DRUGI OBIEG
Sobota, 28 marca 2026
1.
Spragniony D.O. postanowił zrobić sobie kawę. Nagrzał więc wodę, nasypał kawę,
a następnie zaczął wlewać ją, trzymając czajnik wysoko nad szklanką.
Uprzytomnił sobie wówczas, że jest to gest, który pierwszy raz z taką
jaskrawością zapadł mu w pamięć na Synaju.
Wracaliśmy starym autobusem z klasztoru Świętej Katarzyny, wśród jednego z
najbardziej nieprzyjaznych i — co tu mówić — brzydkich krajobrazów na świecie.
Podróż dłużyła się niemiłosiernie. W autobusie byli sami dziennikarze, ale z
żadnym z nich D.O. nie był blisko, więc nie było specjalnie z kim gadać. Obok
siedziała dziennikarka z Argentyny, która później zrobiła światową karierę, bo
jako jedna z niewielu miała stały dostęp do papieża Franciszka i przeprowadziła
z nim kilka, może kilkanaście wywiadów — niektóre potem podchwytywały światowe
agencje. Dla D.O. jednak ta koleżanka była przeraźliwie nudna i nie
eksplodowała inteligencją. Więc D.O. milczał. Najlepiej byłoby spróbować
przysypiać, ale droga była kręta i wyboista, a ciało pełne adrenaliny nagromadzonej
podczas poprzednich godzin nie miało najmniejszej ochoty na sen.
Jechało się więc i jechało, patrząc przez okno na ostre, brudnoszare lub
brązowe skałki wystające z piachu — teren bardzo niegościnny, nienadający się
do życia ani ludzi, ani zwierząt. Czasami jednak pojawiało się niewielkie
stadko dzikich kóz, a kilka razy nawet widać było dzikie wielbłądy. Nie tylko
D.O.: wszyscy w autobusie marzyli, żeby jak najszybciej dojechać do Kairu, do
czystego pokoju hotelowego, zjeść kolację — a hotelowe kolacje w Kairze D.O. bardzo
sobie chwalił.
Najgorsze było jednak to, że spory zapas wody, który zabrał ze sobą w podróż do
klasztoru Świętej Katarzyny, gdzie papież Jan Paweł II odprawiał mszę, był na
wykończeniu. Mimo klimatyzacji w autobusie pragnienie było cały czas duże. Z
ulgą więc przyjął D.O. wiadomość, że zjedziemy z głównej drogi parę kilometrów
w pustynię, do samotnego karawanseraju. Nie był to bynajmniej imponujący
budynek — raczej z grubsza sklecony barak — ale po pierwsze były tam pożądane
toalety, choć nie w rozumieniu europejskim, a po drugie była tam woda.
Woda traktowana bardzo oszczędnie: właściciel nie pozwalał zabierać jej ze
sobą, podawał ją tylko w formie kawy lub herbaty, w typowych dla Bliskiego
Wschodu niewielkich, obłych szklaneczkach zwężających się ku górze, a potem
rozszerzających przy krawędzi. I tenże gospodarz, nalewając D.O. herbatę do
szklanki, która chyba nigdy nie była myta, żeby nie marnować wody, podniósł
czajnik z gotową już herbatą wysoko nad ladę. Czajnik zdjął z ognia i nalewał z
bardzo wysoka — a trafiał, bestia - prosto w gardziołko niewielkiej szklanki,
ani kropli wokół. Szklankę można było wziąć do ręki i nawet od razu ostrożnie
siorbać. Lecąc z góry, herbata schładzała się, choć temperatura dookoła
przypominała wnętrze pieca hutniczego.
Jako się rzekło: szklanka była brudna, herbata wątpliwej jakości, robiona w
dużym czajniku przez gospodarza, ale D.O. gotów jest przysiąc, że nigdy
wcześniej ani nigdy później nie miał w ustach tak doskonałego nektaru. To było
po prostu herbaciane arcydzieło, które gasiło pragnienie i pozostawiało w
brzuchu długotrwałą pamięć doznanej rozkoszy.
A czy Góra Synaj — arabski Dżabal Musa — to rzeczywiście
Góra Synaj czy sąsiednia Góra Katarzyny, tego nikt na pewno nie wie. W
okolicach tego, co powszechnie uważa się za Górę Synaj, nie ma żadnych
materialnych dowodów pobytu plemienia kananejskiego, żadnych archeologicznych
śladów ludu Izraela.
Jest co najmniej tuzin innych gór i górek identyfikowanych przez kolejnych
biblistów jako Góra Synaj — od Petry po szczególnie sugestywną Har Karkom - Górę
Szafranową - na południowo‑zachodniej pustyni Negew, gdzie dowodów pobytu
paleolitycznych plemion jest aż nadto, choć większość z nich datowana jest o
tysiąc lat za wcześnie w stosunku do biblijnych opowieści.
Sam D.O. biblistą nie jest i nie będzie, studiów synajologicznych nie
przeprowadzał, ale wydaje mu się, że lud Izraela musiał być mocno szurnięty,
żeby udać się w tak niegościnne i niemiłe tereny, jak te leżące u stóp
najbardziej prawdopodobnej Góry Synaj na środkowym Półwyspie Synaj.
Jest w tej górze sporo niezgodności z biblijnym opisem: boska góra powinna
buchać ogniem, a Góra Synaj wulkanem nigdy nie była, więc uczeni chwytają się
brzytwy i mówią o burzy.
Z tym gorejącym krzewem to też opowieść bardzo wątpliwa jako źródło do badań
dendrologicznych — no ale klasztor Świętej Katarzyny powstał właśnie w miejscu,
w którym uważano, że rósł ów krzew.
Wszystkie te rozmyślania mogłyby towarzyszyć D.O. w czasie podróży z Kairu do
klasztoru i z powrotem, ale wizja czystego, bielutkiego prześcieradła w hotelu
Sheraton w Kairze była jednak znacznie bardziej kusząca niż rozważania o tym,
gdzie Góra Synaj znajduje się naprawdę.
Góra Synaj - jedna z najbardziej niegościnnych miejsc na ziemi, choć znajduje
się tam jedno z niewielu w promieniu dziesiątek kilometrów źródło pitnej wody,
a u stóp rozciąga się dolina, jak na pustynne warunki całkiem żyzna, a
przynajmniej nadająca się ponoć do tego, by tam wypasać kozy.
Góra Synaj nieco bliższa. Widać też położenie klasztoru Świętej Katarzyny. Do
klasztoru prowadzi droga najeżona miliardem ostrych kamieni. Kto na taką
wyprawę zabrał pantofelki, ten wrócił z mocno krwawiącymi stopami. D.O. miał
wspaniałe sneakersy na grubej elastycznej podeszwie, więc nie odniósł ran
ciętych, ale buty nadawały się wyłącznie do wyrzucenia. Choć jeden z bojów
hotelowych starał się je od D.O. kupić. Nic z transakcji nie wyszło, ponieważ
D.O. nie miał czasu łazić po Kairze i szukać nowych butów rozmiar 47 zwłaszcza
że wybór był naprawdę dramatycznie ograniczony. Więc wracał do Rzymu w
rozwalonych butach, ale przynajmniej nie boso.
Klasztor Świętej Katarzyny. Zdjęcie kradzione, ale z domeny publicznej.
Widzicie te schody po prawej, prowadzące do klasztoru? Tuż pod nimi wstał
ołtarz, na ołtarzu stał papież A tuż przy ołtarzu, dosłownie 3 m od papieża,
stał D.O. i przeklinał w duchu, bo nogi bolały go okropnie, a w najbliższym
otoczeniu papieża nie wypadało się kręcić, wiercić, a zwłaszcza siadać na
kamienistej ziemi.
2.
Dziś około 10, na portalu natemat.pl. ukaże się najnowsza rozmowa z cyklu
„Allegro ma non troppo”.
Norabene:
5
lat temu
Drodzy,
Rozpocząłem współpracę z portalem natemat.pl. Widzieliście już może przed
paroma tygodniami moją rozmowę z prof. Szewachem Weissem.
Idąc za ciosem, będę tam dość regularnie rozmawiał z mądrymi i ciekawymi
ludźmi. To raczej wyklucza polityków.
Cykl tych rozmów nosi tytuł "Allegro ma non troppo, czyli godzina z
Jackiem".
Pierwszy program z tego cyklu od paru godzin wisi już na portalu.
Moim dostojnym rozmówcą jest profesor Łukasz Turski, żywa legenda polskiej
fizyki.
"Wolność ergami się mierzy" - powiedział i jest to jedno z tych zdań,
które są w stanie zmienić człowiekowi wizję świata. Ale rozmawiamy o dość
szerokim spektrum zagadnień. Pokrótce: wszystko to, co chcieliście wiedzieć o
świecie, ale nie mieliście kogo zapytać.
Przy okazji: tyle się narzeka, że prowadzący często za dużo gadają, nie dają
swoim gościom dojść do głosu. Sprawdźcie, proszę, kto komu w tej rozmowie nie
daje!
Oto adres, pod którym znajduje się ta moim zdaniem ciekawa i rozkręcająca się w
czasie rozmowa:
https://natemat.pl/345687,allegro-ma-non-troppo-czyli...
Na dodatek jutro, wyjątkowo ukaże się kolejna. Ten ścisk jest jednorazowy i
spowodowany kwestiami technicznymi.
Kto będzie moim rozmówcą? Zdradzę jutro, ale zapewniam, że to ktoś wielce
wybitny i tak ciekawy, że na zakończenie będziecie mili uczucie niedosytu.
3.
7 lat temu
Dzięki Tomasz Pluciński!
Twoje zdjęcia przywracają mi uśmiech. Oznaczają, że były w życiu miłe momenty i
to świństwo ze strony pamięci, że je wypiera, pozwala przytłoczyć przykrościami
dzisiejszości.
Proszę rzucić okiem na pokaz mimiki!
Większość zdjęć sugeruje relaks, ale wszystkie wiążą się z ciężką harówką.
Jednakże harówka w zbożnym celu, dająca poczucie sensu, to rozkosz nie zawsze
dostępna, często niedoceniana, kiedy się dzieje. A po jakimś czasie... Podparte
zdjęciami wspomnienia są jak dobry lek na depresję! Przy okazji: niektóre są
trudne do lokalizacji, niektóre mniej trudne: kto zgadnie, gdzie zostało
zrobione każde z tych zdjęć? Publiczna pochwała nagrodą!
To było całkiem wysoko, a dookoła były charakterystyczne, czarne
skamienieliny, gdzie to mogło być?
Jeden z najsłynniejszych deptaków e jednym z najsłynniejszych kurortów
europejskich na zakończenie długiego maratonu europejskiego: gdzie prosecco
czcimy kawał dobrej roboty. Jeśli to nie wystarcza jako podpowiedź, to więcej
szczegółów w mojej książce "Najpiękniejsze słowa".
Tu podpowiedzi nie będzie...
To na zamku, od którego nazwę bierze pewna organizacja, która ostatnio nabrała
dość złowieszczego charakteru.
To za łatwe, więc pytanie brzmi" co to za pomost?
Flaga z tyłu to dla zmylenia!
Tu też nie będzie podpowiedzi, więc pytanie: czyja rzeźba za mną leży? A ten
człowiek, z którym się witam, to jeden z tych anonimowych geniuszy, którzy mają
nieskończoną wiedzę, nieżyjący już niestety profesor Nifosi', opowiadający
pasjonujące historie na temat tego miejsca i całego starożytnego świata.
W którym to mieście ta pani miała duże "parcie na szkło"?
Co to za rzeka, co to za kraj? Po tej i po tamtej stronie rzeki?
Tego nikt nie zgadnie: chateau - hotel za całkiem przystępną cenę, a przed
wejściem stoliki, do których kelner w liberii donosi wczesne śniadanie.
To też nie będzie łatwe, więc pytanie: jak się nazywa Pan, który popija ze mną
kawę? Jaki jest jego zawód i jakie hobby?
Tak nadawaliśmy wyjazdowe odcinki "Świata według Jacka": balkon był
za mały, pokój za ciemny, więc kamera w pokoju, ja na balkonie: co to za miasto
za mną?
Co to za fontanna? To wie każdy głupi, ale co się mieściło o 50 metrów stamtąd,
coś związanego z moim zawodem? Szczegóły we wspomnianej książce!
Pa!
Zgadniecie? Od razu mówię, że ta pani z przodu za rączkę z panem to nie
zakonnica.
Rzadko zdarza mi się oglądać własne filmy, ale kiedy już, to sam siebie
podziwiam za piękno zdjęć, jakie nakręciłem. I właściwie to mi przykro, że moi
przełożeni traktowali te filmy jako zło konieczne na antenie, ukłon w stronę
starego dziennikarza, żeby nie łaził i nie zawracał głowy, a nie dostrzegli
pokładów artyzmu i wrażliwości, jakie kryją się w każdym niemal ujęciu.
Oczywiście w sporej części spośród trzydziestukilku filmów, jakie telewizja
emitowała, są także zdjęcia Kolegów - zawodowych operatorów z tejże telewizji,
dla których robienie takich zdjęć było prawdziwą radością i chętnie dawali z
siebie wszystko, choć całkowicie za darmo, bo nikt im nie dopłacił ani grosza
za zdjęcia które wykraczały poza ramy realizowanych w danym mieście programów. Ale
ci doskonali zawodowcy, po szkołach filmowych, z ogromną wrażliwością i
wielkimi umiejętnościami, spędzają całe życie na pokazywaniu polityków od pasa
w górę i kropka. Ich collateral damage polega na tym, że obok robienia
niezwykle prymitywnych ujęć, muszą jeszcze słuchać bredni tych półdebili.
4.
8 lat temu
Ciotka Nela narzekała trzydzieści lat temu z okładem, że jej chłodno. A kiedy
my na to, że termometr wskazuje 27 stopni, powiedziała historyczne zdanie: „27,
ale chłodne”.
To było takie trafne, że odtąd w mojej rodzinie nie podaje się już suchej
wartości numerycznej: trzeba dodać, czy chłodna ona, czy ciepła.
Doświadczam tego właśnie cieleśnie, bo parę dni temu w Warszawie było 13
stopni, tutaj też jest 13, ale w Warszawie chodziłem w kurtce, a tu w koszuli.
Drzewa owocowe kolorowo kwitną, cytryny pęcznieją z dumy, że już niedługo
trafią do limoncello, półmetrowa trawa zasłania widoki, mlecze przekwitają,
niedługo będą dmuchawce. Ale dopiero, jak Buran pójdzie precz. Tu każdy wie, co
Buran, bo można nie wiedzieć, co Syberia, ale jak się nazywa ten zimny wiatr ze
wschodu, to wiedzą wszyscy.
Dodatkowo mamy tu wartości altymetryczne, więc nad samym morzem było stosunkowo
słoneczne 15, a na którejś z przełęczy bardzo mglisto-pochmurne 10. Przy 15
musiałem ustawić temperaturę w samochodzie na minimum, czyli na 16; przy 10
musiałem ją podkręcić do 21.
Dla miejscowych jest zima, więc wyglądają jak rosyjskie mużiki: baranice
zastąpili ciepłymi kurtkami, ale wysokie czapy, jak z nad Jeniseju.
Podsłuchuję, przechodząc, co do siebie mówią, ale miejscowy dialekt jest dla
mnie szczelny: nie rozumiem ani słowa, zero, nada de nada. W ogóle nie wydaje
mi się romański.
Spadam z pieca na łeb serpentynami z Nerano na plażkę z pocysterskim
hotelikiem, znaną, jak sądziłem, tylko mnie, ale choć jesteśmy hors saison, na
okrągłym parkingu słyszę niemiecki i francuski. Ale zasadniczo żywej duszy.
No, prawie.
Na początku zjazdu, w bramie stoi niedorozwinięty i macha wszystkim przyjaźnie
ręką. Dobrze, że widać, że niedorozwinięty, inaczej ktoś mógłby mu przywalić za
taką prowokację.
Na plaży dwóch panów w sennym tempie rozbiera podniszczony przez falę pomost i
zabiera się za budowę nowego; miesiąc maksimum i staną na nim stoliki, na
stolikach położone zostaną obrusy, na obrusach postawione zostaną kieliszki na
wino, talerze na pastę. położone sztućce i serwetka, którą ludzie nie dzicy
kładą sobie na kolanach przy jedzeniu.
Wspinam się oczywiście wolniej niż spadam, więc podczas wspinaczki od
pocysterskiego do Nerano zauważam parę malującą na zielono balustradę przy
jakimś podjeździe. Zauważam wracającą ze szkoły dziewczynę z monstrualną hmm…
biodrami i w leginsach. Nim zdołam ułożyć sobie w myślach komentarz, widzę jej
sobowtóra czule za rączki z jakimś konusem. Stare przysłowie nie kłamie, mogę
to dać na piśmie.
SS 163 to jest namacalny dowód, jak wielka jest różnica pomiędzy zwykłym ostrym
zakrętem a prawdziwą curva pericolosa. To nie jest droga, to czyste wariactwo.
Parę lat temu postawili wielkie zakazy wjazdu, mówiąc, że strada jest zamknięta
dla ruchu z powodu remontu. Gula mi wyrosła, bo nie po to się tarabaniłem 2500
kilometrów, żeby pocałować klamkę do SS 163, więc wjechałem w te zakazy:
„dojadę, dokąd dojadę, a co pojadę to moje” – pomyślałem. No i strada wcale nie
była zamknięta. Ale wielu dało się nabrać, więc prowadziłem samochód jedną
ręką, a w drugiej trzymałem kamerę. Wrzuciłem to na YT, można sobie obejrzeć,
jak to jest, kiedy ta strada jest pusta. Dzisiaj pusta nie była, więc zwykłe
sceny: histeria zbłąkanych turystów, ostre hamowania, przycieranie boków o
murki nad przepaściami, niemiłosierne wleczenie ku wściekłości tubylców. Tylko
kierowcy autobusów nie znają strachu: mają wszystko wyliczone co do milimetra.
Jam nie strachliwy i w curvach, choćby były najbardziej pericolose, się lubuję,
a mimo to na widok potworów przytulam się do muru, tak, że czujniki z prawej
wyją jak licznik Geigera w Fukushimie, potwór nawet nie zwalnia, mija mnie o
centymetr, czujniki z lewej nawet już nie bipkają, tylko wyją ciągłą syreną, ja
czekam na zgrzyt blachy, już sobie wyobrażając, jak będę się tłumaczył w
wypożyczalni i ile mnie będzie kosztować kwota stała, ale potwór przejeżdża,
nie czyniąc mi krzywdy, bipkanie ustaje i mogę jechać dalej, aż do kolejnego
autobusu.
Zasadniczo należałoby dokonać upgrade’u różnych informacji drogowych. Do
„attenzione, strada pericolosa”, „strada sdrucciolevole”, „strada deformata”
„strada allagata”, nadzór drogowy powinien jeszcze dodać: „attenzione, strada
bombardata”, tak fatalna jest jakość nawierzchni. Państwo jest zadłużone po
uszy, ok. 7 milionów obywateli stoi z wyciągniętą po jałmużnę ręką, każdy
rozsądny rząd musi prowadzić „austerity” a la Merkel i na asfalt go nie stać… Z
tym, że zwycięska w niedawnych wyborach partia obiecuje obniżenie podatków i
wypłacenie „reddito di cittadinanza” – zarobków obywatelskich, każdemu po 870
euro na rękę, biedny czy bogaty, stary czy młody, gruby z apetytem czy chudy
anorektyk. No, już gimnazjalista podliczy, że z tego będzie Wenezuela albo
nawet Zimbabwe, ale to nie zmienia faktu, że nazajutrz po wyborach przed
biurami komitetów wyborczych tego śmiesznego gościa ustawiły się długie kolejki
ludzi, żądających wypłat. Oblężeni działacze zaczęli sporządzać listy chętnych,
żeby ich nie zleli. Wczoraj ich śmieszny guru zapowiedział, że zgłoszenia będą
przyjmowane wyłącznie przez internet. Może dlatego tu, gdzie mieszkam albo nie
chodzi wcale, albo jak krew z nosa. O takim drobiazgu, jak to, że obiecujący
raczej nie sformują rządu nikt nie wspomina.
Druga, co do liczby głosów partia faszystowska obiecywała zaledwie obniżkę
podatków w wysokości 600 euro na osobę. Ale już starożytni Sumerowie mówili, że
kiedy jedna z walczących stron trzyma w ręku 600 euro ulg, a druga 870 w żywej
gotówce, to ta pierwsza skazana jest na przegraną…
Pierwszy kontakt.
A po przebudzeniu: Costiera Amalfitana baaardzo wczesną wiosną zz Buranem na
niebie.
No mniam
A to moscardini in guazzetto, czyli ośmiorniczki w kałużce. Danie potężne,
zdolne powalać rządy.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń