DRUGI OBIEG
Piątek, 15 maja 2026
1.
Na swój sposób bieżące dni są dla świata przełomowe. O to bowiem prezydent
największej do niedawna potęgi na świecie - Stanów Zjednoczonych - przybywa do
Pekinu z pustymi rękami, bez żadnych argumentów, bez żadnych dźwigni, bez
żadnej możliwości szantażu i teraz to Chiny grożą Stanom Zjednoczonym a nie
Stany Zjednoczone Chinom.
Xi ma w ręku wszystkie atuty: potężną armię, o której Zachód wie bardzo
niewiele i prawdopodobnie nie umie oszacować realnej potęgi jej siły rażenia w
dowolnym punkcie globu ziemskiego, gospodarkę w pełnej ekspansji, rosnące
wpływy w Afryce i Ameryce Południowej i uzależnioną od siebie Rosję i w dużej
mierze także Europę.
Tymczasem gospodarka Stanów Zjednoczonych pod rządami Trumpa się zwija, armia
okazała się rozpaczliwie nieskuteczna podczas ataku na Iran, a wcześniej na
Afganistan i Irak, Stany Zjednoczone są wewnętrznie osłabione i podzielone jak
nigdy wcześniej od czasów Wojny Domowej i co gorsza, w wyniku głupiej i
samobójczej polityki ich prezydenta, tracą najważniejszego sojusznika na
świecie: potężną gospodarczo i militarnie Europę.
Niby o tym wszystkim było wiadomo już wcześniej, ale dopiero w Pekinie, w
zestawieniu bankrutującego, rozkapryszonego bachora z poważnym i stanowczym
liderem jednego z najbardziej opresyjnych reżimów na świecie, można było
jaskrawie dostrzec jak bardzo świat się zmienił i w jakim kierunku pójdą jego
przyszłe przemiany.
2.
Leon XIV na Uniwersytecie La Sapienza, 18 lat po sprawie Ratzingera. „Pieniądze
na broń przekierowywane z edukacji”.
W 2008 roku Benedykt XVI został zaproszony do inauguracji roku akademickiego,
ale uroczystość odwołano po protestach profesorów i studentów. Prevost
odwiedził kaplicę uniwersytecką i przemówił do społeczności akademickiej.
Studenci skandowali „Niech żyje Papież”, a sala wykładowa została nagrodzona
owacją na stojąco.
https://www.repubblica.it/cronaca/2026/05/14/news/papa_visita_universita_sapienza_oggi-425344150/?ref=RHLF-BG-P2-S5-T1-PP
Leon XIV odwiedza Uniwersytet La Sapienza w Rzymie 18 lat po protestach
wywołanych planami, aby inny papież, Benedykt XVI, zainaugurował rok
akademicki. Ten jednak ostatecznie odrzucił zaproszenie.
"Niech żyje Papież"
Przed kaplicą Uniwersytetu Sapienza dwustu studentów cierpliwie czekało od
wczesnego rana na przybycie Papieża. Emocje, wdzięczność, oczekiwanie.
Smartfony gromadziły się, by uwiecznić jego przybycie. A potem powtarzane
okrzyki: „Niech żyje Papież!”, a potem brawa i tłumy, by uścisnąć mu dłoń,
zrobić zdjęcie, nagrać film, zrobić selfie, aż Papież wszedł do kaplicy
uniwersyteckiej wraz z rektorką Antonellą Polimeni, witany owacją na stojąco.
Wojna i konstytucja
Przywitany owacją na stojąco przez profesorów i studentów w sali wykładowej
udekorowanej żółtymi i białymi kwiatami, barwami Watykanu, papież augustianin
przypomniał o troskach świętego Augustyna, podkreślając, że wielu młodych ludzi
dziś „choruje”. Następnie zauważył: „Do tych, którzy są starsi, młodzieńcze
niezadowolenie pyta: jaki świat zostawiamy za sobą? Świat smutnie
zniekształcony przez wojny i słowa o wojnie” – kontynuował. „Tragedia XX wieku
nie może zostać zapomniana. Okrzyk moich poprzedników: „Nigdy więcej wojny!”,
tak zgodny z odrzuceniem wojny zapisanym we włoskiej konstytucji, pobudza nas
do duchowego przymierza z poczuciem sprawiedliwości, które żyje w sercach
młodych ludzi, z ich powołaniem, by nie zamykać się w ideologiach i granicach
narodowych”.
Broń czy edukacja
Papież kontynuował: „W ciągu ostatniego roku wydatki na cele wojskowe na
świecie, a zwłaszcza w Europie, wzrosły ogromnie. Nie nazywajmy «obroną»
zbrojeń, które zwiększają napięcia i poczucie niepewności, zmniejszają
inwestycje w edukację i służbę zdrowia, podważają zaufanie do dyplomacji i
wzbogacają elity, którym nie zależy na dobru wspólnym”.
Ryzyko związane ze sztuczną inteligencją
Papież powiedział, że konieczne jest „monitorowanie rozwoju i zastosowania
sztucznej inteligencji w sferze wojskowej i cywilnej, aby nie pozbawiała ona
ludzkich wyborów odpowiedzialności i nie pogłębiała tragedii konfliktów. To, co
dzieje się w Ukrainie, w Strefie Gazy i na terytoriach palestyńskich, w Libanie
i w Iranie, ilustruje nieludzką ewolucję relacji między wojną a nowymi
technologiami w spirali zagłady”. „Studia, badania i inwestycje muszą iść w
przeciwnym kierunku: niech będą radykalnym 'tak' dla życia! Tak dla niewinnego
życia, tak dla młodego życia, tak dla życia narodów, które wołają o pokój i
sprawiedliwość!” – powiedział Papież, wywołując aplauz zgromadzonych. Leon XIV
wyraził również uznanie, wśród oklasków, za fakt, że „diecezja rzymska i
Uniwersytet La Sapienza podpisały porozumienie o otwarciu uniwersyteckiego
korytarza humanitarnego ze Strefy Gazy”.
Dbanie o środowisko
„Drugi obszar wspólnego zaangażowania dotyczy ekologii” – powiedział Papież:
„Jak powiedział nam Papież Franciszek w encyklice Laudato si’, «istnieje bardzo
silny konsensus naukowy wskazujący, że jesteśmy świadkami niepokojącego
ocieplenia klimatu». Minęła ponad dekada od tego czasu i pomimo dobrych
intencji i pewnych wysiłków w tym kierunku, sytuacja wydaje się nie poprawiać.
W tym scenariuszu” – dodał Prevost – „szczególnie zachęcam was, drodzy młodzi,
abyście nie poddawali się rezygnacji, lecz przekształcili swój niepokój w
proroctwo”. „Razem ze mną i tak wieloma braćmi i siostrami bądźcie twórcami
prawdziwego pokoju: pokoju rozbrojonego i rozbrajającego” – powiedział Papież,
witając oklaskami – „pokorni i wytrwali, pracując na rzecz harmonii między
narodami i ochrony Ziemi”.
„Myślenie krytyczne”
„Potrzebna jest cała wasza inteligencja i odwaga” – powiedział papież
studentom. Zwracając się do profesorów, Leon powiedział: „Wasz Uniwersytet,
noszący boskie imię, jest miejscem studiów i forum eksperymentów, które od
wieków kształtuje krytyczne myślenie. W szczególności wy, profesorowie, możecie
pielęgnować owocny kontakt z umysłami i sercami młodych ludzi: to z pewnością
wymagająca, ale ekscytująca odpowiedzialność”. „Drodzy przyjaciele” – zakończył
papież Leon – „chociaż wspieram was w tym codziennym ćwiczeniu, moja wizyta ma
być znakiem nowego sojuszu edukacyjnego między Kościołem w Rzymie a waszym
prestiżowym Uniwersytetem, który narodził się i rozwijał w samym Kościele”. (…)
Protest z Ratzingerem
Kontekst i ludzie są inni niż 18 lat temu. Papież Ratzinger został zaproszony
do przewodniczenia inauguracji roku akademickiego, która miała się odbyć 17
stycznia 2008 roku. Przygotowując się do tego wydarzenia, fizyk Marcello Cini,
emerytowany profesor uniwersytetu, który w młodości brał udział w Ruchu Oporu,
napisał 14 listopada 2007 roku list, który został opublikowany przez „Il
Manifesto”. Krytykował w nim zarówno samo zaproszenie, w imię „podziału
kompetencji między Akademią a Kościołem”, jak i, mówiąc dokładniej, stanowiska
wyrażone przez Benedykta XVI w kontrowersyjnym przemówieniu w Ratyzbonie, a
także w kwestii teorii ewolucji i „tak zwanej teorii inteligentnego projektu”.
Po liście Ciniego 67 innych profesorów Uniwersytetu La Sapienza podpisało
kolejny list protestacyjny, w którym również przytoczono słowa Josepha
Ratzingera, gdy był jeszcze kardynałem, na temat sprawy Galileusza.
Ratzinger wycofuje się
W miarę zbliżania się inauguracji roku akademickiego studenci zorganizowali
kilka protestów, których kulminacją była okupacja senatu akademickiego i
rektoratu. 15 stycznia biuro prasowe Stolicy Apostolskiej ogłosiło, że Benedykt
XVI postanowił „przełożyć wydarzenie”. Decyzja papieża Niemiec była
prawdopodobnie podyktowana wspomnieniem protestów studenckich, które były dla
niego traumatycznym przeżyciem, gdy około 1968 roku był profesorem teologii w
Niemczech. „Uniemożliwili papieżowi zabranie głosu” – to hasło rozpowszechniło
się w wielu kręgach katolickich.
Starcie Ruiniego z Prodim
Do incydentu doszło, gdy premierem był Romano Prodi, ministrem ds.
uniwersytetów Fabio Mussi, a ministrem spraw wewnętrznych Giuliano Amato.
Kardynał Angelo Bagnasco, niedawno mianowany przewodniczącym Konferencji
Episkopatu Włoch, potępił „klimat wrogości, stworzony przez absolutnie
niewielką mniejszość profesorów i studentów” i powiedział, że papież odwołał
wizytę, biorąc pod uwagę „sugestie władz włoskich”. Palazzo Chigi odpowiedział,
że rząd zagwarantował „bezpieczeństwo i prawidłowy przebieg wizyty Ojca
Świętego”. Kardynał Camillo Ruini, który w tamtych latach często krytykował „domorosłego
katolika” Romano Prodiego, swojego byłego przyjaciela, zorganizował
demonstrację solidarności dla Benedykta XVI na placu Świętego Piotra podczas
niedzielnej modlitwy Anioł Pański, pełniąc funkcję wikariusza papieskiego dla
diecezji rzymskiej.
Wyjaśnienie Nagrody Nobla
Wśród sygnatariuszy listu protestacyjnego był Giorgio Parisi, który lata
później otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki, a dziś siedział w Auli
Magna, słuchając przemówienia Leona XIV. W 2023 roku, zaproszony do Ogrodów
Watykańskich, aby wygłosić adhortację apostolską papieża Franciszka na temat
zmian klimatu, wyjaśnił w wywiadzie dla „Repubblica”: „Generalnie jestem
przeciwny obecności przywódcy religijnego na inauguracji roku akademickiego.
Nie ma to nic wspólnego z możliwością współpracy z Kościołem w konkretnych
kwestiach jako człowiek dobrej woli. To dwie zupełnie różne kwestie. Kwestią
nie było to, czy papież powinien przyjechać do Sapienzy, ale raczej to, czy
powinien on być inauguratorem roku akademickiego, do czego nie nadaje się
przywódca religijny, czy to Dalajlama, rabin, czy papież”. (…)
3.
Draghi wstrząsa Europą: „Jesteśmy teraz sami, musimy być bardziej stanowczy
wobec USA”.
Odbierając jednak w Akwizgranie jedną z najbardziej prestiżowych niemieckich i
europejskich nagród, Nagrodę Karola Wielkiego, były prezes EBC podkreślił, że
te naciski zewnętrzne zmuszają Europejczyków do „ponownego uświadomienia sobie,
co ich łączy i co chcą razem zbudować”.
https://www.repubblica.it/economia/2026/05/14/news/premio_draghi_discorso_aquisgrana-425345310/?ref=RHLF-BG-P3-S1-T1-s2363
Szanowni Goście, Panie i Panowie,
Nie będę udawał, że Europę czeka łatwa sytuacja. Presja na nasz kontynent jest
ogromna i z miesiąca na miesiąc narasta.
Ale to nie tylko moment zagrożenia. To także moment objawienia.
Siły, które dziś stanowią wyzwanie dla Europy, osiągają coś, czego nie udało
się dokonać przez dziesięciolecia pokoju i dobrobytu: zmuszają Europejczyków do
ponownego uświadomienia sobie, co mają wspólnego i co są gotowi wspólnie
budować.
To powinno dać nam pewność siebie. Ale powinno nam również uświadomić skalę
stojącego przed nami zadania.
Od 2020 roku jeden wstrząs zewnętrzny gonił za drugim, a każdy z nich pogłębiał
poprzedni i coraz bardziej zawężał margines wahania. Nadal płacimy cła nałożone
przez naszego największego partnera handlowego, na poziomach nienotowanych od
stulecia. Teraz wojna na Bliskim Wschodzie przyniosła inflację do naszych
gospodarek i niepokój w naszych rodzinach. Nawet po ponownym otwarciu Cieśniny
Ormuz, zakłócenia w łańcuchach dostaw mogą się utrzymywać miesiącami, a nawet
latami.
Te wstrząsy byłyby trudne w każdych okolicznościach. Ale pojawiają się w
momencie, gdy europejskie potrzeby inwestycyjne stały się ogromne. To, co
szacowano już na około 800 miliardów euro rocznie na dodatkowe wydatki
strategiczne, wzrosło, wraz z zobowiązaniami obronnymi w ostatnich latach, do
średnio prawie 1,2 biliona euro rocznie.
Wzrost gospodarczy jest zatem warunkiem koniecznym do zrealizowania
wszystkiego, co Europa twierdzi, że musi dziś zrobić: sfinansować transformację
energetyczną, bronić kontynentu, rozwijać przemysł ery cyfrowej i wspierać
starzejące się społeczeństwa.
A świat, który kiedyś pomagał Europie generować dobrobyt, już nie istnieje.
Stał się bardziej surowy, rozdrobniony i merkantylistyczny.
Po drugiej stronie Atlantyku nie możemy już zakładać, że gwaranci powojennego
porządku nadal dążą do jego utrzymania. Decyzje o głębokich konsekwencjach dla
gospodarek europejskich są coraz częściej podejmowane jednostronnie, z
pominięciem zasad, które niegdyś egzekwowały Stany Zjednoczone. I po raz
pierwszy od 1949 roku Europejczycy muszą zmierzyć się z możliwością, że Stany
Zjednoczone nie będą już gwarantować naszego bezpieczeństwa na warunkach, które
dotychczas uważaliśmy za oczywiste.
Chiny również nie oferują stabilnej alternatywy. Generują nadwyżki przemysłowe
na skalę, której świat nie jest w stanie wchłonąć bez uszczuplania naszej
własnej bazy produkcyjnej. I bezpośrednio wspierają naszego przeciwnika, Rosję.
W świecie zmieniających się sojuszy, każda strategiczna zależność musi zostać
ponownie przeanalizowana. Po raz pierwszy w historii jesteśmy naprawdę sami.
Europa reaguje na tę nową rzeczywistość. Robi to jednak w ramach systemu, który
nigdy nie był zaprojektowany do stawiania czoła wyzwaniom tej skali.
Projekt europejski został celowo i mądrze skonstruowany, aby zapobiec
koncentracji władzy. Po katastrofach pierwszej połowy XX wieku Europejczycy
postanowili, że żadne państwo członkowskie nie będzie dominować nad
pozostałymi.
Zamiast tego stworzyli inny, wspólny i powszechny model zarządzania. Niezależne
agencje, regulowane procesy i rynki finansowe zostały obarczone zadaniami,
które gdzie indziej wymagałyby jednoznacznych decyzji politycznych. Tam, gdzie
konieczne było osiągnięcie porozumienia między rządami, europejski system
zarządzania obejmował je warstwami procedur, które neutralizowały ich wagę
polityczną. Decyzje, które w innych kontekstach wywołałyby podziały,
ostatecznie wydawały się decyzjami administracyjnymi.
Rezultaty tego systemu były niezwykłe. Pokój na kontynencie niegdyś naznaczonym
wojną. Powrót narodów, które spędziły pokolenia za Żelazną Kurtyną, do
wspólnoty wolnych narodów. Jednolity rynek. Euro. Swoboda przekraczania granic,
które przez wieki dzieliły Europejczyków.
Przez siedemdziesiąt lat ta architektura niosła Europę naprzód. Pozwoliła nam
osiągnąć coś historycznie rzadkiego: integrację bez podporządkowania. Opierała
się jednak na dwóch fundamentalnych założeniach.
Pierwszym było to, że Europa zbudowała prawdziwie otwartą gospodarkę, w której
państwo nie musiało kierować wzrostem gospodarczym: wolny handel wewnętrzny
poprzez jednolity rynek i wolny handel zewnętrzny poprzez oparty na regułach
porządek międzynarodowy.
Drugą rzeczą było to, że Europa nigdy więcej nie będzie musiała mierzyć się z
najtrudniejszymi problemami dotyczącymi władzy i bezpieczeństwa, ponieważ
zostaną one rozwiązane za nas.
Oba te założenia okazały się teraz bezpodstawne. A gdy zanikają, kwestie
polityczne, które Europa starała się łagodzić, wracają do centrum projektu
europejskiego.
Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w sprzecznościach europejskiego
modelu gospodarczego.
Na arenie międzynarodowej znieśliśmy bariery handlowe, wdrożyliśmy globalne
łańcuchy dostaw i zbudowaliśmy najbardziej otwartą gospodarkę świata. Jednak w
wymiarze wewnętrznym nigdy w pełni nie wcieliliśmy w życie głoszonej przez nas
otwartości: pozostawiliśmy jednolity rynek niekompletny, rynki kapitałowe
rozdrobnione, systemy energetyczne niedostatecznie połączone, a znaczną część
naszej gospodarki zamknęliśmy w wielowarstwowych regulacjach.
W tym wszystkim kryje się ironia. Europa opierała się na rynkach, aby pełnić
funkcje, do których nie był upoważniony wspólny organ polityczny. Odmówiła
jednak tym rynkom skali kontynentalnej niezbędnej do funkcjonowania. Rezultatem
nie była prawdziwa gospodarka rynkowa, lecz asymetryczna. I to właśnie z tej
asymetrii wynika wiele słabości, z którymi Europa mierzy się dzisiaj.
Pierwszą słabością jest nasza ekspozycja na popyt zewnętrzny. Europejskie firmy
zostały wyparte w poszukiwaniu wzrostu, którego sama Europa nie była w stanie
zapewnić. Od 1999 roku udział handlu w PKB wzrósł w strefie euro z 31% do 55%.
Natomiast w Stanach Zjednoczonych i Chinach praktycznie się nie zmienił. Oba te
kraje pozostają znacznie mniej narażone na ryzyka, związane z handlem.
Nasza wrażliwość na zmiany w polityce amerykańskiej i chińskiej nie jest zatem
jedynie nieszczęściem zewnętrznym. Odzwierciedla ona naszą własną porażkę w
budowaniu wystarczająco głębokiego rynku wewnętrznego.
Drugą słabością jest nasza rosnąca zależność strategiczna. Żadna rozwinięta
gospodarka nie jest w stanie jej całkowicie wyeliminować. Stany Zjednoczone
również mają swoje zagrożenia, na przykład w zakresie surowców mineralnych.
Jednak pozycja Europy jest inna.
Gdybyśmy podjęli niezbędne kroki w celu integracji naszej gospodarki, rynki
kapitałowe skierowałyby większą część europejskich oszczędności na krajowe
inwestycje produkcyjne. Energia byłaby swobodniejsza w przepływie
transgranicznym, wspierana przez sieci, połączenia międzysystemowe i systemy
magazynowania. Dekarbonizacja byłaby bliższa, a nasze gospodarki byłyby mniej
wrażliwe na szoki związane z paliwami kopalnymi: od początku konfliktu z Iranem
obywatele krajów o wyższym udziale czystej energii płacili średnio około połowę
cen hurtowych energii elektrycznej w porównaniu z krajami o niższym udziale.
Europa wybrała jednak bardziej defensywną ścieżkę. Staraliśmy się trzymać
zakłócenia na dystans. Ograniczyliśmy konsolidację, ograniczyliśmy ryzyko i
odłożyliśmy inwestycje transgraniczne. Rezultatem nie była jednak większa
kontrola. To była zależność.
Obecnie połowa kapitału zainwestowanego za pośrednictwem funduszy europejskich
wraca do Stanów Zjednoczonych, gdzie ryzyko i zyski są większe. Jesteśmy
zależni od Ameryki w zakresie 60% naszego importu LNG. Nawet w obszarze
czystych technologii Europa wciąż nie jest w stanie wdrożyć własnej zielonej
transformacji na dużą skalę bez rosnącej zależności od chińskich łańcuchów
dostaw.
Trzecią słabością – być może najważniejszą – jest pogorszenie się pozycji
Europy w obszarze technologii, które zdefiniują kolejną dekadę.
Od 2019 roku różnica w godzinowej produktywności między Europą a Stanami
Zjednoczonymi wzrosła o 9 punktów procentowych, licząc według parytetu siły
nabywczej i cen stałych. Samo w sobie nie jest to miarą różnic w poziomie
życia. Wskazuje jednak na rosnącą rozbieżność w zdolnościach produkcyjnych,
odzwierciedlającą nie tylko bogatszy amerykański sektor technologiczny, ale
także pogłębiającą się cyfryzację amerykańskich przedsiębiorstw i procesów.
Teraz sztuczna inteligencja pogłębia tę lukę.
Scenariusze OECD sugerują, że około połowa wzrostu produktywności w kolejnej
dekadzie może pochodzić ze sztucznej inteligencji i jej powszechnego
zastosowania w gospodarce. Nigdy w najnowszej historii tak duża część naszej
przyszłości gospodarczej nie zależała od pojedynczej transformacji
technologicznej.
Ale sztuczna inteligencja to nie tylko kolejne narzędzie cyfrowe do wdrożenia.
Wymaga mobilizacji przemysłu na skalę niewidzianą od pokoleń: ogromnych
inwestycji w energię, półprzewodniki, infrastrukturę obliczeniową i kapitał. I
właśnie w tym obszarze Europa zostaje w tyle.
Stany Zjednoczone są na dobrej drodze, aby do 2030 roku wydać około
pięciokrotnie więcej niż Europa na budowę centrów danych. Chiny realizują
podobne cele. Gdyby Europa podołała tym ambicjom, zapotrzebowanie na energię
mogłoby wzrosnąć o 20-30% w porównaniu z obecnym stanem.
Europa dysponuje oszczędnościami, talentami i ukrytym potencjałem
energetycznym, aby konkurować w tej transformacji. Jednak te same bariery i
ograniczenia, które stworzyły naszą ekspozycję i zależność, uniemożliwiają nam
teraz mobilizację na wymaganą skalę.
To nie jest luka, na której powiększanie się możemy sobie pozwolić. W
przeciwieństwie do elektryczności czy internetu, sztuczna inteligencja rozwija
się w miarę użytkowania. Każdy cykl wdrożeniowy generuje dane i możliwości,
które czynią kolejny jeszcze potężniejszym. Gospodarki, które jako pierwsze
wykorzystają te zalety, zyskają trwałą przewagę.
Wszystkie te trzy konsekwencje prowadzą do tego samego źródła. Europa otworzyła
się na świat, nie budując rynku wewnętrznego. Stała się zbyt zależna od popytu
zagranicznego, zbyt zależna od możliwości kontrolowanych przez innych i zbyt
rozdrobniona, by zmobilizować się na własną skalę.
Pytanie brzmi teraz, jak naprawić tę nierównowagę. W całej Europie pojawiają
się różne odpowiedzi.
Dla niektórych odpowiedź brzmi: brak zmian: podczas gdy inni odchodzą od
otwartości, Europa powinna wykorzystać szanse, jakie pozostawiają za sobą,
rozszerzyć handel z resztą świata i stać się głównym obrońcą systemu opartego
na zasadach.
Europa nadal może skorzystać na większej liberalizacji handlu. Musimy jednak
uczciwie ocenić jej ograniczenia. Według jednego z szacunków, nawet gdyby
Europa pomyślnie zakończyła wszystkie trwające negocjacje handlowe,
długoterminowy wzrost naszego PKB wyniósłby mniej niż 0,5%.
Głębszy problem ma charakter polityczny. Nowe umowy handlowe są łatwiejsze do
osiągnięcia niż rozwiązywanie niedokończonych spraw w kraju, ponieważ praca ta
zmusza nas do podejmowania decyzji, których Europa od dawna wolała unikać:
konfrontacji z utrwalonymi interesami i grupami interesów, które korzystają z
niepełnego jednolitego rynku i rozdrobnionych rynków energii. Jeśli otwartość
pozostanie naszą jedyną reakcją, będzie to oznaczało brak decyzji.
Dla innych odpowiedzią jest ponowne wprowadzenie państwa strategicznego na
rynki. W całej Europie odżywa apetyt na politykę przemysłową: ukierunkowanie
kapitału na technologie, których nie udało nam się rozwinąć, ochrona sektorów
strategicznych przed presją zewnętrzną oraz wykorzystanie ceł i wsparcia
publicznego do ochrony wzrostu gospodarczego, który tracimy za granicą.
Te stanowiska są zrozumiałe. Pod wieloma względami są wręcz konieczne. Każda
duża gospodarka świata wdraża obecnie politykę przemysłową na skalę, która
sprawia, że idea prawdziwie sprawiedliwego rynku globalnego wydaje się
absurdalna. Europa musi radzić sobie z coraz bardziej złożonymi zależnościami
zarówno od Stanów Zjednoczonych, jak i Chin. Nie możemy sobie pozwolić na
ideologiczną sztywność.
Jednak narzędzia te nie przyniosą tego, czego oczekują ich zwolennicy, jeśli
Europa nie upora się z niespójnością leżącą u podstaw jej własnego modelu
gospodarczego.
Rozważmy, co się stanie, jeśli Europa przyjmie bardziej asertywną postawę
handlową. Odwet prowokuje kontrodwet – koszty, na które Europa w obecnej formie
nie jest w stanie sobie pozwolić. Już teraz widzimy skutki amerykańskich ceł:
od ‘Dnia Wyzwolenia’ europejski eksport do Stanów Zjednoczonych spadł o około
17%.
Jednak patrząc przez Atlantyk, widzimy gospodarkę zdolną do utrzymania wzrostu
pomimo zakłóceń, które sama stwarza. Pomimo rosnących napięć handlowych,
inflacji i konfliktów na Bliskim Wschodzie, MFW podniósł prognozę wzrostu dla
Stanów Zjednoczonych w przyszłym roku, jednocześnie obniżając prognozy dla
Europy.
Lekcja jest taka, że zewnętrzna twardość wymaga wewnętrznej głębi. W Europie
państwa członkowskie różnią się znacznie pod względem poziomu integracji.
Badania EBC sugerują, że gdyby każdy zbliżył się do poziomu osiągniętego już
przez najlepszych, długoterminowe korzyści socjalne mogłyby przekroczyć 3% –
około czterokrotnie więcej niż szacowany wpływ najwyższych ceł w USA.
„Made in Europe” należy postrzegać również z tej perspektywy: jako sposób na
bardziej świadome wykorzystanie europejskiego popytu. Powinno ono oferować
branżom o długich horyzontach inwestycyjnych – półprzewodnikom, czystym
technologiom, przemysłowi obronnemu – wystarczająco duży i stabilny rynek
zbytu. Bez własnego popytu Europa nie może utrzymać wiarygodnej pozycji za
granicą.
Polityka przemysłowa zajmuje się inną wersją tego samego problemu.
Jeśli europejskie państwa członkowskie podejmą próbę wprowadzenia szeroko
zakrojonej polityki przemysłowej w ramach obecnych ram jednolitego rynku,
poniosą porażkę. Będą marnować zasoby, rozdrabniać inwestycje wzdłuż granic
krajowych i nakładać na siebie nawzajem koszty. Badania MFW pokazują, że
subsydia przyznawane w jednym państwie członkowskim hamują wzrost gospodarczy w
innych, a ich negatywne skutki niweczą pierwotne korzyści w ciągu dwóch lat.
Idealnym rozwiązaniem byłaby koordynacja pomocy państwa na szczeblu
europejskim. Ale to nie jedyny sposób na ograniczenie tych zakłóceń. Prawdziwie
zintegrowana gospodarka europejska sama w sobie zmieniłaby krajobraz polityki
przemysłowej.
Nawet gdyby pomoc publiczna pozostała krajowa, beneficjentami byłyby coraz
częściej firmy, które sprawdziły się już w skali europejskiej. Wiodące firmy w
każdym kraju miałyby mniejsze szanse na uzyskanie statusu chronionych krajowych
czempionów , a większe na to, że byłyby to firmy europejskie, zdolne do
konkurowania tam, gdzie kapitał, energia, umiejętności i łańcuchy dostaw są
najsilniejsze.
W przeciwieństwie do porażek lat 70., prawdziwi europejscy mistrzowie
najprawdopodobniej wyłonią się właśnie w taki sposób: wystawieni na konkurencję
kontynentalną i wspierani przez ogólnoeuropejską strategię przemysłową.
To z kolei dałoby rządom wyraźniejszy sygnał o rzeczywistych atutach Europy w
zakresie konkurencyjności. Pieniądze publiczne byłyby mniej skłonne do
wspierania firm bez perspektyw wzrostu, a bardziej skoncentrowane na
wzmacnianiu potencjału, którego Europa naprawdę potrzebuje. Interwencja mogłaby
stać się bardziej ukierunkowana, mniej kosztowna i skuteczniejsza.
Im bardziej Europa będzie się reformować, tym rzadziej będzie musiała polegać
na długu – krajowym lub wspólnym – aby zrekompensować swoje rozdrobnienie.
Dlatego nie należy traktować jednolitego rynku i polityki przemysłowej jako
konkurujących ze sobą filozofii. Dobrze zaprojektowane, wzajemnie się
wzmacniają.
Ale im bardziej Europa zagłębia się w politykę przemysłową i technologie
strategiczne, tym trudniej jest uniknąć centralnego faktu zewnętrznego naszej
ery: zmieniły się nasze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi.
Europa nie jest w stanie samodzielnie przywrócić na swoje terytorium każdej
kluczowej technologii. Koszt byłby zaporowy. Będziemy potrzebować
preferencyjnych umów z wiarygodnymi partnerami: gwarancji zakupu, wspólnych
standardów, wspólnych inwestycji i bezpiecznych łańcuchów dostaw. Stany
Zjednoczone pozostaną centralnym elementem tych wysiłków. Memorandum
Porozumienia między USA a Stanami Zjednoczonymi w sprawie Kluczowych Minerałów
jest tego doskonałym przykładem.
Jednak partner, od którego nadal jesteśmy zależni, stał się bardziej wrogi i
nieprzewidywalny.
Europa dążyła do negocjacji i kompromisu. W większości przypadków nie
przyniosło to rezultatu. Za każdym razem, gdy amortyzujemy szok bez reakcji,
obniżamy koszty kolejnego. Postawa mająca na celu rozładowanie eskalacji jest
wręcz zaproszeniem do dalszych eskalacji.
Na razie Europa potrzebuje zdolności do bardziej asertywnej reakcji, aby
przywrócić partnerstwu bardziej zrównoważone podstawy. Powstrzymuje nas
bezpieczeństwo. Sojusz, w którym Europa polega na Stanach Zjednoczonych w
kwestii obrony, to sojusz, w którym zależność militarna może rozciągać się na
wszelkie inne negocjacje – handlowe, technologiczne i energetyczne.
Dlatego zmieniające się amerykańskie podejście do bezpieczeństwa europejskiego
nie powinno być postrzegane jedynie jako zagrożenie. To również konieczne
przebudzenie. Jeśli Stany Zjednoczone domagają się, aby Europa przejęła większą
odpowiedzialność za obronę naszego kontynentu i naszych sąsiadów, to Europa
musi również uzyskać większą autonomię w zakresie organizacji tej obrony – a
wraz z tą autonomią nastąpi również wzmocnienie relacji handlowych i
energetycznych.
Nie powinno to osłabiać relacji transatlantyckich ani NATO. Wręcz przeciwnie,
mogłoby je wzmocnić. Europa zdolna do samoobrony mogłaby stać się nawet
cenniejszym sojusznikiem. Partnerstwo zbudowane na wzajemnej sile zawsze będzie
dojrzalsze niż to oparte na asymetrycznej zależności.
Dla samej Europy szansa jest ogromna. Przyjęcie większej odpowiedzialności za
naszą obronność oznacza również odbudowę bazy przemysłowej i technologicznej,
od której jest ona zależna. Europejskie wydatki na badania i rozwój w
dziedzinie wojskowości stanowią zaledwie jedną dziesiątą amerykańskich. Rządy
europejskie wydają od 40 do 70 miliardów euro rocznie na amerykańską broń, a
nasza niezdolność do konsolidacji popytu marnuje dodatkowe 60 miliardów euro w
wyniku utraconych korzyści skali.
Ważne zmiany są już jednak w toku.
Europa dokonała najważniejszego strategicznego wyboru od dziesięcioleci:
zainwestowała w obronność. Do końca tej dekady same Niemcy wydadzą mniej więcej
tyle samo, ile obecnie wydaje Rosja, na swoją w pełni zmobilizowaną gospodarkę
wojenną.
Ukraina przewodzi praktycznej integracji obronnej, o której osiągnięcie
instytucjonalne Europa od dawna walczy. Kraje zamawiają ten sam sprzęt,
ponieważ nie mogą sobie pozwolić na czekanie na dostosowane do ich potrzeb
wersje krajowe. Europejskie firmy produkują systemy zaprojektowane przez
Ukrainę na terytorium sojuszników.
Współpraca obronna dynamicznie się rozwija: niedawne badanie kartograficzne
zidentyfikowało ponad 160 umów dwustronnych i wielostronnych między państwami
europejskimi, Wielką Brytanią i Ukrainą – większość z nich podpisano po inwazji
Rosji. Sześć partnerstw zawiera klauzulę o wzajemnej obronie.
Teraz zadaniem jest przekształcenie tej mozaiki w jasne i wiążące zobowiązania.
Jeśli państwo członkowskie zostanie zaatakowane, reakcja Europy powinna być
jednoznaczna, jeszcze zanim kryzys się rozpocznie.
Istnieją dwa sposoby nadania treści temu zobowiązaniu, które niekoniecznie są
alternatywami.
Jednym z nich jest tworzenie mniejszych koalicji państw, których potencjał i
postrzeganie zagrożeń zbliża je do siebie. W praktyce znaczna część
europejskiej reakcji militarnej jest już wspierana przez grupę centralną –
Niemcy, Polskę, Francję i Wielką Brytanię, a także kraje nordyckie i bałtyckie
znajdujące się najbliżej zagrożenia
Nie wszystkie kraje muszą wnosić równy wkład. Ukraina pokazała, że nowoczesna
obronność nie zaczyna się i nie kończy na czołgach, samolotach i artylerii.
Zależy ona również od baterii, czujników, oprogramowania i zdolności do
szybkiej adaptacji technologii cywilnych. Niektóre kraje dostarczą żołnierzy;
inne dostarczą komponenty dronów, cyberbezpieczeństwo lub logistykę; jeszcze
inne zapewnią wsparcie finansowe.
Innym sposobem postępowania jest nadanie praktycznej treści artykułowi 42(7),
czyli klauzuli wzajemnej obrony UE, która choć zdefiniowana prawnie i już raz
powołana, nie została jeszcze przełożona na konkretne plany, zdolności i
struktury dowodzenia.
To, kto dołączy do tego wspólnego wysiłku, będzie niezwykle ważne. Każda
wspólnota polityczna jest ostatecznie kształtowana przez własną ideę wzajemnych
zobowiązań – przez to, co jej członkowie uważają za sobie winni w najgorszym
przypadku. Przez siedemdziesiąt lat Europa mogła pozostawić to pytanie
częściowo bez odpowiedzi. Teraz musimy odpowiedzieć na nie sami.
Pierwsze oznaki są już widoczne. Kiedy Rosja najechała Ukrainę, Europa
postanowiła wesprzeć naród walczący o swoją wolność, dotrzymując tego
zobowiązania rok po roku. Kiedy Grenlandia była zagrożona, Europa
przeciwstawiła się swojemu najbliższemu sojusznikowi i odkrywając w ten sposób
potencjał, o którym nie wiedziała. Nawet partie, które zbudowały swoją
tożsamość na suwerenności narodowej, teraz zdają sobie sprawę, że żaden naród
europejski nie jest w stanie obronić jej w pojedynkę.
Ale presja na zmiany napływa teraz ze wszystkich stron. Europa jest zmuszona
podjąć decyzje, których wcześniej unikała. I po raz pierwszy od wielu lat
zaczynają istnieć warunki do podejmowania takich wyborów.
Mamy do czynienia z prawdziwie nową zbieżnością diagnoz. Charakter sytuacji w
Europie jest obecnie powszechnie rozumiany zarówno przez rządy, jak i
obywateli. Istnieje plan działania, a w niektórych obszarach Komisja Europejska
już podejmuje działania.
Pod presją ostatnich lat Europejczycy na nowo odkrywają wartości, które zaczęli
uważać za oczywiste: solidarność, demokrację, praworządność i ochronę
mniejszości. To dziedzictwo powojennej Europy. I znów stają się widoczne
właśnie dlatego, że są kwestionowane.
Ta świadomość jest silniejsza niż jakikolwiek program polityczny, ponieważ daje
Europejczykom powód do działania. Obywatele już wiedzą, w jakim kierunku musi
podążać Europa: dziewięciu na dziesięciu ankietowanych przez Eurobarometr chce,
aby Unia działała z większą jednością; trzy czwarte chce, aby dysponowała
większymi zasobami, aby stawić czoło przyszłym wyzwaniom.
Ale kiedy obywatele domagają się „więcej Europy”, nie proszą po prostu o więcej
Europy, którą już mamy. Nie proszą też o abstrakcyjny projekt instytucjonalny.
Domagają się konkretnych usprawnień w sposobie, w jaki Europa ich chroni i
wzmacnia, w widoczny i weryfikowalny sposób. Pytanie brzmi, jak przekształcić
to żądanie działania w formy podejmowania decyzji, które pozwolą je osiągnąć.
Z naszego obecnego doświadczenia wynika, że działania podejmowane na szczeblu
dwudziestu siedmiu krajów często nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.
Problemem nie jest brak ambicji liderów. Problemem jest to, co dzieje się, gdy
ambicja wkracza w proces decyzyjny. Porozumienia są filtrowane przez komisje,
które osłabiają i spowalniają proces, prowadząc do rezultatu, który w
niewielkim stopniu przypomina pierwotne zamierzenia.
W rezultacie działania są tak nieadekwatne w porównaniu ze skalą wyzwania, że
stają się gorsze niż bezczynność. A Unia Europejska, która bierze na siebie
odpowiedzialność, ale nadal nie osiąga wystarczających rezultatów, wpada w
błędne koło, z którego nie może się wydostać: słabe rezultaty podważają
legitymację, a słaba legitymacja jeszcze bardziej utrudnia osiągnięcie
rezultatów.
Musimy przerwać ten cykl.
Kraje, które odczuwają ciężar tego momentu najdotkliwiej – i rozumieją, że okno
na działanie nie pozostanie otwarte w nieskończoność – muszą mieć swobodę
działania. To właśnie nazwałem „pragmatycznym federalizmem”.
Jego siłą jest to, że może jednocześnie odbudować zdolność do działania i
demokratyczną legitymację. Kraje gotowe do działania powinny pogłębiać
współpracę w konkretnych obszarach, wykorzystując narzędzia, które przynoszą
widoczne i mierzalne rezultaty dla obywateli. Każdy kraj powinien przyłączyć się
poprzez świadomy wybór narodowy, zaakceptowany przez swój elektorat, aby
obywatele wiedzieli, do czego zobowiązuje się ich rząd i mogli go rozliczać.
Wyniki budują legitymację. Legitymacja umożliwia głębszą współpracę. A wraz z
rozwojem nawyku wspólnego działania, rośnie również poczucie wspólnego celu.
To podejście będzie nieuchronnie eksperymentalne. Niektóre inicjatywy się
sprawdzą, inne nie. Dlatego jest pragmatyczne. Ale to także federalizm,
ponieważ eksperymenty nie są przypadkowe. Kieruje nimi wspólny cel:
przekonanie, że Europejczycy muszą nauczyć się sprawować władzę wspólnie, jeśli
chcą zachować swoje wartości.
Euro pokazuje, jak to możliwe. Ci, którzy chcieli iść naprzód, zrobili to.
Powstały wspólne instytucje z realną władzą. Kiedy to zaangażowanie zostało
wystawione na próbę, niezbędna solidarność okazała się o wiele większa niż
wielu przypuszczało. System przetrwał, kolejne kraje nadal dołączały, a
poparcie dla euro jest obecnie rekordowo wysokie. Dla społeczeństw, które je
podzielają, odejście stało się niemal nie do pomyślenia.
To właśnie sprawia, że europejskie zobowiązania są trwałe. Nie słowa zapisane
raz w traktacie, ale doświadczenie wspólnego działania, wspólnego wystawiania
się na próbę i odkrywania, poprzez sukces, że solidarność może działać.
Naszym zadaniem jest teraz odtworzenie tej samej dynamiki w energetyce,
technologii i obronności. Europejscy przywódcy wiedzą, na czym polega praca.
Muszą teraz zdecydować, czy są gotowi przedkładać istotę rzeczy nad proces i
wybrać narzędzia, które przyniosą rezultaty.
Dotarliśmy do punktu, w którym decyzje, które musi podejmować Europa, nie
mieszczą się już w odziedziczonych przez nas ramach instytucjonalnych. Niektóre
wymagają skali, którą może zapewnić tylko Europa. Inne wymagają poziomu legitymacji
demokratycznej, który musi być budowany oddolnie.
Wspólnie wzywają europejskich przywódców do pójścia o krok dalej.
Na całym naszym kontynencie Europejczycy demonstrują swoją chęć działania ze
strony Europy. Chcą, aby Unia Europejska broniła ich wolności, dobrobytu i
solidarności. I nadal żarliwie wspierają wartości, które sprawiają, że warto
budować Europę i które czynią ją wyjątkową.
Teraz naszym zadaniem jest odpowiedzieć odważnie na to zaufanie i pokazać, że
Europa wciąż potrafi przekuć kryzys w jedność.
4.
https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,32789558,pierwsze-malzenstwo-jednoplciowe-uznane-w-polsce-warszawa.html
… „Dziennikarze dopytywali [Trzaskowskiego], dlaczego zmienił zdanie: wcześniej
mówił, że każda para, by uzyskać polski akt, będzie musiała przechodzić drogę
sądową, tak jak małżonkowie - Jakub i Mateusz Trojanowie, którzy wygrali w TSUE
i NSA.
- Bo taką mamy już linię orzeczniczą - odpowiedział prezydent. (…)
========
A nie dlatego, że wreszcie wziął się za to Tusk, wydmuszko?
5.
https://wyborcza.pl/7,75968,32790313,peknieta-czaszka-artema-i-milczenie-politykow.html#s=S.TD-K.C-B.3-L.1.duzy
Opinie publikowane w serwisie wyrażają poglądy osób piszących i nie zawsze
muszą odzwierciedlać stanowiska całej redakcji
16-letni Ukrainiec Artem trafił do szpitala z pękniętą czaszką i zmasakrowaną
twarzą. Jego kolegę bandyci chcieli zrzucić z Mostu Świętokrzyskiego, trzeci z
chłopaków ma złamany nos. Zostali pobici przez dziesięciu napastników za to, że
są Ukraińcami, choć praska policja twierdzi, że na razie nie ma dowodów, by
„atak miał tło narodowościowe". Zastanawiam się, jakich dowodów potrzebują
policjanci, skoro bandyci krzyczeli „Wypierdalaj na Ukrainę".
Ksenofobia podsycana przez część klasy politycznej
Nie ma kraju w Europie, w którym ukraińscy uchodźcy byliby traktowani równie
źle, jak w Polsce. Świadczą o tym nie tylko dane samej policji, która pod
koniec 2025 roku wykazała, że liczba przestępstw motywowanych nienawiścią do
Ukraińców skokowo wzrosła. Ukraińcy stali się u nas wygodnym celem ataków.
Wygodnym, bo mimo że liczni, to egzystują na drugim planie społecznym,
pozbawieni prawa głosu, reprezentacji społecznej i wsparcia politycznego.
W Polsce doszło do sprzężenia zwrotnego: część klasy politycznej, która upasła
się na nienawiści do Ukraińców, podsyciła nastroje ksenofobiczne, a teraz
odpowiada na nie jeszcze większą nienawiścią. Tak nakręca się katastrofalny
społeczny trend, którego efektem jest zdarzenie z Mostu Świętokrzyskiego.
Można sprawę bagatelizować, przekonując, że Artema skatowała prawem statystyki
banda wyrostków. Ukraińców w Polsce jest dużo, zatem siłą rzeczy muszą zdarzać
się takie historie. Ja tę logikę odrzucam, może dlatego, że staramy się w
„Wyborczej" w miarę dokładnie opowiadać o nienawiści, której przedmiotem
stali się Ukraińcy.
Politycy milczą w obliczu kolejnych aktów przemocy
Nasze gazetowe apele jeszcze do prezydenta Dudy i premiera Tuska o wyraźny gest
solidarności z przebywającymi w Polsce Ukraińcami, pozostały bez odzewu.
Politycy, nawet ci liberalni i deklarujący solidarność z Ukrainą, milczą w
obliczu kolejnych aktów przemocy.
Nic dziwnego: pęknięta czaszka Artema nie jest dla Polaków tak istotna, jak
czaszki ofiar rzezi wołyńskiej, których widok rozpala masową wyobraźnię i
pozwala nabić polityczne punkty.
Jest mi, jako Polakowi, z tego powodu po prostu wstyd.
========
Howk!
6.
https://wyborcza.pl/7,162657,32789945,to-atak-na-powszechnosc-praw-czlowieka-i-zacheta-do-dyskryminacji.html#s=S.TD-K.C-B.6-L.2.duzy
Maciej Nowicki jest prezesem zarządu Helsińskiej Fundacji Praw
Człowieka, a także prezesem European Implementation Network z siedzibą w
Strasburgu – sieci uczonych i NGO-sów pracujących na rzecz wykonania wyroków
strasburskich. Wyborcza to Wy. Piszcie: listy@wyborcza.pl
Zwijanie praw człowieka
15 maja 2026 r. na konferencji Komitetu Ministrów Rady Europy w Kiszyniowie
przyjęta zostanie polityczna deklaracja o migracji, wieńcząca tzw. proces
kiszyniowski, poprzedzony głośnym listem dziewięciu europejskich przywódców, w
tym Premiera Tuska, z maja 2025 r., a następnie wspólnym oświadczeniem
ministrów sprawiedliwości 27 już europejskich państw, z grudnia 2025 r.
I tak oto, po 75 latach mozolnego rozwijania europejskiego systemu ochrony praw
człowieka wystarczył rok pospiesznego i nietransparentnego procesu, aby po raz
pierwszy w historii system ten otrzymał wyraźny polityczny sygnał, że ma się
cofnąć.
Otrzymał go wbrew prawu – od tego zacznijmy. Europejski system ochrony praw
człowieka został zaprojektowany jako prospektywny, nastawiony na rozwój.
Standardy ochrony praw człowieka mogą być z czasem jedynie podwyższane.
Szczególnie mocno podkreśla to orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii
Europejskiej w Luksemburgu w odniesieniu do unijnej ochrony praw jednostki, ale
podobnie jednoznaczna jest w tej sprawie Konwencja Europejska Rady Europy (jej
preambuła), rządząca systemem strasburskim. Ten zakaz retrogresji w
interpretacji Konwencji Europejskiej wiąże tak Trybunał, jak i państwa-strony,
w imieniu których w Kiszyniowie wypowiadają się ministrowie.
Fałszywa narracja
Przy czym tak list 9, jak oświadczenie 27, jak i zapewne sama deklaracja pełne
są zapewnień o poszanowaniu Konwencji, Trybunału strasburskiego, praw człowieka
i innych wspólnych wartości. Ale to jedynie puste słowa (lip service). Chodzi
przecież o taką reinterpretację Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która
„odpowiadałaby", zdaniem projektodawców – piętrzącym się współczesnym
wyzwaniom związanym z nieregularną migracją i wydalaniem cudzoziemców skazanych
za poważne przestępstwa. A zatem obecna interpretacja – jeśli nie brzmienie –
Konwencji przeszkadza stawiać czoło tym wyzwaniom. Taką dostajemy
diagnozę.
Cała ta diagnoza – jak słusznie zwrócili uwagę liczni eksperci, ale i
alarmujące opinię publiczną instytucje i organizacje – od Komisarza Praw
Człowieka Rady Europy, przez Amnesty International po Komitet Przeciwko
Torturom ONZ – opiera się na fałszywej narracji. Poczynając od ahistorycznego
argumentu, jakoby twórcy Konwencji nie mogli przewidzieć obecnego nasilenia
nieregularnej migracji. Przypomnijmy – konwencja powstawała po II wojnie
światowej, w obliczu bezprecedensowej skali ruchów migracyjnych i w atmosferze
obaw przed jeszcze intensywniejszą migracją związaną z nadciągającym rozpadem
europejskich imperiów kolonialnych.
Przede wszystkim jednak, Konwencja miała zapobiegać związanej z autorytaryzmem
agresji – jej powstanie wiąże się z wyciągnięciem lekcji z II wojny światowej.
Lekcja to najwyraźniej już zapomniana, teraz bowiem okazuje się, że to
Konwencja właśnie, albo co najmniej jej zbyt liberalna interpretacja, jakoby
przeszkadza w dążeniu do bezpieczeństwa i stabilności społecznej. (…)
nieprawdziwa jest ogólna antyteza: prawa człowieka stojące w sprzeczności z
bezpieczeństwem, którą lansuje proces kiszyniowski. Przestrzeganie praw
człowieka naturalnie chroni przed autorytaryzmem i związaną z nim wewnętrzną i
zewnętrzną polityczną agresją. Nieprzestrzegająca praw człowieka Rosja
ostatnich lat jest tu wymownym przykładem.
Przeciwdziałaniu i zwalczaniu przestępczości służyć powinno prawo karne, a nie
migracyjne. W demokratycznych państwach prawa powinno być też oczywiste, że
sprawcom przestępstw również przysługują podstawowe prawa i wolności, bez
względu na ich pochodzenie narodowe i etniczne czy obywatelstwo. To także jest
europejska wartość i fundament systemu ochrony praw człowieka
Zwróciłem tu tylko uwagę na niektóre, szczególnie szkodliwe elementy fałszywej
narracji, na której opiera się i którą promuje proces kiszyniowski. Ale nie
tylko o narrację tu chodzi.
Polityczny nacisk na niezależny sąd
Stawką w procesie kiszyniowskim jest nie tylko prawo migracyjne i azylowe, ale
i sama Europejska Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności –
cały europejski system ochrony praw podstawowych. I fundamentalna zasada
praworządności – poszanowanie niezależności sądów i trybunałów.
Dotyczy to także nerwowo oczekiwanego wyroku w sprawie Usnarza Górnego. Przy
czym powiedzieć trzeba, że Trybunał w Strasburgu już jest w sprawach
migracyjnych niezwykle ostrożny. Zwalanie na Sąd (i na Konwencję) winy za
niepowodzenia – a w zasadzie brak wizji – własnej polityki migracyjnej to
kolejny element fałszywej narracji, jaką podsuwają nam europejscy przywódcy.
Na marginesie dodam, że planowana deklaracja z Kiszyniowa to także ostrzał
artyleryjski przed trudnym komunikacyjnie momentem wejścia w życie unijnego
Paktu o migracji i azylu, 12 czerwca tego roku. Tak, tego Paktu, co do którego
nasz rząd przekonywał, ku wielkiemu zdziwieniu prawników, że nie będzie go
stosował, a także tego samego, co do którego dezinformował, jakoby nie było tam
odpowiedzi na wyzwania związane z instrumentalizacją migracji.
Podobnie jak w przypadku narracji uzasadniającej proces kiszyniowski trudno
jednoznacznie rozróżnić dezinformację od misinformacji, a więc cynizm od
ignorancji, tak nie chce się aż wierzyć, aby także polscy przywódcy w pełni
zdawali sobie sprawę, jak szkodliwe są podejmowane przez nich próby osłabienia
społecznej legitymacji Trybunału i politycznych nacisków na tę niezależną
władzę sądową, chroniącą prawa i wolności nas wszystkich. (…)
Wolność od tortur nie może być tylko „naszą" wolnością, a już trochę mniej
„ich" wolnością. Nie ma praw człowieka bez idei, że są to prawa równe dla
wszystkich.
Z tego powodu z pozoru mało groźna polityczna deklaracja, w istocie
przekreślająca tę ideę, może stanowić w przyszłych podręcznikach punkt zwrotny
w historii praw człowieka – moment, w którym ich erozja znajduje praktycznie
otwarte polityczne przyzwolenie państw europejskich. (…)
7.
Xi Jinping ostrzega Trumpa przed Tajwanem na szczycie w Pekinie
Xi Jinping powiedział prezydentowi Trumpowi, że kwestia Tajwanu, jeśli zostanie
źle potraktowana, może doprowadzić do konfliktu z USA. Oczekuje się również, że
omówione zostaną kwestie handlowe i wojna z Iranem.
Obaj przywódcy wzięli udział w bankiecie państwowym w Pekinie, gdzie
podkreślili potrzebę współpracy, a pan Trump zaprosił pana Xi do złożenia
wizyty w Białym Domu.
Dlaczego Xi nie potrzebuje porozumienia z Trumpem
Przywódca Chin chce zyskać na czasie dla Pekinu i może liczyć na szansę u boku
prezydenta USA osłabionego wojną na Bliskim Wschodzie.
https://www.nytimes.com/live/2026/05/13/world/trump-xi-summit-china
Punktualnie o 10:00 Xi Jinping rozpoczyna schodzenie po schodach Wielkiej Hali
Ludowej. Trzy minuty później, na placu Tiananmen, Donald Trump wysiada z
„Bestii”, swojej ciężko opancerzonej limuzyny. Podchodzi do gospodarza:
następuje długi uścisk dłoni i kilka słów. Sekretarz generalny Komunistycznej
Partii Chin towarzyszy gościowi, aby powitać chińską delegację: Cai Qi, prawą
rękę przywódcy i ministra spraw zagranicznych Wang Yi, między innymi. Następnie
Amerykanin odwzajemnia się i prowadzi Xi, aby przedstawił delegację
amerykańską: sekretarza stanu Marco Rubio, sekretarza obrony Pete'a Hegsetha i
sekretarza skarbu Scotta Bessenta. Obaj przechodzą następnie na podium
honorowe: najpierw hymn amerykański, a następnie hymn chiński, podczas gdy na
placu Tiananmen rozbrzmiewa salwa honorowa z 21 strzałów. Wykonują okrążenie
honorowe, aby dokonać przeglądu gwardii wojskowej, a następnie wiwatujących
dzieci machających chińskimi i amerykańskimi flagami oraz bukietami kwiatów:
Trump klaszcze kilka razy, rozbawiony. Amerykanin często szuka kontaktu
fizycznego z Xi, przyjaźnie go klepie po ramieniu. Zbliżając się do wejścia do
Wielkiej Hali Ludowej, Trump rozkłada ramiona w zdumieniu, jakby chciał
powiedzieć: piękne. Przed wejściem na ostatnie stopnie Xi odwraca się w stronę
placu Tian’anmen i wyjaśnia Trumpowi, co Amerykanin widzi przed sobą. Xi chciał
zatem powitać Donalda Trumpa z wielką pompą, zanim omówi z nim liczne punkty
sporne, z ich globalnymi reperkusjami, od handlu z Iranem, przez Tajwan.
„Miło mi pana powitać w Pekinie” – mówi Xi Trumpowi po wejściu do Wielkiej Hali
Ludowej, zanim rozpoczną pierwsze z dwustronnych spotkań obu przywódców, które
odbędą się dziś i jutro. „Sukces Chin i Stanów Zjednoczonych to szansa dla obu
krajów. Zawsze wierzyłem, że wspólne interesy Chin i Stanów Zjednoczonych są
ważniejsze niż różnice. Z niecierpliwością czekam na wymianę poglądów z
prezydentem w kwestiach o ogromnym znaczeniu. Stabilne relacje są korzystne dla
świata. Uczyńmy rok 2026 historycznym i przełomowym momentem w stosunkach
chińsko-amerykańskich, aby zapewnić ciągłość przeszłości i otworzyć drzwi do
przyszłości”. Xi mówi o „pułapce Tukidydesa” – idei, że wschodząca potęga i
ugruntowana potęga są skazane na wojnę – i potwierdza, że szczyt jest
wydarzeniem o globalnym znaczeniu, w którym obie strony ponoszą
odpowiedzialność wobec społeczności międzynarodowej i historii za kształtowanie
swoich relacji. Czy Chiny i Stany Zjednoczone zdołają pokonać pułapkę
Tukidydesa i stworzyć nowy paradygmat dla relacji między mocarstwami? Czy mogą
współpracować, aby sprostać globalnym wyzwaniom i zapewnić światu większą
stabilność? Czy mogą skupić się na dobrobycie obu narodów i przyszłym losie
ludzkości, aby wspólnie budować świetlaną przyszłość stosunków dwustronnych?
Zarówno Chiny, jak i Stany Zjednoczone mają wszystko do zyskania na współpracy
i wszystko do stracenia w konfrontacji. Powinniśmy być partnerami, a nie
rywalami. Powinniśmy pomagać sobie nawzajem odnosić sukcesy i wspólnie
prosperować, a także znaleźć właściwy sposób na porozumienie. Dlatego pułapka
Tukidydesa musi zostać pokonana: Xi Jinping wzywa amerykańskiego przywódcę, aby
nie obawiał się wzrostu znaczenia Chin, lecz stał się „partnerem, a nie
rywalem”. Następnie ostrzega: „W wojnie handlowej nie ma zwycięzców”. Xi
Jinping twierdzi, że chińscy i amerykańscy negocjatorzy osiągnęli „ogólnie
zrównoważony i pozytywny” wynik, nawiązując do wczorajszego spotkania w Seulu
między sekretarzem skarbu Scottem Bessentem a wicepremierem He Lifengiem.
Chiński przywódca poruszył również delikatną kwestię Tajwanu, „najważniejszego
problemu w relacjach między Pekinem a Waszyngtonem. Dobrze zarządzane stosunki
dwustronne mogą zapewnić ogólną stabilność. Niewłaściwie zarządzane, oba kraje
mogą się ze sobą zderzyć, a nawet popaść w konflikt, co postawiłoby
chińsko-amerykańskie stosunki w bardzo niebezpiecznej sytuacji. „Niepodległość
Tajwanu” i pokój w Cieśninie Tajwańskiej są nie do pogodzenia. Utrzymanie
pokoju i stabilności w Cieśninie Tajwańskiej jest najważniejszym wspólnym mianownikiem
Chin i Stanów Zjednoczonych”.
Trump twierdzi, że ma „fantastyczne relacje z Xi”. Mówi, że to spotkanie to
„zaszczyt, jakiego nigdy nie doświadczyłem” i że „będziemy mieli razem
fantastyczną przyszłość”. „To zaszczyt być twoim przyjacielem, a relacje między
Chinami a Stanami Zjednoczonymi będą lepsze niż kiedykolwiek”. „Jaki szacunek
dla Chin, jaką pracę wykonałeś. Jesteś wspaniałym przywódcą, mówię wszystkim.
Jesteś wspaniałym przywódcą. Czasami ludzie nie lubią, gdy to mówię, ale i tak
to mówię, bo to prawda”. Następnie wspomniał o uczniach, którzy go witali,
mówiąc: „Byłem szczególnie poruszony tymi dziećmi. Były szczęśliwe. To było
oczywiste. Były piękne”. Kilka godzin później Biały Dom ogłosił, że obaj
przywódcy „zgadzają się, że Cieśnina Ormuz musi pozostać otwarta, aby ułatwić
przepływ energii” i „oba kraje zgodziły się, że Iran nigdy nie może posiadać
broni jądrowej”.
Przedłużająca się wojna handlowa, cła, chipy, metale ziem rzadkich,
technologia, a następnie kwestia Tajwanu i wojna w Iranie. W programie tej
wizyty jest wiele tematów. To pierwsza wizyta prezydenta USA w Chinach od czasu
ostatniej wizyty Trumpa w 2017 roku i odbywa się w okresie rosnącej niepewności
gospodarczej i geopolitycznej. Tymczasem, według danych celnych, Chiny odnowiły
licencje eksportowe dla setek amerykańskich zakładów przetwórstwa wołowiny,
torując drogę do zwiększenia eksportu mięsa z USA do Chin.
8.
Czym jest pułapka Tukidydesa i dlaczego Xi mówił o niej z Trupem?
https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-05-14/what-is-the-thucydides-trap-and-why-did-xi-raise-it-with-trump
„To wzrost potęgi Aten i strach, jaki zaszczepił on w Sparcie, sprawiły, że
wojna stała się nieunikniona” – napisał grecki historyk Tukidydes w V wieku
p.n.e., mówiąc o wojnie peloponeskiej. A dziś wieczorem ten starożytny
scenariusz znalazł odzwierciedlenie w słowach prezydenta Chin Xi Jinpinga,
który podczas przemówienia otwierającego dwustronne spotkanie z prezydentem USA
Donaldem Trumpem powiedział: „Pytanie brzmi teraz, czy Chiny i Stany
Zjednoczone zdołają pokonać tzw. pułapkę Tukidydesa i wprowadzić nowy
paradygmat w relacjach między mocarstwami. Powinniśmy być partnerami, a nie
przeciwnikami, osiągać sukcesy dla siebie nawzajem, wspólnie prosperować i
wytyczać właściwą drogę do porozumienia się wielkich krajów w nowej erze”.
„Pułapka Tukidydesa” odnosi się zatem do tendencji do konfliktu, która pojawia
się, gdy wschodząca potęga zagraża istniejącej potędze. Teoretyzację tę
sformułował w 2017 roku politolog z Harvardu Graham Allison, który zacytował
ten fragment greckiego historyka, twierdząc, że ta „pułapka” stanowi najlepszy
punkt odniesienia dla zrozumienia relacji amerykańsko-chińskich w XXI wieku.
Allison, mimo że jego książka nosi tytuł „Skazani na wojnę”, podkreślał jednak,
że konflikt nie jest nieunikniony. Napisał, że w ciągu ostatnich 500 lat te
same warunki powtórzyły się 16 razy i nie zawsze kończyły się bombardowaniami i
masakrami. Oczywiście tylko cztery z tych 16 przypadków zakończyły się pokojem.
A jednak w dwóch ostatnich przypadkach udało się uniknąć rozlewu krwi: podczas
zimnej wojny między USA a ZSRR oraz w latach 90. XX wieku, wraz z powstaniem
zjednoczonych Niemiec w Europie.
Dziś Chiny wydają się niepowstrzymane, podczas gdy amerykańskie supermocarstwo
pogrążone jest w kryzysie strukturalnym, a jednocześnie rządzone przez
nieprzewidywalnego prezydenta, którego celem jest „uczynienie Ameryki ponownie
wielką” (Maga). Konflikt handlowy lub wypadek na morzu mogą zapalić
najstraszniejszy lont, jaki świat kiedykolwiek widział. Starożytne przysłowie,
uwielbiane przez Xi, mówi: „Niebo jest bezkresne i pozwala ptakom swobodnie
latać; ocean jest rozległy i pozwala rybom pływać do woli”. Tukidydes nie
mógłby tego lepiej ująć.
9.
Szatan, nowa rakieta Putina: 15 głowic nuklearnych i hipersoniczny wahadłowiec.
Prezydent Rosji ogłosił sukces ostatniego testu, choć eksperci wątpią w jego
rzeczywiste możliwości. Może on zapoczątkować przyspieszenie nuklearnego
wyścigu zbrojeń i budowę amerykańskiej „Złotej Kopuły”, której pragnie Trump.
https://www.repubblica.it/esteri/2026/05/14/news/satan_sarmat_nuovo_missile_putin_testate_nucleari_navetta_velocita_ipersonica-425344524/?ref=RHLF-BG-P4-S1-T1-PP
Nowy rosyjski pocisk rakietowy Sarmat, trafnie nazwany przez NATO Szatan II, to
przerażające urządzenie na papierze. Może przenosić piętnaście głowic
jądrowych, orbitować po orbicie uniemożliwiającej obliczenie celu i – według
niektórych źródeł – wystrzelić w ostatniej fazie hipersoniczny statek
kosmiczny: obiecuje on unieszkodliwić wszelkie środki obrony.
Z tego powodu jej wejście do służby, ogłoszone wczoraj przez Władimira Putina,
ma przyspieszyć wyścig zbrojeń nuklearnych i skłonić Donalda Trumpa do nalegania
na budowę tarczy kosmicznej „Złotej Kopuły”: bariery, która według
amerykańskiego Kongresu będzie kosztować 1,2 biliona dolarów, siedem razy
więcej niż szacował Biały Dom.
Sarmat pomyślnie zakończył swój ostatni lot testowy we wtorek, startując z
poligonu w Plesiecku, jednej z tajnych baz w obwodzie archangielskim, by rozbić
się w strefie wojskowej na Syberii. Doszło do dwóch innych testów w 2018 i 2022
roku, po których nastąpiła seria awarii, które, według zdjęć satelitarnych,
spowodowały poważne szkody. To projekt, który Kreml zawsze traktował
priorytetowo: jedno z narzędzi, których używa do uzyskania strategicznej
przewagi nad USA i nie tylko. Putin śledził start za pośrednictwem łącza
telewizyjnego ze swojego biura, ciesząc się z „wielkiego wydarzenia i wyraźnego
sukcesu”. Następnie wyjaśnił: „Zasięg wynosi 35 000 kilometrów, a do końca roku
pułk Sarmat będzie gotowy do służby w dywizji Użur w Kraju Krasnojarskim”.
Jego rzeczywiste możliwości są kontrowersyjne. Badania rozpoczęły się w 2014
roku, a pierwsze zdjęcie opublikowano w 2018 roku, twierdząc, że rakieta
wejdzie do służby w 2020 roku. Nie jest jasne, czy opóźnienie wynika z braku
funduszy spowodowanego inwazją na Ukrainę, czy też z trudności technicznych w
jej rozwoju. Jedna cecha zaskoczyła zachodnich obserwatorów: rakieta
wykorzystuje paliwo ciekłe, podczas gdy od połowy lat 60. XX wieku preferowane
jest paliwo stałe, ponieważ jest bardziej niezawodne i pozwala na
natychmiastową gotowość do startu. Możliwe, że rosyjscy inżynierowie opracowali
nową mieszankę paliwową, która może być przechowywana przez długi czas –
poprzednie rodzaje broni wymagały jedynie uzupełnienia paliwa przed startem – a
jednocześnie oferuje możliwość zmiany prędkości.
Sarmat ma 35 metrów długości, waży ponad 200 ton i może unieść dziesięć ton: to
gigant przeznaczony do pozostania w podziemnych silosach, zastępując prawie
pięćdziesiąt samolotów R36M wprowadzonych do służby w czasie zimnej wojny.
Rosyjska propaganda wielokrotnie zachwalała jego możliwości, mające na celu
uniemożliwienie przechwycenia. Do takich cech należy możliwość wystrzeliwania
„wabików” w celu ukrycia pozycji. Albo zwiększony początkowy ciąg, który skraca
czas reakcji po wykryciu przez satelity szpiegowskie. Albo zdolność do
utrzymywania niskiej orbity nad biegunem południowym, podczas gdy amerykańskie
baterie przeciwrakietowe są ustawione tak, aby powstrzymać jedynie atak z
północy.
Często spekulowano, że pocisk będzie przenosił kolejną superbroń Putina:
hipersoniczny statek kosmiczny Awangard, który przemierza atmosferę z
prędkością trzydziestokrotnie przekraczającą prędkość dźwięku, ale może zmienić
kurs i wystrzelić głowice nuklearne lub konwencjonalne. Każdy Sarmat mógłby
prześcignąć trzech z tych „jeźdźców apokalipsy”, którzy już trafiają do rosyjskich
sił nuklearnych, choć ich losy pozostają tajemnicą.
Jak dotąd Waszyngton nie zareagował na test ani na oświadczenia Kremla. Jednak
intencje Trumpa są dobrze znane: chce zbudować kopułę kosmiczną, która będzie
chronić Stany Zjednoczone przed każdym pociskiem balistycznym, z innowacyjnymi
systemami sterowania i przechwytywaczami – w tym laserami – umieszczonymi na
satelitach. Według niego zniszczenie urządzeń poza atmosferą zapewni Ameryce
bezpieczeństwo przed wszystkim: immunitet uważany za niebezpieczny, ponieważ
mógłby podsycić pokusę ataku pierwszego uderzenia bez obawy przed reperkusjami
nuklearnymi. Nie wiadomo jednak, kiedy Złota Kopuła będzie gotowa ani ile
będzie kosztować. Trump rozpoczął jej budowę, szacując koszt na 175 miliardów
dolarów, który ma być gotowy w ciągu pięciu lat. Teraz organ techniczny
Kongresu – Biuro Budżetowe Kongresu – przedstawiło siedmiokrotnie wyższą
prognozę: 1,2 biliona dolarów.
10.
Rosyjski atak na Kijów: 7 ofiar śmiertelnych, w tym dziecko, 44 rannych,
poszukiwanych jest 20 kolejnych osób
https://www.pravda.com.ua/news/2026/05/14/8034601/
Prezydent Wołodymyr Zełenski potwierdził, że w nocnych atakach na Kijów
zginęło co najmniej pięć osób, a ponad 70 zostało rannych w całym kraju.
10 osób uznaje się za zaginione.
„Około 40 osób zostało rannych w stolicy, a kolejnych 7 w obwodzie kijowskim -
powiedział. - W Charkowie rannych jest już 28 osób. Dwie osoby zostały ranne w
obwodzie odeskim. W sumie w całym kraju uszkodzonych zostało 180 obiektów, w
tym ponad 50 zwykłych budynków mieszkalnych”.
Zełenski twierdził, że dziś rano rosyjskie drony zaatakowały pojazd ONZ, w
którym znajdował się „szef Biura ONZ ds. koordynacji pomocy humanitarnej i
ośmiu innych pracowników”.
„Musi nastąpić sprawiedliwa odpowiedź na wszystkie te ataki. A presja na Moskwę
musi być taka, aby odczuła tam konsekwencje swojego terroru. Ważne jest, aby
globalne sankcje wobec Rosji pozostały w mocy. Odpowiedzialność Rosji za tę
wojnę i nasza presja w sprawie sankcji muszą działać z pełną mocą. I bardzo
ważne jest również, aby świat nie milczał w sprawie tego terroru i stanął po
stronie Ukrainy”.
11.
Euronews potwierdza, że USA odwołują planowaną migrację wojsk do Polski
https://www.euronews.com/my-europe/2026/05/14/us-cancels-planned-troop-deployment-to-poland-euronews-confirms
Wysoki rangą przedstawiciel NATO w wywiadzie dla Euronews powiedział, że
uzupełnianie sił „nie jest uwzględniane w planach odstraszania i obrony NATO”.
Decyzja ta jest związana z decyzją Waszyngtonu o wycofaniu 5000 żołnierzy z
Niemiec po konflikcie między prezydentem Trumpem a kanclerz Merz.
Jak potwierdza Euronews, Stany Zjednoczone odwołały wysłanie 4000 żołnierzy do
Polski w ramach szerszego planu Pentagonu, zakładającego wycofanie 5000
żołnierzy z terytorium NATO w Niemczech. …
w nagłym posunięciu, potwierdzonym przez Euronews, Stany Zjednoczone
zrezygnowały z rotacyjnych sił liczących 4000 żołnierzy, które miały zastąpić
wojska po zakończeniu ich obecności w Polsce.
Uroczystość z okazji nadchodzącego rozmieszczenia 1. Dywizji Kawalerii — znana
jako „przygotowanie sztandaru” — odbyła się 1 maja w Fort Hood w Teksasie, a
sprzęt wojskowy był już w drodze, co podkreśla, jak zaawansowane było zadanie,
zanim zostało przerwane.
Przedstawiciele NATO twierdzą, że ogólny wpływ na potencjał militarny sojuszu
był ograniczony, ponieważ siły rotacyjne nie są formalnie uwzględniane w
planach odstraszania i obrony NATO.
Potwierdzając rozwój sytuacji, wysoki rangą przedstawiciel NATO w wywiadzie dla
Euronews powiedział, że uzupełnianie sił „nie jest brane pod uwagę w planach
odstraszania i obrony NATO”.
„NATO będzie nadal utrzymywać silną obecność na swojej wschodniej flance” –
dodał urzędnik.
Decyzja ta prawdopodobnie wywoła jednak rozczarowanie w Warszawie, gdzie od
tygodni narastały spekulacje, że część wycofanych z Niemiec wojsk mogłaby
zostać zamiast tego skierowana do Polski, kraju uznawanego za kluczowy dla
ochrony wschodniej flanki Sojuszu przed Rosją….
Jednak prezydent Polski Karol Nawrocki wyraźnie dał do zrozumienia, że Warszawa
ma nadzieję na przyjęcie dodatkowych wojsk amerykańskich, mówiąc, że kraj jest
„gotowy” na ich przyjęcie.
„Jeśli prezydent Trump podejmie decyzję o przeniesieniu wojsk amerykańskich z
Niemiec, Polska jest gotowa” – powiedział Nawrocki, stojąc obok Rutte’a na tej
samej konferencji prasowej.
Źródła w NATO poinformowały Euronews, że polski rząd został poinformowany o
decyzji w środę wieczorem. …
Jesteśmy świadkami sprzecznych doniesień o odwołaniu przez USA planowanego
wysłania 4000 żołnierzy do Polski.
Minister obrony narodowej Polski Władysław Kosiniak-Kamysz zdementował
doniesienia opublikowane po raz pierwszy przez Wall Street Journal, twierdząc,
że trwają rozmowy na temat faktycznego zwiększenia amerykańskiej obecności w
kraju.
Stany Zjednoczone nie skomentowały jeszcze tych doniesień.
12.
https://x.com/MSZ_RP/status/2054897482950197468
========
I o zerze ani słowa?
13.
Premierka Łotwy Evika Siliņa ustępuje ze stanowiska
https://eng.lsm.lv/article/politics/politics/14.05.2026-latvian-prime-minister-evika-silina-steps-down.a647082/
Premierka Łotwy Evika Siliņa ogłosiła zamiar rezygnacji ze stanowiska po tym,
jak jej koalicyjni partnerzy, Postępowcy, odmówili poparcia decyzji o odwołaniu
przez nią ministra obrony kraju, Andrisa Sprūdsa, w związku z niedawnym
incydentem z udziałem drona ( Europe Live w zeszłym tygodniu ).
Siliņa była sfrustrowana reakcją na incydent. Postępowcy odmówili poparcia
następcy ministra, Raivisa Melnisa, i stwierdzili, że w praktyce nie popierają
już premier, co pozbawiło ją większości w parlamencie.
W pospiesznie przygotowanym oświadczeniu dla mediów wydanym dziś rano premier
powiedziała, że rezygnując na znak protestu przeciwko, jak to określiła,
drobnym partyjnym sporom, Siliņa podkreśliła, że odchodzi, ale się nie
poddaje”.
Jej komentarze mogą zostać odczytane jako wskazówka co do jej zamiarów wobec
nadchodzących wyborów parlamentarnych zaplanowanych już na październik.
W międzyczasie można się spodziewać dalszych rozmów na temat wyjścia z kryzysu
politycznego i utworzenia tymczasowego rządu, który będzie rządził krajem do
czasu wyborów.
Prezydent kraju Edgars Rinkēvičs planuje w piątek spotkania z liderami partii
parlamentarnych. „Łotwa nie może sobie pozwolić na niepewność polityczną i
niestabilność” – napisał wczoraj wieczorem na Facebooku, w obliczu
pogłębiającego się kryzysu.
„7 maja dwa podejrzane ukraińskie drony wleciały na terytorium Łotwy, jeden z
nich rozbił się w pobliżu składowiska paliwa.
Ówczesny minister obrony Łotwy, Andris Sprūds, powiedział, że były to
najprawdopodobniej ukraińskie drony, których celem była Rosja i które przez
pomyłkę wylądowały na Łotwie.
Od marca wiele ukraińskich dronów zmierzających w kierunku Rosji atakowało
terytoria trzech krajów regionu bałtyckiego. Krytycy twierdzą, że incydenty te
ujawniły słabość zdolności Łotwy do reagowania na zagrożenia militarne.
Łotewska koalicja rządząca trójstronna, w skład której wchodziła również partia
agrarna, od miesięcy była pod presją z powodu wielu kwestii.
W niedzielę minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha powiedział, że
incydenty na Łotwie były „wynikiem celowego przekierowania ukraińskich dronów
przez rosyjską wojnę elektroniczną z ich celów w Rosji”. Zaoferował pomoc
Ukrainy państwom bałtyckim i Finlandii w zapobieganiu podobnym incydentom w
przyszłości.
14.
[Wywiad] Bogaci właściciele mediów, ataki na dziennikarzy, autocenzura i
„influencerzy”: dlaczego wolność prasy w Europie jest w odwrocie
https://euobserver.com/215924/interview-tycoon-media-owners-attacks-on-journalists-self-censorship-and-influencers-the-battle-for-european-journalism/
Choć ataki fizyczne pozostają najbardziej widoczną formą przemocy wobec
dziennikarzy, inne zagrożenia stają się coraz bardziej powszechne: rośnie
presja ekonomiczna, wzrasta ingerencja polityczna, a wolność prasy ulega
stopniowemu ograniczeniu.
Roczny raport organizacji Reporterzy bez Granic pokazuje, że nawet w Unii
Europejskiej, długo uważanej za ostoję wartości demokratycznych i niezależnego
dziennikarstwa, można było zauważyć zauważalną zmianę sytuacji.
Ricardo Gutiérrez, sekretarz generalny Europejskiej Federacji Dziennikarzy
(EFJ) od 2013 r., wyjaśnia, w jaki sposób naciski ze strony polityków i
skoncentrowana własność mediów stały się poważnymi zagrożeniami dla wolności
mediów i niezależnego dziennikarstwa.
Jak wygląda obecnie sytuacja na rynku medialnym w Europie?
Istnieje naturalna tendencja do koncentracji własności. Jeśli firma nie
funkcjonuje, wielu aktorów będzie miało jako jedyne rozwiązanie sprzedaż firmy.
Oczywiście sprzedadzą ją większej firmie i tak właśnie rozwija się tendencja do
koncentracji mediów. Nie wszystkie rodzaje koncentracji budzą obawy.
Czy możesz podać konkretne przykłady?
W krajach nordyckich Europy występuje wysoki poziom koncentracji mediów, ale są
też właściciele, którzy są przekonani o konieczności zachowania pluralizmu.
Dlatego w ramach własnej grupy dbają o różnorodność. Mogą mieć jednocześnie
gazetę radykalnie prawicową i radykalnie lewicową.
Ich celem nie jest wpływanie na opinię publiczną, lecz sprzedaż gazet i
prenumerat. Dobrym przykładem jest nordycka grupa Schibsted. Jest to grupa obecna w
Norwegii, Finlandii i Szwecji. W tych krajach występuje ogromna koncentracja,
ale z tym, co nazywamy wewnętrznym pluralizmem. Nie istnieje wielość dostawców
mediów, lecz wielość wewnątrz dostawców mediów. To oni utrzymują wielość.
Odwrotnie jest we Francji, gdzie panuje wysoki poziom koncentracji mediów.
Najbardziej znana jest grupa Bolloré,
która, gdy jest u władzy, zmienia redaktorów naczelnych, aby promować pewne
idee polityczne. Ich celem nie jest więc zarabianie pieniędzy poprzez sprzedaż
gazet. Ich celem jest wpływanie na opinię publiczną.
W tym przypadku to właśnie idee skrajnie prawicowe są promowane za
pośrednictwem mediów: stacji telewizyjnych, radia, dzienników i czasopism.
Vincent Bolloré staje się potentatem we Francji. Dlatego powinniśmy być
ostrożni w kwestii koncentracji mediów.
Z drugiej strony, dla nas najważniejsza jest walka o autonomię redakcyjną.
Potrzebujemy niezależnych redakcji, niezależnych od właściciela. We Francji tak
się nie dzieje. We Francji występuje koncentracja własności, a dodatkowo brak
autonomii redakcji. Redakcje te są więc pod ścisłą kontrolą właściciela
Vincenta Bolloré, który decyduje, kto zostanie redaktorem naczelnym, i zwalnia
dziennikarzy, ponieważ uważa ich za „zbyt lewicowych”.
Z drugiej strony, kilka tygodni temu w Norwegii wybuchł swoisty skandal.
Nadawca publiczny i duża grupa wydawnicza postanowili ukryć informację leżącą w
interesie publicznym, że były premier [Thorbjørn] Jagland, były sekretarz
generalny Rady Europy, przewodniczący Komitetu Noblowskiego, osoba publiczna,
próbował popełnić samobójstwo i został przewieziony do szpitala. Miało to
związek z jego udziałem w sprawie Epsteina.
Nie jestem Norwegiem, ale z tego punktu widzenia uważam, że to informacja
leżąca w interesie publicznym. Dwie główne grupy postanowiły jej nie
publikować. Ale małe niezależne media opublikowały tę informację. Potem poszli
w ich ślady inni. To pokazuje, jak ważne jest posiadanie pluralistycznego
ekosystemu.
Jak Unia Europejska reaguje na potencjalne zagrożenia dla wolności mediów?
UE przyjęła w 2025 roku bardzo ważne ramy prawne, czyli europejską
ustawę o wolności mediów. Było to całkowicie nieoczekiwane ze strony
UE, ponieważ wolność mediów nie jest kompetencją europejską, lecz krajową.
Zazwyczaj UE nie ma prawa głosu w sprawie regulacji prawnych dotyczących
wolności mediów. Udało im się to zrobić wbrew stanowisku państw takich jak
Niemcy, które początkowo były całkowicie przeciwne EMFA [Europejskiej Ustawie o
Wolności Mediów].
W pewnym sensie organizacje międzyrządowe są bardziej otwarte na wspieranie
wolności mediów i niezależnego dziennikarstwa niż państwa członkowskie. Państwa
członkowskie twierdzą, że popierają wolność mediów, ale nic z tym nie robią.
Nie podejmują żadnych działań.
(…)
Ricardo Gutiérrez jest sekretarzem generalnym Europejskiej Federacji
Dziennikarzy (EFJ) od 2013 roku. Wcześniej przez 23 lata pracował dla Le Soir,
belgijsko-francuskojęzycznego dziennika. Jako dziennikarz etatowy był
przedstawicielem Belgijskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy w redakcji.
EFJ zrzesza 75 organizacji dziennikarskich z 44 krajów. Reprezentują one 300
000 dziennikarzy w całej Europie.
15.
https://wyborcza.biz/biznes/7,177151,32789484,gus-opublikowal-najnowsze-dane-o-pkb-polski-wynik-gorszy-od.html
Główny Urząd Statystyczny opublikował wstępne dane na temat dynamiki PKB za
pierwszy kwartał 2026 roku. W porównaniu z tym samym okresem w ubiegłym roku
mamy wzrost o 3,4 proc. W ujęciu kwartalnym natomiast Produkt Krajowy Brutto
zwiększył się o 0,5 proc.
Szacunki ekonomistów zebrane przez portal macroNEXT wskazywały na wzrost o 3,7
proc. w ujęciu rocznym i 0,6 proc. kwartalnym. (…)
16.
https://wyborcza.pl/7,75398,32787243,jak-ziobro-uciekl-z-wegier-w-operacje-mogli-byc-zaangazowani.html
Z informacji "Wyborczej" wynika, że do przejęcia Ziobry i
Romanowskiego na Węgrzech gotowi byli "Łowcy cieni", ale mogli zostać
oszukani przez służby węgierskie w części nadal wierne Orbanowi. W innej wersji
o ewakuacji polityków do USA mógł zadecydować rząd amerykański i operację
nadzorowali agenci CIA. (…)
17.
https://wyborcza.pl/7,75398,32790207,sluzby-nadal-nie-wiedza-gdzie-uciekl-romanowski-ktos-powinien.html#s=S.MT-K.C-B.1-L.1.duzy
… „Ziobro na pewno przebywa w Stanach Zjednoczonych, ale nadal zagadką jest
miejsce pobytu Romanowskiego.
– Dla mnie to niepojęte, że nie mamy takich informacji. To świadczy o
degrengoladzie, jeśli polskie służby i dyplomacja nie mają podstawowych źródeł
- dodaje nasz rozmówca z Ministerstwa Sprawiedliwości. (…)
Jedyną redakcją, która twierdzi, że zna miejsce pobytu Romanowskiego, jest
związany ideowo z PiS i środowiskiem Ziobry portal wpolityce.pl. W poniedziałek
po raz pierwszy portal ten podał, że Romanowski też dostał się do USA. W
czwartek portal powtórzył tę informację.
Jeśli jest ona prawdziwa, wówczas oznaczałoby to, że Stany Zjednoczone wpuściły
na swój teren nie tylko Ziobrę (który jest ścigany jedynie w Polsce), ale też
osobę poszukiwaną Europejskim Nakazem Aresztowania (ENA). I to mimo ostrzeżeń
wysłanych przez MSZ 15 kwietnia. (…)
18.
https://tvn24.pl/tvnwarszawa/wilanow/dyrektor-muzeum-palacu-w-wilanowie-odwolany-st9048508
https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,32791112,fala-decyzji-po-techno-w-wilanowie-jest-decyzja-trzaskowskiego.html
https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,32790396,wszystkie-twarze-pawla-jaskanisa.html
… „Przetrwał ministrów wszystkich opcji, przywrócił blask Pałacu w Wilanowie,
przeszedł suchą stopą przez spór ze związkowcami, wygrał ministerialny konkurs,
choć wielu wieszczyło, że pożegna się ze stanowiskiem. Pawła Jaskanisa zatopiły
koncerty, które oburzyły dosłownie wszystkich: od mieszkańców, przez obóz
władzy po opozycję.
Ministra kultury i dziedzictwa narodowego odwołała Pawła Jaskanisa z funkcji
dyrektora Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego w Warszawie. Jak dowiaduje
się "Wyborcza", Marta Cienkowska była oburzona koncertem
zorganizowanym w pałacowych ogrodach, a także zasięgiem afery na platformach
społecznościowych”. (…)
========
D.O. doda, choć wściekły za światełka, sztuczne „kwiaty” i – zwłaszcza –
ostatnią orgię dzikich wrzasków „techno”, że to Pawłowi Jaskanisowi właśnie
Polska zawdzięcza pełne odrestaurowanie rozpadającego się zabytku – narodowej
dumy – i doprowadzenie go do dzisiejszej świetności. I nie może się nadziwić,
co też wpadło do głowy dobrej Omenie, żeby wrobić i pałac i dyrektora w to
barbarzyństwo.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń