DRUGI OBIEG
Czwartek, 11 czerwca 2026


1.

Papież koronuje Sagrada Familia błogosławieństwem Wieży Jezusa
Na zakończenie mszy Barcelona przeżywa świetlisty spektakl, jeden z tych, które pozostają w pamięci, dodający miastu poczucia własnej wartości i pozostający w pamięci, z twarzą Gaudiego i hasłem: „Najpierw miłość, potem technika”.
Papież Leon XIV powierzył się Matce Bożej z Montserrat w środę podczas wizyty w klasztorze Montserrat, gdzie wezwał do propagowania miłości w mediach społecznościowych, w debatach politycznych i we wszystkich aspektach życia codziennego.
https://www.lavanguardia.com/politica/20260610/11560808/papa-leon-xiv-visita-espana-barcelona-ultima-hora-hoy-en-directo.html
Cranes working on the construction of the Sagrada Familia against the backdrop of the Barcelona skyline
Dziesięć godzin przed planowanym przejazdem wierni zajmowali już miejsca wzdłuż trasy, którą papież Leon XIV miał przebyć w swojej krótkiej podróży, aby poświęcić kultowy kościół Antoniego Gaudiego, Sagrada Família.
Długo trzeba było czekać, ale dziś wieczorem, 144 lata po rozpoczęciu prac, papież poświęci niedawno ukończoną centralną wieżę bazyliki w obecności członków hiszpańskiej rodziny królewskiej, premiera i setek biskupów.
Po ukończeniu budowy Wieży Jezusa Chrystusa, najwyższej z 18 w świątyni, bazylika osiągnęła swoją maksymalną wysokość 172,5 metra. Jest to obecnie nie tylko najwyższy kościół na świecie, ale i najwyższy budynek w Barcelonie. Została konsekrowana w 2010 roku przez papieża Benedykta XVI.
Środki bezpieczeństwa, w tym zamknięcie kilku stacji metra i ulic, sprawiły, że miasto niemal całkowicie sparaliżowało ruch. Jednocześnie w pobliże Sagrada Família mogą dostać się tylko zaproszeni goście.
Jednak pobliskie sklepy z pamiątkami odnosiły spore sukcesy, sprzedając pamiątki po papieżu, obok zwykłej kolekcji tatuaży związanych z Gaudim.
Policja szacuje, że wzdłuż trasy krótkiej podróży papieża ustawi się 70 tys. osób, czyli mniej niż w Madrycie i jeszcze mniej niż 650 tys. osób, które pojawiły się na paradzie zwycięstwa piłkarzy FC Barcelona po zdobyciu przez nich mistrzostwa Hiszpanii w zeszłym miesiącu.
Dziś przypada setna rocznica śmierci Gaudiego, którego biograf Gijs Van Hensbergen opisał jako „człowieka o średniowiecznej duszy i awangardowym umyśle”.
Gaudí, często nazywany architektem Boga, poświęcił ostatnie 12 lat swojego życia pracy nad Sagrada Família.
W czasach, gdy wielu mieszkańców Barcelony odwracało się od religii, Gaudí powiedział, że chce stworzyć kościół dla wszystkich, „Biblię w kamieniu”, stąd umieszczenie na obrazach przedstawień miejscowych ludzi i scen z życia codziennego pośród bardziej konwencjonalnych obrazów religijnych.
Według historyka przemysłu Jamesa Doueta „Sagrada Família została pomyślana tak, aby przywrócić niezadowoloną klasę robotniczą Barcelony do wiary katolickiej, odwrócić ją od anarchistycznej przemocy i wrogości wobec kleru, które stały się cechą charakterystyczną miasta, a także w pewien sposób odpokutować lub zadośćuczynić za grzeszność jej mieszkańców”.
Poświęcenie wież to ostatni przystanek w napiętym grafiku podróży Leona do Barcelony, w ramach którego odbyły się m.in. audiencja u prezydenta Katalonii Salvadora Illi, wizyta w więzieniu o zaostrzonym rygorze, modlitwa różańcowa w klasztorze w Montserrat oraz apel o jedność Katalonii wygłoszony w języku hiszpańskim i katalońskim.
Chociaż Sagrada Família osiągnęła już swoją pełną wysokość, ukończenie fasady Glory głównego wejścia zajmie jeszcze dziesięć lat, a do tego dochodzi jeszcze budowa kontrowersyjnych wielkich schodów, co wiązałoby się z koniecznością zapewnienia mieszkań od 1000 do 10.000 osobom, w zależności od tego, który plan zostanie wdrożony.
Spór o to, czy to, co widzimy dzisiaj, ma cokolwiek wspólnego z intencjami Gaudiego, z pewnością będzie trwał. Już w 1965 roku grupa artystów i architektów, w tym Le Corbusier, Ricardo Bofill i Joan Miró, stwierdziła, że prace nad bazyliką powinny zostać wstrzymane, powołując się na „przeciętność promotorów, którzy wykorzystują Gaudiego do zaznaczenia swojej obecności, szkodząc oryginalnemu dziełu”
Jednakże Jordi Faulí, architekt odpowiedzialny za dokończenie dzieła, twierdzi, że Gaudí zdawał sobie sprawę, że za jego życia powstanie tylko niewielka część świątyni, dlatego pozostawił szczegółowe rysunki i instrukcje, które – choć wiele z nich później zaginęło lub zostało zniszczonych – wystarczą, by jego następcy mogli zrealizować jego wizję.
Kwestia beatyfikacji Gaudiego pozostaje otwarta. W zeszłym roku papież Franciszek zatwierdził dekret uznający architekta za „czcigodnego”, co stanowiło pierwszy krok na drodze do jego kanonizacji przez Kościół katolicki.
Sagrada Família jest odwiedzana przez około 5 milionów osób rocznie, z których każda płaci ponad 26 euro (22 funty), co czyni ją atrakcyjnym miejscem dla Kościoła katolickiego. Jeśli Gaudí zostanie beatyfikowany, może stać się miejscem pielgrzymkowym, a także atrakcją turystyczną.
Jednakże Mateu Hernández, szef Visit Barcelona, podkreślił świecki status miasta, mówiąc, że ma ono teraz „globalną ikonę równą wieży Eiffla, Tadż Mahal czy piramidom”.
Półtora wieku od rozpoczęcia prac nad świątynią, Barcelona nadal jest miastem bardziej skłonnym do buntu niż modlitwy. Czas pokaże, czy wizyta papieża Leona XIII sprowadzi jej zbuntowanych mieszkańców z powrotem na ścieżkę prawości.
(https://www.theguardian.com/world/2026/jun/10/pope-leo-bless-sagrada-familia-antoni-gaudi )


2.

https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,32843573,wielinski-zaczynamy-robic-ukraincom-to-co-erika-steinbach.html#s=S.TD-K.C-B.9-L.1.duzy
Radykałowie w Ukrainie i w Polsce są bardzo zadowoleni. Zaczyna się proces, który lata temu z sukcesem przetestowały niemieckie ziomkostwa do spółki z polską prawicą.
Prosiłoby się, by stosunki z Ukrainą rozwijać według maksymy ukutej przez polskich biskupów przed 61 laty. 18 listopada 1965 roku, pod koniec przełomowego Soboru Watykańskiego Drugiego, polscy katoliccy hierarchowie podeszli do biskupów niemieckich i wręczyli im list, zawierający historyczną frazę: „wyciągamy do Was, siedzących tu, na ławach kończącego się Soboru, nasze ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie".
List, który wywołał w komunistycznej Polsce furię, a w Zachodnich Niemczech początkowo chłód i niezrozumienie, uznaje się za początek polsko-niemieckiego pojednania.
Był to długi proces i nawet dziś trudno mówić, że zakończony. W historycznym momencie, gdy runął komunizm, Niemcy się zjednoczyły i pod presją Zachodu unormowały relacje z Polską, odezwały się organizacje zrzeszające deportowanych po wojnie niemieckich mieszkańców Śląska, Pomorza czy dawnych Prus Wschodnich.
Skoro hasło przyłączenia utraconych ziem do Niemiec straciło sens, zaczęli domagać się pieniędzy za pozostawione w Polsce domy oraz prawa do pisania historii po swojemu – tak, by to deportowani po zakończeniu wojny Niemcy byli ofiarami konfliktu, a Polacy, których Niemcy przez sześć lat okupacji ciemiężyli i mordowali, stali się sprawcami.
Najbardziej zagorzałych sojuszników znaleźli w… Polsce.
Motyw Niemców wracających na Śląsk odebrać dawne majątki albo drenujących Polskę z pieniędzy należnych jako odszkodowania pasował prawicowym radykałom do straszenia Polaków i atakowania Unii Europejskiej.  Doszło do tego, że szefowa Związku Wypędzonych i członkini licznego kierownictwa CDU Erika Steinbach była u nas bardziej znana niż w Niemczech.
Gdy w Polsce palono jej podobizny, zacierała ręce, bo mogła opowiadać przed kamerami, że chce pokoju i pojednania, a Polacy oszaleli z nienawiści. Wtedy w Polsce politycy ustawiali się przed kamerami, by dawać jej kłamliwym słowom odpór. Między radykałami - sąsiadami powstało sprzężenie zwrotne. Opinie publiczne i rządy stały się ich zakładnikami…
Podobny proces znowu się zaczyna, tym razem u nas. Wystarczy spojrzeć na intensywność ostatniej polsko-ukraińskiej awantury.
Poszło o nadanie przez Wołodymyra Zełeńskiego jednemu z batalionów nazwy „bohaterów UPA" i zapowiedź prezydenta Karola Nawrockiego, że w odwecie odbierze prezydentowi Ukrainy Order Orła Białego. Jeżeli tej sprawy szybko nie przetniemy, w Polsce i Ukrainie może zacząć się licytacja prawdziwych patriotów - w Polsce już ruszyło poszukiwanie Ukraińców w rządzie - i między radykałami obu krajów wytworzy się kolejne zwrotne sprzężenie.
Polska i Niemcy kłóciły się o Steinbach i jej podopiecznych w komfortowej sytuacji, gdy wojny w Europie nikt sobie nie wyobrażał. Dziś, w piątym roku trwania wojny w Ukrainie, poważnie zastanawiamy się, czy Rosja nie zaatakuje kolejnego kraju.
W takich okolicznościach sytuacja, w której relacje między naszymi państwami kształtują radykałowie, byłoby katastrofą. Putin jeszcze przed pierwszą salwą mógłby odtrąbić zwycięstwo.
Słowa orędzia polskich biskupów z 1965 roku w relacjach polsko-ukraińskich parafrazowano wielokrotnie. Trzeba to powtarzać, do skutku.


3.

https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,32843712,won-z-naszego-kraju-czyli-winnica-wycofuje-prosbe-o-kieleckie.html
Chyba żadna sprawa w ostatnich miesiącach nie wywołała takich emocji w kieleckim samorządzie. W czwartek 11 czerwca na sesję rady miasta przyjechać miała delegacja z partnerskiej Winnicy, z jej merem Sergiejem Morgunowem na czele. Ten wcześniej wystąpił z prośbą o nieodpłatne przekazanie piętnastu autobusów - siedemnastoletnich solarisów, które w maju zostały wycofane z kieleckich ulic.
Już wiadomo, że mer do Świętokrzyskiego jednak nie przyjedzie. Prośbę wycofał.
Wcześniej radni PiS i przewodniczący rady miasta Maciej Jakubczyk apelowali, aby pomocy nie udzielać. Zarzucali, że "Ukraina upamiętnia morderców", "jest niewdzięczna", a Kielce same są zadłużone. Nieoficjalnie mówiło się, że na sesji wspomóc ich mogą prawicowi posłowie, może nawet Grzegorz Braun.
W piśmie z poniedziałku 8 czerwca mer Winnicy podziękował za dotychczasowe wsparcie Kielczan. - On doskonale rozumie, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy, i że dobra, kilkudziesięcioletnia współpraca między Kielcami a Winnicą, między naszymi regionami, jest dziś wystawiona na ciężką próbę - mówi Agata Wojda.
Dlatego, "żeby nie budzić negatywnych emocji i żeby ta współpraca nie była oceniana przez pryzmat ostatnich dni", Morgunow zdecydował się wycofać prośbę o nieodpłatne przekazanie solarisów. …
Wojda na wtorkowej konferencji prasowej pokazywała komentarze, jakie przetaczały się przez profile społecznościowe radnych.
Wśród nich były takie:
"Oligarchowie niech swoim braciom zafundują, my nie jesteśmy temu wrednemu i niewdzięcznemu narodowi winni!!! Won z naszego kraju!!!!".
"Nie lepiej, żeby ten chłopak w krótkich włosach, czyli
'prezydent Kielc' oddał się za darmo Ukrom. Jeszcze na froncie".
Zarzucała podawanie niepełnych informacji, czy wręcz kłamstwa. Jako przykład wskazała to, że przewodniczący rady miasta miał zasugerować, że "autobusy wycofane z eksploatacji właściwie w części już nie istnieją, że zostały spalone, rozebrane na części". - I że gest przekazania autobusów do miasta partnerskiego ma ukryć tylko naszą próbę, czy dokonanie kradzieży - stwierdziła. Tymczasem 39 z 40 autobusów dalej znajduje się w bazie przy ul. Ściegiennego, a jeden znajduje się w serwisie.
Wojda podkreśliła, że autobusy będą prawdopodobnie sprzedawane na części, a jeśli chętni się nie znajdą - zostaną zezłomowane. - Mogły być autentycznym wzmocnieniem codziennego funkcjonowania naszych przyjaciół z Winnicy - podkreśliła. Nie wykluczyła przy tym, że sprawa może kiedyś wrócić. …


4.

Zełenski potwierdza, że ukraińskie rakiety Flamingo zaatakowały fabrykę wojskową w ramach szeroko zakrojonego ataku na Rosję
https://kyivindependent.com/russian-oil-refinery-nearly-800-kilometers-from-border-reportedly-struck-by-ukrainian-drones/
Prezydent Wołodymyr Zełenski potwierdził, że ukraińskie pociski FP-5 Flamingo zaatakowały w nocy z 10 na 11 czerwca fabrykę wojskową dostarczającą rosyjskiej armii części do dronów i pocisków w mieście Czeboksary w Republice Czuwaskiej.
„Kontynuujemy stosowanie ukraińskich sankcji długoterminowych wobec rosyjskich obiektów wojskowych i przemysłu naftowego” – powiedział Zełenski na antenie X.
Według Zełenskiego atak na Czeboksary był częścią szerszego ukraińskiego ataku, który objął również rafinerię ropy naftowej w Kujbyszewie w obwodzie samarskim w Rosji, ponad 900 kilometrów (560 mil) od linii frontu, a także dwa obiekty infrastruktury naftowej w obwodzie włodzimierskim w Rosji, oddalone o 700 kilometrów.
Sztab Generalny Ukrainy później zidentyfikował cel jako zakłady WNIIR-Postęp w Czeboksarach i potwierdził, że w obiekcie doszło do pożaru.
Zakłady VNIIR-Progress, objęte sankcjami Ukrainy, USA i Unii Europejskiej, produkują odbiorniki nawigacji satelitarnej i anteny Kometa wykorzystywane w dronach szturmowych typu Szahed, pociskach manewrujących Kalibr, pociskach balistycznych Iskander-M i bombach lotniczych kierowanych.
Do ataku doszło po wcześniejszych doniesieniach rosyjskich mediów i władz lokalnych o ataku na zakład przemysłowy w Czeboksarach. Gubernator Republiki Czuwaszji Oleg Nikołajew poinformował, że w ukraińskim ataku ranne zostały trzy osoby.


5.

Rosyjski wojskowy zginął w zamachu bombowym pod Moskwą, donoszą media
https://kyivindependent.com/man-killed-in-car-explosion-in-residential-area-for-military-personnel-outside-moscow-media-reports/
Damir Dawydow, rosyjski wojskowy odpowiedzialny za dostawy amunicji rakietowej i artyleryjskiej dla frontu, zginął 9 czerwca w zamachu bombowym pod Moskwą, poinformował niezależny rosyjski portal śledczy The Insider.
Jednak rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odmówił 10 czerwca ujawnienia tożsamości ofiary, powołując się na trwające śledztwo. Pieskow dodał, że prezydent Władimir Putin został poinformowany o incydencie.
Rosyjska niezależna agencja prasowa Agentstwo poinformowała 10 czerwca, że jest to pierwszy przypadek, w którym rosyjskie władze odmówiły ujawnienia tożsamości ofiary zamachu na wysoko postawionego wojskowego.
Do eksplozji doszło około godziny 5:30 czasu lokalnego w mieście Bałaszycha, około 10 kilometrów (6 mil) na wschód od stolicy Rosji. Władze rosyjskie potwierdziły, że w eksplozji zginął mężczyzna, ale oficjalnie nie ujawniły tożsamości ofiary.
Według doniesień Dawydow stał na czele departamentu odpowiedzialnego za dostawy rakiet i amunicji artyleryjskiej w Głównym Zarządzie Rakietowym i Artyleryjskim (GRAU) Rosji.
Jak poinformował Rosyjski Komitet Śledczy, do eksplozji doszło, gdy BMW X3 przejeżdżało w pobliżu budynku mieszkalnego przy ulicy Kołdunowej w dzielnicy Awiatorow w Bałaszysze.
Według The Insider naoczni świadkowie twierdzili, że Dawydow żył jeszcze tuż po eksplozji, jednak niepotwierdzone doniesienia, na które powołuje się ta gazeta, wskazują na to, że zmarł przed przybyciem ratowników medycznych.
Ofiara zmarła w wyniku obrażeń odniesionych w eksplozji, poinformowali śledczy. Komitet Śledczy ogłosił wszczęcie postępowania karnego, ale nie sprecyzował stawianych zarzutów.
Rosyjski kanał Telegram 112 podał, że ładunek wybuchowy umieszczony pod siedzeniem kierowcy miał siłę wybuchu równą 300–400 gramom trotylu.
Wcześniej tego samego dnia rosyjskie kanały Telegram donosiły, że ofiarą mógł być Dawydow. Niezależny portal Astra poinformował, że świadek na miejscu zdarzenia słyszał, jak ratownicy medyczni wymieniali imię „Damir”. Portal poinformował również, że przejrzane przez niego dokumenty wykazały, że mężczyzna pasujący do profilu Dawydowa mieszkał wcześniej na tej samej ulicy, na której doszło do eksplozji.
Dzielnica Awiatorow to osiedle mieszkaniowe pierwotnie zbudowane dla rosyjskich żołnierzy i ich rodzin. Według Astry, mieszkania w tej dzielnicy są rozdzielane za pośrednictwem Ministerstwa Obrony Rosji między emerytowanych żołnierzy, weteranów i rodziny żołnierzy.
Jak podaje Astra, do zamachu bombowego doszło niecały kilometr (0,6 mili) od miejsca, w którym w kwietniu 2025 r. zginął w zamachu bombowym w samochodzie generał porucznik Jarosław Moskalik, zastępca szefa Głównego Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Rosji.
Przyczyna eksplozji pozostaje niejasna. Władze Ukrainy nie skomentowały zdarzenia do chwili publikacji.
Ukraina już wcześniej atakowała rosyjskich wojskowych i inne osoby zaangażowane w pełnoskalową inwazję Moskwy. Jednak nie pojawiły się żadne dowody łączące Kijów z zamachem bombowym w Bałaszysze.


6.

Łzy i katharsis podczas premiery opery w Kijowie o ukraińskich dzieciach porwanych przez Rosję
Pierwsza dama i rodziny dotknięte tragedią na widowni podczas pełnego napięcia wykonania fragmentów „Matek z Chersonia”
https://www.theguardian.com/world/2026/jun/10/mothers-of-kherson-opera-kyiv-premiere-russian-abductions-children-ukraine
Trudno było sobie wyobrazić operę o temacie bardziej potencjalnie traumatycznym – lub oczyszczającym – dla zgromadzonej publiczności. Okazja ta, w okazałych i złoconych wnętrzach Narodowej Opery Ukrainy w Kijowie, była premierą fragmentów opery „Matki Chersonia”, opowiadającej o porwaniu ukraińskich dzieci przez rosyjskich okupantów – to ciągła, brutalna historia prawdziwej straty i cierpienia.
Pierwotnie opera miała opowiadać o protestach na Majdanie w latach 2013-14. Jednak amerykański librecista George Brant, autor hitowej sztuki „Grounded”, zmienił zdanie w 2023 roku, gdy w wiadomościach pojawiły się historie porwanych dzieci.
„Prawdopodobnie w USA czy Wielkiej Brytanii nikt nie słyszał o Majdanie, ale wszyscy troszczą się o dzieci, więc ten wybrany temat jest dla wszystkich bardziej zrozumiały” – powiedział Maksym Kołomijec, ukraiński kompozytor opery, przemawiając w Lipsku, gdzie mieszka.
Występ w Kijowie w czwartek wieczorem zeszłego tygodnia był nie tylko widowiskiem, ale i aktem dyplomacji kulturalnej. Na scenie pojawili się dygnitarze: na parterze zasiadła pierwsza dama Olena Zełenska, premier Julia Swyrydenko i minister kultury Tetiana Bereżna.
Jednakże bez wątpienia najważniejszą grupą publiczności była grupa rodzin z terenów okupowanych, dotkniętych porwaniami: matki z nastolatkami, które odzyskały z Krymu lub innych miejsc; rodziny, które wciąż starały się odzyskać swoje dzieci.
Sądząc po łzach, owacjach na stojąco i kwiatach rzucanych na scenę, pełen emocji występ – zwieńczony chóralnym śpiewem obiecującym miłość, czułość i opiekę, śpiewanym z całych sił przez obsadę i dwa duże chóry – okazał się oczyszczający.
Wiele zaginionych dzieci z Ukrainy zostało wysłanych na kolonie letnie na okupowanym przez Rosję Krymie, po tym jak opiekunom mieszkającym pod okupacją powiedziano, że młodzi ludzie będą bezpieczniejsi z dala od działań wojennych. Wiele rodzin zostało pozbawionych możliwości odzyskania dzieci przez rosyjskie władze.
Po wyzwoleniu części Ukrainy jesienią 2022 roku, rodzice i deportowane dzieci często znajdowali się po przeciwnych stronach frontu. Członkowie rodzin, wspierani przez organizacje pozarządowe, takie jak Save Ukraine , musieli stawić czoła niebezpieczeństwu, pokonując ogromne odległości przez Polskę, Białoruś i Rosję, aby dotrzeć do swoich bliskich. Bardziej bezpośrednie szlaki zostały zablokowane przez strefę działań wojennych.
Według inicjatywy Bring Kids Back , zainicjowanej w 2023 r. przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, szacuje się, że ponad 20 000 dzieci padło ofiarą deportacji lub przymusowego przeniesienia do Rosji. Może to wiązać się ze zmianą nazwiska, otrzymaniem obywatelstwa rosyjskiego, adopcją przez rosyjskie rodziny i dostępem do zmilitaryzowanej edukacji w Rosji.
Maria Lwowa-Biełowa, rosyjska komisarz ds. dzieci i jedna z postaci opery, którą można zobaczyć na konferencji prasowej, jest przedmiotem nakazu aresztowania wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny za jej rolę w tych wydarzeniach, podobnie jak Władimir Putin.
Akcja opery rozpoczyna się, gdy mieszkańcy Chersonia na południu Ukrainy przyzwyczajają się do szoku wywołanego okupacją. Starsza kobieta, Olena, śpiewa arię, fantazjując o wrzuceniu nasion słonecznika do kieszeni i plecaka rosyjskiego żołnierza, aby po jego śmierci na ukraińskiej ziemi z jego ciała wyrosły słoneczniki.
Scena ta jest adaptacją autentycznej chwili uchwyconej na filmie w południowej Ukrainie na początku pełnoskalowej inwazji, kiedy to starsza kobieta wezwała okupanta do odejścia i nakazała mu napełnić kieszenie nasionami słonecznika.

Dwie matki, Kateryna i Olha, zgadzają się na wyjazd swoich córek na letni obóz na Krymie. Kilka miesięcy później udaje im się dotrzeć na półwysep, który został nielegalnie zaanektowany przez Rosję w 2014 roku, aby spróbować odzyskać córki.
Kondensując narrację do stosunkowo prostej, ale wciąż dokładnej historii, materiał nabrał niemal mitycznego, archetypowego charakteru.

Aby stworzyć libretto, Brant i producent Sasza Andrusyk ściśle współpracowali z organizacją Save Ukraine, której założyciel, Mykoła Kuleba, był wśród publiczności.
Operę zamówił Peter Gelb, dyrektor generalny Metropolitan Opera w Nowym Jorku jako akt solidarności i wsparcia dla Ukrainy. Keri-Lynn Wilson, która ma ukraińskie korzenie i mówi po ukraińsku, dyrygowała fragmentami. Wkrótce po inwazji na Ukrainę założyła Ukraińską Orkiestrę Wolności.
Pełna premiera opery odbędzie się w Warszawie jesienią tego roku, a premiera w Nowym Jorku odbędzie się wiosną 2028 roku w Metropolitan Opera.
W Kijowie operę przetłumaczył na język ukraiński, pełen harmonijnych rymów wewnętrznych, kijowski pisarz Myrosław Łajuk. Podczas przedstawień w Warszawie i Nowym Jorku będzie śpiewana w oryginalnym, angielskim języku.
Gelb powiedział: „Chcieliśmy, aby ta opera cieszyła się jak najszerszym, międzynarodowym zainteresowaniem. Chcieliśmy grać w wielu, wielu różnych krajach i uznaliśmy, że język angielski jest bardziej przystępny”.
Andrusyk przeprowadziła wywiady z porwanymi dziećmi i ich rodzicami – ale tylko z tymi, którzy otrzymali rozległą opiekę psychologiczną po traumatycznych przeżyciach. Dodała, że libretto zostało gruntownie przeanalizowane.
Kołomijec stwierdził, że dokument był sprawdzany pod kątem wiarygodności i wielokrotnie zmieniany.
Andrusyk dodał, że postacie są fikcyjne, „ale tylko w tym sensie, że stanowią odrębne, połączone ze sobą historie, a nie w tym sensie, że cokolwiek jest faktycznie zmyślone”.
Przed czwartkowym spektaklem powiedziała, że jest nieco zaniepokojona wpływem dzieła na ukraińską publiczność. Trudny temat miał się zetknąć z głęboko emocjonalną formą sztuki, jaką jest opera i zostać usłyszany przez osoby, których ta historia bezpośrednio dotyczyła.
Dla wielu trauma pozostaje nierozwiązana. Wiele porwanych dzieci nie zostało odnalezionych, niektórym rosyjskie władze odmówiły pozwolenia na wyjazd, a inne nie chcą wracać do domu.
Andrusyk odniósł się do sceny, w której grupa matek „śpiewa o swoim żalu, o tym, jak bardzo czują się winne i jak bardzo czują się pogardzane przez współobywateli… Słuchałem uszami ludzi z Chersonia i przez sekundę się zawahałem”.
Powiedziała: „To trudny utwór do wykonania dla ludzi na Ukrainie, ale myślę też, że to jest moment, w którym sztuka się rodzi, w którym naprawdę do ciebie przemawia i możesz rozpoznać własne doświadczenia”.
Wilson odniosła się do sceny, w której porwane dzieci, grane przez ukraiński chór dziecięcy, śpiewają podziękowania dla „Mamy Marii”, Lwowej-Biełowej. „To takie okropne” – powiedziała. „Ale oni są bardzo profesjonalni. To rola i śpiewa się ją”.
Język muzyczny utworu jest przystępny i melodyjny, nawiązujący do południowoukraińskich pieśni ludowych. Kołomijec powiedział: „Musiałem pamiętać, że piszę tę operę dla Metropolitan Opera, więc musi to być opera współczesna. Ale musiałem też pamiętać, że opowiadamy historię kobiet z Chersonia. Myśl przewodnia była dla mnie taka, że kobiety z Chersonia muszą usłyszeć w tej operze swój głos”.


7.

https://www.pravda.com.ua/news/2026/06/10/8038671/
Siły ukraińskie wystrzeliły wczoraj wieczorem 326 dronów przeciwko 19 rosyjskim regionom, w tym Moskwie, na okupowanym Półwyspie Krymskim i w rejonie Morza Czarnego. Ministerstwo Obrony ogłosiło to, stwierdzając, że wszystkie samoloty zostały przechwycone. Jednak w obwodzie samarskim trzy osoby zostały ranne, a „obiekty przemysłowe” zostały uszkodzone, według gubernatora Wiaczesława Fiodoriszczewa, cytowanego przez TASS. Na Krymie „celowany atak” ukraińskiego drona uderzył w muzeum „Obrona 1854-1855” w Sewastopolu, poświęcone wojnie krymskiej, które zostało praktycznie zniszczone przez pożar, według mera Michaiła Rozwożajewa. W ataku nie odnotowano żadnych ofiar śmiertelnych ani rannych. Budynek poświęcony konfliktowi został zbudowany na początku XX wieku przez Franza Roubauda. „Oczywiste jest, że wielkie arcydzieło Franca Roubauda zostało praktycznie zniszczone” – powiedział Rozwożajew. „Ci barbarzyńcy i potwory celowo zaatakowali to, co jest nam drogie, próbując zniszczyć naszą istotę. Tylko kompletni degeneraci mogliby zrobić coś takiego, celowo atakując muzeum”.

Moskwa poinformowała o zniszczeniu w nocy 72 dronów Sił Zbrojnych Ukrainy, lecących w kierunku regionów przygranicznych z Rosją. „Podczas nocnych działań bojowych, załogi radarów grupy „Siewier” wykryły 72 drony Sił Zbrojnych Ukrainy zmierzające w kierunku regionów przygranicznych Federacji Rosyjskiej. Współrzędne celów zostały natychmiast przekazane załogom obrony przeciwlotniczej zlokalizowanym w rejonach, w których znajdowały się samoloty”, a „wszystkie wykryte ukraińskie drony zostały zniszczone” – czytamy w komunikacie agencji informacyjnej TASS.

Kilkanaście rosyjskich myśliwców i bombowców przeprowadziło precyzyjne ataki na cele naziemne na poligonie w obwodzie kaliningradzkim, rosyjskiej enklawie położonej między Polską a Litwą, podczas gdy okręt patrolowy „Nieustraszymy” prowadził ostrzał artyleryjski na Morzu Bałtyckim – poinformowała rosyjska Flota Bałtycka, powołując się na agencję informacyjną Interfax . Ćwiczenia Floty Bałtyckiej odbywają się w ramach manewrów NATO w pobliżu granicy z Rosją.
Wspólne śledztwo mediów z krajów nordyckich i bałtyckich ujawniło, że Rosja aktywnie buduje infrastrukturę wojskową w pobliżu granic z państwami NATO, co mogłoby umożliwić jej stacjonowanie tam ponad 100.000 żołnierzy, jak donosi Ukraińska Prawda.
Dziennikarze szwedzkiej stacji telewizyjnej SVT, wraz z innymi mediami w regionie – norweską NRK, duńską DR i estońską Delfi – wykorzystali zdjęcia satelitarne do zbadania rosyjskiej infrastruktury wojskowej w pobliżu granic Europy i odkryli, że jest ona aktywnie rozbudowywana w kilku lokalizacjach. Zdjęcia ukazują liczne nowe koszary dla tysięcy żołnierzy, składy amunicji i miejsca składowania sprzętu.

Rosja podejmie „skuteczne i zdecydowane działania” w odpowiedzi na najnowszy pakiet sankcji Unii Europejskiej, powiedziała rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa podczas briefingu. „Rosja stanowczo potępia wszelkie bezprawne, jednostronne środki przymusu. Coraz więcej krajów podziela i popiera to podejście” – powiedziała dyplomatka, cytowana przez agencję TASS.


8.

W Belfaście wybuchła przemoc po protestach przeciwko atakowi z użyciem noża
Tłumy, w tym ludzie w maskach i kapturach, podpalali pojazdy i mienie po wezwaniach do demonstracji ze strony skrajnie prawicowych postaci
https://www.theguardian.com/uk-news/2026/jun/09/man-seriously-injured-in-belfast-stabbing-starmer-describes-as-sickening
Protesty przeciwko imigracji przerodziły się w przemoc w Irlandii Północnej po tym, jak skrajnie prawicowi aktywiści wezwali do demonstracji w odpowiedzi na atak nożem, który został uchwycony na drastycznym nagraniu wideo.
Tłumy, w tym zamaskowani mężczyźni, podpalały pojazdy i domy oraz blokowały drogi w Belfaście i okolicach we wtorek wieczorem, kilka godzin po tym, jak Elon Musk, Tommy Robinson i inni agitatorzy wzywali ludzi do wyjścia na ulice.
Protestujący porwali i spalili autobus Glider na Newtownards Road we wschodnim Belfaście oraz podpalili samochody w pobliżu Shankill Road i w Newtownabbey, z których wydobywał się dym, rozbrzmiewały syreny, a nad głowami krążył policyjny helikopter.
Zamieszki wybuchły kilka godzin po tym, jak policja oskarżyła 30-letniego azylanta z Sudanu o usiłowanie zabójstwa w związku z atakiem w północnym Belfaście w poniedziałek wieczorem, w wyniku którego mężczyzna został ciężko ranny, co wywołało powszechny szok i potępienie. Podejrzany ma się stawić przed sądem pokoju w Belfaście w środę.
Ryan Henderson, zastępca komendanta policji, zaapelował o spokój: „Dziś wieczorem w wielu miejscach w Irlandii Północnej wybuchały sporadyczne zamieszki, w tym incydenty podpalenia wielu pojazdów. Apelujemy do wszystkich o zachowanie spokoju, odpowiedzialne postępowanie i unikanie wszelkich działań, które mogłyby narazić ich lub innych na niebezpieczeństwo”.
Henderson zaapelował o „wszelki wpływ” w społecznościach lokalnych, aby zachęcać do pokojowych protestów i zniechęcać do przemocy lub zakłócania porządku.
Politycy w Irlandii Północnej i w całej Wielkiej Brytanii również zaapelowali o spokój.
Pierwsza minister Irlandii Północnej, Michelle O'Neill, potępiła przemoc i ostrzegła przed „niebezpiecznymi próbami wykorzystania” ataku, pisząc w poście w mediach społecznościowych: „Grupy zamaskowanych mężczyzn wypalających rodziny z ich domów to nic innego jak obrzydliwe tchórzostwo. To nie ma nic wspólnego ze społecznością. To jawne bandytyzm”.
Wcześniej O'Neill apelował do społeczeństwa, aby nie dało się przekonać kont w mediach społecznościowych do siania niepokoju. „Wszyscy ci ludzie, którzy podsycają napięcia w mediach społecznościowych, którzy chętnie je podsycają, nie reprezentują nas. Jesteśmy dobrymi ludźmi i nie chcę, żeby ktokolwiek żył w strachu”.
John Finucane, poseł Sinn Féin z okręgu północnego Belfastu, określił rozgrywające się sceny jako „haniebne”, dodając: „Nie ma na to miejsca na naszych ulicach. Domy rodzinne i firmy zostały zaatakowane, samochody i autobusy spłonęły, a część naszej społeczności stanęła w płomieniach.
„Nikt nie ma prawa siać strachu, terroryzować niewinnych rodzin ani wywoływać bezprawnego zamieszania na naszych ulicach”.
Minister sprawiedliwości Irlandii Północnej, Naomi Long, powiedziała, że demonstranci „są zdeterminowani, aby zniszczyć społeczności, które rzekomo próbują chronić”.
Do interwencji doszło, gdy grupy mężczyzn, niektórzy w kominiarkach lub innych osłonach twarzy, odpalały fajerwerki i podpalały śmietniki, autobusy i domy. Podczas jednego z wybuchów w pobliżu Shankill Road w Belfaście grupa wtargnęła do domu, który najprawdopodobniej zamieszkiwała rodzina należąca do mniejszości etnicznej, twierdząc, że go „wyzwala”.
Później, przy drodze Shankill, splądrowano dwa sklepy z telefonami, a także podpalono sklep afrykański. Dym wydobywał się na ulicę, a na zewnątrz stacjonowały wozy strażackie, podczas gdy kilku maruderów odważyło się stawić czoło deszczowi, aby obserwować walkę strażaków z płomieniami.
Doszło do bardziej stonowanych protestów w Antrim, Bangor i Ballymena, a w Newtownabbey podpalono dwa samochody. W Londynie grupa około 60 protestujących zebrała się na placu Parlamentu, twierdząc, że policja to „zdrajcy” i próbując podjudzać poszczególnych funkcjonariuszy.
Niektórzy wykrzykiwali antyimigranckie hasła i skandowali o zabójstwie Henry'ego Nowaka, a także o ataku nożownika w Belfaście. Większość grupy protestowała pokojowo.
Politycy i liderzy społeczności oskarżyli skrajną prawicę o próbę podsycania niepokojów w Irlandii Północnej i w całym Zjednoczonym Królestwie.
Stephen Yaxley-Lennon, skrajnie prawicowy agitator przedstawiający się jako Tommy Robinson, udostępnił nagranie ataku w Belfaście i zamieścił w internecie wezwanie do protestów w centrum Londynu i innych częściach Wielkiej Brytanii.
Do ataku nożem doszło w poniedziałek około godziny 22:30 przed blokiem mieszkalnym w północnym Belfaście. Nagranie udostępnione w mediach społecznościowych pokazuje mężczyznę, który dosiada drugiego leżącego na ziemi i uderza go w głowę i szyję. Na miejscu zdarzenia zabezpieczono nóż kuchenny. Policja poinformowała, że ofiara, po czterdziestce, miała poważne obrażenia oczu, twarzy i pleców.
Na nagraniu widać, jak ludzie interweniują, aby powstrzymać napaść, przy czym jeden z mężczyzn, później znany jako Maitiu Mag Tighearnan, wielokrotnie używał przeciwko napastnikowi kija do hurlingu. [Hurling to narodowy sport Irlandii, uważany za najszybszą i jedną z najbardziej widowiskowych gier zespołowych na świecie. Łączy w sobie elementy hokeja na trawie, lacrosse'a i baseballu. – D.O.]
Oprócz usiłowania zabójstwa, podejrzanemu postawiono zarzut posiadania w miejscu publicznym przedmiotu z ostrzem lub czubkiem oraz groźby zabójstwa.
Jon Boutcher, komendant główny policji Irlandii Północnej, powiedział na konferencji prasowej, że jego zdaniem podejrzany otrzymał pozwolenie na pobyt w Wielkiej Brytanii 28 września 2023 r. „Poinformowano mnie, że udał się z Sudanu do Paryża w nieznanych datach, a z Paryża poleciał do Dublina w terminie, który nie został jeszcze ustalony”.
Podejrzany podróżował autobusem z Dublina do Belfastu 10 lutego 2023 roku i ubiegał się o azyl, powiedział Boutcher. „Nie ma śladu po tym podejrzanym w żadnej z naszych baz danych bezpieczeństwa narodowego i nie był on znany Policji Irlandii Północnej. Byłem w bezpośrednim kontakcie z szefem policji ds. terroryzmu w Wielkiej Brytanii. Na tym etapie nie mamy żadnych informacji sugerujących, że miało to związek z terroryzmem”.
Komendant Główny Policji zaapelował do protestujących, aby nie dali się sprowokować do zamieszek: „Ludzie są podburzani przez osoby bez twarzy, które nic nie wiedzą o tym wspaniałym, tętniącym życiem miejscu. Nie dajcie się oszukać ani nabrać ludziom online”.
Społeczności imigrantów wyraziły obawy, że staną się celem ataków. Sudańscy przedsiębiorcy z Sandy Row, lojalistycznej dzielnicy w centrum Belfastu, zamknęli swoje sklepy stalowymi okiennicami o godzinie 16:00 i zadeklarowali, że planują zostać w domu tej nocy.
Centrum Islamskie w Belfaście odwołało wieczorne modlitwy. „Apelujemy do naszej wspólnoty, aby wróciła do domu, nie wychodziła, opiekowała się dziećmi, nie rozpowszechniała plotek i słuchała władz” – powiedział Ameer Ibrahim, kierownik projektu, który zabrał głos w imieniu własnym.
Keir Starmer nazwał poniedziałkowy atak odrażającym. „Absolutnie nie toleruję takich odrażających scen przemocy na naszych ulicach. Moje myśli są przede wszystkim z ofiarą i dziękuję ratownikom, w tym osobom z zewnątrz, które interweniowały”.
Prawicowi komentatorzy z Anglii i USA, w tym poseł Rupert Lowe i miliarder, właściciel X-Mail, Elon Musk, opublikowali posty o ataku. Musk udostępnił listę potencjalnych miejsc protestów w Wielkiej Brytanii i napisał: „Tylko wielokrotne i głośne protesty przyniosą jakąkolwiek zmianę!”
Rzecznik Reform UK ds. spraw wewnętrznych, Zia Yusuf, powiedział: „Horror tego, co widzieliście w Belfaście, jest bezpośrednim skutkiem zdradzieckiej polityki imigracyjnej torysów i laburzystów. Reform UK ogłosił już całkowity zakaz wiz dla wszystkich obywateli Sudanu. Dość tego”.


9.

Po wymianie ciosów między USA a Iranem Trump rzuca nowe zagrożenie
Według doniesień państwowych mediów, amerykańskie ataki wymierzone były w obiekty zaopatrzenia w wodę pitną w Iranie.


Po zestrzeleniu śmigłowca Apache prezydent USA Donald Trump wezwał do „bardzo zdecydowanej odpowiedzi przeciwko Iranowi”. Siły amerykańskie zaatakowały obszary z infrastrukturą wojskową niezbędną do kontrolowania Cieśniny Ormuz w kilku falach. Teheran obiecał „zdecydowaną odpowiedź” na te naloty, która była szybka: w nocy wystrzelono rakiety i drony w kierunku amerykańskich celów w Zatoce Perskiej.
Prezydent USA Donald Trump powiedział reporterowi Fox News Treyowi Yingstowi, że jest „bliski” wydania rozkazu przeprowadzenia kolejnych ataków na elektrownie i mosty w Iranie.
„Irańska armia to kompletna i absolutna katastrofa. Wiele z nich, jak Marynarka Wojenna i Siły Powietrzne, już nie istnieje: zostały całkowicie pokonane. Iran to tylko słowa, a nic nie robi. Rozrabiaka z Bliskiego Wschodu nie żyje! Zbyt długo zwlekali z negocjacjami umowy, która byłaby dla nich korzystna, teraz poniosą konsekwencje!!!” – napisał prezydent USA Donald Trump w „Truth”.
„Każda agresja spotka się z bezpośrednią i zdecydowaną odpowiedzią” – powiedział przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf, komentując eskalację konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi. „Dziś ostateczne zwycięstwo jest bliskie, a ta walka trwa” – dodał Ghalibaf, dodając, że „zdolności obronne i odstraszające kraju nie osłabły, a każda agresja spotka się z zdecydowaną i natychmiastową odpowiedzią”.
Negocjacje między Stanami Zjednoczonymi a Iranem trwają. Trump będzie nadal wywierał maksymalną presję, aby zawrzeć porozumienie z Teheranem, donosi Fox News, powołując się na urzędnika Białego Domu.


10.

Trump organizuje spotkanie w sprawie opcji ataku na Iran
https://www.axios.com/2026/06/10/trump-iran-strike-situation-room-meeting
Trump w situation room rozważa operację błyskawiczną na dużą skalę
W spotkaniu w Sali Sytuacyjnej uczestniczyli wiceprezydent J.D. Vance, sekretarz stanu Marco Rubio, dyrektor CIA John Ratcliffe, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów Dan Caine oraz szef Pentagonu Pete Hegseth, który był połączony z Tampy. Spotkanie odbyło się zaledwie kilka godzin po tym, jak Trump ogłosił dzisiaj, że zaatakuje Iran z całą mocą.
Wojsko amerykańskie zaatakuje Iran z całą mocą, jeśli Teheran nie osiągnie porozumienia w sprawie zakończenia konfliktu, powiedział szef Pentagonu Pete Hegseth.
Wcześniej, odpowiadając reporterom w Gabinecie Owalnym Donald Trump powiedział „Wczoraj uderzyliśmy ich mocno, dziś uderzymy ich mocno ponownie – na wypadek, gdybyście przegapili, gdybyście nie włączyli telewizora”. „Uderzymy ich mocno” – powtórzył Trump.

USA bombardują Iran drugą noc z rzędu
https://www.axios.com/2026/06/10/trump-iran-strike-situation-room-meeting


11.

https://www.theguardian.com/world/2026/jun/10/only-one-in-10-europeans-now-see-us-as-an-ally-survey-suggests

https://wyborcza.pl/7,75399,32843102,europa-przestaje-ufac-ameryce-wiekszosc-polakow-nie-wierzy.html

Jak wynika z przeprowadzonego sondażu, zaufanie Europejczyków do amerykańskiej „gwarancji bezpieczeństwa” osiągnęło rekordowo niski poziom. Tylko jedna na dziesięć osób w 15 krajach postrzega USA jako sojusznika, a większość wątpi, że kraj ten udzieliłby im pomocy w przypadku ataku.
Ankieta, opublikowana w środę przez think tank Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych (ECFR) przed kluczowymi szczytami G7 i NATO we Francji i Turcji w nadchodzących tygodniach, ujawniła „głęboką nieufność Europy do USA” – stwierdzili autorzy.
Pokazano również, że chociaż wielu Europejczyków uważa, że stosunki z Waszyngtonem poprawią się po odejściu Donalda Trumpa ze stanowiska, są oni coraz bardziej gotowi w międzyczasie zabezpieczyć się przed brakiem zaufania do USA, wzmacniając obronność Europy.
Agresja prezydenta USA na Bliski Wschód, groźby wobec Grenlandii, obietnice wycofania wojsk z baz europejskich i sceptycyzm co do przyszłości NATO również przyczyniły się do wzrostu europejskiego pragmatyzmu – czytamy w raporcie.
„Na całym kontynencie istnieje wyraźne poparcie dla zmniejszenia zależności od Waszyngtonu” – powiedziała Jana Kobzová, współautorka i starsza ekspertka ds. polityki w ECFR. „Europejczycy są coraz bardziej otwarci na wyższe wydatki na obronność i, co najważniejsze, wykazują zadziwiający poziom zaufania, że kraje sąsiednie przyjdą im z pomocą w razie kryzysu”.
Paweł Zerka, współautor pracy Kobzovej i starszy ekspert ds. polityki ECFR, powiedział, że wyraźne zapotrzebowanie opinii publicznej na większą niezależność i konieczność zabezpieczenia się przed gwarancjami obronnymi USA „stworzyły okno, w którym przywódcy Europy mogli pójść dalej i szybciej” w kwestiach bezpieczeństwa.

Badanie, oparte na sondażach przeprowadzonych w maju w Austrii, Bułgarii, Danii, Estonii, Francji, Niemczech, na Węgrzech, we Włoszech, w Holandii, Polsce, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii, wykazało, że średnio tylko 11% respondentów ze wszystkich krajów postrzega Stany Zjednoczone jako sojusznika „dzielącego nasze interesy i wartości”.
Dla porównania, sześć miesięcy temu odsetek ten wynosił 16%, a w listopadzie 2024 r. – 22%. Przeważa pogląd, że Stany Zjednoczone są obecnie „niezbędnym partnerem”, choć 13% Europejczyków uznało, że Stany Zjednoczone są rywalem, a 12% – bezpośrednim przeciwnikiem.
Większość w każdym kraju nie była już przekonana, że Stany Zjednoczone przyjdą im z pomocą w przypadku ataku. Z wyjątkiem Bułgarii, większość ludzi – w tym w krajach z dużymi partiami skrajnie prawicowymi, takich jak Francja, Włochy, Holandia i Szwecja – wierzyła, że przynajmniej niektóre kraje europejskie” pomogłyby im w podobnej sytuacji.
Jak wynika z badania, Europejczycy są obecnie średnio o 4% bardziej skłonni poprzeć wyższe wydatki na obronę narodową niż w roku ubiegłym, przy czym Włochy są jedynym krajem, w którym wyraźna większość nadal jest temu przeciwna.
Średnio 47% respondentów poparło pomysł wspólnego zaciągania pożyczek przez UE w celu sfinansowania większych wydatków na obronę, a 35% było temu przeciwnych. Najsilniejsze poparcie odnotowano w Portugalii (59%), Danii (56%), Holandii (55%) i Hiszpanii.
W prawie każdym kraju objętym badaniem większość respondentów stwierdziła, że ich kraj powinien zmniejszyć swoją strategiczną zależność od amerykańskiego sprzętu wojskowego. Najwięcej zwolenników opcji „kup europejski sprzęt” było w Danii (75%), Holandii (72%), Szwecji (70%), Portugalii (69%), Francji (66%), Szwajcarii (64%), Wielkiej Brytanii i Hiszpanii (po 62%).
Znacznie mniejsze było jednak poparcie dla pomysłu cięcia krajowych wydatków publicznych w celu sfinansowania większych budżetów obronności kraju. Najsilniejszy sprzeciw wyraziły Włochy (63%), Austria (59%), Niemcy (56%), Hiszpania (54%) i Dania (52%).
Niewielkie było również poparcie (29%) dla zastąpienia NATO nowym organem obronnym, zrzeszającym wyłącznie UE. W niemal każdym kraju, z wyjątkiem Bułgarii, dominował pogląd, że stosunki amerykańsko-europejskie „prawdopodobnie poprawią się” po odejściu Trumpa. Pogląd ten podziela 60% lub więcej respondentów we Francji, Hiszpanii, Danii, Holandii i Szwecji.
Mimo rosnących kosztów energii 44% Europejczyków stwierdziło, że wznowienie importu ropy naftowej i gazu z Rosji byłoby „raczej złym” lub „bardzo złym” pomysłem.
Ambicje Ukrainy, aby przystąpić do UE, w dalszym ciągu dzielą jednak opinię publiczną w Europie. Respondenci z takich krajów, jak Węgry, Bułgaria, Austria, Niemcy, a nawet Estonia (jeden z najzagorzalszych zwolenników Kijowa) częściej sprzeciwiają się przyjęciu Ukrainy „w obecnej sytuacji” niż są za.


12.

Czy Weidel jest popularniejszay niż Merz? Jak ten sondaż dzieli opinie w badaniach.
https://www.welt.de/politik/deutschland/plus6a1927e3bf5b78f90d00787c/afd-alice-weidel-beliebter-als-merz-wie-diese-umfrage-die-meinungsforschung-spaltet.html
Na Facebooku AfD opublikowała już nagłówek „Kanclerz serc”, będący podsumowaniem najgorszych koszmarów milionów Niemców. Według najnowszego sondażu INSA, Alice Weidel jest najbardziej ukochaną polityczką Niemców, co już samo w sobie jest przerażające. Zajmuje piąte miejsce w ogólnym rankingu – gdzie od lat dominuje minister obrony Boris Pistorius, socjaldemokrata – ale jest najpopularniejszą kobietą.
Co więcej, w swoim ogłoszeniu na Facebooku jej partia już teraz przewiduje jej miejsce w parlamencie, który przez szesnaście lat należał do najpotężniejszej kobiety świata, Angeli Merkel. I nie jest to aż tak szalone dążenie: najnowsze sondaże dają skrajnej prawicy 29% poparcia, osiem punktów procentowych za CDU/CSU.
Rząd Merza wydaje się obecnie niezdolny do powstrzymania nieodpartego wzrostu skrajnej prawicy. To szczególnie bolesna porażka dla kanclerza, który przesuwając CDU na prawo, obiecał „zmniejszyć o połowę” AfD. Teraz musi uważać, aby nie dać się zepchnąć skrajnej prawicy. Kiedy Merkel odeszła z partii pięć lat temu, siła polityczna kierowana przez Weidel miała 10%.
Tymczasem liderka AfD, przez lata znacznie ostrożniejsza niż radykalne skrzydło jej partii w popieraniu Rosji, stała się niepowstrzymaną proputinistką. Zamiast pogratulować Aleksandrowi Zverevowi jego niezwykłego zwycięstwa na Roland Garros w Paryżu – pierwszego Wielkiego Szlema wygranego przez niemiecką tenisistkę rosyjskiego pochodzenia – Weidel entuzjastycznie skomentowała zwycięstwo urodzonej w Rosji tenisistki Mirry Andreievej na francuskim turnieju. Post na X spotkał się z ogromną krytyką w Niemczech. Ale, co oczywiste, również komplementy od Kirilla Dimitrieva, lojalnego wobec Putina i zaufanego negocjatora Kremla: „Droga Alice Wiedel, liderko najpopularniejszej partii w Niemczech i głosie narodu niemieckiego, dziękuję za miły komentarz na temat Mirry i jej poparcia dla apolityczności sportu”. Przede wszystkim apolityczności.


13.

https://www.dw.com/pl/j%C3%B3zef-tusk-na-li%C5%9Bcie-ocalonych-z-cap-arcony-sprawdzili%C5%9Bmy-t%C4%99-histori%C4%99/a-70433852
Trzy dni po śmierci Hitlera w berlińskim bunkrze, kilkadziesiąt wiernych Niemcom jednostek kotwiczących na wodach Zatoki Lubeckiej słyszy alianckie ultimatum: do 14:00 zdjąć z masztów nazistowską banderę.
Kilka minut po 14:00 samoloty Hawker Typhoon Mk. IB z dywizjonów RAF 197,198 i 26 bombardują te jednostki, które się nie poddały. Z pokładów zarekwirowanego przez Kriegsmarine liniowca "Cap Arcona" i mniejszego "Thielbeka" wyskakują do zimnego Bałtyku ludzie. Brytyjczycy strzelają do nich z karabinów maszynowych.
Nie wiedzą, że strzelają do więźniów obozów koncentracyjnych, którzy przetrwali piekło kacetu. Czy strzelali też do Józefa Tuska, dziadka obecnego premiera Polski?

Dramat w Zatoce Lubeckiej
Chaos – to słowo najlepiej opisuje sytuację w Trzeciej Rzeszy, gdy „Ordnung” ukształtowanego żelazną pięścią NSDAP państwa sypał się w gruzy. W miarę postępów aliantów Niemcy – w chaotyczny sposób – ewakuowali kolejne obozy koncentracyjne.
Wyjątkiem było Neuengamme koło Hamburga. Zarządcy obozu metodycznie zniszczyli większość dowodów swoich zbrodni i dokumentacji obozowej. Część pozostałych przy życiu więźniów wysłali do Bergen-Belsen, a część nad Zatokę Lubecką.
3 maja 1945 r. o godzinie 14:00 "Cap Arcona" i "Thielbek" są pełne więźniów z Neuengamme oraz nielicznych ocalałych z marszu śmierci z podobozu KL Auschwitz w Wesołej (Fürstengrube).
"Thielbek" idzie na dno w piętnaście minut. "Cap Arconę" ogarnia pożar, statek wywraca się do góry dnem. Ginie prawie sześć tysięcy ludzi.

Pięć dni później kończy się wojna.
Na niewiedzę Brytyjczyków złożyły się zbiegi okoliczności, wojenny chaos i niekompetencja osób odpowiedzialnych za przepływ informacji w alianckich wojskach. Historycy do dziś spierają się, czy niemieccy naziści mieli plan użycia więźniów jako karty przetargowej w negocjacjach, czy chcieli zatopić statki i pozbyć się świadków zbrodni, czy też działali bez planu.

Tropy wiodą w nieznane
Kilka miesięcy badaliśmy historię "Cap Arcony". Odtworzyliśmy przebieg wydarzeń, który doprowadził do bombardowania, dotarliśmy do krewnych ocalonych. Ale ilu ich właściwie było?
79 lat po wojnie i krytycznej kwerendzie źródeł historycznych Arolsen Archives w różnych swoich publikacjach piszą i mówią o około 400-600 osobach. Tymczasem w archiwum znajdują się dwie listy – jedna z 20 sierpnia 1946 roku, stworzona przez Search Bureau, Control Commission for Germany – czyli okupacyjną administrację aliancką w Niemczech, druga z lat późniejszych. Na tej z 1946 roku widnieje nie 400, a dokładnie 1212 samych tylko nazwisk polskich i żydowskich.
Skąd ta rozbieżność? Jednym z najlepiej ilustrujących to przykładów jest historia człowieka, którego nazwisko widnieje pod numerem 1006 „wykazu imiennego więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy 3 maja 1945 r. (statki Cap Arcona, Deutschland, Thielbeck)”. Józefa Tuska.
Lista ocalałych. Na czerwono zaznaczone nazwisko "Tusk"
Wykaz imienny więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy "Cap Arcony" 3 maja 1945 r. Na czerwono zaznaczone nazwisko "Tusk"

Według tego dokumentu w maju 1945 r. Józef Tusk znalazł się nad Zatoką Lubecką i na pewno skontaktował się z okupacyjnymi władzami alianckimi. Czy jednak rzeczywiście uratował się z jednego ze zbombardowanych statków? A jeśli tak, to jak w ogóle się tam znalazł?

Przenieśmy się do roku 1976.
3 lutego tego roku Józef Tusk wysyła list do Arolsen. Pisze, że od września 1939 r. do 26 sierpnia 1941 r. był więźniem politycznym Stutthofu o numerze obozowym 3366, a następnie do sierpnia 1942 r. - więźniem obozu Hamburg-Neuengamme o numerze 5939. I prosi o urzędowe potwierdzenie swojej obozowej odysei.
Odpowiedź przychodzi po pięciu miesiącach.
Fotokopia listu podpisanego przez Józefa Tuska
List Józefa Tuska do Arolsen Archives z 1976 r.

Dowody na cierpienie
Sześćdziesięciodziewięcioletni wówczas dziadek Donalda Tuska nie był jedynym Polakiem piszącym do instytucji, która dziś nazywa się Arolsen Archives - Międzynarodowe Centrum Badań Prześladowań Nazistowskich.
Niemcy skrupulatnie zapisywali, kto dostał się w ich ręce: imię, nazwisko, data urodzenia, zawód, rodzina, nazwa obozu, numer obozowy, gdzie został przeniesiony, kiedy zginął. Rzeczy osobiste więźniów również katalogowali. Po wojnie do Arolsen – małego miasteczka w Hesji – zwieziono całą ocalałą buchalterię Trzeciej Rzeszy i pieczołowicie skatalogowano.
Gdyby ułożyć tylko część zgromadzonych papierów jeden na drugim, ten, jak nazywają go pracownicy archiwum, "Pomnik z papieru” przewyższyłby najwyższy szczyt Niemiec, Zugspitze (2,962 m n.p.m.). W latach 50. XX w. baza wiedzy z Arolsen pomagała w poszukiwaniach rozdzielonych wojną rodzin. W kolejnych dekadach stała się podstawą do wypłat odszkodowań i do domagania się przez osoby represjonowane świadczeń od własnego państwa.
Obecnie, w ramach akcji Stolen Memory (ang. "skradziona pamięć"), pracownicy Arolsen Archives wraz z wolontariuszami szukają krewnych ofiar, którym – po potwierdzeniu tożsamości – zwracają zagrabione przez hitlerowców rzeczy osobiste: zegarki, papierośnice, medaliki, krzyżyki, biżuterię, listy. Jeszcze kilkaset polskich dusz czeka na powrót z Niemiec. Wraz z nimi do rodzin wracają kryjące się za pamiątkami historie bólu i straty. A czasem – jak na „Cap Arconie” – ocalenia.

Zbyt długa lista ocalonych
"Nazwisko TUSK, Josef, urodzony 23.03.1907 r. w Gdańsku, […], pojawia się – wraz z numerem obozowym 5939 z Neuengamme – w dokumentach zatytułowanych "Wykaz imienny więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy 3 maja 1945 r. (statki Cap Arcona, Deutschland, Thielbeck) – brzmi fragment odpowiedzi na list Józefa Tuska.
Fotokopia napisanego na maszynie listu
Odpowiedź Arolsen Archives na list Józefa Tuska ws. dokumentacji jego niewoli w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych Stutthof i Neuengamme

Wydaje się, że oto kolejne klocki układanki wojennej tułaczki Józefa Tuska trafiają na właściwe  miejsce. Ale ekspertki archiwum, Małgorzata Przybyła i Anna Meier-Osiński – przestrzegają, że – jak to z puzzlami bywa – trzeba mieć stuprocentową pewność, że do siebie pasują. Sprawdzamy.
29 lipca 1976 r. pracownicy archiwum odpisują Józefowi Tuskowi także na jego pytania dotyczące Stutthofu i Neuengamme. Po pierwsze, że podany w jego wniosku numer więźnia 3366 nie występuje w niekompletnych dokumentach obozu koncentracyjnego Stutthof dostępnych w archiwum, ale według wiedzy jego pracowników numer taki musiał zostać nadany między 1 września a 16 listopada 1939.
Ten fragment odpowiedzi nie potwierdza ani nie wyklucza, że był to numer Józefa Tuska. Jak trafił do Stutthofu?

Pierwszy dzień wojny w Gdańsku
1 września 1939 roku trzech niemieckich szturmowców wpada do mieszkania Tusków przy ulicy Rothaenchengang 25, obecnie Goszczyńskiego w Gdańsku. Pałkami wyganiają go na korytarz. Wykorzystuje okazję i ucieka. Przez następne godziny przemieszcza się po przejmowanym przez hitlerowców mieście, unikając patroli. W końcu jednak, bojąc się o swoje dzieci, zgłasza się na policję i trafia w ręce Niemców – czytamy w relacji Józefa Tuska zanotowanej przez Brunona Zwarrę w książce „Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków – Gdańszczan”. Dopytywany na przesłuchaniu w Viktoriaschule (budynku szkoły dla dziewcząt przy Holzgasse 24, dziś Kładki 24) „od kiedy należy do polskiej mniejszości”, Józef odpowiada: „tak zostałem wychowany”.
2 września trafia do więzienia na Schiesstange (dziś Kurkowa 12), a około 20 września – nie jest pewny – do obozu jenieckiego w Nowym Porcie. Stamtąd zostaje wysłany na prace przymusowe w gospodarstwie rolnym na Żuławach, w Gross Lesewitz (dziś Lasowice Wielkie), gdzie pracuje „w dość przyzwoitych warunkach” do 19 marca 1940 r. A stamtąd do Stutthofu, ale dosłownie po kilku dniach przydzielają go do pracy w stoczni Schichaua w Elblągu.
Dlaczego więc w swoim liście do Arolsen Archives Tusk pisze po prostu, że 14 września 1939 r. trafił do Stutthofu? Być może dlatego, że – jak zwraca uwagę Małgorzata Przybyła – list zawiera błąd w nomenklaturze: gdy przebywał w Stutthofie, był to jeszcze "tylko" obóz dla osób cywilnych, przeciwników reżimu nazistowskiego, nie zaś – jak nazwał go Tusk – obóz koncentracyjny. Do systemu kacetów Stutthof został włączony 7 stycznia 1942 r. Po drugie zaś – to właśnie obóz w Nowym Porcie był formalną siedzibą wszystkich cywilnych obozów jenieckich dla osób z anektowanego przez Rzeszę Wolnego Miasta Gdańska, a jego więźniowie i Komendantura Obozów Jenieckich Gdańsk istotnie została później przeniesiona właśnie do Stutthofu.
Obozowa Odyseja
Napisaliśmy do Muzeum Stutthof w Sztutowie z pytaniem o ślady bytności w nim Józefa Tuska. W zbiorach muzeum znajdują się m.in. dwie deski z wyrytymi na nich napisami „J. Tusk” i datą 25 września 1939 r. Jak podkreślają w korespondencji z Deutsche Welle pracownicy muzeum, nie da się ze stuprocentową pewnością potwierdzić, że dziadek premiera wyrył w nich te napisy.
Do Neuengamme Józef Tusk trafia – tak podaje w życiorysie zanotowanym przez Brunona Zwarrę – w sierpniu 1941 r.  Opisuje, że ściągnęli go nagle ze stoczni do Stutthofu, gdzie dostał zwolnienie z obozu, ale nie pozwolono mu go zatrzymać, tylko przewieziono do prezydium policji w Gdańsku, a potem do Gestapo. Tam pomierzono mu czaszkę i ponownie aresztowano, a kilka dni później – jako „fanatycznego Polaka zagrażającego bezpieczeństwu Rzeszy” – wysłano do Neuengamme. Na tym kończy się jego relacja. W liście do Arolsen podaje datę końcową pobytu w Stutthofie – 26.08.1941.
W odpowiedzi z Arolsen czytamy, że w archiwach Neuengamme istnieje numer 5939 i rzeczywiście został przypisany więźniowi między 22 a 29 sierpnia 1941 r.
I ta informacja również nie potwierdza, że więźniem tym był Józef Tusk, ale tego nie wyklucza. Niemcom udało się zniszczyć przed końcem wojny znaczną część akt Neuengamme. Podczas wizyty w Arolsen dziennikarze Deutsche Welle widzieli wykazy przydziałów więźniów w KL. To rezultat lat pracy archiwum – sprawdzania list transportowych więźniów przybyłych w danym dniu i zakres wydawanych w tymże dniu numerów więźniarskich. Wykorzystywano też relacje naocznych świadków, czyli osób, które po wojnie korespondowały z archiwum i podawały numer obozowy oraz dzień przybycia do obozu. Co ciekawe, numer 5932 przyznano 19 sierpnia, a numer 5943 – 22 sierpnia. Numer 5939 musiałby zostać przyznany – inaczej niż podano w liście archiwum do Tuska – dosłownie jeden lub dwa dni przed tą datą.
– Nie mamy żadnych dokumentów, w których występowałby Józef Tusk wraz z numerem obozowym – przyznaje Małgorzata Przybyła z Arolsen Archives. Podkreśla, że informacja taka – wraz z numerem i powołaniem się na źródło – Muzeum Pamięci Neuengamme – widnieje na stronie IPN. Sprawdziliśmy – jest.
Zrzut ekranu ze strony IPN, dotyczący Józefa Tuska
Zrzut ekranu ze strony polskiego Instytutu Pamięci Narodowej, dotyczący Józefa Tuska

Napisaliśmy też do Miejsca Pamięci Neuengamme – instytucji, która zawiaduje ocalałymi dokumentami dotyczącymi obozu – z prośbą o przesłanie dokumentów i wszelkich zachowanych informacji o Józefie Tusku. Skoro bowiem strona IPN powołuje się na to źródło, to tam powinno znajdować się potwierdzenie, że Józef Tusk więźniem Neuengamme rzeczywiście był, a 5939 to jego numer obozowy.
"W naszych archiwach nie ma również jednoznacznych dowodów na to, że Józef Tusk był więźniem nr 5939 w obozie koncentracyjnym Neuengamme" – odpisuje Christian Römmer z archiwum Miejsca Pamięci Neuengamme. Jak dodaje, numer 5939 wskazuje, że Tusk musiałby – co zgadza się z datami podanymi w jego liście oraz w życiorysie z książki „Gdańsk 1939” – przybyć do obozu około 20 sierpnia 1941 roku. Römmer dodaje też, że nie jest możliwe na podstawie dostępnych danych stwierdzenie, kiedy dziadek Donalda Tuska obóz opuścił. Sam Józef Tusk w swoim liście pisze, że przebywał w Neuengamme do sierpnia 1942 roku.
Według relacji najstarszej córki Józefa, z którą w 2006 roku rozmawiała pomorska reporterka Barbara Szczepuła, święta Bożego Narodzenia 1943 r. jej ojciec celebruje w domu. Gedanopedia – encyklopedia dziejów Gdańska i jego mieszkańców – podaje, że po powrocie pracuje jako palacz w gdańskiej fabryce mydła i kosmetyków G. Schatza, który – na prośbę żony Józefa – wyjednał jego zwolnienie.

Branka do Wehrmachtu
Ale rodzinne szczęście trwa krótko. Między 2 sierpnia a 12 października 1944 r. (dokładna data nie jest znana), jak wielu Kaszubów, których Niemcy uznali za źródło rekruta do wykrwawiających się sił zbrojnych Trzeciej Rzeszy, Józef Tusk zostaje wcielony do 328. Grenadier-Ersatz-und-Ausbilldungsbatallion Wehrmachtu, czyli batalionu rezerwowo-szkoleniowego wojsk III Rzeszy – jak podały w 2005 r. "Wiadomości" TVP na podstawie dokumentów Deutsche Dienststelle (WASt), czyli niemieckiego urzędu informującego rodziny o poległych w Wehrmachcie.
Tę samą informację opublikował też tygodnik "Sieci", podając też numer nieśmiertelnika Tuska: 8241.
Pismo z Deutsche Dienststelle (WASt) dotyczące orientacyjnej daty wcielenia Tuska do Wehrmachtu
Informacja od Deutsche Dienststelle (WASt) dotycząca orientacyjnej daty wcielenia Józefa Tuska do Wehrmachtu

Z książeczki wojskowej oddelegowanego do tego batalionu żołnierza wiemy, że jeszcze 19 września 328. Batalion Rezerwy i Szkoleniowy Grenadierów stacjonował w miejscowości Minden w Westfalii (zachodnie Niemcy), 300 km na północny wschód od Roetgen. Dziennikarze Deutsche Welle dotarli do dokumentów, które wskazują, że 328. Batalion stacjonował we wrześniu 1944 roku w regionie Eupen, w okolicach niemieckiego miasteczka Roetgen przy belgijskiej granicy i brał udział w walkach z Amerykanami o to miasto. Wielu żołnierzy Wehrmachtu poddało się tam – trafili do utworzonego naprędce obozu jenieckiego.
W październiku – jak podaje leksykon Wehrmachtu – batalion kilkakrotnie przekształcono, rozdzielono, połączono, jego żołnierzy wcielano do innych jednostek. Jest prawdopodobne, że żołnierze batalionu brali udział – ale niekoniecznie jako batalion 328 – w morderczej, nierozstrzygniętej bitwie o pobliski las Hürtgen – właściwie serii bitew Amerykanów z Niemcami od 19 września 1944 do 10 lutego 1945, w której USA straciły 24 tysiące ludzi, a Niemcy odnotowali 28 tys. zabitych i rannych.
To początek najtrudniejszej do weryfikacji części historii dziadka Donalda Tuska. Ślad w niemieckich dokumentach urywa się bowiem na orientacyjnej dacie wcielenia do Wehrmachtu – 12 października 1944 roku. Istnieją wprawdzie kolejne dokumenty, ale działania weryfikacyjne dziennikarzy różnych mediów – a także relacje samego Józefa Tuska – podważają wynikające z nich wnioski. Należy je jednak przypomnieć.

Biała plama
"To Polish Forces" – brzmi opatrzona datą 24 listopada 1944 roku notatka również znaleziona w Deutsche Dienststelle (WASt). W archiwach tych znajdują się dokumenty, które Niemcy otrzymali od Brytyjczyków, dotyczące osób, które zgłosiły się do alianckich wojsk, gdy te zajmowały tereny III Rzeszy. Z dokumentu tego wynikałoby zatem, że Józef Tusk spędził w kompanii pomocniczej Wehrmachtu maksimum cztery miesiące, a potem dołączył do sił polskich na Zachodzie. Tak też o swoim dziadku mówił sam Donald Tusk w nagraniu z marca 2023 roku.
Notatka dotycząca przeniesienia osoby nazwiskiem Józef Tusk do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie
Notatka dotycząca przeniesienia osoby nazwiskiem Józef Tusk do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Źródło: Bundesarchiv

Jak jednak pisze Barbara Szczepuła w swoim obszernym cyklu dotyczącym osób z Pomorza wcielanych przymusowo do niemieckiego wojska, pod koniec lipca 2006 roku Donald Tusk otrzymał z archiwum brytyjskiego Ministerstwa Obrony, gdzie przechowywane są także dokumenty Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, informację: "Józef Tusk, urodzony 23 marca 1907 roku w Gdańsku, syn Józefa, nie figuruje w żadnym wykazie".
Nie ma – sprawdziliśmy – imienia i nazwiska „Józef Tusk” w kolekcji akt żołnierzy powracających z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w latach 1945-1948 Wojskowego Biura Historycznego. Nie ma – w amerykańskich National Archives. Jak podaje serwis Pomorskie.Naszemiasto.pl, w gdańskim oddziale Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych znajduje się napisany w 1948 roku przez Józefa Tuska życiorys. A w nim: "25 sierpnia 1944 roku Niemcy wysłali mnie do Niemiec na roboty przy budowie okopów i pracowałem przy budowie bunkrów, rowów przeciwpancernych itd".
Z kolei – jak podaje portal wpolityce.pl – w życiorysie napisanym w 1975 roku do "Gdańskiego Słownika Biograficznego", Józef Tusk napisał: "Od 26.8.1944 do 5.3.1945 przy kopaniu okopów". Przy czym jest to jedyne miejsce, gdzie pojawia się data 5 marca 1945 roku. Wszystkie informacje zawarte w tych życiorysach pochodzą od samego Józefa Tuska, który nie podaje też szczegółów tego, co działo się z nim później. Jego nazwisko wypływa dopiero na liście ocalonych z majowego bombardowania "Cap Arcony”. Ale listę też trzeba krytycznie zweryfikować.

Pobojowisko III Rzeszy
W 1972 roku Arolsen Archives wydaje swoim pracownikom instrukcję, która nakazuje przy korespondencji dotyczącej listy uratowanych z "Cap Arcony" szczególną ostrożność.
W szczególności, gdy zgłaszający się do Arolsen pisali, że byli więzieni w obozach Stutthof, Auschwitz i Mittelbau, archiwum nakazywało odpisywać, że osoba taka – choć figuruje na liście uratowanych z "Cap Arcony" – po prostu "została zarejestrowana jako ocalona z obozu koncentracyjnego w regionie Neustadt/Holstein". Lista ocalonych "Nominal roll..." nie powinna być – jak podkreśla mgr Anna Meier-Osiński, historyczka z Arolsen Archives – traktowana jako stuprocentowy dowód tego, że osoby na niej się znajdujące na pewno były na "Cap Arconie" lub innych statkach. Jakie fakty i okoliczności z maja 1945 r. kazały ekspertkom z Arolsen przyjąć takie założenie?
Po pierwsze: liczby ofiar i ocalonych. Zgodnie z danymi podawanymi przez Muzeum Pamięci Neuengamme i Arolsen Archives, w bombardowaniu Zatoki Lubeckiej zginęło około 6-7 tys. ludzi. Tyle mniej więcej było tego dnia na "Cap Arconie" i "Thielbeku". Uratować zdołało się zaś nie ponad 1200 osób – jak wskazywałaby lista zawierająca nazwisko Józefa Tuska – ale między 400 a 600, Skąd te różnice?
Trzecia Rzesza na przełomie maja i czerwca 1945 r. to imperium, w którym załamał się stary porządek. Dyktator popełnił samobójstwo. Wierchuszka władzy ucieka lub siedzi w areszcie. Administracja się rozpada. Kraj jest pełen alianckiego wojska, pojmanych niemieckich żołnierzy i urzędników, szukających pomocy uchodźców wojennych, dipisów – osób przemieszczonych, zmuszonych do opuszczenia miejsca, w którym żyły przed wojną, dezerterów z Wehrmachtu, zdezorientowanej ludności cywilnej. Alianci próbują zapanować nad chaosem. Jeden z obozów dla dipisów organizują w Neustadt nad Zatoką Lubecką.
Nieopodal miejsca bombardowania "Cap Arcony".

Józef Tusk na liście ocalonych
Badacze i badaczki z Arolsen dopuszczają po prostu, że na listach jako uratowani z katastrofy mogli zostać zapisani zarówno prawdziwi ocaleni, jak i osoby, które – po oswobodzeniu z obozów koncentracyjnych – znalazły się w regionie Neustadt/Holstein. I mogły nawet nie wiedzieć, że na tych listach się znalazły.
– Przekazywanie informacji o pobycie na jednym ze statków miało ścisły związek z danymi przekazanymi nam we wniosku. W przypadkach, gdy podano nam we wniosku numery więźniarskie z Auschwitz, Stutthof i Mittelbau, przekazywaliśmy informacje o tym, że osoba ta została zarejestrowana jako ocalały więzień obozu koncentracyjnego w rejonie Neustadt/Holstein. Jeśli wnioskodawca chciał uzyskać od nas zaświadczenie o pobycie w KL Neuengamme i jednocześnie podał, że był na pokładzie jednego ze statków, wtedy informacje z tych wykazów były przekazywane – tłumaczy Małgorzata Przybyła z Arolsen Archives.
W przypadku Tuska jest jeszcze inaczej. W korespondencji z dziadkiem premiera, która nastąpiła cztery lata po wydaniu wspomnianej instrukcji, archiwum informuje go, że figuruje na liście ocaleńców z katastrofy. Tusk – choć w swoim liście nie wspominał nic o "Cap Arconie" – podał oba numery obozowe – ze Stutthofu i z Neuengamme. Numer z Neuengamme zgadzał się z tym na powstałej trzy dekady wcześniej liście ocalonych z "Cap Arcony". – Więc można byłoby przyjąć, że był na statku, gdyby nie dalsze ustalenia – zaznacza Małgorzata Przybyła.
Z dalszych ustaleń wynika zaś, że z Neuengamme został wypuszczony, wrócił do Polski, a potem padł ofiarą branki do Wehrmachtu. Czyżby trafił ponownie do obozu, a potem na "Cap Arconę", "Thielbeka" lub "Athen”?
Christian Römmer z archiwum Miejsca Pamięci Neuengamme odpisuje nam, że jego archiwum nie ma informacji, które wskazywałyby, że Tusk mógł zostać więźniem Neuengamme po raz wtóry.
– Doświadczenie i praktyka wskazują, że przy ponownym wtrąceniu do obozu Tusk dostałby raczej nowy numer, a nie pozostawiono by mu starego – 5939 – mówią zgodnie Anna Meier-Osiński i Małgorzata Przybyła. Druga z badaczek podkreśla, że jest to teza oparta na przykładach innych więźniów obozów koncentracyjnych, którzy kilkakrotnie trafiali do tego samego obozu i za każdym razem otrzymywali nowy numer.
Jeśli więc Tusk w kwietniu 1945 roku nie znajdował się w Neuengamme, w jaki sposób miałby trafić na "Cap Arconę"?

Dipis
Wiemy na pewno, że najpóźniej w lipcu 1945 roku Józef Tusk znalazł się dokładnie tam, gdzie wydarzyła się katastrofa – we wspomnianym obozie dla dipisów w Neustadt. Świadczą o tym kolejne dokumenty z Arolsen – karta dipisa – osoby przemieszczonej, zmuszonej do opuszczenia miejsca, w którym żyła przed wojną – i aliancka karta z centrum rejestracji. I są to wiarygodne świadectwa losów Józefa Tuska.
Zgadzają się dane personalne, data i miejsce urodzenia, wykonywany zawód i imiona dzieci, imię i nazwisko panieńskie matki. Na pytanie, czy jest jeńcem wojennym, Tusk zaznacza "nie". Gdyby został schwytany jako żołnierz Wehrmachtu, ta opcja nie wchodziłaby w grę. To, że w lipcu 1945 r. trafił do obozu dla dipisów, nie budzi więc wątpliwości badaczy. Ale jak się tam znalazł? Czy podczas rejestracji jako dipis podał numer z ostatniego obozu, w jakim był? Czy w ten sposób wywołał łańcuch czynności urzędowych, na których końcu jest lista ocalonych z "Cap Arcony" z jego nazwiskiem? Czy jednak rzeczywiście uratował się z któregoś ze statków, ale po wojnie o tym – tak samo, jak o przymusowej służbie w Wehrmachcie – po prostu milczał?
Na te pytania w świetle wiedzy, którą udało się zgromadzić badaczom z Arolsen, oraz dokumentów, do których z ich pomocą dotarliśmy, nie można udzielić jednoznacznej, przesądzającej odpowiedzi.
– To, jak Tusk trafił do alianckiego obozu dla dipisów w Neustadt, nie jest udokumentowane. Sprawdziłam cały materiał archiwalny z tego obozu i nie odnalazłam w nich jego nazwiska. Natomiast karta rejestracji w obozie jest w zupełności trafna i nie wzbudza żadnych podejrzeń – mówi Małgorzata Przybyła.
Karta rejestracji Józefa Tuska jako tzw. dipisa
Karta rejestracji Józefa Tuska jako osoby przemieszczonej w obozie w Neustadt nad Zatoką Lubecką

Wiemy zatem, że od 28 lipca do 24 listopada 1945 r. Józef Tusk przebywał w Neustadt. Tego dnia bowiem – jak zaświadcza aliancka karta z centrum rejestracji – "wyruszył do Polski".
Aliancka karta rejestracji Józefa Tuska w obozie w Neustadt z informacją, że wyjechał do Polski
Aliancka karta rejestracji Józefa Tuska w obozie w Neustadt z informacją, że wyjechał do Polski

W 2014 roku dalecy krewni Donalda Tuska wystawiają na aukcję zbiór pamiątek po dziadku premiera. Ostatecznie sprzedano tylko skrzypce zbudowane przez Józefa – był znanym i cenionym lutnikiem – zaś dokumenty nabyła, jak piszą wówczas media, "osoba prywatna".
Dziennikarze docierają jednak do informacji, że wśród urzędowych papierów była też wydana w Szczecinie jesienią 1945 roku Karta Państwowego Urzędu Repatriacyjnego i poświadczenie obywatelstwa polskiego dla całej rodziny w 1950 r. A także legitymacja Związku b. Więźniów Ideowo-Politycznych z 1946 r. nr. 0233, podająca jego numer ze Stutthofu – 3366.
Powojenna komunistyczna Polska uznała polskość Józefa Tuska. Dla świetnie mówiącego po niemiecku Kaszuba – już na starcie "elementu podejrzanego" – było to przepustką do normalnego życia w nowej, PRL-owskiej rzeczywistości.
Na aukcji była też "legitymacja wydana w 1945 r. przez Związek Polaków na miasto Neustadt", co stanowiłoby kolejne potwierdzenie jego bytności nad Zatoką Lubecką.

Dowody i białe plamy
Odnalezione w Arolsen Archives dokumenty wyjaśniają część wojennej historii dziadka premiera Donalda Tuska. Dzięki nim wiemy dziś, że Józef Tusk wnosił o urzędowe potwierdzenie swojej niewoli w niemieckich obozach. Gdyby w nich nigdy nie był – poszukiwania te nie miałyby sensu.
Wiemy też, że między sierpniem a październikiem 1944 roku został – jak wielu Kaszubów czy Ślązaków – przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Istnieje dokument wskazujący, że najpóźniej w listopadzie tego roku dołączył do polskich sił zbrojnych, ale nie jest opatrzony ani datą, ani podpisem, nie znajduje też potwierdzenia w alianckich archiwach. Istnieją rozbieżności w dostępnych źródłach oraz wątpliwości co do dokładności dokumentów dotyczących jego tułaczki od jesieni 1944 roku do lipca 1945, kiedy to został zarejestrowany jako osoba przeniesiona (dipis) w obozie w Neustadt nad Zatoką Lubecką.
Wiemy, że istnieją dokumenty, które wskazują, że Józef Tusk, gdański kolejarz, więzień polityczny III Rzeszy, wcielony do Wehrmachtu Kaszub i Polak, dipis, ojciec i dziadek licznej rodziny i znany lutnik mógł przeżyć jeden z najtragiczniejszych epizodów II wojny światowej – bombardowanie i zatonięcie "Cap Arcony". Obecna wiedza i dostępne dokumenty i źródła nie pozwalają jednak przesądzić o tym ze stuprocentową pewnością, a on sam w swojej korespondencji z archiwum Arolsen nie wspomina, jakoby przeżył to wydarzenie.
– Historie takie jak Józefa Tuska pokazują, jak ważne jest zajmowanie się epoką narodowosocjalistyczną również dzisiaj – powiedziała Deutsche Welle w 2024 roku ówczesna dyrektorka Arolsen Archives, dr Floriane Azoulay.
–Jako szefowa instytucji, która przechowuje miliony dokumentów, zwłaszcza dotyczących polskich ofiar niemieckich nazistowskich prześladowań przez reżim hitlerowski, Chciałabym zaapelować o wykorzystanie tych ważnych świadectw do badania, odkrywania i uzupełniania historii. Dla młodszych pokoleń wiedza i refleksja na temat prześladowań i marginalizacji mogą stać się główną motywacją do obrony różnorodności i demokracji.

***
Arolsen Archives jako pierwsze poinformowało oficjalnie premiera RP Donalda Tuska o odnalezionych dokumentach dotyczących jego dziadka. Redakcja Polska DW również podejmowała próby kontaktu z premierem. Do czasu publikacji artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.


Reportaż video po polsku pod tym samym adresem


14.

No brawo.



Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga