, że SS,
czyli Strada Statale 163 wydaje się bezproblemową autostradą. Byłem tam wiele
razy, ale nigdy pod pierzyną.
Do Ravello jedzie się by podziwiać dwa błękity i zastanawiać, gdzie jeden
kończy a drugi zaczyna. Dziś było Ravello w wersji monochromatycznej. Gorsze?
Gdzie tam! Inne, równie fascynujące. Melancholijne.
W barze wielojęzycznie i wielowódkowo: to miastecko to pieszczoszek
kulturalnego high life-u z całego świata. Wyborowej nie ma, jak kiedyś; kupiła
ją globalna marka i zadbała, żeby zniknęła ze sklepów i barów. Na ścianie
zdjęcie młodych i uśmiechniętych JFK i Jackie, pod spodem autograf. Czy on już
wtedy był na amfetaminie? Czy ona wiedziała, że ją zdradza? I nie dość, że,
upokorzona, pozostawała u jego boku to nawet się uśmiechała do obiektywu?
Przed Duomo na głównym placu tłumek. U stóp schodów dwa szare mercedesy.
Jednym jedzie protagonista, drugim jadą wieńce. To wszystko rozmydlone, bez
jasnych konturów. Po chwili pierzynka zmienia się w gęstą watę i spektakl, dla
którego miasteczko wychynęło z domów zupełnie mi zanikł.
Z niewidocznej dzwonnicy powoli, ponuro: si, mi, do. H… E… C. Si… mi… do…
Głębokie do. Z tyłu, zza pierzyny, dochodziło basso continuo: modulowane,
lubieżne mlaskanie mieszalnicy do cementu. Obok przechodził tłum, mrucząc „ora
pro nobis pecatoribus… nunc et in hora mortis nostri”. Bogowie kłamią. „Bogowie
wiedzą: śmierć jest nieszczęściem. Inaczej chętnie umieraliby sami” – napisała
Safona.
I nikt nie wiedział, gdzie kończy się niebo, gdzie ziemia, a gdzie morze. Gdzie
życie, a gdzie niebyt.
Z Ravello na … Czyżby to było morze?
Positano.
Fajny domek. Odważny.
Pogrzeb w pierzynie.
Aż się prosi o duchy.
8.
8 lat temu
Zwarcie tytanów nie przyniosło rozstrzygnięcia. Pierwszy, Buran, dziki
okrutnik ze Wschodu, drugi Scirocco, nieprzyjemny typ z Południa. Pierwszy
niesie nieokiełznane wiatry i zimne deszcze; drugi niesie ciepły, niemiły
wiatr, wymieszany z piaskiem. Przed pierwszym ludzie chowają się w domach,
przysięgając, że tego lata to już na pewno zmienią futryny w oknach. Drugi
sprawia, że ludzie dostają małpiego rozumu: są rozkojarzeni i nerwowi. Liczba
wypadków drogowych się podwaja.
Rano wydawało się, że wygrało Scirocco: słońce przesłonięte było chmurą
drobnego, saharyjskiego piasku, a termometr wskazywał nawet 21 stopni. Potem, w
ciągu godziny, na swoim postawił Buran: niebo się zasnuło, zaczął zasiekać
drobny deszczyk, a temperatura spadła do 9. Teraz, zza kurczowo przyczepionych
do górskich szczytów chmur znów wyszło słońce. Ale ponoć nadchodzą burze. Walka
trwa.
Pompeje. Odkąd tu byliśmy ostatni raz rzeczywiście przemieniły się w kupę
gruzu. Kiedyś tu było magicznie, dziś jest chaotycznie. Najciekawsze są dwie
wielkie rzeźby Mitoraja. Kiedy parę lat temu współinaugurowałem wielką wystawę
o Pompejach na Stadionie N. w Warszawie, miałem na szczęście pod powiekami
nieaktualne już wspomnienia. Dziś magii doszukiwałem się w detalach.
Dwie rzeczy dziś do mnie jakoś dotarły: po pierwsze domy po zachodniej stronie
Cardo były okazalsze i miały duże ogrody. No przecież tam było morze: a dom z
widokiem na morze zawsze kosztował więcej, więc kto miał tam dom musiał być
bogatszy. Po drugie, w Pompejach nie było kanalizacji, więc te kamienie w
poprzek cardo i decumanusów służyły do przejścia suchą noga nad potokiem… Ci
którzy mieszkali wyżej mieli dobrze, ci, których domy stały niżej mieli
dosłownie nawet już nie prze – ale zachlapane!
W maleńkiej Marina di Cantone, cztery domki na krzyż, jest przyczepiona do muru
tabliczka w trzech językach, że to miejsce szczególnie sobie upodobał Rudolf
Nurejew. Bywał tu z miłością swojego życia, wybitnym tancerzem duńskim Erikiem
Bruhnem. Eric zmarł w 1986 r., formalnie na raka płuc, ale dziś sądzi się, że
raczej na AIDS. Rudolf przeżył go o 7 okropnych lat. Dziś Rudolf Nuriejew
kończyłby 80 lat.
Na plażach na całej niemal długości Morza Tyrreńskiego ludzie odnajdują tysiące
i tysiące tajemniczych, okrągłych plastikowych sitek. Nikt nie wie co to jest,
do czego służy i jak dostało się do morza. Zwłaszcza, że kilka lat temu podobne
sitka znaleziono na plażach w pobliżu Bostonu.
Tajemnica.
Chwila sławy dotknęła także wychodzącego z morza Segena, nazwisko nieznane,
22-letniego Erytrejczyka, który przedwczoraj dopłynął na niewielkim kutrze z
Libii do Pozzallo na Wschodniej Sycylii. Półtora roku czekał w Libii na swoją
okazję. Chwilę potem, jak postawił stopę na włoskiej, wymarzonej ziemi – zmarł.
Zmarł z głodu. Miał 1 metr 80 centymetrów wzrostu i ważył 35 kg.
Opromieniona chwilową sławą została też Zehra Dogan, kurdyjska malarka, której
swoje najnowsze dzieło zadedykował Banksy. Mural ma 20 metrów długości i
wymalowany został na rogu Houston Street i Bowery na Manhattanie w Nowym Yorku.
Zehra Dogan namalowała w marcu 2016 r. obraz, ilustrujący zniszczenie
kurdyjskiego miasta Nusabyn, w prowincji Mardin. Nad ruinami powiewają flagi
tureckie, tak, jak dziś nad przedmieściami Afrinu. Erdogan skazał ją za
terroryzm.
Gazety prześcigają się w analizach wyników ostatnich wyborów, bo im się wydaje,
że to Włosi zdecydowali o zwycięstwie bezrozumnych, niszczycielskich populistów
i faszystów. Tymczasem o wynikach wyborów przesądzono w Warszawie i
Budapeszcie: haniebna, wstrętna i niechrześcijańska odmowa solidarności z
Partnerami z Unii Europejskiej zadecydowała o porażce sil umiarkowanych, do
istot ludzkich nastawionych przychylnie. Być może to początek upadku Unii: w
końcu obie zwycięskie partie zamierzają wyprowadzić Włochy z UE i ze wspólnej
monety. Są chwile, kiedy chciałbym wierzyć w piekło i patrzeć, jak winni tej
zdrady człowieczeństwa będą się w nim smażyć.
Jakże chciałbym przykuć łańcuchem każdą rękę, wyciągającą się, by zasłonić
obiektyw kamery, by wykreślić jakieś słowo lub zdanie z tekstu, zablurować
drastyczną fotografię z okropnościami wojny. Jakże chciałbym spalić każdy
knebel, pohańbić każdego łotra usiłującego zabić wolne myśli i wolne słowa.
Chciałbym, ale nie podołam.
Capri bez makijażu.
Opus reticolatum na kolor pompejański malowane.
Pompejańskie kolory.
O, właśnie: pompejańskie.
A fresco, freschino...
Podejrzewam, że to scena z komedii.
Agitacja przedwyborcza? Reklama?
Za realizację marzeń zapłacił śmiercią głodową. To on, po zejściu na ląd w
Pozzallo na Sycylii. chwilę potem umarł.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuńDzień dobry, dziękuję Redaktorze
OdpowiedzUsuń