DRUGI OBIEG
Niedziela, 12 kwietnia 2026
1.
D.O. i pola.
Niektórzy Czytelnicy pamiętają, że D.O. niemal codziennie lubił jeździć na
pola, nieco na południe od Warszawy, przechadzać się, stać i się gapić,
podziwiać zachody słońca. Dawno go tam nie było, może nawet rok cały? Więc
postanowił wybrać się, zobaczyć, co nowego i przy okazji poszukać śladów
wiosny, bo w Warszawie one są dość smutne.
A smutne są dlatego, że zaczynają opadać płatki z kwiatów na drzewach, a to dla
D. O. nieuchronny znak zbliżającej się jesieni i zimy. No tak, D.O. wie, że
może to przesada, ale tak ma: kolec w sercu, na widok przekwitających drzew.
Zwłaszcza, kiedy te drzewa zaznały właściwie jednego tylko naprawdę słonecznego
dnia, z temperaturą przypominającą wiosenne: ubiegłej niedzieli, kiedy niebo
było błękitne a powietrze miało temperaturę 18°c. A potem wiatry, chłód, nocne
przymrozki.
Niedaleko domu D.O. jest taka aleja kwitnących na fioletowo, a może lepiej: na
lila róż drzew, które D.O. dla celów prywatnych nazwał "Sakura", bo
przypomina te aleje kwitnących wiśni w Japonii. No ale przy tej pogodzie, one
rozkwitły, zaczynają przekwitać, a D.O. nie zrobił im nawet jednego zdjęcia, bo
było szaro, buro i wietrznie. Smuteczek.
Ale powróćmy na pola. No więc to będzie prawdopodobnie ostatnia wizyta D.O. na polach,
które sobie lata temu ukochał i które tak często odwiedzał. Może pola są dalej
polami, ale prowadząca do nich i między nimi szosa została upstrzona wałami w
poprzek. D.O. najserdeczniej takich górotworów w poprzek ulic nienawidzi. Już
na sam ich widok boli D.O. kręgosłup, więc przejeżdża przez nie z prędkością 2
km na godzinę, ratując sobie zdrowie, o tym oczywiście musi przyspieszać, więc
wskaźnik zużycia benzyny z 5 l skacze do 40, a nim samochód osiągnie 20 km/h,
znowu trzeba hamować i znowu modlić się, żeby nie rozleciało się zawieszenie
samochodu i kręgosłup D.O.
Tam nikt nie mieszka, tam nikt nie chodzi, więc czort jeden wie, czemu jakiś
debil postanowił wydać dziesiątki jeśli nie setki tysięcy złotych na te wszystkie
te poprzeczności. Co najwyżej, w sobotę i niedzielę, jeżdżą tam rowerzyści.
Chmary rowerzystów. Rowerzyści górotwory omijają z boku, i nawet nie zauważają
ich istnienia, a samochody i owszem.
Kiedy tak jeździmy wiosną po Warszawie, to D.O. i jego Żona są zgodni w
twierdzeniu, że przekleństwem są po pierwsze rowerzyści, a po drugie
przechodnie. No, może nie tyle przechodnie, co debile, którzy ustawiają
semafory świetlne na skrzyżowaniach. Na ruchliwych skrzyżowaniach jest pas do
skrętu w prawo, ale skręcać nie można, bo jest czerwone. Ustawia się więc
kolejka, która nierzadko osiąga nawet pół kilometra. Potem robi się zielone i
można skręcać w prawo. Stop: nie można, ponieważ po pasach, zgodnie z
przepisami przechodzą przechodnie i nim jeden samochód zdoła skręcić w prawo z
tej półkilometrowej kolejki, robi się czerwone i w ten sposób ludzie spędzają
godzinkę-półtorej, czekając na możliwość skrętu w prawo. Więc przechodniów
państwo D.O.stwo uniewinniają, ale ani im do głowy nie przyjdzie uniewinniać
rowerzystów. Ich anarchia, bezczelność, ich przekonanie, że zawsze i wszędzie
mają pierwszeństwo, a przede wszystkim ich przekonanie, że są równie twardzi
jak karoseria samochodu czynią z nich naprawdę bardzo, ale to bardzo trudnych
we współistnieniu uczestników ruchu drogowego.
Drugi powód, dla którego D.O. Nie będzie jeździł na swoje ulubione niegdyś
pola, to ten, że tam, gdzie jeszcze rok temu rosły słoneczniki i żyto, gdzie
słychać było śpiew ptaków, teraz stoją dźwigi i koparki, i powstają te potworne
osiedla bliźniaków: długi pas identycznych domów, dom w dom, a wszystkie
okropne.
Więc pola straciły już charakter pól? No nie: to dalej są pola pełne błocka i
bruzd w żyznej ziemi, ale to wszystko jest bez znaczenia, bo te domy po 2
miliony po 3, po 5milionów, sprzedadzą się prawie na pewno na pniu i potem
niech się dalej martwią o to błoto ludzie, którzy założyli sobie na szyję stryczek
trzydziestoletnich kredytów.
No i już. Nie ma właściwie pól, na które D.O. chętnie by jeździł, a które nie
leżałyby jakoś daleko od Warszawy, tak, żeby można tam było wyskoczyć na godzinkę,
na dwie, a nie przedsiębrać jakąś daleką wyprawę, zakładającą stanie w korkach,
wdychanie smrodu spalin samochodów stojących na zupełnie niepotrzebnie
poustawianych światłach, oczywiście nieskoordynowanych, oczywiście na zwężonych
przez Trzaskowskiego ulicach.
D.O. jest stary, już ledwo łazi, a potrzebuję ruchu. Z prochu powstał, w proch
się nie obróci, bo mu ten proch dranie od wysokich spowalniaczy i pozbawieni
skrupułów deweloperzy, którym, jakimś cudem, udało się przekonać władze
podwarszawskich gmin i gminek, żeby zamieniły tereny rolnicze na tereny
budowlane, uniemożliwiły.
Dlatego, zamiast samemu spacerować i zachwycać się przyrodą, której już nie ma,
D.O. woli wspominać swoje nie tak dawne podróże po miejscach które wydają mu
się bliskie jego pojęcia raju.
2.
2 lata temu
1.
Pewnym urozmaiceniem podróży państwa D.O.stwa było tajemnicze zniknięcie
portfela, w którym trzymał euro. Szczęśliwie bez dokumentów i kart kredytowych.
D.O. zgubił? Rąbnęli mu w ciągu 15 kroków od baru, w którym płacił za
cappuccino i cornetto do samochodu?
Jak mawiał nasz stary dobroczyńca Sergio S. „należy zawsze znajdować pozytywną
stronę nieszczęść”.
2.
Udało nam się zboczyć do Alberobello, pokazać Żonie trulli. „Interesujące” –
stwierdziła po wejściu najpierw na jedno, a potem na drugie wzgórze, upstrzone
tymi dziwnymi budowlami, które przyciągają spragnionych piękna i niecodziennych
widoków ludzi z całego świata.
D.O. był tam czwarty raz, więc niezzo zblazowany, ale zawsze imponuje mu, jak
bardzo istoty ludzie, nawet te niewykształcone, co tu dużo gadać – prymitywne –
poszukują odrobiny piękna w ich życiu.
Co zdumiewające, Alberobello, choć leży na płaskowyżu, było cieplutkie: 31
stopni pokazywał termometr w samochodzie. Ale w miarę zjeżdżania ku morzu
zjeżdżała i temperatura, tak, że pod pergolą w małej knajpeczce nad morzem, w
której byliśmy jedynymi gośćmi trzeba było wyciągać sweterki.
A ponieważ D.O., nękany problemami z dostępem do internetu, patrz poniżej, nic
mądrzejszego na temat Alberobello i pochodzenia trulli nie wymyśli, więc
przykleja tu swój tekst sprzed kilku lat, dwóch pobytów temu:
„
Możny Jan Hieronim Apulijski zwany Jednookim, na początku XVII wieku kazał
ściągnąć chłopów w środek lasu, będącego jego rezerwą myśliwską. Był wasalem
hiszpańskiego wicekróla Neapolu, który na mocy swego edyktu „Pragmatica de
Baronibus” żądał drakońskiego podatku od każdego nowego osiedla. By podatku
uniknąć i wicekróla wycyckać, kazał chłopom budować domy z suchych murów, a
więc w świetle prawa prowizoryczne. Tak powstały trulli, typowe apulijskie
tukule.
W okolicy nie brakło kamienia wapiennego, bloki zeń układano w krąg, a w krąg
zwężający się, samonośny, stożkowaty, układano łupki, stanowiące dach. Całość
zwieńczano ozdobnym pinaklem, a im pinakiel ozdobniejszy, tym familia
możniejsza i w hierarchii społecznej ważniejsza.
Kilka było takich osiedli, ale większość się wykruszyła i nigdzie nie ma z nich
tak zwartej zabudowy, jak w Alberobello.
Budowle te urosły do rangi symbolu całej Apulii, na tyle, że dziś patrioci lokalni
żądają stożkowanych dachów nad salonikiem nowobudowanego domu, żeby było comme
il faut.
Apulia robi się coraz modniejsza w świecie i latem – mówią mi – przewalają się
tu tłumy turystów z całej Europy. Ale w kwietniu przewalają się pojedynczy
Anglicy, trochę Czechów i sporo Polaków, korzystających z dobrodziejstw nowej
taniej linii lotniczej, dowożącej ich w pobliże.
Nb Alberobello znaczy „ładne drzewo”, ale to tylko przekręcona przez ludek
łacińska nazwa „Silva Alborelli”.
3.
Po ponad dwustukilometrowej podróży państwo D.O.stwo dotarło do Otranto,
starogreckiego Ὑδροῦς, do hotelu nad zatoką, z widokiem na tęże i na wspaniałe
baszy pozostałości potężnych murów obronnych.
Otranto jest najbardziej wysuniętą na wschód gminą we Włoszech, stąd do Albanii
jest wszystkiego 70 kilometrów, nie dziw więc, że pod koniec lat 90, kiedy padł
paranoiczny reżim w Albanii, to tu zwaliły się na przerdzewiałych statkach,
kutrach, łodziach i kajakach dziesiątki tysięcy nieszczęsnych mieszkańców
kraju, rządzonego przez jedynie słuszne władze realizujące ambicje ludu
pracującego miast i wsi.
W czasach rzymskich Otranto było znane jako Hydruntum, od nazwy potoku Hydrus
(„Idro” po dzisiejszemu), w którego dolinie miasto leży.
Najbliższe okolice Otranto były zamieszkane prawdopodobnie już w paleolicie, a
już na pewno od neolitu. miasto zostało wówczas zasiedlone przez Messapian
(których mury i bramę miejską odkryto w 1995 r., plemię poprzedzające Greków.
Następnie wpadło w ręce Rzymian.
W okresie rzymskim Otranto było jednym z najważniejszych miast morskich w
Apulii. Bardzo dobrze kwitło lokalne kupiectwo i rzemiosło, szczególnie przy
wyrobie fioletu i tkanin. Mieszkała tu też liczna społeczność żydowska, która w
IX wieku wydała wyrafinowanych poetów, w tym Meiuchasa i Szabbataia z Otranto.
Zanim Otranto stało się kolonią rzymską, istniała już złożona sieć dróg łącząca
miasto z resztą Salentu (obcasa włoskiego kozaczka) i ogólnie z Apulią.
Rzymianie je wzmocnili, wprowadzając do swoich arterii komunikacyjnych.
Znaczenie portu sprawiło, że przyjął on rolę pomostu między wschodem a
zachodem.
Otranto było ośrodkiem bizantyjskim i gockim, następnie normańskim, szwabskim,
andegaweńskim i aragońskim.
W katedrze, zbudowanej w latach 1080–1088, w 1095 r. udzielono błogosławieństwa
dwunastu tysiącom krzyżowców, którzy pod dowództwem księcia Boemunda I z
Altawilli wyruszyli, by wyzwolić i chronić Grób Święty w Jerozolimie.
W 1480 roku miasto zostało zaatakowane przez Turków Mahometa II, którzy po 15
dniach oblężenia 11 sierpnia zdobyli je, dokonując masakry ludności.
14 sierpnia ścięto około 800 więźniów płci męskiej za to, że nie chcieli wyrzec
się wiary chrześcijańskiej: dziś czczeni jako święci męczennicy z Idruntyny.
Turcy zniszczyli także klasztor San Nicola di Casole na południe od Otranto. W
nim mnisi bazylianowie założyli największą bibliotekę na ówczesnym Zachodzie, a
także pierwsze w historii kolegium, w którym uczyły się dzieci z całej Europy.
Tomy powstałe w tym klasztorze przechowywane są obecnie w prestiżowych
bibliotekach we Włoszech (we Florencji i Wenecji ) oraz w Europie, od Paryża po
Londyn.
To właśnie jeden z tych mnichów, Pantaleon, był autorem monumentalnej mozaiki
podłogowej (największej w Europie) znajdującej się w katedrze. Jutro D.O.
wrzuci jej zdjęcia, doprawdy niesamowita. Na tyle, że wywarła piorunujące,
raczej infernalne wrażenie na Przyjacielu kompozytorze, który z D.O.
rekomendacji tutaj przebywał dwa miesiące temu.
W XVI wieku na Otranto mieli chrapkę Wenecjanie i ponownie przez Andegawenowie
z Neapolu. W międzyczasie Turcy próbowali nowych ataków na miasto w latach 1535
i 1537, potem jeszcze w 1614 i 1644, ale zawsze udawało się stawić im opór.
W okresie napoleońskim miasto proklamowano Księstwem Królestwa Neapolu, a
dzięki ministrowi Fouchowi nastąpiło wyraźne ożywienie gospodarcze.
W czasie I Wojny Światowej Kanał Otranto został objęty blokadą przeprowadzoną
przez aliantów (Włochy, Anglię i Francję) na szkodę Cesarstwa
Austro-Węgierskiego, a także miejscem starcia zwanego bitwą o Austro-Węgry.
Z kolei podczas II Wojny Światowej, w nocy z 11 na 12 listopada 1940 r., Kanał
Otranto stał się celem nalotu równoczesnego z nalotem na Tarent. Przeprowadzono
go w celu odwrócenia uwagi od głównego ataku na Tarent, w którym stacjonowały
włoskie wojska flota.
Uff. Jeśliś dotąd, Czytelniku, wytrzymał, toś zuch!
Więc tyko D.O. doda, że internet się zbiesil i nie działał, więc siedział w
hallu na stołku portiera, ściągał zdjęcia, a turyści niemieccy ciągle go o coś
pytali.
4.
Proszę popatrzeć na zdjęcia umarłych drzew oliwnych są ich miliony i robią
trupie wrażenie. To wszystko zdarzyło się w kilka lat.
Główną przyczyną śmierci drzew oliwnych w Apulii jest bakteria o nazwie Xylella
fastidiosa. Bakteria ta przybyła około 2010 roku z Ameryki Łacińskiej,
prawdopodobnie z Kostaryki, na importowanej roślinie ozdobnej i zainfekowała co
najmniej jedną trzecią z 60 milionów drzew oliwnych w regionie, z których
produkuje się 12 procent światowej oliwy.
Xylella fastidiosa powoduje kompleks szybkiego wysuszania oliwek, który pozostawia
zainfekowane drzewa bez szans na przeżycie, skazując je na śmierć w ciągu kilku
lat.
Niebo było wyjątkowo nie błękitne, ale białe, ale pasowało do trulli w
Alberobello, nieprawdaż?
Czasem trochę się zaniebieszczało, a nad morzem miało już przepisowy kolorek.
Miejscusio jest wyjątkowe, nieprawdaż?
Najbardziej fascynujące są dachy. „Dachy +”, jak napisał nasz młody znajomy.
Trullo, nazywane „syjamskim”.
Pozowanie to ważne zajęcie. Pozować trzeba umieć. Nawet z kwaśną miną.
Takie łąki w Południowym Salencie to normalka o tej porze roku.
D.O. chętnie by się w takim dywanie wytarzał…
… ale owady by zagryzły.
Jakże te kolorowe dywany i. przystrojone w kwiaty owocowe drzewa, kontrastują z
ogromnymi połaciami umarłych drzew oliwnych.
Na płacz się zbiera. Kilka lat temu D.O. jeździł pomiędzy tymi gajami, filmując
ich brzemienne w oliwkwi równe rzędy, a dziś? Cmentarzysko kikutów.
W Otranto na nabrzeżu powitało nas kwitnące drzewo-parasol, którego nazwy Żona
D.O. (o zgrozo!!!) nie pamięta.
To jest widoczek z numeru
A to uprzejme powitanie turystów. Embargo? Sankcje? Wolne żarty.
Pora lulu, D.O.!
Takie poranki D.O. bardzo lubi i chciałby takie mieć jak długo (czy jak krótko)
żyje.
Molfetta. Fenomenalna katedra, że bardziej romańskiej się nie da, cudne zaułki
starego miasta.
Nabrzeże portowe w Molfetcie.
Jeszcze niecałe 100 lat temu morze dochodziło tutaj do samej ściany katedry,
dopiero w latach 30. XX stulecia reżim faszystowski stworzył z gruzu i kamieni
nasyp, który oddalił Adriatyk o dobre 100 metrów.
Te wieże to znak rozpoznawczy katedry, ale między nimi nie ma rozety ani nawet
wejścia, planowano je, ale potem, wiele wieków temu, zastawiono tymi głazami,
bo przeciwległa ściana budynku, wchodzącego w skład murów obronnych, jest
zaledwie o 5 metrów od tej.
Cóż to za przyjemna rzadkość: nie zastać w środku romańskiej katedry żadnych
barokowych ozdóbek. Ale tęczowe flagi z napisem „pace” są, a jakże.
Nawa główna i sklepienie katedry w Molfetcie.
To jest wspomniany wcześniej nasyp z lat 30. ub. stulecia.
A to zaułki z Molfetty. Zwróćcie uwagę na te kamienie, które nie potrzebują
kaerchera i to już od stuleci.
No i zawsze fascynujące D.O. boccaporto („usta portu).
A to już Bisceglie, kilka kilometrów na północ od Molfetty. Większe miasto,
większy port, większy chaos, ale kolory bazyliszkowe na swoim miejscu.
Zwłaszcza ten port, jak w Giovinazzo, bez betonowego nabrzeża dla łodzi
rybackich.
Kolorowe domy lubią się przeglądać w niebieskim lustrze.
W Trani. On ma zdecydowanie mniej problemów z parkowaniem, niż D.O.!
Castello Svevo, czyli Szwabski. No bo każdy chciałby tę ziemię podbić i tu
zamieszkać, więc próbowali z powodzeniem różni Grecy, Rzymianie, Arabowie,
Wikingowie, Szwabowie iberyjscy, Aragończycy i komu się tylko udało.
No, a takich zdjęć, z tego dokładnie miejsce, nigdy nie może w aparacie D.O.
zabraknąć. Zwróć, Czytelniku uwagę, że katedra z Trani znowu w rusztowaniach.
Ze wszystkich tu pobytów, tylko rok temu, w lutym 2023 D.O. zastał ją bez
takich upiększeń. Ale, jak trzeba, to trzeba.
Trani mniej obfotografowane tym razem, bo z pół tysiąca zdjęć D.O. zamieścił na
fb w lutym ub. roku.
Ale przed pstryknięciem paru placyków D.O. powstrzymać się nie umiał.
No tak, ten też był rok temu, ale co poradzisz, palec sam leci do migawki.
A jak ona, ta glicynia hotelowa, pachnie!
No i wieczorkiem przechadzka po murach i zaułkach Giovinazzo
Z serii - słynne zmierzchy nadmorskie.
Uliczki trudno nazwać arteriami komunikacyjnymi, a jednak samochody tędy
jeżdżą. No, tą uliczką z prawej nie.
Jest noc, jest moc!
2 lata temu
1.
Po wyprawie na południe państwo D.O.stwo znowu są w Giovinazzo. Porządkują
zdjęcia, układają wspomnienia, utrwalają obrazy, smaki i zapachy, by jak
najdłużej z nimi pozostały po powrocie, do którego powoli się szykują.
Po drodze zawitali do miasteczka San Vito dei Normanni, przejechali w
peletonach koło Ostuni – ale nie było już czasu na zwiedzanie, zwłaszcza, że
ojcowie miasta robią wszystko, żeby turystów od tego odwieść – aż trafili do
Monopoli, kolejnego cudu, znajdującego się w bezpośredniej bliskości od Bari,
kilka kilometrów na południe od Polignano al Mare.
Ale co D.O. będzie wam, Czytelnicy, opowiadał: polski był obok włoskiego
najczęściej słyszanym językiem na ulicach tego miasta.
A czy ładne – sami oceńcie po zdjęciach poniżej.
Diabli wiedzą, dlaczego Monopoli nazywa się Monopolem. Są różne legendy, że a
to Μόνη Πόλις, Samotne Miasto, a to Miasto Odpoczynku (w żegludze do Syrakuz),
a nawet, że Μίνωος Πόλις, Miasto Minosa. Ale to wszystko z palca wyssane. Jedno,
co wiadomo, to to, że tu było przed Grekami duże i świetnie ufortyfikowane
miasto Messapijów, ludu iliryjskiego (czyli z dzisiejszej Chorwacji i Albanii),
pierwszych mieszkańców Apulii. Messapiowie tczyli długie i krwawe wojny z
greckimi najeźdźcami, ale przegrali i zanikli. Jak i Ilirowie. I wiele, wiele
innych zamieszkujących w dawnych, dawnych czasach Italię i Bałkany. Zwycięzcy
Grecy na zrębach messapijskich murów pobudowali jeszcze potężniejsze, których
nie zdobył ani okrutny bizantyjski generał Maniace ani Osmanowie. Tylko
Wenecjanie i to fortelem.
Potem byli Andegawenowie i Aragończycy.
A wczoraj było państwo D.O.stwo.
Zapanowali nad miastem zaledwie na kilka godzi: ot: skromny obiadek w tawernie
i spacer, pełen rozterek, któreż to z odwiedzonych miasteczek apulijskich było
najbardziej fascynujące.
Nie zdecydowaliśmy.
Może ty, Czytelniku, się wypowiesz?
Południe Apulii witało nas i żegnało nas czerwonym dywanem.
San Vito dei Normanni. Założone w 943 r. przez uciekających przed Saracenami
Slavusów lub Sclavusów (Słowianin i niewolnik to jedno w terminologii
łacińskiej) i nazwane na cześć świętego Wita męczennika (zamęczonego za wiarę w
304 r.)
Co wtedy robili twoi przodkowie, Czytelniku?
A to już Monopoli i jego mury obronne, a pod spodem… Tak, to początek kwietnia.
A dziś będzie jeszcze cieplej.
Kolorek wody, zwróciliście uwagę?
Uliczuszki Monopoli
Cóż za rozkosz się w nich zgubić w słoneczny dzień.
Placyki Monopoli
A jak ci się podoba port w Monopoli?
I jego łódeczki pod kolor?
2 lata temu
1.
Och, jak lubi D.O. takie ciepłe, słoneczne, niespieszne poranki w
przyhotelowych parkach!
Glicynie, rozmaryn i inne zioła wypełniają nozdrza: na licho tutejszym ludziom
perfumy?
Co też mają sobie do powiedzenia nie zamykające dziobów papużki, ukryte w
koronach wiekowych pinii? Może nie mogą się doczekać, aż zawiązki na palmach
przemienią się w małe daktyle?
Wróble figlują w powietrzu, gonią się, buchają z rozpędem między gałązki
kolorowych krzewów: „złap mnie” – rzucają wyzwanie goniącym. Sroka złodziejka
rozgląda się w locie. Coś jej źle z oczy patrzy, trzeba schować do kieszeni
klucz do numeru.
„Czy tylko mewy drą dzioby w locie, a inne ptaki raczej muszą gdzieś przysiąść,
by rozpocząć konwersacje”? – przemyka D.O. przez myśl.
Ale nie szuka odpowiedzi. Siedzi, ocieniony ogromnym parasolem i jego nasycone
obfitym, hotelowym śniadaniem ciało przepełnia kocie lenistwo. Mruży oczy,
myśli nie wybiegają naprzód, nie bawią się w spekulacje… Spijają całą dostępną
przyjemność.
Hotelowe śniadania to też okazja do people watching. Najpiękniejsze są stare
małżeństwa: przez cały posiłek nie zamieniają ze sobą ni słowa: wszystkie już
wypowiedzieli przez dziesięciolecia związku. On z brzuszkiem, w szortach i
polo, rozluźniony, zatopiony w gargantuicznej jajecznicy, ona w ubiorze dba
tylko o wygodę, walczy ze stertą kanapek i owoców…
Sporo samotnych czterdziesto+ latek. Zrobione od samego rana, wyprasowane,
opalone; tylko sucharek, kiwi i czarna kawa „americano”. Wchodzą i pełnym
wprawy wzrokiem szukają samotnych panów po czterdziestce, ale samotnych panów w
hotelowych śniadaniówkach zero, wszyscy wzięci, wszyscy zajęci, walczą gdzieś w
korkach z rozwrzeszczanymi dziećmi, boczą się na zbuntowane nastolatki z
zatopionymi w smartphone’ach nosami, zmuszone do „nudnego” wyjazdu z rodzicami.
Angielki … powiedziałby D.O. „alabastrowo białe”, ale widział alabaster w jego
stolicy – toskańskiej Volterrze - i wie, że alabaster może mieć bardzo różne
kolory. Ale są białe, te Angielki, białe, bielutkie. Można poznać, jak długo są
w Apulii, bo po kilku dniach czerwienieją niebezpiecznie i wtedy pokrywają się
grubymi warstwami kremów: gruba warstwa – od 5 do 7 dni od przyjazdu, potem
warstwy cienieją, a kolorek wraca w stronę bieli.
Niemki… Cera „normalniejsza”, w ręku książka. Te bez książek przyjeżdżają
dopiero w czerwcu i nie jadą do Apulii, tylko do Rimini. Tam zjeżdżają się
jurne włoskie koguciki z tatuażami i dochodzi do krótkich, lecz intensywnych
romansów kanikułowych, przeplatanych niezdarnie wypowiadanymi przez nią słowami
włoskimi i jeszcze niezdarniej przez niego słowami angielskimi.
Tu nie, nic takiego nie ma, są panie starsze, stare i jeszcze starsze,
wszystkie stateczne, wszystkie z książkami, oczytane, kompetentne, zwiedzają
systematycznie, nie ma zmiłuj się. Pewnie one też wiedzą, że „widzisz to, co
wiesz”.
Bo kiedy jesteś w miejscach o co najmniej tysiącletniej historii, a jesteś
ignorantem, widzisz tylko kamienie i cegły. I one milczą, nic do ciebie nie
mówią, gdyby mogły, wzruszyłyby na twój widok ramionami.
Ale kiedy wiesz… Och, wtedy robią się bardzo rozmowne, nie przestają gadać,
opowiadać ok tym co było tysiąc, a co pięćset lat temu, jakie były wojny, jakie
pasje, miłości, sentymenty, nienawiść… Jak się kiedyś handlowało, na czym można
było zarobić, kto był ważniejszy: signore czy vescovo, il re czy il cardinale.
Czy były susze, czy były pożary, jak ciężkie były kule wrogów, którzy
podchodzili pod mury miasta, by je złupić.
D.O., jak te Niemki, lubi słuchać, co te cegły i te kamienie mają mu do
powiedzenia.
Jest weekend, hordy spragnionych słońca, morza i piękna zapełnią apulijskie
zaułki jak bita śmietana rurki, albo słodka ricotta cannoli…
Więc z dala od nich dzisiaj… Może gdzieś w głąb obcasa, popatrzeć na łagodne
wzgórza?
2.
I pojechał D.O. pokazać Żonie Castel del Monte, dzieło cesarza Fryderyka II
Szwabskiego, wszechstronnie wykształconego znawcy i mecenasa sztuk wszelkich,
wybudowany w pierwszej połowie XIII wieku. Budowla tyleż piękna i wyjątkowa, co
zupełnie niepraktyczna, na dobrą sprawę zupełnie pozbawiona komnat do
mieszkania.
Nim został ukończony, odbywały się już w zamku huczne śluby cesarskich
krewnych, w tym naturalnej córki Fryderyka II, księżniczki sycylijskiej
Violante, a także Bianki Lancii, którą Fryderyk poślubił in articulo mortis.
Potem niepraktyczność odcisnęła piętno na jego losach. Przez jakiś czas był
więzieniem, ale pod koniec XVI wieku ten wspaniały zamek podupadł na tyle, że
zrobiono zeń piekarnię. Opuszczony w połowie XVII wieku, jego ruinę w 1876 roku
zakupiło dopiero co powstałe państwo włoskie. Renowacja trwała ponad 100 lat. W
1996 r. zamek został wpisany la listę Dziedzictwa Kulturalnego Ludzkości
UNESCO.
Zamek otacza wiele legend; jedna z nich, ulubiona D.O., powiada, że w
rzeczywistości Fryderyk II pobudował go by stał się czymś w rodzaju świątyni
wiedzy i sztuk, w której można byłoby bez przeszkód i zbędnych dystrakcji
poświęcić się studiom naukowym. Nieznaczne asymetrie w rozmieszczeniu resztek
dekoracji i drzwi wewnętrznych nasuwają hipotezy, że zamek i jego
pomieszczenia, choć geometrycznie doskonałe, zostały zaprojektowane tak, aby
korzystać z rodzaju obowiązkowej „ścieżki”, powiązanej prawdopodobnie z ciałami
niebieskimi.
Ciał podczas wizyty państwa D.O.stwa nie było, jeśli nie liczyć pomarańczowego
psa, który leżał a tej samej pozycji i tym samym miejscu, co pod koniec lutego
ubiegłego roku, gdy D.O. był tam po raz pierwszy.
A z rzeczy niebieskich było niebo, si, si, w przepisowym odcieniu azzurro.
Azzurro, il pomeriggio è troppo
azzurro e lungo per me. M’accorgo di non avere più risorse senza di te. E
allora io quasi quasi prendo il treno e vengo, vengo da te. Ma il treno dei
desideri e dei pensieri all’incontrario va.
3.
Od pierwszego dnia pobytu tutaj państwo D.O.stwo zachwycali się panującą tu
czystością. Miasteczek, miast i mijanych gajów oliwnych.
W wielu innych miejscach, od Rzymu poczynając, trzeba mieć sprawne oko i wiele,
wiele dobrej woli, żeby wyłuskiwać niezmierzone, hiperboliczne skarby kultury
zza stert śmieci, bezczelnych, bezwstydnych, cuchnących śmieci.
A Sycylia? Tak źle nie ma w Grecji, nie ma na Bliskim Wschodzie, nie ma w
Afryce Północnej. Naprawdę, ciężko ją kochać, kiedy się jeździ po Sycylii z
półprzymkniętymi oczami, udając, że się nie widzi tego upadku ludzkości, spod
którego trzeba wygrzebywać pałace, jak szlachetne kamienie z błota.
A w Apulii nie. Aż do wczoraj, kiedy nastawiana na „trasę ekologiczną”, zabrana
przezornie z Warszawy blondynka, jaką się przyczepia na przyssawkę na przednią
szybę, nie wyprowadziła państwa D.O.stwa na trasę tak ekologiczną, że… Kilka
kilometrów wśród owocowych drzew, zebranych w różnokolorowe bukiety, lawirując
pomiędzy porzuconymi worami pełnymi gnijących śmieci, których smród wyraźnie
dominował na aromatem kwitnących gałęzi…
Ale to był tylko jeden incydent na prawie 1500 przejechanych kilometrów.
Kiedy daje się upust swojej fascynacji zaśmieconymi Włochami, trzeba się też
posępnie zastanowić nad tutejszymi drogami. Ten kraj jest w G-7 (najbliższy
szczyt faszystka Giorgia Meloni zorganizuje właśnie w jednej z apulijskich
„masserii” – gospodarstwie, przypominającym sycylijskie „baglio” – ni to pałac,
ni czworaki, ni twierdza obronna), a jego drogi są haniebne. Straszne, pełne
dziur, nierówne, pofałdowane, rozlatujące się narzędzia tortur dla kierowców i
ich pojazdów. Że też im nie wstyd.
I pomyśleć, że ktoś za ten skandal płaci z publicznych pieniędzy nieuczciwym
wykonawcom.
Najbardziej wzruszają D.O., tak jak wczoraj, co jakiś czas, bez wyraźnego
motywu umieszczone znaki drogowe, sygnalizujące „garb poprzeczny”. Jedziesz,
skacząc z garbu na garb, co 10, co 20 centymetrów, już od 20 kilometrów, a tu
ci ustawiają znak „uwaga garb w poprzek drogi”. Bynajmniej nie większy od
miliona pozostałych, które już minąłeś.
D.O. się nie zna na przepisach, regulujących budowę dróg, ale nigdy nie
zrozumie, jak można budować rozdzielone betonowymi barierami drogi
czteropasmowe, po dwa pasy w każdą stronę, bez utwardzenia, bez pasów
awaryjnych, bez krawężników, co sprawia, że asfalt wylewa się na pobocze, a na
jezdni go brak, bez żadnego ogrodzenia, które uniemożliwiłoby ludziom i
zwierzynie swobodne chodzenie po nich. Dziury, kamienie, łaty… Takie widywał -
słowo! – tylko w Indiach. Ale Indie nie są w G-7.
To włoskie „dobrodziejstwo inwentarza” bywa uciążliwe i potrafi zepsuć wakacje.
Na szczęście państwu D.O.stwu nie zepsuło, państwo D.O.stwo inwentarza zwykłe,
52 lata praktyki.
4.
No i został stary D.O. niechcący złodziejem. Złodziejem kluczy hotelowych. 200
kilometrów od Otranto, podczas spaceru, coś go uwierało w udo: klucz od
pamiętnego numeru z jednym oknem na zatokę i drugim na potęęężny barbakan murów
aragońskich.
Zanim się mailowo pokajał portierowi, ten już zamailował: „oddawaj”!
Ufff… Jakie to szczęście, że w apulijskich miasteczkach urzędy pocztowe są
otwarte do 12.30. Jak to dobrze, że tabaccaio miał grubą, miękką kopertę. Klucz
pojechał jako paczka polecona.
Addio ciepełko, sprawiające, że właściwie przez cały, długi tydzień jeździliśmy
z łączonym air-conditioningiem.
Oglądajcie jednocentówki: jeśli będzie włoska, to na rewersie będzie ten
obrazek.
Budowla tyleż niezwykła, co niepraktyczna. W razie oblężenia mogła pomieścić –
ja wiem? Setkę ludzi. Bez źródła wody.
Wejdź w moje progi. W środku siedmioro pracowników i czworo zwiedzających, co
znaczy, że jest to muzeum państwowe.
Tych kilka komnat na krzyż nie zachęca do zamieszkania.
Warto zadrzeć głowę na dziedzińcu.
Z Castel del Monte widać o odległe \o ponad 30 kilometrów Morze Adriatyckie…
I kilka przybrzeżnych miast, np. Bari.
Castel del Monte służył za życia Fryderyka II Szwabskiego jako „domek
myśliwskich”, bo tu rosły rozległe, pełne zwierzyny lasy. Lasów jest nędzna
resztka i na szczęście panuje tu zakaz polowań. Za to można, z leżącego u stóp
podjazdu pod zamek, kilka kilometrów poniżej agriturismo, wybrać się do zamku
konno.
Ta psina leżała tak samo ponad rok temu, kiedy D.O. był w Castel del Monte po
raz pierwszy.
Biały kot w białym miasteczku, na szczęście.
Addio apulijskie pinie!
Addio apulijskie palmy, które gościcie rozwrzeszczane papużki, wróble i
śliczne, kolorowe ptaszki, których nazw D.O. nie zna, ale na które lubi patrzeć
i których lubi słuchać.
Addio apulijskie zachody.
Éljen a demokratikus Magyarország! Éljen a demokratikus Magyarország!
Dzień dobry
OdpowiedzUsuńdziękuję za wspaniałe wspomnienia i piękne zdjęcia .Z niepokojem oczekuję wyborczych decyzji na Węgrzech .
OdpowiedzUsuńDziękuję za wspomnieniową podróż.
OdpowiedzUsuń