DRUGI OBIEG
Poniedziałek, 11 maja 2026
Ponieważ tej gnojek wszystkim przynosi pecha, to teraz należy oczekiwać rychłego upadku Donalda Trumpa.

1.
No i czy może być coś piękniejszego od błękitnego nieba bez ani jednej chmurki? Świat od rana jakby ożył, zaczął mienić się wszystkimi kolorami z przewagą błękitu i zieleni. Zadzwonili do D.O. Przyjaciele z zalewanej deszczem Florencji i pierwszy raz to oni zazdrościli pogody D.O. a nie D.O. im.
Wcześnie rano Park Skaryszewski był jeszcze prawie pusty, jeśli nie liczyć niedzielnych biegaczy oraz wyprowadzaczy psów. Nie dziwota więc, że o lepsze walczyły ze sobą ptasie tryle i psie ujadania. Te ostatnie, niechybnie przywiodły D.O. na myśl świat polskiej polityki, bo rozmowy naszych - pożal się Boże polityków - mają równie wiele sensu co obszczekiwanie się w psiarni. Ale psy przynajmniej są miłe.
Jeśli zaś chodzi o ptaszęta to dawno już D.O. nie słyszał tak głośnych ich wrzasków. Tu najwyraźniej trwało ptasie San Remo, choć ten śpiew był znacznie bardziej wyrafinowany od wrzasków ich ludzkich konkurentów. D.O. zatrzymał się na rozstaju ścieżek, podniósł głowę i nadstawił uszu: postanowił zostać jurorem tego festiwalu. Ale po kilku minutach odszedł, nie będąc w stanie wskazać wyraźnego zwycięzcy.
Dobra wieść jest taka, że skaryszewskie stawy i kanały wreszcie zapełniły się wodą, która też stanęła do konkursu piękności w szranki z niebem. Niebo, choć wspaniałe, jednak przegrało, bo było bardziej monotonne, natomiast na powierzchni wód otchłani pojawiły się wdzięczne nenufary.
I czyż może D.O. pozbawić Czytelnika współudziału tak zachwycającym, wiosennym spektaklu?
Gdyby w tym miejscu Ewa zaproponowała D.O. gryza jabłuszka, to D.O. by się skusił.

Tu wodospadzik, tam stawik…

A tu sosenki, jak z sekwojowego lasu.

A co powiesz, Czytelniku, na taki kwiatuszek?

No to jednak woda wygrywa turniej z niebem.

Gdyby ktoś pytał, skąd Monet czerpał inspirację…

Który kolorek wybierasz, Czytelniku?

Aż by się chciało polizać, nie?

Zielono D.O.


2.

Scoop: Rubio i Witkoff spotykają się w Miami z katarskim mediatorem w sprawie porozumienia z Iranem
https://www.axios.com/2026/05/09/witkoff-rubio-qatar-iran-deal
Sekretarz stanu USA Marco Rubio i specjalny wysłannik prezydenta Donalda Trumpa, Steve Witkoff, spotkali się z premierem Kataru i ministrem spraw zagranicznych Mohammedem bin Abdulrahmanem Al Thanim w Miami, aby osiągnąć porozumienie kończące wojnę z Iranem, donosi Axios. Według doniesień, Al Thani miał wrócić do Dohy po spotkaniu z wiceprezydentem USA J.D. Vance'em w Waszyngtonie dzień wcześniej, ale zmienił plany i udał się do Miami.


3.

Iran oferuje odpowiedź na amerykański plan pokojowy w obliczu narastającego kryzysu w Ormuz
https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-05-10/iran-submitted-response-to-us-peace-plan-proposal-irna-reports
Odpowiedź Iranu udzielona Stanom Zjednoczonym koncentruje się na „zakończeniu wojny na wszystkich frontach, szczególnie w Libanie”. Poinformowała o tym irańska agencja informacyjna IRIB News Agency, która stwierdziła, że odpowiedź Teheranu udzielona Pakistanowi odnosi się do „zakończenia wojny narzuconej przez Stany Zjednoczone i reżim syjonistyczny na wszystkich frontach, szczególnie w Libanie”. Izrael kontynuuje codzienne ataki w Libanie pomimo porozumienia o zawieszeniu broni zawartego między stronami 17 kwietnia i następnie przedłużonego.
Głównym celem irańskiej odpowiedzi na proponowane przez USA ramy jest „natychmiastowe zaprzestanie wojny” i „przywrócenie bezpieczeństwa morskiego” w Zatoce Perskiej i strategicznej Cieśninie Ormuz. Poinformowała o tym irańska agencja informacyjna ISNA, zarządzana głównie przez studentów. Zgodnie z proponowaną mapą drogową, negocjacje na tym etapie nadal koncentrują się wyłącznie na mechanizmach zakończenia działań wojennych i rozwiązania kryzysu regionalnego. Złożenie tego dokumentu jest uważane za kluczowy krok w trwających działaniach dyplomatycznych mających na celu stabilizację regionu i zakończenie trwającego konfliktu zbrojnego.
Edit: Trump odrzucił irański plan jako „całkowicie nie do przyjęcia”.


Irański Dowódca Kwatery Głównej, Chatam al-Anbija, przedstawił Najwyższemu Przywódcy, Modżtabie Chameneiemu, raport o gotowości sił zbrojnych, zapewniając go o wysokim poziomie przygotowania. Irańska telewizja, cytowana przez Al-Dżazirę, poinformowała, że Najwyższy Przywódca wydał dowódcy nowe dyrektywy, aby kontynuował „konfrontację z wrogami z siłą i determinacją”. Dowódca Kwatery Głównej, Chatam al-Anbija, potwierdził, że każdy błąd lub atak „zostanie stanowczo i szybko skonfrontowany” oraz potwierdził istnienie planów przeciwdziałania „wrogim działaniom Amerykanów i syjonistów”.
Modżtaba Chamenei nie pojawił się publicznie od czasu przejęcia władzy po ojcu, Alim Chameneim, w marcu. W czwartek prezydent Iranu Masud Pezeshkian ogłosił spotkanie z Modżtabą Chameneim, ale nie sprecyzował, kiedy to spotkanie się odbyło. Modżtaba Chamenei został ranny w zamachach bombowych podczas operacji USA i Izraela przeciwko Iranowi, w których zginął Ali Chamenei.


4.

Zraniony najwyższy przywódca Iranu znika z pola widzenia opinii publicznej, ale nadal kształtuje strategię, ocenia amerykański wywiad
https://edition.cnn.com/2026/05/08/politics/iran-khamenei-us-deal-intelligence
Charyzma jego ojca, Alego Chameneiego, była podsycana symbolami, anatemami, długimi kazaniami i częstymi wystąpieniami. Ukazywał się ludziom, aby ustanowić swoją władzę, jak wtedy, gdy w październiku 2024 r. prowadził piątkowe modlitwy z karabinem u boku, akt nieposłuszeństwa zakorzeniony w szyickim rytuale. Minęło zaledwie kilka dni od zamachu na Nasrallaha, przywódcę jego ukochanego Hezbollahu, przez siły izraelskie, a sam ten obraz wystarczył, aby przekazać wiadomość: będziemy walczyć do końca. Jego syn, Modżtaba Chamenei, rządzi przez nieobecność, czerpiąc z sieci wpływów budowanej przez trzydzieści lat tajemniczych manewrów, paktów i sojuszy, których sekretów nikt nie zna. Jego władza jest sprawowana przez zniknięcie, jak w przypadku 12. imama, al-Mahdiego, który zgodnie z szyicką tradycją wszedł w boską okultyzację, wycofując się z widoku publicznego, aby uniknąć prześladowań. Jednak Modżtaba Chamenei nie jest tak wybitnym przywódcą jak jego ojciec.
Wiele powiedziano o jego zdrowiu, a jedyną pewnością jest to, że po odniesieniu poważnych obrażeń podczas bombardowania, w którym zginęli jego ojciec, żona i jeden z synów na początku wojny, jest on przytomny i świadomy i „odgrywa kluczową rolę w określaniu strategii wojennej wraz z innymi irańskimi urzędnikami” – pisze CNN, powołując się na poufny raport CIA. Chamenei przewodzi, choć nie sam. To już drugi raport w ciągu zaledwie kilku dni, który częściowo lub całkowicie obala narrację Trumpa na temat wojny. Wstępny raport wywiadu sprzed kilku dni potwierdził, że Iran zachowuje około 70% swojego potencjału rakietowego i może przetrwać wielomiesięczną blokadę morską USA: to zupełnie inny obraz niż „unicestwienie” potencjału wojennego Teheranu, o którym mówi Trump. Raport na temat Modżtaby częściowo przeczy również narracji, której prezydent USA użył, aby uzasadnić impas w negocjacjach, a mianowicie, że nie jest jasne, kto rządzi w Iranie. To prawda, ale nie w takim sensie, jaki zamierza przedstawić przywódca USA: władza istnieje, tylko stała się jeszcze mniej widoczna.
System jest rozdrobniony, ale zamachy na wielu przywódców nie sparaliżowały państwa. Architektura podejmowania decyzji uległa zmianie, ale proces ten nie ustał. Władza nie jest już wyłącznie w rękach dominującego przywódcy. „Nowy władca formalnie zajmuje najwyższe stanowisko. Ale nie jest swoim ojcem; władza jest teraz rozdzielona między wąskie grono osób z wojska, sił bezpieczeństwa i polityki, których role i obowiązki coraz bardziej się pokrywają” – zauważa analityk Hamidreza Azizi. Przywódca Pasdaranu, Ahmed Vahidi, i kolejna grupa generałów wyznaczają kurs wojny. Mohammed Ghalibaf, przewodniczący parlamentu i były dowódca Gwardii, pełni funkcję łącznika między skrzydłem politycznym a rządem cywilnym. Rada Bezpieczeństwa Narodowego, na czele której stoi Mohammad Bagher Zolghadr, koordynuje działania różnych ośrodków władzy. Aparat bezpieczeństwa ma ostatnie słowo w szeregu decyzji dotyczących konfliktów i negocjacji, system jest bardziej zmilitaryzowany i zradykalizowany, mniej „widoczny, bardziej kolektywny w podejmowaniu decyzji i trudniejszy do wywarcia wpływu”.
Chamenei odgrywa kluczową rolę: legitymizuje decyzje, być może nawet podejmowane gdzie indziej, zapewnia ciągłość i pozwala kierownictwu Pasdaranu lub parlamentu chronić się przed krytyką. Przynajmniej na razie. Po zakończeniu wojny Modżtaba może zdecydować się na inne sprawowanie przywództwa. Po ponad dwóch miesiącach absolutnej tajemnicy irańscy urzędnicy zaczynają mówić o nim otwarcie, również po to, by uspokoić obywateli, którzy zastanawiają się, kto naprawdę rządzi krajem. Po raz pierwszy, trzy dni temu, prezydent Pezeszkian publicznie oświadczył, że spędził ponad dwie godziny z Przewodnikiem. Wczoraj Mazaher Hosseini, szef protokołu w biurze Chameneiego, potwierdził, że Modżtaba ma urazy rzepki i dolnej części pleców, a „drobna drzazga trafiła go za ucho”, ale wraca do zdrowia i „dzięki Bogu jest w dobrym zdrowiu”. Według CIA ma również oparzenia prawej strony ciała i twarzy. Ale jeśli się nie pojawi, jak mówi Hosseini, to z innych powodów, by uniknąć stania się celem: „Chcą go znaleźć, ale ludzie powinni być cierpliwi i nie spieszyć się. Porozmawia z tobą w odpowiednim momencie”.



5.

Putin sugeruje, że wojna na Ukrainie dobiega końca, ale współpracownicy twierdzą, że do pokoju prowadzi „długa droga”
Rzecznik Kremla bagatelizuje pomysł szybkiego rozwiązania konfliktu po tym, jak prezydent stwierdził, że uważa, że dobiega on końca”
https://www.theguardian.com/world/2026/may/10/vladimir-putin-suggests-ukraine-war-is-coming-to-an-end
„Słowacki premier Fico powiedział mi, że Zełenski jest gotowy spotkać się ze mną osobiście. Moglibyśmy to zrobić w państwie trzecim, ale dopiero po osiągnięciu trwałego porozumienia pokojowego. Wierzę, że konflikt na Ukrainie dobiega końca”. Niespodziewanie Putin, pod koniec kameralnej miniparady, odwraca sytuację, ponownie otwierając negocjacje, które zdawały się być w rozsypce.
Jest już wieczór, gdy prezydent Rosji rozmawia z dziennikarzami. Niedawno spotkał się osobiście z Ficą, jedynym europejskim przywódcą, który w tym roku – po przejeździe przez Kijów – mimo nieobecności na paradzie udał się do Moskwy, aby złożyć wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza i spotkać się z Putinem. Ta decyzja spotkała się wczoraj z krytyką ze strony prezydenta Niemiec Merza, ale prezydent przekazuje Putinowi „przesłanie” Zełenskiego: spotkanie, które otwiera drogę do zakończenia wojny, przekształcając rozejm uzgodniony z Amerykanami do poniedziałku w prolog do pokoju, na co liczył Trump.
Nic nowego pod chmurami w Moskwie: spotkanie zakończone porozumieniem to jedna z kart, którymi Kreml gra, wyciągając je ze stołu i kieszeni, między delegitymizacją Zełenskiego a oddaniem hołdu Trumpowi. Ale w tych czasach niespodzianek, po zawarciu rozejmu po raz pierwszy od 50 miesięcy rzezi, to nowa niewiadoma w talii. Podczas parady Putin jedynie krótko wspomniał o wojnie na Ukrainie, zwracając się do rosyjskich żołnierzy, którzy „stawiają opór agresywnym siłom uzbrojonym i wspieranym przez cały blok NATO. Mimo to” – powiedział – „nasi bohaterowie posuwają się naprzód: zwycięstwo będzie nasze”.
W rozmowach z dziennikarzami obiera inny ton i otwiera drzwi do wznowienia relacji z Europą, która pozostawała z boku podczas wszystkich negocjacji dotyczących konfliktu. Moskwa, jak mówi, odpowiadając na propozycję dialogu przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costy, „nigdy nie odrzuciła” negocjacji z UE. Wyraża również preferencję dla roli negocjatora: „Wolałbym byłego kanclerza Niemiec Schrödera. W przeciwnym razie niech wybiorą lidera, któremu ufają”. Mówi, że jest „wdzięczny” za dotychczasowe wysiłki Waszyngtonu, ale dodaje, że sprawa „dotyczy tylko Rosji i Ukrainy”.
Przynajmniej odzyskał blask po krótkiej paradzie, krótkiej i bez wielkich przywódców z przeszłości; bez pocisków i czołgów, ale z żołnierzami Korei Północnej dumnie stojącymi i, co najważniejsze, bez incydentów. W ciszy Placu Czerwonego, przy salucie orkiestr dętych, 81. rocznica zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami była skromnym wydarzeniem. Zorganizowanym z obawy przed ukraińskim atakiem, który stracił już na znaczeniu.
Chociaż Rosjanie nadal powoli zyskują przewagę na froncie, Kijów udowodnił, że potrafi atakować z ogromnej odległości za pomocą dronów i nowych rakiet Flamingo. Dyplomacja wkroczyła do akcji, by chronić paradę: w piątek Trump ogłosił rozejm, który tym razem utrzymał się po ostatnich atakach przed północą w piątek i pomimo wzajemnych oskarżeń o jego naruszenie.
Kabriolety ministra obrony Biełousowa i generała Mordwiczewa, dowódcy Wojsk Lądowych, który prowadzi paradę, przejeżdżają obok żołnierzy w pełnym umundurowaniu, w tym Koreańczyków z Północy, którzy pomogli wyzwolić Kursk. Po raz pierwszy od lat nie ma tradycyjnej parady czołgów i pojazdów opancerzonych, pocisków i wyrzutni rakiet.
„Nasi żołnierze ponieśli ogromne straty i ponieśli ogromne ofiary w imię wolności narodów Europy” – powiedział Putin, wzywając do uczczenia minutą ciszy 27 milionów żołnierzy radzieckich poległych w II wojnie światowej. Przemawiał jednak do publiczności dalekiej od jej najlepszych lat: wśród nielicznych obecnych byli prezydenci Kazachstanu i Uzbekistanu, a także białoruski lojalny wobec kraju Łukaszenka, przywódcy Malezji i Laosu, Abchazji, Osetii Południowej i Bośniackiej Republiki Serbskiej. Jeszcze w zeszłym roku, gdy Ukraina nie była w stanie skutecznie uderzyć na Plac Czerwony, był tam prezydent Chin Xi Jinping. Teraz panuje tam ta sama pustka, co w czasach COVID-19.
Jednak dwóch czołowych przedstawicieli Kremla zbagatelizowało wszelkie możliwości szybkiego zakończenia wojny. Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla, powiedział w ten weekend, że osiągnięcie porozumienia pokojowego w sprawie Ukrainy zajmie dużo czasu.
„Oczywiste jest, że strona amerykańska się spieszy, ale kwestia rozwiązania konfliktu na Ukrainie jest zbyt skomplikowana, a osiągnięcie porozumienia pokojowego to bardzo długa droga z wieloma skomplikowanymi szczegółami” – powiedział Pieskow.
Doradca Kremla Jurij Uszakow powiedział, że negocjacje „prawdopodobnie zostaną wznowione”, ale nie wiadomo kiedy.

Ukraińscy urzędnicy poinformowali w niedzielę, że w ciągu ostatnich 24 godzin doszło do rosyjskich ataków dronów i prawie 150 starć na polu bitwy, pomimo trzydniowego zawieszenia broni między Kijowem a Moskwą, ogłoszonego w przeddzień parady w Moskwie, wynegocjowanego przez USA. Rosyjskie ministerstwo obrony poinformowało w niedzielę, że Rosja zestrzeliła 57 ukraińskich dronów.
========
Putin powiedział dziennikarzom, że wojna już się zwija. Postawił jednak różne warunki i zaproponował, żeby mediatorem został Gerhard Schroeder.
Jak tak dalej pójdzie, to Rosja podpisze porozumienie pokojowe sama z sobą. Pytają D.O. różni, czy można pokładać nadzieję w słowach Putina?
D.O. odpowiada z przekonaniem:"No chyba cię pogięło". Wierzyć Putinowi, wierzyć obietnicom Putina, wierzyć w to, że Schroeder może być pośrednikiem między czymkolwiek lub kimkolwiek? To oznaka naiwności, jeśli nie słabego rozumku. Przede wszystkim pomysły Putina na zakończenie wojny są w dalszym ciągu niczym więcej niż tylko pomysłami agresora, który już dalej nie daje rady prowadzić swojej agresji z zamierzonym rozmachem. Po drugie żaden szanujący się rząd nie wpuści dzisiaj Gerharda Schroedera do żadnego ze swoich pałaców. Po trzecie to świat dzisiaj Putinowi stawia warunki, a nie Putin światu. Gdyby na miejscu debila w Waszyngtonie był ktokolwiek inny, choćby inny debil, tylko mniej debilny, to prawdopodobnie byłoby już dawno po tej wojnie. A tak, to Ukraina musi stawiać czoło nie tylko bandyckiej Rosji, ale także Z nagła zbandyciałej Ameryce. A mimo to, tej wojny nie przegrywa.
Już w lutym 2022 roku, zaraz po agresji, D.O. pisał, że jeśli Rosja wygrywała jakieś wojny, to tylko dzięki walnemu wkładowi Kozaków w każde z tych zwycięstw. Teraz sama, głupio, zdecydowała się walczyć z Kozakami. No i to są rezultaty.


6.
Ataki nasilają się, drony są coraz częstsze, liczba ofiar śmiertelnych rośnie, ale linia frontu przesuwa się nieznacznie lub wcale. Po 1535 dniach walk wojna na Ukrainie tkwi w impasie, którego żadna innowacja technologiczna ani plan ataku nie wydają się w stanie przełamać. Z tego powodu, za wojowniczymi deklaracjami, zarówno w Moskwie, jak i w Kijowie, szerzy się przekonanie, że nie ma nadziei na zwycięstwo na ziemi: nadszedł czas na negocjacje dyplomatyczne.
Przerażająca parada na Placu Czerwonym obnażyła słabość armii Kremla, niezdolnej nawet do obrony stolicy. Putin wygłosił następnie enigmatyczne oświadczenia o „zbliżającym się końcu konfliktu” i, choć odrzucił propozycję spotkania z Wołodymyrem Zełenskim przed zawarciem porozumienia, otworzył drzwi do rozmów z UE. Z drugiej strony, niemożność zdecydowanego zwycięstwa militarnego potwierdził generał Walerij Załużny, dowódca sił zbrojnych do 2024 roku, a obecnie ambasador w Londynie: główny rywal prezydenta Zełenskiego, który według sondaży odniesie zwycięstwo w wyborach: „Główną konsekwencją wprowadzenia nowych narzędzi, takich jak drony – napisał – jest przejrzystość pola walki, która doprowadziła do impasu, uniemożliwiającego osiągnięcie celów operacyjnych i strategicznych”.
Co to oznacza? Jeśli jedna z wrogich armii przygotowuje atak na dużą skalę, zostaje natychmiast wykryta przez uskrzydlone roboty, a każdy manewr jest skazany na porażkę. Analiza Załużnego została zinterpretowana jako polityczne otwarcie negocjacji i znalazła oddźwięk w kraju zdeterminowanym, by stawić opór, ale wyczerpanym ponad czteroletnimi walkami. Perspektywa kolejnej zimy pełnej przerw w dostawie prądu, zimna i śmierci zaczyna być dyskutowana w niezależnej prasie. Tymczasem Kijów może teraz zasiąść do stołu negocjacyjnego z szeregiem gwarancji. Przede wszystkim, przezwyciężono krytyczną fazę rozwodu z Ameryką. 90 miliardów euro dofinansowania przyznanego przez UE zapewnia zasoby gospodarcze do 2027 roku. Nawet uzbrojenie dla wojsk jest teraz przede wszystkim europejskie: wkład Niemiec stale rośnie, wypełniając luki pozostawione przez USA w najbardziej krytycznych sektorach, takich jak pociski ziemia-powietrze, a pomoc ze strony pozostałych państw Unii i Wielkiej Brytanii również jest coraz ważniejsza.
Klucz leży jednak na linii frontu: Rosjanie nie są w stanie przebić się przez łańcuch ufortyfikowanych miast w Doniecku. Ofensywa rozpoczęta wiosną ubiegłego roku utknęła w martwym punkcie: moskiewskie brygady zdobyły 160 kilometrów kwadratowych w marcu i 141 w kwietniu. Od początku 2026 roku tempo natarcia zwolniło o dwie trzecie, a według Forbesa, w tym tempie będą mogli zająć całą Ukrainę dopiero w 2256 roku. Najbardziej dramatycznym czynnikiem są ofiary: szacunki oparte na kremlowskich statystykach demograficznych mówią o 352 000 zabitych i 900 000 rannych. Pomimo masakry Rosjanie kontynuują ataki: obecnie naciskają na Siewiersk i Kostyantyniwkę w Donbasie, jednocześnie szukając drogi do Orichowa na Równinie Zaporoskiej.
Mini-naloty, hybrydy dronów i rakiet, wynalezione przez Ukraińców, rozprzestrzeniają wojnę na każde rosyjskie miasto, aż po Ural. Te naloty zaczynają wywierać wpływ na opinię publiczną i podważać poparcie dla Kremla. Blokada Ormuzu i gwałtownie rosnące ceny ropy naftowej napędzają jego gospodarkę w czasie wojny, ale Putin nie ma asów w rękawie, by podważyć obronę Kijowa. Znalezienie rozwiązania konfliktu pozwoliłoby mu zachować nienaruszoną władzę. Jakie mogłoby być wyjście? Pod koniec 2025 roku rozmowy mediacyjne Białego Domu zaczęły nakreślać kompromisowe opcje dotyczące losu Donbasu. Jednak proces dyplomatyczny utknął w martwym punkcie, głównie dlatego, że Trump nie chciał udzielić gwarancji bezpieczeństwa dla przyszłości Ukrainy. I to pozostaje kluczową kwestią do rozwiązania.


7.

https://wyborcza.pl/7,75399,32781181,oto-prawdziwa-parada-putina-szokujace-informacje-o-skali.html#s=S.TD-K.C-B.1-L.2.duzy
Niezależne redakcje rosyjskie policzyły dane z Rejestru Spraw Spadkowych i orzeczenia sądów. Na tej podstawie uzyskały przybliżone dane, pokazujące liczbę zabitych rosyjskich żołnierzy.
Najnowsze ustalenia opublikowały dziewiątego maja niezależne redakcje "Meduza" i "Mediazona". Data jest oczywiście nieprzypadkowa: w tym samym dniu przez Plac Czerwony przeszła parada z okazji Dnia Zwycięstwa. W tym roku była wyjątkowo skromna, przede wszystkim dlatego, że Rosjanie obawiają się ukraińskich dronów.
Dziennikarze doszli do przybliżonej liczby strat na podstawie imiennej listy poległych, nad którą od kilku lat pracuje rosyjski oddział BBC we współpracy z "Mediazoną", w oparciu o dane z Rejestru Spraw Spadkowych oraz orzeczenia sądów. To do nich, wyjaśniają, w ostatnich latach, co roku, wpływa o kilkadziesiąt tysięcy wniosków więcej o uznanie danej osoby za zmarłą lub zaginioną, niż w okresie przedwojennym.

Gigantyczna skala strat rosyjskich w Ukrainie
Według dziennikarzy od momentu pełnowymiarowej inwazji na Ukrainę zginęło 352 tys. żołnierzy rosyjskich.
"Aby oszacować liczbę osób zaginionych, uznanych przez sąd za zmarłe, zastosowaliśmy dwie różne metody: jedna opiera się na analizie spraw spadkowych, druga – na analizie wniosków o uznanie za zmarłego lub zaginionego. Oba podejścia dały podobne wyniki: najbardziej prawdopodobna liczba takich ofiar do połowy 2025 roku wynosi około 90 tysięcy osób. Według najbardziej konserwatywnych szacunków nie może ich być mniej niż 52 tysiące, ale są to oczywiście dane niekompletne" - czytamy na łamach "Meduzy".
Redakcja "Deutsche Welle", analizując wnioski niezależnych rosyjskich dziennikarzy, zwraca uwagę, że autorzy śledztwa porównali imienną listę poległych żołnierzy z rejestrem spraw spadkowych i obliczyli prawdopodobieństwo uwzględnienia w nim poległych dla każdej grupy wiekowej i społecznej. Nie należy bowiem zapominać, że znaczna większość żołnierzy zwerbowanych w koloniach karnych żadnego majątku lub rodzin, które mogłyby starać się po ich śmierci o spadek, nie miała. Uzyskany współczynnik pozwolił przeliczyć liczbę spraw spadkowych na rzeczywiste straty. „Podając konkretną liczbę, mówią o wartościach centralnych, najbardziej prawdopodobnych" - tłumaczą.
Podana w materiale liczba 352 tysięcy obejmuje 261 tysięcy „zwykłych" ofiar śmiertelnych oraz 90 tysięcy osób, które "zostały uznane za zmarłe lub zaginione na mocy orzeczenia sądu, albo których śmierć władze zarejestrowały z opóźnieniem wynoszącym 180 dni z innego powodu". Na chwilę obecną dziennikarze ustalili imiona i nazwiska ponad 217 tysięcy spośród nich.

Na wojnie przede wszystkim giną Rosjanie z prowincji
Dziennikarze "Mediazony" oraz "Meduzy" podkreślają, że nie uwzględnili w śledztwie liczby ofiar śmiertelnych wśród obywateli innych państw, którzy walczyli po stronie armii rosyjskiej. Zastrzegają też, że liczba poległych może być wyższa. "Liczba osób zaginionych w ciągu ostatnich sześciu miesięcy analizowanego okresu, czyli od lipca do grudnia 2025 roku, zostanie opublikowana w późniejszym terminie", wyjaśniali.
Najczęściej na wojnie w Ukrainie, wynika z dokumentów, do których dotarły redakcje, życie tracą mieszkańcy odległych i ubogich regionów Rosji. Pod względem liczby ofiar na 10 tysięcy mężczyzn na czele znajduje się Tuwa (120 zgonów), następna są Buriacja (91) i Republika Ałtaj (89). W Moskwie wskaźnik wynosi 3. "Prawie połowa poległych z Ałtaju to ochotnicy, którzy podpisali kontrakt po 2022 roku. Jedna czwarta wszystkich poległych z Tuwy to więźniowie zwerbowani do Grupy Wagnera", podsumowują.
Doniesienia te skomentował Dmitrij Głuchowski, słynny rosyjski pisarz, dzisiaj przez Rosję wyklęty ze względu na antywojenne poglądy. "Wyobraźcie sobie: jedziecie samochodem z Moskwy z prędkością 100 kilometrów na godzinę, a na poboczu stoją ludzie, trzymając się za ręce, tworząc łańcuch. Przez pięć godzin jedziecie wzdłuż tego ludzkiego łańcucha, który nigdzie się nie urywa. Ponad 500 kilometrów. Aż do granicy z Ukrainą. W łańcuchu stoi 350 tysięcy osób. To ludzie zabici podczas wojny z Ukrainą – i to tylko po stronie rosyjskiej. To ci zabici, których nazwiska są znane i których śmierć została potwierdzona. Wyobraźcie sobie, że możecie zatrzymać się w dowolnym miejscu podczas tej pięciogodzinnej podróży do granicy z Ukrainą i zobaczyć oraz poznać każdą z tych osób. Oto prawdziwa parada Putina z 9 maja" - napisał w niedzielę, 10 maja, na Facebooku.


8.

https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,32753085,jan-hartman-to-nie-zydzi-lecz-arabowie-byli-i-sa-najwiekszymi.html#s=S.others-K.C-B.2-L.1.maly
Izrael, ta twierdza syjonistycznych najeźdźców i okupantów, to kraj meczetów, falafeli i języka arabskiego, bo miliony Palestyńczyków są tam u siebie, ciesząc się prawami obywatelskimi i politycznymi, o jakich reszta muzułmanów Bliskiego Wschodu może tylko pomarzyć.

Siedemnaście lat temu ukazał się w „Tygodniku Powszechnym" mój artykuł, który zatytułowałem „Zrozumieć antysemitę". Pisząc go, wykrzesałem maksimum empatii i zrozumienia dla tych, którzy, ulegając być może wpływom pewnych przesądów, mimo wszystko nie chcieliby być antysemitami. Sądziłem więc, że nie należy się od nich odwracać, a za to spokojnie z nimi rozmawiać, przyznając im prawo do swoich emocji.
Tekst bardzo się spodobał, choć redakcja wolała zmienić tytuł na „Chciałbym być sobą". Przyznano mi nagrodę Grand Press, antysemici zaś pisali do mnie listy pełne sympatii i wdzięczności. Czułem się nieco dziwnie. Coś było nie tak.
Naprawdę chciałem zrozumieć antysemitę, a także dać mu od siebie odrobinę zrozumienia. Nie na darmo język polski rozumienie i zrozumienie tak podobnie nazywa; jest tu jakieś moralne połączenie.
Gotów byłem, dla zgody, uwierzyć, że faktycznie antysemityzm jest zjawiskiem marginalnym i stopniowo zanikającym, a mierzenie Polaków miarą wojny, powojnia i roku 1968 jest anachronizmem i niesprawiedliwością.
Stare antysemickie klisze w rodzaju: „Żydzi są przewrażliwieni na punkcie antysemityzmu", uważałem za niegroźne nieporozumienie i rzecz marginalną. Podobnie jak legendę o Żydach, którzy domagają się specjalnego traktowania z powodu Holokaustu.
Niech sobie pogadają. Niech mają, mówiłem do siebie. Przecież nie wszystko trzeba prostować, nie o wszystko trzeba się wykłócać.
Jednocześnie wydawało mi się, że nienawistna propaganda stworzona w okolicach KGB w latach 60. i przejęta potem przez systemy propagandowe reżimów muzułmańskich oraz sponsorowane przez nie organizacje terrorystyczne to zbiór najpodlejszych nonsensów, które oddziaływać mogą jedynie na antysemicki margines zagnieżdżony w ultralewicowych i ultraprawicowych organizacjach na Zachodzie.
Znam to od dziecka i nauczyłem się wzruszać ramionami, jak gdyby haniebne klisze same się kompromitowały, budząc wstręt u ludzi choć trochę wykształconych i mających nieco przyzwoitości. Uśmiechałem się z przekąsem, słysząc na Zachodzie, że „Izrael to państwo kolonialne założone przemocą na odwiecznych palestyńskich ziemiach przez białych europejskich Żydów pod pretekstem Holokaustu, państwo, którego ideologią jest żydowski faszyzm, zwany dla niepoznaki syjonizmem, a celem usunięcie prawowitych mieszkańców i zajęcie w drodze napaści i podboju jak największego terytorium należącego do ludu palestyńskiego".
Trochę bardziej się denerwowałem, gdy na studenckich imprezach w Amsterdamie czy w Paryżu słuchałem mantry o Żydach, którzy w jakiejś chorej zemście za Holokaust „robią to samo" Palestyńczykom, co im niegdyś robili Niemcy.

Ale cóż, nie takie wszak rzeczy słyszysz w izraelskich kawiarniach, gdy obok ciebie palestyńscy studenci gwarzą sobie z zagranicznym stypendystami, albo na palestyńskiej wycieczce, na którą można się udać spod Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie. Kiedyś mieszkałem w Izraelu przez pół roku, to się naoglądałem i nasłuchałem.
Nasłuchałem się też muezinów, bo akurat mój pokoik na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie wychodził na meczet. Bo trzeba wiedzieć, że Izrael, ta twierdza syjonistycznych najeźdźców i okupantów, to kraj meczetów, falafeli i języka arabskiego, bo miliony muzułmanów – dziś bodajże pół na pół definiujących się jako Arabowie bądź Palestyńczycy – są tam u siebie, ciesząc się prawami obywatelskimi i politycznymi, o jakich cała reszta muzułmańskich mieszkańców Bliskiego Wschodu może tylko pomarzyć. Dysonans poznawczy? A, to już nie moja wina.
Przez długie lata moja cierpliwość była wielka, a przy tym nieco narcystyczna. Z łagodnym uśmiechem mówiłem do siebie: Jak to dobrze, że palestyńscy adwokaci, lekarze, profesorowie czy posłowie mogą sobie publicznie wygadywać, jakim to potwornym reżimem jest państwo Izrael, które pozwala im wygadywać, jakim to potwornym reżimem jest państwo Izrael, które pozwala… i tak dalej.
W sumie było to nawet w swej absurdalności zabawne, tym bardziej że potakiwali im na wszelkie sposoby wspierający „sprawę palestyńską" izraelscy lewicowi idealiści, na przykład ci z kibuców pod granicą z Gazą, później okrutnie wymordowani przez swoich „serdecznych przyjaciół" i „gości".

Od Egiptu po Jordanię. Nie Żydzi, ale Arabowie najbardziej krzywdzą Palestyńczyków
I tylko niech w waszych głowach nie zalęgnie się myśl, jakobym wierzył w jakąś palestyńską sielankę w Izraelu i nie miał pojęcia o doznawanych przez Palestyńczyków krzywdach. Nie, nie i jeszcze raz nie.
Izrael ma bardzo wiele na sumieniu, gdy chodzi o traktowanie Palestyńczyków. Zwłaszcza na terenach zdobytych na Jordanii i Egipcie, czyli na Zachodnim Brzegu i w Gazie, jakkolwiek daleko mu do tej wrogości, jaką okazują im kraje arabskie i Arabowie, którym wszak nie mogło się spodobać, że pół wieku temu na masową skalę zaczęli się odżegnywać od narodowości arabskiej.
A jednak setki tysięcy ludzi doznawały i wciąż doznają różnych form dyskryminacji ze strony Izraela i Izraelczyków, a tragedia, jaką było zawładnięcie Gazą przez krwawych dżihadystów z Hamasu, znęcających się bez litości nad terroryzowaną przez siebie ludnością, w dużej mierze zawiniona jest przez Izrael.
Do dawnych win trzeba zresztą doliczyć te nowe, związane z wojną w Gazie, podczas której dochodzi do bombardowań, zabójstw i wyburzeń, których nie da się uzasadnić strategią i taktyką wojny sprawiedliwej. Nie mamy jeszcze wiarygodnej wiedzy na ten temat, lecz większość niezależnych ekspertów twierdzi, że w Gazie miały miejsce zbrodnie wojenne. Oby winni im wojskowi zostali ukarani. Choć stopniowa destrukcja praworządności w Izraelu oraz udział skrajnej prawicy w rządzie dają powody, by obawiać się tego, czy procesy będą w pełni uczciwe.
To samo dotyczy licznych skarg na tortury, które składają palestyńscy więźniowie. A do tego jeszcze trzeba dodać panoszenie się prawicowych ekstremistów na Zachodnim Brzegu, urządzających „zajazdy" na palestyńskich sąsiadów, na co izraelskie organy ścigania patrzą przez palce. Miejmy nadzieję, że tegoroczne wybory doprowadzą do prawdziwej zmiany i naprawienia zepsutego izraelskiego państwa prawa.
Jednakże to nie Żydzi, lecz Arabowie zawsze byli i pozostają największymi krzywdzicielami Palestyńczyków, nie mówiąc już o tym, żeby mogli im robić nadzieje na przekazanie jakichkolwiek kontrolowanych przez siebie terenów pod ich własne państwo. Takie oferty padały wyłącznie – i wielokrotnie – ze strony Zachodu oraz Izraela i w kilku przypadkach, wbrew sowieckiej i arabskiej propagandzie, były naprawdę hojne i uczciwe.
A były odrzucane wyłącznie z tego powodu, że celem fundamentalistycznych reżimów na Bliskim Wschodzie, nie mówiąc już o palestyńskich organizacjach terrorystycznych, było nie stworzenie państwa palestyńskiego obok państwa żydowskiego, lecz całkowite wyeliminowanie tego drugiego. O to właśnie chodzi w radośnie rozbrzmiewającym na ulicach Warszawy i Berlina haśle: „From the river to the sea, Palestine will be free". To używane od wielu dekad zawołanie terrorystów jest niczym innym jak wezwaniem do eksterminacji i wie to każdy, kto choć odrobinę orientuje się w tych sprawach.
Mimo wszystko do niedawna większość Izraelczyków wierzyła w rozwiązanie dwupaństwowe, popierając palestyńskie dążenia niepodległościowe. I jeśli te dążenia nie zostały zrealizowane, to nie z winy Izraela, lecz z winy sponsorowanych przez Arabów i Irańczyków organizacji terrorystycznych. To one torpedują proces budowy państwa palestyńskiego, a naród palestyński jest zakładnikiem bliskowschodnich dyktatur, które cynicznie posługują się nim w swojej walce z Izraelem, unikając bezpośredniej konfrontacji.

7 października 2023 Hamas ruszył na wojnę z Izraelem
Antysemitów udających przyjaciół Palestyńczyków tak naprawdę nic a nic Palestyńczycy nie obchodzą. Nie obchodzi ich upodlenie Palestyńczyków w Libanie, Syrii i w Jordanii, gdzie zresztą stanowią większość obywateli. Palestyńczycy interesują antysemitów wyłącznie jako ofiary faktycznych bądź domniemanych krzywd ze strony Izraela, bo stwarzają doskonały pretekst dla „bezpiecznego" wyrażania wrogości wobec „syjonistów", połączonego z pełnymi oburzenia zapewnieniami, że nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem.
Albowiem antysemityzm – dawniej wypisywany na sztandarach – stał się po drugiej wojnie światowej wstydliwy i niegodny postępowego przedstawiciela klasy średniej. Trzeba więc go manifestować w tak załgany i zakamuflowany sposób, żeby dało się samemu uwierzyć, że się go w sobie nie ma.
Dziś tych idealistów wierzących, że Palestyńczycy, Arabowie i Persowie kiedyś zgodzą się na istnienie dwóch państw: żydowskiego i palestyńskiego, została garstka. Na Bliskim Wschodzie nikt oprócz Żydów nie dawał Palestyńczykom nadziei i nikt oprócz nich realnie nie popierał wolnej Palestyny. Jeszcze do niedawna chciała tego wręcz większość Żydów – w Izraelu i w diasporze.
Pamiątką po tym idealizmie, zresztą zmieszanym z jakąś głupią kalkulacją obliczoną na osłabienie Organizacji Wyzwolenia Palestyny, jest Gaza w krwawym uścisku Hamasu.
W roku 2005 doszło bowiem do niebywale ekscentrycznej akcji pod znakiem „dajmy Palestyńczykom całkowitą wolność w Gazie", a polegającej na tym, że izraelskie wojsko siłą wysiedlało Żydów ze Strefy Gazy, burząc ich domostwa i synagogi. Była to jakaś absurdalna czystka etniczna à rebours, jakiej świat nie widział. A że był to teren wyrwany przez Izrael spod kontroli egipskiej, Izrael poczuwał się do tego, by rozpiąć nad nim parasol ochronny. I tak zaczął się jakiś obłędny taniec z mordercami.

Z pomocą Izraela Hamas – wówczas jeszcze znacznie spokojniejszy – objął władzę w Gazie, z roku na rok coraz wyraźniej ukazując prawdziwe oblicze. Zaczął się hamasowski terror – mordowanie nieposłusznych Palestyńczyków i regularne krwawe zamachy w Izraelu, który przez lata ledwie na nie reagował.
A równolegle cały Zachód, czyli Europa, USA i Izrael, dosłownie zasypywały Gazę pomocą materialną. Te pieniądze przejmował coraz bardziej radykalny i coraz hojniej sponsorowany przez Arabów Hamas, budując sieć tuneli i zbrojąc się na wojnę z Izraelem. Ostatecznie ruszył na nią 7 października 2023 roku.

Kaszuba, Ślązak, protestant może być Polakiem. Ale polski Żyd?
Ja też już nie wierzę w rozwiązanie dwupaństwowe, czyli w wolną Palestynę. Tak jak nie wierzę w dobrą wolę antysemitów, by stopniowo wyzwolić się z uprzedzeń. Wszystko się we mnie zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy spłynąłem na margines życia wraz z brunatną falą nienawiści, która przelała się przez Zachód i przez Polskę po straszliwym pogromie z 7 października 2023.
Pogromie, w którym terroryści z Hamasu wraz z tłumem cywilów w zapamiętałym szale mordowali żydowskie dzieci, kobiety i mężczyzn, spełniając to, co przed dekady obiecywano w okrzykach dobywających się z tysięcy gardeł Gazańczyków demonstrujących ekstatyczny entuzjazm, ilekroć któremuś z terrorystów udało się przedrzeć do Izraela i zamordować jakiegoś Żyda.
W Gazie wychowano całe nowe pokolenie ludzi, którzy od przedszkola byli uczeni, że zabicie żydowskiej kobiety i żydowskiego dziecka jest chwalebnym aktem męczeństwa, za które idzie się do nieba. Patologiczna nienawiść do Żydów stała się spoiwem społeczeństwa Gazy i podstawą jego więzi z krwawym reżimem, który nim rządził. I rządzi nadal.
Zawsze mnie zdumiewało, że te wciąż powtarzające się obrazki zbiorowej ekstazy z powodu mordów na niewinnych ludziach nie wzbudzały na Zachodzie żadnych emocji. Skoro tak, to i ja wzruszałem ramionami. A bo miałbym być gorszy?
A przecież wiedziałem, jaki jest powód tej zdumiewającej obojętności. Żyjąc w środowisku głęboko niechętnym Żydom, sam nasiąkasz taką niechęcią, a przynajmniej na nią obojętniejesz. Niestety, bardzo wielu polskich Żydów, będących wszak Polakami, odznacza się taką ambiwalencją. A wielu spośród nich okazało się dziś po prostu antysemitami.
Po 7 października maski opadły, a z ludzkich dusz powyłaziły głęboko skrywane sprzeczności, kompleksy i przesądy. Przed oczami polskich Żydów przeszedł zdumiewający korowód złamanych oportunistów, zaprzańców i zdrajców, z przerażeniem w oczach bełkoczących wszystkie hamasowskie mantry. Nic już nie będzie pośród polskich Żydów takie samo. Żyjemy jak małżeństwo po zdradzie.
To, że 7 października stał się paliwem nienawiści do Żydów i wizerunkową podporą dla terrorystów, przebrało czarę goryczy – nie tylko w mojej duszy. Zrozumiałem, zrozumieliśmy, czym naprawdę jest antysemicka nienawiść kipiąca w słowach, które w tysięcznych powtórzeniach słyszymy od polityków i działaczy lewicy, od dziennikarzy i zwykłych ludzi.
Wyciągnięta ręka została więc cofnięta, a rozumienie nie łączy się już u mnie ze zrozumieniem. Koniec złudzeń. Żydzi na Zachodzie żyć nie mogą, chyba że z całą gorliwością przyłączą się do rytuału wieczystego potępienia Izraela i bić się będą w piersi z powodu niekończących się zbrodni swoich ziomków.

Również w Polsce można być Żydem tylko warunkowo. Trzeba potakiwać rozmaitym bałamuctwom na temat stosunków polsko-żydowskich, oburzać się na „oskarżanie Polaków o antysemityzm" i zasadniczo „nie obnosić się" ze swoim żydostwem. Mile widziane są sentymenty, jakaś opieka nad cmentarzami czy organizowanie koncertów muzyki klezmerskiej, byleby chodziło o martwych Żydów i byleby można było powiedzieć, że współczesna Polska dba o pamięć o „mniejszości żydowskiej".
Bo polski Żyd, choć praktycznie zawsze jest Polakiem i niczym się od innych Polaków nie różni, traktowany jest jako „przedstawiciel mniejszości narodowej".
To nie pomyłka ani żadne nieporozumienie. To autentyczne przekonanie, że jak ktoś jest Żydem, to przecież nie może być jednocześnie Polakiem. Kaszuba, Ślązak, protestant z Wisły – owszem, ale Żyd?

Nie, ja już tak nie chcę. Furda tam tysiące nazistowskich wyzwisk pod moim adresem w internecie. Nie dbam o to. Ale nie będę się prosił o akceptację ani dawał się poklepywać po plecach, jaki to ze mnie porządny Żyd, co to o Polakach źle nie mówi i broni ich przed oszczercami. Dość już mamy w Polsce karierowiczów na prawo i lewo wydających wszystkim chętnym moralnym parweniuszom glejty poświadczające, że nie są antysemitami (a jedynie prawymi „antysyjonistami").
Ich hasłem po 7 października stał rzucany Żydom w twarz bierno-agresywny truizm, że „nie każda krytyka Izraela jest antysemityzmem". A ktoś twierdzi inaczej? Naprawdę? Akurat tak się składa, że polscy Żydzi są niemalże jak jeden mąż i jedna żona krytyczni wobec Izraela i poczynań armii izraelskiej w Gazie.
Ale to bez znaczenia. Choćbyś sto razy powiedział, że Izrael popełnia w Gazie zbrodnie, lecz mimo to sprzeciwił się ortodoksji propagandy Hamasu, a więc odrzucił któryś z punktów litanii: okupanci, ludobójcy, czystki etniczne, terror, głodzenie ludności, to i tak natychmiast zostaniesz przez lewicę medialną i polityczną potępiony jako bezkrytyczny poplecznik Netanjahu „broniący ludobójstwa w Gazie" oraz zaciekły „syjonista".
Polski Żyd został wezwany do tego, aby głośno potępić Izrael i przyłączyć się do „propalestyńskich" inicjatyw, czyli marszów, bojkotów, apeli i rezolucji. Dokładnie tak samo jak w roku 1968, gdy żydowska bierność i niepotępianie Izraela oznaczały „syjonizm" i zdradę, za którą dostawało się „dokument podróży".
Nie wiem, ilu Żydów wówczas poszło na kolaborację. Dziś takich jest wielu.

Widok byłych kolegów wijących się przed kamerami, wyduszających z siebie rytualne zaklęcia z hamasowskiej listy oszczerstw, budzi we mnie głębokie zażenowanie i odrazę.
To samo dotyczy również osób niebędących Żydami, lecz przez lata angażujących się w sprawy kultury żydowskiej – ich podpisy pod listami i rezolucjami krzyczącymi agresywnym przemilczaniem winy Hamasu za śmierć dziesiątek tysięcy Gazańczyków sprawiły, że coś we mnie pękło i umarło.
Nikomu już nie zaufam. Obraz tysięcznych tłumów idących z flagami palestyńskimi, opętańczo drących się na Izrael i domagających się zaprzestania działań wojennych wyłącznie od niego, jak gdyby Hamas był w tej wojnie niewinny, nie otaczał się ludnością cywilną jak tarczą, nie blokował ewakuacji i nie mógł zakończyć wojny w jednej chwili, był dla mnie szokiem.
A takie pochody miały miejsce również w Polsce, gdzie zresztą tylko raz odbyła się demonstracja solidarności z porwanymi Izraelczykami – mała i niemalże bez udziału Polaków niebędących Żydami.
Tak, ci ludzie na ulicach wykrzykujący hasła miłe dla ucha terrorystów i udzielający im w niedwuznaczny sposób poparcia każdego dnia czekali na paliwo dla swego „wcale nie antysemickiego" gniewu. A paliwem tym były wieści o zabitych cywilach, wieści podchwytywane chciwie, by tylko móc napawać się nienawiścią do Izraela i katarktycznym poczuciem, że „to nie ma nic wspólnego z antysemityzmem". Wstrząsająca moralna ohyda – udawać gniew moralny i domagać się sprawiedliwości, osłaniając milczeniem winowajców co najmniej połowy dziejącej się tragedii.
Ulicy zaś towarzyszyła medialna kampania propagandowa. Wielkie redakcje wręcz wydelegowały spechejterów do nagłaśniania propagandy Hamasu i gromkiego przemilczania jego zbrodni (oczywiście z wyjątkiem jednorazowego incydentu z 2023 roku). To zapamiętanie w nienawiści doszło do jakiegoś obłędnego apogeum, gdy ogłoszono, że nie istnieje coś takiego jak „konflikt izraelsko-palestyński". Bo przecież nie można nazwać trwającej dekady zbrodniczej agresji najeźdźców wymierzonej w niewinną, pokojową ludność takim neutralnym słowem jak „konflikt"!
W chwili, gdy pierwszy raz usłyszałem tę mowę nienawiści w pewnej ważnej liberalnej rozgłośni, również po raz pierwszy w życiu pomyślałem o opuszczeniu kraju.

Czym się różni 7 października 2023 w Izraelu od 11 września 2001 w USA
Restytucja propagandy sprzed 60 lat to już samo w sobie coś spektakularnego. Jednakże chyba nie to mnie i w ogóle nas, Polaków będących Żydami, boli najbardziej. Wiedzcie, że przeżyliśmy prawdziwy szok, widząc, jak masowa jest obojętność na najdzikszy antysemityzm, który znalazł dla siebie wyjątkowo szerokie ujście właśnie wtedy, gdy terroryści osiągnęli największy sukces w dziejach
Wspomniałem już o swoim niegodnie obojętnym stosunku do faktu, że kolejne bomby podkładane przez palestyńskich terrorystów nikogo nie wzruszały. Tym razem jednak było inaczej. Tym razem ogarnęło mnie przerażenie, gniew, a w końcu gorzka rezygnacja. Dziki pogrom, w którym zaszlachtowano ponad tysiąc niewinnych ludzi, w tym setki dzieci, nie wzbudził prawie żadnych emocji. W Polsce na pewno nie w jednym choćby procencie takich jak 11 września pamiętnego roku 2001. Nawet śmierć Polaków z rąk terrorystów nikogo w Polsce nie obeszła.
Niech zgadnę. Nie wiem, ale na pewno nie dlatego, że byli Żydami i obywatelami Izraela. To byłaby wstrętna insynuacja.
Jednak zaszło coś jeszcze gorszego niż obojętność. Oto 7 października stał się kamieniem węgielnym dla haniebnej retoryki budującej wizerunek Hamasu jako niezłomnej i właściwie niezwyciężonej, dzięki swemu hartowi ducha i powszechnemu poparciu, organizacji zbrojnej walczącej o wolność Palestyny. Bo, owszem, „bojownicy Hamasu" imają się czasami metod terrorystycznych, lecz zasadniczo walczą w imieniu narodu palestyńskiego o jego słuszną sprawę.
Trzeba więc potępić eksces 7 października, lecz po wysłowieniu tego potępienia można już ująć w nawias feralny dzień i swobodnie przejść do oceny Hamasu jako legitymizowanych obrońców Gazy walczących ze zbrodniczą inwazją Izraela. Słowem, Hamas może i przesadził, dopuścił się zbrodni, lecz walczy za Palestynę i racja w tej wojnie jest po jego stronie.

Tak oto powstała najbardziej przewrotna figura retoryczna w nowszych dziejach nienawiści do Żydów polegająca na potępieniu „jednego dnia z życia Hamasu" i wywiązaniu się tym sposobem z obowiązku potępienia terroryzmu, by następnie przejść już do porządku dziennego polegającego na bezkrytycznym i skwapliwym powtarzaniu każdego oszczerstwa, które Hamas i jego poplecznicy podsuną.
A głównym kryterium prawdziwości oszczerstw, którymi tysiące działaczy i dziennikarzy każdego dnia karmiły opinię publiczną Zachodu, było to, że zohydzają Izrael i Żydów, potwierdzając wszystkim wiadomy fakt, że Żydzi są źli, a ich państwo jest zbrodnicze.
Tak! Nikt nie mówi tego wprost, lecz cały „mainstreamowy" dyskurs liberalnych mediów jest w oczywisty sposób prohamasowski, bo służy celom Hamasu i delegitymizuje cel strategiczny Izraela, jakim jest zniszczenie tej potwornej terrorystycznej organizacji. O, nie, jej status jest zupełnie inny niż Państwa Islamskiego vel ISIS czy Al Kaidy – bo tamci mordowali niewinnych muzułmanów i chrześcijan, ci zaś – Żydów.
Nie tylko z całą skwapliwością powtarzało się i nadal powtarza jeden do jednego wszystko, każdą podłą niedorzeczność, jaką wyprodukują propaganda Hamasu i akredytowani przy Hamasie „dziennikarze" i „działacze", lecz przede wszystkim cała moc oburzenia i potępienia kierowana jest wyłącznie przeciwko Izraelowi i wyłącznie od Izraela żąda się ustąpienia.
Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby wspieranie celów Hamasu, z wycofaniem się Izraela z Gazy na czele, a więc i pozostawieniem Hamasu w spokoju, nazywać działaniem „propalestyńskim".

Życzenie Palestyńczykom, aby Izrael pozostawił ich na pastwę Hamasu, jest chyba najgorszym, czego w ogóle można im życzyć.
To czysty obłęd. Nienawiść ogłupia do tego stopnia, że „propalestyńscy" działacze i komentatorzy dosłownie „zapomnieli" choćby udawać minimum bezstronności i obiektywizmu w swych ocenach moralnych i z tego tytułu pro forma wezwać Hamas do poddania się i zwolnienia zakładników, a więc do uczynienia czegoś, co natychmiast zakończyłoby wojnę, a co jednocześnie jest jego oczywistym moralnym obowiązkiem. Nie! Do kapitulacji wzywany jest wyłącznie Izrael.
Podobne wyłączenie funkcji intelektualnych i moralnych ma miejsce w związku z masowym udawaniem, że nie zna się różnicy znaczeniowej między „dokonać ludobójstwa" a „zabić wielu ludzi".
Każdy „propalestyński" hejter, nawet jeśli wypiera ze świadomości diaboliczną strategię Hamasu dekującego się w szpitalach i biorącego ludzi na zakładników, to przecież wie, że w Gazie nie ma obozów zagłady, egzekucji ani innych przejawów ludobójstwa.
Są ofiary cywilne, których można było uniknąć, są ekscesy i zbrodnie wojenne, lecz nie ma niczego, co choćby przypominałoby realizację ludobójczych haseł Hamasu skierowanych przeciwko Żydom.
Antysemici już wiedzą: Żydzi wymordowali kobiety i dzieci
Długo jeszcze nie będziemy wiedzieć, jak dokładnie przebiegała wojna w Gazie i kto jakie popełnił zbrodnie. Niezależne świadectwa i wiarygodne, poddane krytycznej analizie, przydatne dla sądów dane dopiero są zbierane. Jednak antysemici wszystko już wiedzą: Żydzi bestialsko wymordowali ponad 70 tysięcy Palestyńczyków, w większości kobiet i dzieci.
Nie wiem, co trzeba zrobić ze swoją inteligencją i moralnością, aby oślepnąć kompletnie na powszechnie znane kryteria oceny sposobu prowadzenia wojny przez biorącą w niej udział armię. To wielka sztuka, sztuka zidiocenia z nienawiści.
Dla porządku więc przypomnę, że liczba zabitych sama w sobie nie pozwala na żadne oceny. Trzeba poznać wiele danych, na czele z tą, jaka jest proporcja ofiar uzbrojonych i cywilnych, jakie podjęto środki ochrony ludności cywilnej, jak wyglądał przebieg działań zbrojnych w porównaniu z innymi konfliktami o podobnym charakterze – w tym przypadku: wojna miejska z przeciwnikiem kryjącym się pośród cywilów – a przede wszystkim: czy istniały alternatywne i mniej krwawe scenariusze realizacji celu strategicznego wojny.
Jednakże takich pytań „wcale-nie-antysemici" i prawi „antysyjoniści" w ogóle nie stawiają. Wolą udawać głupich, byleby tylko utrzymać wysoki poziom moralnego pobudzenia maskującego antysemicką nienawiść. To jest naprawdę szokujące: żadne liberalne medium w Polsce nie zadało sobie pytania, co właściwie Izrael miał zrobić po 7 października. Wiadomo, miał podkulić ogon i czem prędzej ogłosić uznanie państwa palestyńskiego!
Wojna w Gazie ma teraz przerwę. Ale Hamas liże rany i się nie podda, więc wojna powróci. Jednakże prędzej czy później Gaza zostanie uwolniona od Hamasu, choć od normalności w zburzonej aglomeracji, a już zwłaszcza normalności samorządnej i demokratycznej, dzielą nas lata. Na razie jest tragedia, ruina i nienawiść.

Właśnie – niedawny hit antysemickiej propagandy to wyniki badań nad nienawiścią do Palestyńczyków z Gazy pośród Żydów z Izraela. To jednak musi być straszny naród, ci Żydzi, bo aż 80 procent żydowskich Izraelczyków odnosi się z wrogością do gazańskich Palestyńczyków. Wiadomo! W Gazie tylko 79 procent ludności nienawidzi Żydów, a gdyby na miejscu Izraelczyków byli polscy katolicy, to, daję słowo, byłoby to 78 procent i ani procentu więcej!

*Jan Hartman – profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego (Wydział Nauk o Zdrowiu) i publicysta. Urodzony w 1967 roku we Wrocławiu, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Autor ponad 20 książek, publicysta. Ostatnio wydał „Etykę życia publicznego", „Zmierzch filozofii" oraz autobiograficzną „Spowiedź antychrysta".
========
D.O. proszę nie wliczać, Szanowny Panie Profesorze.


9.

‘Reform’ oskarżona o brak potępienia „oczywistego rasizmu” po wypowiedzi radnego, który stwierdził, że „Nigeryjczykami powinno się załatać dziury w drogach”
Glenn Gibbins został wybrany na radnego partii Reform w Sunderland na początku tego tygodnia, pomimo wcześniejszych komentarzy na temat Nigeryjczyków
https://www.independent.co.uk/news/uk/politics/reform-uk-tice-farage-gibbins-racism-potholes-b2973788.html
„Nie mogę uwierzyć, ilu Nigeryjczyków jest w mieście… Wszyscy powinni zostać skremowani i wykorzystani do załatania dziur w naszych drogach!” – napisał w internecie w marcu 2024 roku Glenn Gibbins, kandydat Reform UK – partii Nigela Farage’a – w północnoangielskim okręgu wyborczym Sunderland. Otóż w zeszły czwartek, w angielskich wyborach lokalnych, które sam Farage wygrał, Gibbins zdobył mandat radnego miejskiego. Mimo wszystko.
Co więcej, Gibbins, wybrany w okręgu wyborczym Hylton Castle, jest również krytykowany, ponieważ pojawiły się inne posty, opublikowane w internecie przez nowego radnego, a następnie usunięte, jak ten o Nigeryjczykach. Migranci przybywający drogą morską są nazywani „armią muzułmanów, którzy w końcu się przeciwko nam zwrócą” i „nasza tolerancja jest najpotężniejszą bronią muzułmanów”. Pojawiają się jednak również mizoginistyczne i homofobiczne obelgi, jak choćby określenie prezenterek telewizyjnych Mel i Sue mianem „najgrubszych, najbardziej odrażających i najsmutniejszych lesbijskich gospodyń w historii”, podczas gdy podczas meczu rugby Irlandia-Japonia w 2021 roku Gibbins podobno napisał o komentatorce: „Chciałbym, żeby po prostu gotowały, szyły i zajmowały się domem”.
Ale to wszystko nie wydaje się wielkim problemem dla partii Nigela Farage'a. Wiceprzewodniczący Reform UK, Richard Tice, powiedział dziś rano w BBC: „W ten weekend świętujemy nasz niesamowity sukces wyborczy. Ale jak każda partia, mamy wewnętrzne procedury postępowania w przypadkach, gdy ktoś powiedział lub zrobił coś złego. Potępiam wszystko, co jest złe i niewłaściwe. Wyborcy słyszeli już wcześniej podobne kampanie oszczerstw i lekceważenia wobec nas i w odpowiedzi masowo na nas głosowali”. Jednak dziś po południu Reform UK zdecydowało o zawieszeniu Gibbinsa w prawach członka partii do czasu zakończenia wewnętrznego śledztwa.
Minister edukacji rządu Starmera, Bridget Phillipson z Partii Pracy, odpowiedziała, nazywając incydent przykładem „tego rodzaju rasizmu i podziałów”, jakie Reforma zaszczepia w polityce. Rzecznik Partii Pracy dodał: „To absolutnie groteskowe, że Reforma nie może nawet otwarcie potępić ewidentnego przejawu rasizmu. Znamienne jest to, że Tice próbował zbagatelizować te komentarze. Znamienne jest również to, że Nigel Farage odmówił wcześniej odwołania go z listy kandydatów i teraz cieszy się, że jest on przedstawicielem Reformy jako doradcą. Oba te przypadki to hańba”.


10.

Podróżowanie autostopem, ale na poboczu: w Szwajcarii powstają stacje bezpłatnych przejazdów dla pokolenia wyżu demograficznego.
W Château d'Oex, w kantonie Vaud, zainstalowano ławki z podświetlanym panelem z napisem „Stop Merci”, głównie z myślą o osobach powyżej 60. roku życia. Inicjatywa zyskuje obecnie popularność w innych gminach. „Nasze pokolenie było do tego przyzwyczajone”.
https://www.repubblica.it/esteri/2026/05/10/news/autostop_panchine_svizzera-425335822/?ref=RHLM-BG-P7-S1-T1-fdg15

Cofnijmy się w czasie o 50 lat, by na nowo odkryć dreszczyk emocji towarzyszący staniu na poboczu drogi z uniesionymi kciukami, czekaniu na samochód, który zatrzyma się i zabierze cię, pomagając ci dotrzeć do celu, na którym ci zależy. Czy to na romantyczne spotkanie, koncert rockowy, czy po prostu do szkoły, gdy spóźniłeś się na autobus, nie miałeś ani samochodu, ani skutera i musiałeś polegać na życzliwości innych, by cię podwieźli. W nadziei na uniknięcie nieprzyjemnych spotkań. Urok autostopu, legendarny w powieści „W drodze” Jacka Kerouaca, jednego z twórców pokolenia beatników, został wskrzeszony przez szwajcarską gminę Château-d'Oex, liczącą 3500 mieszkańców w kantonie Vaud, przede wszystkim z myślą o pokoleniu wyżu demograficznego, które pół wieku temu często korzystało z niego codziennie, by podróżować jako młodzi, bez grosza przy duszy.
W Château d'Oex zainstalowano kilka ławek z podświetlanym panelem z napisem „Stop merci”. Krótko mówiąc, to doświadczenie autostopu, które eliminuje tradycyjny gest uniesienia kciuka w stronę przejeżdżających samochodów. „Należę do pokolenia autostopowiczów, więc bez problemu siadam na jednej z tych ławek. Elektroniczny kciuk to dla mnie wygoda” – wyjaśniła 72-letnia Martine Monnet francuskojęzycznej szwajcarskiej telewizji publicznej.
Inicjatywa gminy w kantonie Vaud, która zyskuje popularność również w innych pobliskich miejscowościach, nie ma na celu przygody. Zapomnijmy więc o długich podróżach Kerouaca i jego przyjaciela Neala Cassady'ego po Stanach Zjednoczonych. Oferuje ona raczej możliwość wyruszenia w podróże, podczas których siwowłosi autostopowicze mogą nawiązać kontakt z innymi, unikając konieczności korzystania z własnego samochodu lub kupowania biletu autobusowego. Mogą też wybrać się na wycieczkę do pobliskiego parku Gruyère. Można by to nazwać autostopem 2.0.


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga