DRUGI OBIEG
Czwartek, 11 czerwca 2026
1.
Papież koronuje Sagrada Familia błogosławieństwem Wieży Jezusa
Na zakończenie mszy Barcelona przeżywa świetlisty spektakl, jeden z tych, które
pozostają w pamięci, dodający miastu poczucia własnej wartości i pozostający w
pamięci, z twarzą Gaudiego i hasłem: „Najpierw miłość, potem technika”.
Papież Leon XIV powierzył się Matce Bożej z Montserrat w środę podczas wizyty w
klasztorze Montserrat, gdzie wezwał do propagowania miłości w mediach
społecznościowych, w debatach politycznych i we wszystkich aspektach życia
codziennego.
https://www.lavanguardia.com/politica/20260610/11560808/papa-leon-xiv-visita-espana-barcelona-ultima-hora-hoy-en-directo.html
Dziesięć godzin przed planowanym przejazdem wierni zajmowali już miejsca wzdłuż
trasy, którą papież Leon XIV miał przebyć w swojej krótkiej podróży, aby
poświęcić kultowy kościół Antoniego Gaudiego, Sagrada Família.
Długo trzeba było czekać, ale dziś wieczorem, 144 lata po rozpoczęciu prac,
papież poświęci niedawno ukończoną centralną wieżę bazyliki w obecności
członków hiszpańskiej rodziny królewskiej, premiera i setek biskupów.
Po ukończeniu budowy Wieży Jezusa Chrystusa, najwyższej z 18 w świątyni, bazylika
osiągnęła swoją maksymalną wysokość 172,5 metra. Jest to obecnie nie tylko
najwyższy kościół na świecie, ale i najwyższy budynek w Barcelonie. Została
konsekrowana w 2010 roku przez papieża Benedykta XVI.
Środki bezpieczeństwa, w tym zamknięcie kilku stacji metra i ulic, sprawiły, że
miasto niemal całkowicie sparaliżowało ruch. Jednocześnie w pobliże Sagrada
Família mogą dostać się tylko zaproszeni goście.
Jednak pobliskie sklepy z pamiątkami odnosiły spore sukcesy, sprzedając
pamiątki po papieżu, obok zwykłej kolekcji tatuaży związanych z Gaudim.
Policja szacuje, że wzdłuż trasy krótkiej podróży papieża ustawi się 70 tys.
osób, czyli mniej niż w Madrycie i jeszcze mniej niż 650 tys. osób, które
pojawiły się na paradzie zwycięstwa piłkarzy FC Barcelona po zdobyciu przez
nich mistrzostwa Hiszpanii w zeszłym miesiącu.
Dziś przypada setna rocznica śmierci Gaudiego, którego biograf Gijs Van
Hensbergen opisał jako „człowieka o średniowiecznej duszy i awangardowym
umyśle”.
Gaudí, często nazywany architektem Boga, poświęcił ostatnie 12 lat swojego
życia pracy nad Sagrada Família.
W czasach, gdy wielu mieszkańców Barcelony odwracało się od religii, Gaudí
powiedział, że chce stworzyć kościół dla wszystkich, „Biblię w kamieniu”, stąd
umieszczenie na obrazach przedstawień miejscowych ludzi i scen z życia
codziennego pośród bardziej konwencjonalnych obrazów religijnych.
Według historyka przemysłu Jamesa Doueta „Sagrada Família została pomyślana
tak, aby przywrócić niezadowoloną klasę robotniczą Barcelony do wiary katolickiej,
odwrócić ją od anarchistycznej przemocy i wrogości wobec kleru, które stały się
cechą charakterystyczną miasta, a także w pewien sposób odpokutować lub
zadośćuczynić za grzeszność jej mieszkańców”.
Poświęcenie wież to ostatni przystanek w napiętym grafiku podróży Leona do
Barcelony, w ramach którego odbyły się m.in. audiencja u prezydenta Katalonii
Salvadora Illi, wizyta w więzieniu o zaostrzonym rygorze, modlitwa różańcowa w
klasztorze w Montserrat oraz apel o jedność Katalonii wygłoszony w języku
hiszpańskim i katalońskim.
Chociaż Sagrada Família osiągnęła już swoją pełną wysokość, ukończenie fasady
Glory głównego wejścia zajmie jeszcze dziesięć lat, a do tego dochodzi jeszcze
budowa kontrowersyjnych wielkich schodów, co wiązałoby się z koniecznością
zapewnienia mieszkań od 1000 do 10.000 osobom, w zależności od tego, który plan
zostanie wdrożony.
Spór o to, czy to, co widzimy dzisiaj, ma cokolwiek wspólnego z intencjami
Gaudiego, z pewnością będzie trwał. Już w 1965 roku grupa artystów i architektów,
w tym Le Corbusier, Ricardo Bofill i Joan Miró, stwierdziła, że prace nad
bazyliką powinny zostać wstrzymane, powołując się na „przeciętność promotorów,
którzy wykorzystują Gaudiego do zaznaczenia swojej obecności, szkodząc
oryginalnemu dziełu”
Jednakże Jordi Faulí, architekt odpowiedzialny za dokończenie dzieła, twierdzi,
że Gaudí zdawał sobie sprawę, że za jego życia powstanie tylko niewielka część
świątyni, dlatego pozostawił szczegółowe rysunki i instrukcje, które – choć
wiele z nich później zaginęło lub zostało zniszczonych – wystarczą, by jego
następcy mogli zrealizować jego wizję.
Kwestia beatyfikacji Gaudiego pozostaje otwarta. W zeszłym roku papież
Franciszek zatwierdził dekret uznający architekta za „czcigodnego”, co
stanowiło pierwszy krok na drodze do jego kanonizacji przez Kościół katolicki.
Sagrada Família jest odwiedzana przez około 5 milionów osób rocznie, z których
każda płaci ponad 26 euro (22 funty), co czyni ją atrakcyjnym miejscem dla
Kościoła katolickiego. Jeśli Gaudí zostanie beatyfikowany, może stać się
miejscem pielgrzymkowym, a także atrakcją turystyczną.
Jednakże Mateu Hernández, szef Visit Barcelona, podkreślił świecki status
miasta, mówiąc, że ma ono teraz „globalną ikonę równą wieży Eiffla, Tadż Mahal
czy piramidom”.
Półtora wieku od rozpoczęcia prac nad świątynią, Barcelona nadal jest miastem
bardziej skłonnym do buntu niż modlitwy. Czas pokaże, czy wizyta papieża Leona
XIII sprowadzi jej zbuntowanych mieszkańców z powrotem na ścieżkę prawości. (https://www.theguardian.com/world/2026/jun/10/pope-leo-bless-sagrada-familia-antoni-gaudi
)
2.
https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,32843573,wielinski-zaczynamy-robic-ukraincom-to-co-erika-steinbach.html#s=S.TD-K.C-B.9-L.1.duzy
Radykałowie w Ukrainie i w Polsce są bardzo zadowoleni. Zaczyna się proces,
który lata temu z sukcesem przetestowały niemieckie ziomkostwa do spółki z
polską prawicą.
Prosiłoby się, by stosunki z Ukrainą rozwijać według maksymy ukutej przez
polskich biskupów przed 61 laty. 18 listopada 1965 roku, pod koniec
przełomowego Soboru Watykańskiego Drugiego, polscy katoliccy hierarchowie
podeszli do biskupów niemieckich i wręczyli im list, zawierający historyczną
frazę: „wyciągamy do Was, siedzących tu, na ławach kończącego się Soboru, nasze
ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie".
List, który wywołał w komunistycznej Polsce furię, a w Zachodnich Niemczech
początkowo chłód i niezrozumienie, uznaje się za początek polsko-niemieckiego
pojednania.
Był to długi proces i nawet dziś trudno mówić, że zakończony. W historycznym
momencie, gdy runął komunizm, Niemcy się zjednoczyły i pod presją Zachodu
unormowały relacje z Polską, odezwały się organizacje zrzeszające deportowanych
po wojnie niemieckich mieszkańców Śląska, Pomorza czy dawnych Prus Wschodnich.
Skoro hasło przyłączenia utraconych ziem do Niemiec straciło sens, zaczęli
domagać się pieniędzy za pozostawione w Polsce domy oraz prawa do pisania
historii po swojemu – tak, by to deportowani po zakończeniu wojny Niemcy byli
ofiarami konfliktu, a Polacy, których Niemcy przez sześć lat okupacji
ciemiężyli i mordowali, stali się sprawcami.
Najbardziej zagorzałych sojuszników znaleźli w… Polsce.
Motyw Niemców wracających na Śląsk odebrać dawne majątki albo drenujących
Polskę z pieniędzy należnych jako odszkodowania pasował prawicowym radykałom do
straszenia Polaków i atakowania Unii Europejskiej. Doszło do tego, że szefowa Związku
Wypędzonych i członkini licznego kierownictwa CDU Erika Steinbach była u nas
bardziej znana niż w Niemczech.
Gdy w Polsce palono jej podobizny, zacierała ręce, bo mogła opowiadać przed
kamerami, że chce pokoju i pojednania, a Polacy oszaleli z nienawiści. Wtedy w
Polsce politycy ustawiali się przed kamerami, by dawać jej kłamliwym słowom odpór.
Między radykałami - sąsiadami powstało sprzężenie zwrotne. Opinie publiczne i
rządy stały się ich zakładnikami…
Podobny proces znowu się zaczyna, tym razem u nas. Wystarczy spojrzeć na
intensywność ostatniej polsko-ukraińskiej awantury.
Poszło o nadanie przez Wołodymyra Zełeńskiego jednemu z batalionów nazwy
„bohaterów UPA" i zapowiedź prezydenta Karola Nawrockiego, że w odwecie
odbierze prezydentowi Ukrainy Order Orła Białego. Jeżeli tej sprawy szybko nie
przetniemy, w Polsce i Ukrainie może zacząć się licytacja prawdziwych patriotów
- w Polsce już ruszyło poszukiwanie Ukraińców w rządzie - i między radykałami
obu krajów wytworzy się kolejne zwrotne sprzężenie.
Polska i Niemcy kłóciły się o Steinbach i jej podopiecznych w komfortowej
sytuacji, gdy wojny w Europie nikt sobie nie wyobrażał. Dziś, w piątym roku
trwania wojny w Ukrainie, poważnie zastanawiamy się, czy Rosja nie zaatakuje
kolejnego kraju.
W takich okolicznościach sytuacja, w której relacje między naszymi państwami
kształtują radykałowie, byłoby katastrofą. Putin jeszcze przed pierwszą salwą
mógłby odtrąbić zwycięstwo.
Słowa orędzia polskich biskupów z 1965 roku w relacjach polsko-ukraińskich
parafrazowano wielokrotnie. Trzeba to powtarzać, do skutku.
3.
https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,32843712,won-z-naszego-kraju-czyli-winnica-wycofuje-prosbe-o-kieleckie.html
Chyba żadna sprawa w ostatnich miesiącach nie wywołała takich emocji w
kieleckim samorządzie. W czwartek 11 czerwca na sesję rady miasta przyjechać
miała delegacja z partnerskiej Winnicy, z jej merem Sergiejem Morgunowem na
czele. Ten wcześniej wystąpił z prośbą o nieodpłatne przekazanie piętnastu
autobusów - siedemnastoletnich solarisów, które w maju zostały wycofane z
kieleckich ulic.
Już wiadomo, że mer do Świętokrzyskiego jednak nie przyjedzie. Prośbę wycofał.
Wcześniej radni PiS i przewodniczący rady miasta Maciej Jakubczyk apelowali,
aby pomocy nie udzielać. Zarzucali, że "Ukraina upamiętnia
morderców", "jest niewdzięczna", a Kielce same są zadłużone.
Nieoficjalnie mówiło się, że na sesji wspomóc ich mogą prawicowi posłowie, może
nawet Grzegorz Braun.
W piśmie z poniedziałku 8 czerwca mer Winnicy podziękował za dotychczasowe
wsparcie Kielczan. - On doskonale rozumie, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy, i
że dobra, kilkudziesięcioletnia współpraca między Kielcami a Winnicą, między
naszymi regionami, jest dziś wystawiona na ciężką próbę - mówi Agata Wojda.
Dlatego, "żeby nie budzić negatywnych emocji i żeby ta współpraca nie była
oceniana przez pryzmat ostatnich dni", Morgunow zdecydował się wycofać
prośbę o nieodpłatne przekazanie solarisów. …
Wojda na wtorkowej konferencji prasowej pokazywała komentarze, jakie
przetaczały się przez profile społecznościowe radnych.
Wśród nich były takie:
"Oligarchowie niech swoim braciom zafundują, my nie jesteśmy temu wrednemu
i niewdzięcznemu narodowi winni!!! Won z naszego kraju!!!!".
"Nie lepiej, żeby ten chłopak w krótkich włosach, czyli
'prezydent Kielc' oddał się za darmo Ukrom. Jeszcze na froncie".
Zarzucała podawanie niepełnych informacji, czy wręcz kłamstwa. Jako przykład
wskazała to, że przewodniczący rady miasta miał zasugerować, że "autobusy
wycofane z eksploatacji właściwie w części już nie istnieją, że zostały
spalone, rozebrane na części". - I że gest przekazania autobusów do miasta
partnerskiego ma ukryć tylko naszą próbę, czy dokonanie kradzieży -
stwierdziła. Tymczasem 39 z 40 autobusów dalej znajduje się w bazie przy ul.
Ściegiennego, a jeden znajduje się w serwisie.
Wojda podkreśliła, że autobusy będą prawdopodobnie sprzedawane na części, a
jeśli chętni się nie znajdą - zostaną zezłomowane. - Mogły być autentycznym
wzmocnieniem codziennego funkcjonowania naszych przyjaciół z Winnicy -
podkreśliła. Nie wykluczyła przy tym, że sprawa może kiedyś wrócić. …
4.
Zełenski potwierdza, że ukraińskie rakiety Flamingo zaatakowały fabrykę
wojskową w ramach szeroko zakrojonego ataku na Rosję
https://kyivindependent.com/russian-oil-refinery-nearly-800-kilometers-from-border-reportedly-struck-by-ukrainian-drones/
Prezydent Wołodymyr Zełenski potwierdził, że ukraińskie pociski FP-5 Flamingo
zaatakowały w nocy z 10 na 11 czerwca fabrykę wojskową dostarczającą rosyjskiej
armii części do dronów i pocisków w mieście Czeboksary w Republice Czuwaskiej.
„Kontynuujemy stosowanie ukraińskich sankcji długoterminowych wobec rosyjskich
obiektów wojskowych i przemysłu naftowego” – powiedział Zełenski na antenie X.
Według Zełenskiego atak na Czeboksary był częścią szerszego ukraińskiego ataku,
który objął również rafinerię ropy naftowej w Kujbyszewie w obwodzie samarskim
w Rosji, ponad 900 kilometrów (560 mil) od linii frontu, a także dwa obiekty
infrastruktury naftowej w obwodzie włodzimierskim w Rosji, oddalone o 700
kilometrów.
Sztab Generalny Ukrainy później zidentyfikował cel jako zakłady WNIIR-Postęp w
Czeboksarach i potwierdził, że w obiekcie doszło do pożaru.
Zakłady VNIIR-Progress, objęte sankcjami Ukrainy, USA i Unii Europejskiej,
produkują odbiorniki nawigacji satelitarnej i anteny Kometa wykorzystywane w
dronach szturmowych typu Szahed, pociskach manewrujących Kalibr, pociskach
balistycznych Iskander-M i bombach lotniczych kierowanych.
Do ataku doszło po wcześniejszych doniesieniach rosyjskich mediów i władz
lokalnych o ataku na zakład przemysłowy w Czeboksarach. Gubernator Republiki
Czuwaszji Oleg Nikołajew poinformował, że w ukraińskim ataku ranne zostały trzy
osoby.
5.
Rosyjski wojskowy zginął w zamachu bombowym pod Moskwą, donoszą media
https://kyivindependent.com/man-killed-in-car-explosion-in-residential-area-for-military-personnel-outside-moscow-media-reports/
Damir Dawydow, rosyjski wojskowy odpowiedzialny za dostawy amunicji rakietowej
i artyleryjskiej dla frontu, zginął 9 czerwca w zamachu bombowym pod Moskwą,
poinformował niezależny rosyjski portal śledczy The Insider.
Jednak rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odmówił 10 czerwca ujawnienia tożsamości
ofiary, powołując się na trwające śledztwo. Pieskow dodał, że prezydent
Władimir Putin został poinformowany o incydencie.
Rosyjska niezależna agencja prasowa Agentstwo poinformowała 10 czerwca, że jest
to pierwszy przypadek, w którym rosyjskie władze odmówiły ujawnienia tożsamości
ofiary zamachu na wysoko postawionego wojskowego.
Do eksplozji doszło około godziny 5:30 czasu lokalnego w mieście Bałaszycha,
około 10 kilometrów (6 mil) na wschód od stolicy Rosji. Władze rosyjskie
potwierdziły, że w eksplozji zginął mężczyzna, ale oficjalnie nie ujawniły
tożsamości ofiary.
Według doniesień Dawydow stał na czele departamentu odpowiedzialnego za dostawy
rakiet i amunicji artyleryjskiej w Głównym Zarządzie Rakietowym i Artyleryjskim
(GRAU) Rosji.
Jak poinformował Rosyjski Komitet Śledczy, do eksplozji doszło, gdy BMW X3
przejeżdżało w pobliżu budynku mieszkalnego przy ulicy Kołdunowej w dzielnicy
Awiatorow w Bałaszysze.
Według The Insider naoczni świadkowie twierdzili, że Dawydow żył jeszcze tuż po
eksplozji, jednak niepotwierdzone doniesienia, na które powołuje się ta gazeta,
wskazują na to, że zmarł przed przybyciem ratowników medycznych.
Ofiara zmarła w wyniku obrażeń odniesionych w eksplozji, poinformowali śledczy.
Komitet Śledczy ogłosił wszczęcie postępowania karnego, ale nie sprecyzował
stawianych zarzutów.
Rosyjski kanał Telegram 112 podał, że ładunek wybuchowy umieszczony pod
siedzeniem kierowcy miał siłę wybuchu równą 300–400 gramom trotylu.
Wcześniej tego samego dnia rosyjskie kanały Telegram donosiły, że ofiarą mógł
być Dawydow. Niezależny portal Astra poinformował, że świadek na miejscu
zdarzenia słyszał, jak ratownicy medyczni wymieniali imię „Damir”. Portal
poinformował również, że przejrzane przez niego dokumenty wykazały, że
mężczyzna pasujący do profilu Dawydowa mieszkał wcześniej na tej samej ulicy,
na której doszło do eksplozji.
Dzielnica Awiatorow to osiedle mieszkaniowe pierwotnie zbudowane dla rosyjskich
żołnierzy i ich rodzin. Według Astry, mieszkania w tej dzielnicy są rozdzielane
za pośrednictwem Ministerstwa Obrony Rosji między emerytowanych żołnierzy,
weteranów i rodziny żołnierzy.
Jak podaje Astra, do zamachu bombowego doszło niecały kilometr (0,6 mili) od
miejsca, w którym w kwietniu 2025 r. zginął w zamachu bombowym w samochodzie
generał porucznik Jarosław Moskalik, zastępca szefa Głównego Zarządu
Operacyjnego Sztabu Generalnego Rosji.
Przyczyna eksplozji pozostaje niejasna. Władze Ukrainy nie skomentowały
zdarzenia do chwili publikacji.
Ukraina już wcześniej atakowała rosyjskich wojskowych i inne osoby zaangażowane
w pełnoskalową inwazję Moskwy. Jednak nie pojawiły się żadne dowody łączące
Kijów z zamachem bombowym w Bałaszysze.
6.
Łzy i katharsis podczas premiery opery w Kijowie o ukraińskich dzieciach
porwanych przez Rosję
Pierwsza dama i rodziny dotknięte tragedią na widowni podczas pełnego napięcia
wykonania fragmentów „Matek z Chersonia”
https://www.theguardian.com/world/2026/jun/10/mothers-of-kherson-opera-kyiv-premiere-russian-abductions-children-ukraine
Trudno było sobie wyobrazić operę o temacie bardziej potencjalnie traumatycznym
– lub oczyszczającym – dla zgromadzonej publiczności. Okazja ta, w okazałych i
złoconych wnętrzach Narodowej Opery Ukrainy w Kijowie, była premierą fragmentów
opery „Matki Chersonia”, opowiadającej o porwaniu ukraińskich dzieci przez
rosyjskich okupantów – to ciągła, brutalna historia prawdziwej straty i
cierpienia.
Pierwotnie opera miała opowiadać o protestach na Majdanie w latach 2013-14.
Jednak amerykański librecista George Brant, autor hitowej sztuki „Grounded”,
zmienił zdanie w 2023 roku, gdy w wiadomościach pojawiły się historie porwanych
dzieci.
„Prawdopodobnie w USA czy Wielkiej Brytanii nikt nie słyszał o Majdanie, ale
wszyscy troszczą się o dzieci, więc ten wybrany temat jest dla wszystkich
bardziej zrozumiały” – powiedział Maksym Kołomijec, ukraiński kompozytor opery,
przemawiając w Lipsku, gdzie mieszka.
Występ w Kijowie w czwartek wieczorem zeszłego tygodnia był nie tylko
widowiskiem, ale i aktem dyplomacji kulturalnej. Na scenie pojawili się
dygnitarze: na parterze zasiadła pierwsza dama Olena Zełenska, premier Julia
Swyrydenko i minister kultury Tetiana Bereżna.
Jednakże bez wątpienia najważniejszą grupą publiczności była grupa rodzin z
terenów okupowanych, dotkniętych porwaniami: matki z nastolatkami, które
odzyskały z Krymu lub innych miejsc; rodziny, które wciąż starały się odzyskać
swoje dzieci.
Sądząc po łzach, owacjach na stojąco i kwiatach rzucanych na scenę, pełen
emocji występ – zwieńczony chóralnym śpiewem obiecującym miłość, czułość i
opiekę, śpiewanym z całych sił przez obsadę i dwa duże chóry – okazał się
oczyszczający.
Wiele zaginionych dzieci z Ukrainy zostało wysłanych na kolonie letnie na
okupowanym przez Rosję Krymie, po tym jak opiekunom mieszkającym pod okupacją
powiedziano, że młodzi ludzie będą bezpieczniejsi z dala od działań wojennych.
Wiele rodzin zostało pozbawionych możliwości odzyskania dzieci przez rosyjskie
władze.
Po wyzwoleniu części Ukrainy jesienią 2022 roku, rodzice i deportowane dzieci
często znajdowali się po przeciwnych stronach frontu. Członkowie rodzin,
wspierani przez organizacje pozarządowe, takie jak Save Ukraine , musieli
stawić czoła niebezpieczeństwu, pokonując ogromne odległości przez Polskę,
Białoruś i Rosję, aby dotrzeć do swoich bliskich. Bardziej bezpośrednie szlaki
zostały zablokowane przez strefę działań wojennych.
Według inicjatywy Bring Kids Back , zainicjowanej w 2023 r. przez prezydenta
Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, szacuje się, że ponad 20 000 dzieci padło ofiarą
deportacji lub przymusowego przeniesienia do Rosji. Może to wiązać się ze
zmianą nazwiska, otrzymaniem obywatelstwa rosyjskiego, adopcją przez rosyjskie
rodziny i dostępem do zmilitaryzowanej edukacji w Rosji.
Maria Lwowa-Biełowa, rosyjska komisarz ds. dzieci i jedna z postaci opery,
którą można zobaczyć na konferencji prasowej, jest przedmiotem nakazu
aresztowania wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny za jej rolę w tych
wydarzeniach, podobnie jak Władimir Putin.
Akcja opery rozpoczyna się, gdy mieszkańcy Chersonia na południu Ukrainy
przyzwyczajają się do szoku wywołanego okupacją. Starsza kobieta, Olena, śpiewa
arię, fantazjując o wrzuceniu nasion słonecznika do kieszeni i plecaka
rosyjskiego żołnierza, aby po jego śmierci na ukraińskiej ziemi z jego ciała
wyrosły słoneczniki.
Scena ta jest adaptacją autentycznej chwili uchwyconej na filmie w południowej
Ukrainie na początku pełnoskalowej inwazji, kiedy to starsza kobieta wezwała
okupanta do odejścia i nakazała mu napełnić kieszenie nasionami słonecznika.
Dwie matki, Kateryna i Olha, zgadzają się na wyjazd swoich córek na letni obóz
na Krymie. Kilka miesięcy później udaje im się dotrzeć na półwysep, który
został nielegalnie zaanektowany przez Rosję w 2014 roku, aby spróbować odzyskać
córki.
Kondensując narrację do stosunkowo prostej, ale wciąż dokładnej historii,
materiał nabrał niemal mitycznego, archetypowego charakteru.
Aby stworzyć libretto, Brant i producent Sasza Andrusyk ściśle współpracowali z
organizacją Save Ukraine, której założyciel, Mykoła Kuleba, był wśród
publiczności.
Operę zamówił Peter Gelb, dyrektor generalny Metropolitan Opera w Nowym Jorku
jako akt solidarności i wsparcia dla Ukrainy. Keri-Lynn Wilson, która ma
ukraińskie korzenie i mówi po ukraińsku, dyrygowała fragmentami. Wkrótce po
inwazji na Ukrainę założyła Ukraińską Orkiestrę Wolności.
Pełna premiera opery odbędzie się w Warszawie jesienią tego roku, a premiera w
Nowym Jorku odbędzie się wiosną 2028 roku w Metropolitan Opera.
W Kijowie operę przetłumaczył na język ukraiński, pełen harmonijnych rymów
wewnętrznych, kijowski pisarz Myrosław Łajuk. Podczas przedstawień w Warszawie
i Nowym Jorku będzie śpiewana w oryginalnym, angielskim języku.
Gelb powiedział: „Chcieliśmy, aby ta opera cieszyła się jak najszerszym,
międzynarodowym zainteresowaniem. Chcieliśmy grać w wielu, wielu różnych
krajach i uznaliśmy, że język angielski jest bardziej przystępny”.
Andrusyk przeprowadziła wywiady z porwanymi dziećmi i ich rodzicami – ale tylko
z tymi, którzy otrzymali rozległą opiekę psychologiczną po traumatycznych
przeżyciach. Dodała, że libretto zostało gruntownie przeanalizowane.
Kołomijec stwierdził, że dokument był sprawdzany pod kątem wiarygodności i
wielokrotnie zmieniany.
Andrusyk dodał, że postacie są fikcyjne, „ale tylko w tym sensie, że stanowią
odrębne, połączone ze sobą historie, a nie w tym sensie, że cokolwiek jest
faktycznie zmyślone”.
Przed czwartkowym spektaklem powiedziała, że jest nieco zaniepokojona wpływem
dzieła na ukraińską publiczność. Trudny temat miał się zetknąć z głęboko
emocjonalną formą sztuki, jaką jest opera i zostać usłyszany przez osoby,
których ta historia bezpośrednio dotyczyła.
Dla wielu trauma pozostaje nierozwiązana. Wiele porwanych dzieci nie zostało
odnalezionych, niektórym rosyjskie władze odmówiły pozwolenia na wyjazd, a inne
nie chcą wracać do domu.
Andrusyk odniósł się do sceny, w której grupa matek „śpiewa o swoim żalu, o
tym, jak bardzo czują się winne i jak bardzo czują się pogardzane przez
współobywateli… Słuchałem uszami ludzi z Chersonia i przez sekundę się
zawahałem”.
Powiedziała: „To trudny utwór do wykonania dla ludzi na Ukrainie, ale myślę
też, że to jest moment, w którym sztuka się rodzi, w którym naprawdę do ciebie
przemawia i możesz rozpoznać własne doświadczenia”.
Wilson odniosła się do sceny, w której porwane dzieci, grane przez ukraiński
chór dziecięcy, śpiewają podziękowania dla „Mamy Marii”, Lwowej-Biełowej. „To
takie okropne” – powiedziała. „Ale oni są bardzo profesjonalni. To rola i
śpiewa się ją”.
Język muzyczny utworu jest przystępny i melodyjny, nawiązujący do
południowoukraińskich pieśni ludowych. Kołomijec powiedział: „Musiałem
pamiętać, że piszę tę operę dla Metropolitan Opera, więc musi to być opera
współczesna. Ale musiałem też pamiętać, że opowiadamy historię kobiet z Chersonia.
Myśl przewodnia była dla mnie taka, że kobiety z Chersonia muszą usłyszeć w tej
operze swój głos”.
7.
https://www.pravda.com.ua/news/2026/06/10/8038671/
Siły ukraińskie wystrzeliły wczoraj wieczorem 326 dronów przeciwko 19 rosyjskim
regionom, w tym Moskwie, na okupowanym Półwyspie Krymskim i w rejonie Morza
Czarnego. Ministerstwo Obrony ogłosiło to, stwierdzając, że wszystkie samoloty
zostały przechwycone. Jednak w obwodzie samarskim trzy osoby zostały ranne, a
„obiekty przemysłowe” zostały uszkodzone, według gubernatora Wiaczesława
Fiodoriszczewa, cytowanego przez TASS. Na Krymie „celowany atak” ukraińskiego
drona uderzył w muzeum „Obrona 1854-1855” w Sewastopolu, poświęcone wojnie
krymskiej, które zostało praktycznie zniszczone przez pożar, według mera
Michaiła Rozwożajewa. W ataku nie odnotowano żadnych ofiar śmiertelnych ani
rannych. Budynek poświęcony konfliktowi został zbudowany na początku XX wieku
przez Franza Roubauda. „Oczywiste jest, że wielkie arcydzieło Franca Roubauda
zostało praktycznie zniszczone” – powiedział Rozwożajew. „Ci barbarzyńcy i
potwory celowo zaatakowali to, co jest nam drogie, próbując zniszczyć naszą
istotę. Tylko kompletni degeneraci mogliby zrobić coś takiego, celowo atakując
muzeum”.
Moskwa poinformowała o zniszczeniu w nocy 72 dronów Sił Zbrojnych Ukrainy,
lecących w kierunku regionów przygranicznych z Rosją. „Podczas nocnych działań
bojowych, załogi radarów grupy „Siewier” wykryły 72 drony Sił Zbrojnych Ukrainy
zmierzające w kierunku regionów przygranicznych Federacji Rosyjskiej.
Współrzędne celów zostały natychmiast przekazane załogom obrony
przeciwlotniczej zlokalizowanym w rejonach, w których znajdowały się samoloty”,
a „wszystkie wykryte ukraińskie drony zostały zniszczone” – czytamy w
komunikacie agencji informacyjnej TASS.
Kilkanaście rosyjskich myśliwców i bombowców przeprowadziło precyzyjne ataki na
cele naziemne na poligonie w obwodzie kaliningradzkim, rosyjskiej enklawie
położonej między Polską a Litwą, podczas gdy okręt patrolowy „Nieustraszymy”
prowadził ostrzał artyleryjski na Morzu Bałtyckim – poinformowała rosyjska
Flota Bałtycka, powołując się na agencję informacyjną Interfax . Ćwiczenia
Floty Bałtyckiej odbywają się w ramach manewrów NATO w pobliżu granicy z Rosją.
Wspólne śledztwo mediów z krajów nordyckich i bałtyckich ujawniło, że Rosja
aktywnie buduje infrastrukturę wojskową w pobliżu granic z państwami NATO, co
mogłoby umożliwić jej stacjonowanie tam ponad 100.000 żołnierzy, jak donosi
Ukraińska Prawda.
Dziennikarze szwedzkiej stacji telewizyjnej SVT, wraz z innymi mediami w
regionie – norweską NRK, duńską DR i estońską Delfi – wykorzystali zdjęcia
satelitarne do zbadania rosyjskiej infrastruktury wojskowej w pobliżu granic
Europy i odkryli, że jest ona aktywnie rozbudowywana w kilku lokalizacjach.
Zdjęcia ukazują liczne nowe koszary dla tysięcy żołnierzy, składy amunicji i
miejsca składowania sprzętu.
Rosja podejmie „skuteczne i zdecydowane działania” w odpowiedzi na najnowszy
pakiet sankcji Unii Europejskiej, powiedziała rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria
Zacharowa podczas briefingu. „Rosja stanowczo potępia wszelkie bezprawne,
jednostronne środki przymusu. Coraz więcej krajów podziela i popiera to podejście”
– powiedziała dyplomatka, cytowana przez agencję TASS.
8.
W Belfaście wybuchła przemoc po protestach przeciwko atakowi z użyciem noża
Tłumy, w tym ludzie w maskach i kapturach, podpalali pojazdy i mienie po
wezwaniach do demonstracji ze strony skrajnie prawicowych postaci
https://www.theguardian.com/uk-news/2026/jun/09/man-seriously-injured-in-belfast-stabbing-starmer-describes-as-sickening
Protesty przeciwko imigracji przerodziły się w przemoc w Irlandii Północnej
po tym, jak skrajnie prawicowi aktywiści wezwali do demonstracji w odpowiedzi
na atak nożem, który został uchwycony na drastycznym nagraniu wideo.
Tłumy, w tym zamaskowani mężczyźni, podpalały pojazdy i domy oraz blokowały
drogi w Belfaście i okolicach we wtorek wieczorem, kilka godzin po tym, jak
Elon Musk, Tommy Robinson i inni agitatorzy wzywali ludzi do wyjścia na ulice.
Protestujący porwali i spalili autobus Glider na Newtownards Road we wschodnim
Belfaście oraz podpalili samochody w pobliżu Shankill Road i w Newtownabbey, z
których wydobywał się dym, rozbrzmiewały syreny, a nad głowami krążył policyjny
helikopter.
Zamieszki wybuchły kilka godzin po tym, jak policja oskarżyła 30-letniego
azylanta z Sudanu o usiłowanie zabójstwa w związku z atakiem w północnym
Belfaście w poniedziałek wieczorem, w wyniku którego mężczyzna został ciężko
ranny, co wywołało powszechny szok i potępienie. Podejrzany ma się stawić przed
sądem pokoju w Belfaście w środę.
Ryan Henderson, zastępca komendanta policji, zaapelował o spokój: „Dziś
wieczorem w wielu miejscach w Irlandii Północnej wybuchały sporadyczne
zamieszki, w tym incydenty podpalenia wielu pojazdów. Apelujemy do wszystkich o
zachowanie spokoju, odpowiedzialne postępowanie i unikanie wszelkich działań,
które mogłyby narazić ich lub innych na niebezpieczeństwo”.
Henderson zaapelował o „wszelki wpływ” w społecznościach lokalnych, aby
zachęcać do pokojowych protestów i zniechęcać do przemocy lub zakłócania
porządku.
Politycy w Irlandii Północnej i w całej Wielkiej Brytanii również zaapelowali o
spokój.
Pierwsza minister Irlandii Północnej, Michelle O'Neill, potępiła przemoc i
ostrzegła przed „niebezpiecznymi próbami wykorzystania” ataku, pisząc w poście
w mediach społecznościowych: „Grupy zamaskowanych mężczyzn wypalających rodziny
z ich domów to nic innego jak obrzydliwe tchórzostwo. To nie ma nic wspólnego
ze społecznością. To jawne bandytyzm”.
Wcześniej O'Neill apelował do społeczeństwa, aby nie dało się przekonać kont w
mediach społecznościowych do siania niepokoju. „Wszyscy ci ludzie, którzy
podsycają napięcia w mediach społecznościowych, którzy chętnie je podsycają,
nie reprezentują nas. Jesteśmy dobrymi ludźmi i nie chcę, żeby ktokolwiek żył w
strachu”.
John Finucane, poseł Sinn Féin z okręgu północnego Belfastu, określił
rozgrywające się sceny jako „haniebne”, dodając: „Nie ma na to miejsca na
naszych ulicach. Domy rodzinne i firmy zostały zaatakowane, samochody i
autobusy spłonęły, a część naszej społeczności stanęła w płomieniach.
„Nikt nie ma prawa siać strachu, terroryzować niewinnych rodzin ani wywoływać
bezprawnego zamieszania na naszych ulicach”.
Minister sprawiedliwości Irlandii Północnej, Naomi Long, powiedziała, że
demonstranci „są zdeterminowani, aby zniszczyć społeczności, które rzekomo
próbują chronić”.
Do interwencji doszło, gdy grupy mężczyzn, niektórzy w kominiarkach lub innych
osłonach twarzy, odpalały fajerwerki i podpalały śmietniki, autobusy i domy.
Podczas jednego z wybuchów w pobliżu Shankill Road w Belfaście grupa wtargnęła
do domu, który najprawdopodobniej zamieszkiwała rodzina należąca do mniejszości
etnicznej, twierdząc, że go „wyzwala”.
Później, przy drodze Shankill, splądrowano dwa sklepy z telefonami, a także
podpalono sklep afrykański. Dym wydobywał się na ulicę, a na zewnątrz
stacjonowały wozy strażackie, podczas gdy kilku maruderów odważyło się stawić
czoło deszczowi, aby obserwować walkę strażaków z płomieniami.
Doszło do bardziej stonowanych protestów w Antrim, Bangor i Ballymena, a w
Newtownabbey podpalono dwa samochody. W Londynie grupa około 60 protestujących
zebrała się na placu Parlamentu, twierdząc, że policja to „zdrajcy” i próbując
podjudzać poszczególnych funkcjonariuszy.
Niektórzy wykrzykiwali antyimigranckie hasła i skandowali o zabójstwie
Henry'ego Nowaka, a także o ataku nożownika w Belfaście. Większość grupy
protestowała pokojowo.
Politycy i liderzy społeczności oskarżyli skrajną prawicę o próbę podsycania
niepokojów w Irlandii Północnej i w całym Zjednoczonym Królestwie.
Stephen Yaxley-Lennon, skrajnie prawicowy agitator przedstawiający się jako
Tommy Robinson, udostępnił nagranie ataku w Belfaście i zamieścił w internecie
wezwanie do protestów w centrum Londynu i innych częściach Wielkiej Brytanii.
Do ataku nożem doszło w poniedziałek około godziny 22:30 przed blokiem
mieszkalnym w północnym Belfaście. Nagranie udostępnione w mediach
społecznościowych pokazuje mężczyznę, który dosiada drugiego leżącego na ziemi
i uderza go w głowę i szyję. Na miejscu zdarzenia zabezpieczono nóż kuchenny.
Policja poinformowała, że ofiara, po czterdziestce, miała poważne obrażenia
oczu, twarzy i pleców.
Na nagraniu widać, jak ludzie interweniują, aby powstrzymać napaść, przy czym
jeden z mężczyzn, później znany jako Maitiu Mag Tighearnan, wielokrotnie używał
przeciwko napastnikowi kija do hurlingu. [Hurling to narodowy sport Irlandii,
uważany za najszybszą i jedną z najbardziej widowiskowych gier zespołowych na
świecie. Łączy w sobie elementy hokeja na trawie, lacrosse'a i baseballu. –
D.O.]
Oprócz usiłowania zabójstwa, podejrzanemu postawiono zarzut posiadania w
miejscu publicznym przedmiotu z ostrzem lub czubkiem oraz groźby zabójstwa.
Jon Boutcher, komendant główny policji Irlandii Północnej, powiedział na
konferencji prasowej, że jego zdaniem podejrzany otrzymał pozwolenie na pobyt w
Wielkiej Brytanii 28 września 2023 r. „Poinformowano mnie, że udał się z Sudanu
do Paryża w nieznanych datach, a z Paryża poleciał do Dublina w terminie, który
nie został jeszcze ustalony”.
Podejrzany podróżował autobusem z Dublina do Belfastu 10 lutego 2023 roku i
ubiegał się o azyl, powiedział Boutcher. „Nie ma śladu po tym podejrzanym w
żadnej z naszych baz danych bezpieczeństwa narodowego i nie był on znany
Policji Irlandii Północnej. Byłem w bezpośrednim kontakcie z szefem policji ds.
terroryzmu w Wielkiej Brytanii. Na tym etapie nie mamy żadnych informacji
sugerujących, że miało to związek z terroryzmem”.
Komendant Główny Policji zaapelował do protestujących, aby nie dali się
sprowokować do zamieszek: „Ludzie są podburzani przez osoby bez twarzy, które
nic nie wiedzą o tym wspaniałym, tętniącym życiem miejscu. Nie dajcie się
oszukać ani nabrać ludziom online”.
Społeczności imigrantów wyraziły obawy, że staną się celem ataków. Sudańscy
przedsiębiorcy z Sandy Row, lojalistycznej dzielnicy w centrum Belfastu,
zamknęli swoje sklepy stalowymi okiennicami o godzinie 16:00 i zadeklarowali,
że planują zostać w domu tej nocy.
Centrum Islamskie w Belfaście odwołało wieczorne modlitwy. „Apelujemy do naszej
wspólnoty, aby wróciła do domu, nie wychodziła, opiekowała się dziećmi, nie
rozpowszechniała plotek i słuchała władz” – powiedział Ameer Ibrahim, kierownik
projektu, który zabrał głos w imieniu własnym.
Keir Starmer nazwał poniedziałkowy atak odrażającym. „Absolutnie nie toleruję
takich odrażających scen przemocy na naszych ulicach. Moje myśli są przede
wszystkim z ofiarą i dziękuję ratownikom, w tym osobom z zewnątrz, które
interweniowały”.
Prawicowi komentatorzy z Anglii i USA, w tym poseł Rupert Lowe i miliarder,
właściciel X-Mail, Elon Musk, opublikowali posty o ataku. Musk udostępnił listę
potencjalnych miejsc protestów w Wielkiej Brytanii i napisał: „Tylko
wielokrotne i głośne protesty przyniosą jakąkolwiek zmianę!”
Rzecznik Reform UK ds. spraw wewnętrznych, Zia Yusuf, powiedział: „Horror tego,
co widzieliście w Belfaście, jest bezpośrednim skutkiem zdradzieckiej polityki
imigracyjnej torysów i laburzystów. Reform UK ogłosił już całkowity zakaz wiz
dla wszystkich obywateli Sudanu. Dość tego”.
9.
Po wymianie ciosów między USA a Iranem Trump rzuca nowe zagrożenie
Według doniesień państwowych mediów, amerykańskie ataki wymierzone były w
obiekty zaopatrzenia w wodę pitną w Iranie.
Po zestrzeleniu śmigłowca Apache prezydent USA Donald Trump wezwał do „bardzo
zdecydowanej odpowiedzi przeciwko Iranowi”. Siły amerykańskie zaatakowały
obszary z infrastrukturą wojskową niezbędną do kontrolowania Cieśniny Ormuz w
kilku falach. Teheran obiecał „zdecydowaną odpowiedź” na te naloty, która była
szybka: w nocy wystrzelono rakiety i drony w kierunku amerykańskich celów w
Zatoce Perskiej.
Prezydent USA Donald Trump powiedział reporterowi Fox News Treyowi Yingstowi,
że jest „bliski” wydania rozkazu przeprowadzenia kolejnych ataków na
elektrownie i mosty w Iranie.
„Irańska armia to kompletna i absolutna katastrofa. Wiele z nich, jak Marynarka
Wojenna i Siły Powietrzne, już nie istnieje: zostały całkowicie pokonane. Iran
to tylko słowa, a nic nie robi. Rozrabiaka z Bliskiego Wschodu nie żyje! Zbyt
długo zwlekali z negocjacjami umowy, która byłaby dla nich korzystna, teraz
poniosą konsekwencje!!!” – napisał prezydent USA Donald Trump w „Truth”.
„Każda agresja spotka się z bezpośrednią i zdecydowaną odpowiedzią” –
powiedział przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf,
komentując eskalację konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi. „Dziś ostateczne
zwycięstwo jest bliskie, a ta walka trwa” – dodał Ghalibaf, dodając, że
„zdolności obronne i odstraszające kraju nie osłabły, a każda agresja spotka
się z zdecydowaną i natychmiastową odpowiedzią”.
Negocjacje między Stanami Zjednoczonymi a Iranem trwają. Trump będzie nadal
wywierał maksymalną presję, aby zawrzeć porozumienie z Teheranem, donosi Fox
News, powołując się na urzędnika Białego Domu.
10.
Trump organizuje spotkanie w sprawie opcji ataku na Iran
https://www.axios.com/2026/06/10/trump-iran-strike-situation-room-meeting
Trump w situation room rozważa operację błyskawiczną na dużą skalę
W spotkaniu w Sali Sytuacyjnej uczestniczyli wiceprezydent J.D. Vance,
sekretarz stanu Marco Rubio, dyrektor CIA John Ratcliffe, przewodniczący
Kolegium Połączonych Szefów Sztabów Dan Caine oraz szef Pentagonu Pete Hegseth,
który był połączony z Tampy. Spotkanie odbyło się zaledwie kilka godzin po tym,
jak Trump ogłosił dzisiaj, że zaatakuje Iran z całą mocą.
Wojsko amerykańskie zaatakuje Iran z całą mocą, jeśli Teheran nie osiągnie
porozumienia w sprawie zakończenia konfliktu, powiedział szef Pentagonu Pete
Hegseth.
Wcześniej, odpowiadając reporterom w Gabinecie Owalnym Donald Trump powiedział
„Wczoraj uderzyliśmy ich mocno, dziś uderzymy ich mocno ponownie – na wypadek,
gdybyście przegapili, gdybyście nie włączyli telewizora”. „Uderzymy ich mocno”
– powtórzył Trump.
USA bombardują Iran drugą noc z rzędu
https://www.axios.com/2026/06/10/trump-iran-strike-situation-room-meeting
11.
https://www.theguardian.com/world/2026/jun/10/only-one-in-10-europeans-now-see-us-as-an-ally-survey-suggests
https://wyborcza.pl/7,75399,32843102,europa-przestaje-ufac-ameryce-wiekszosc-polakow-nie-wierzy.html
Jak wynika z przeprowadzonego sondażu, zaufanie Europejczyków do amerykańskiej
„gwarancji bezpieczeństwa” osiągnęło rekordowo niski poziom. Tylko jedna na
dziesięć osób w 15 krajach postrzega USA jako sojusznika, a większość wątpi, że
kraj ten udzieliłby im pomocy w przypadku ataku.
Ankieta, opublikowana w środę przez think tank Europejskiej Rady Stosunków
Zagranicznych (ECFR) przed kluczowymi szczytami G7 i NATO we Francji i Turcji w
nadchodzących tygodniach, ujawniła „głęboką nieufność Europy do USA” – stwierdzili
autorzy.
Pokazano również, że chociaż wielu Europejczyków uważa, że stosunki z
Waszyngtonem poprawią się po odejściu Donalda Trumpa ze stanowiska, są oni
coraz bardziej gotowi w międzyczasie zabezpieczyć się przed brakiem zaufania do
USA, wzmacniając obronność Europy.
Agresja prezydenta USA na Bliski Wschód, groźby wobec Grenlandii, obietnice
wycofania wojsk z baz europejskich i sceptycyzm co do przyszłości NATO również
przyczyniły się do wzrostu europejskiego pragmatyzmu – czytamy w raporcie.
„Na całym kontynencie istnieje wyraźne poparcie dla zmniejszenia zależności od
Waszyngtonu” – powiedziała Jana Kobzová, współautorka i starsza ekspertka ds.
polityki w ECFR. „Europejczycy są coraz bardziej otwarci na wyższe wydatki na
obronność i, co najważniejsze, wykazują zadziwiający poziom zaufania, że kraje
sąsiednie przyjdą im z pomocą w razie kryzysu”.
Paweł Zerka, współautor pracy Kobzovej i starszy ekspert ds. polityki ECFR,
powiedział, że wyraźne zapotrzebowanie opinii publicznej na większą niezależność
i konieczność zabezpieczenia się przed gwarancjami obronnymi USA „stworzyły
okno, w którym przywódcy Europy mogli pójść dalej i szybciej” w kwestiach
bezpieczeństwa.
Badanie, oparte na sondażach przeprowadzonych w maju w Austrii, Bułgarii,
Danii, Estonii, Francji, Niemczech, na Węgrzech, we Włoszech, w Holandii,
Polsce, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii,
wykazało, że średnio tylko 11% respondentów ze wszystkich krajów postrzega
Stany Zjednoczone jako sojusznika „dzielącego nasze interesy i wartości”.
Dla porównania, sześć miesięcy temu odsetek ten wynosił 16%, a w listopadzie
2024 r. – 22%. Przeważa pogląd, że Stany Zjednoczone są obecnie „niezbędnym
partnerem”, choć 13% Europejczyków uznało, że Stany Zjednoczone są rywalem, a
12% – bezpośrednim przeciwnikiem.
Większość w każdym kraju nie była już przekonana, że Stany Zjednoczone przyjdą
im z pomocą w przypadku ataku. Z wyjątkiem Bułgarii, większość ludzi – w tym w
krajach z dużymi partiami skrajnie prawicowymi, takich jak Francja, Włochy,
Holandia i Szwecja – wierzyła, że przynajmniej niektóre kraje europejskie”
pomogłyby im w podobnej sytuacji.
Jak wynika z badania, Europejczycy są obecnie średnio o 4% bardziej skłonni
poprzeć wyższe wydatki na obronę narodową niż w roku ubiegłym, przy czym Włochy
są jedynym krajem, w którym wyraźna większość nadal jest temu przeciwna.
Średnio 47% respondentów poparło pomysł wspólnego zaciągania pożyczek przez UE
w celu sfinansowania większych wydatków na obronę, a 35% było temu przeciwnych.
Najsilniejsze poparcie odnotowano w Portugalii (59%), Danii (56%), Holandii
(55%) i Hiszpanii.
W prawie każdym kraju objętym badaniem większość respondentów stwierdziła, że
ich kraj powinien zmniejszyć swoją strategiczną zależność od amerykańskiego
sprzętu wojskowego. Najwięcej zwolenników opcji „kup europejski sprzęt” było w
Danii (75%), Holandii (72%), Szwecji (70%), Portugalii (69%), Francji (66%),
Szwajcarii (64%), Wielkiej Brytanii i Hiszpanii (po 62%).
Znacznie mniejsze było jednak poparcie dla pomysłu cięcia krajowych wydatków
publicznych w celu sfinansowania większych budżetów obronności kraju.
Najsilniejszy sprzeciw wyraziły Włochy (63%), Austria (59%), Niemcy (56%),
Hiszpania (54%) i Dania (52%).
Niewielkie było również poparcie (29%) dla zastąpienia NATO nowym organem
obronnym, zrzeszającym wyłącznie UE. W niemal każdym kraju, z wyjątkiem
Bułgarii, dominował pogląd, że stosunki amerykańsko-europejskie „prawdopodobnie
poprawią się” po odejściu Trumpa. Pogląd ten podziela 60% lub więcej
respondentów we Francji, Hiszpanii, Danii, Holandii i Szwecji.
Mimo rosnących kosztów energii 44% Europejczyków stwierdziło, że wznowienie
importu ropy naftowej i gazu z Rosji byłoby „raczej złym” lub „bardzo złym”
pomysłem.
Ambicje Ukrainy, aby przystąpić do UE, w dalszym ciągu dzielą jednak opinię
publiczną w Europie. Respondenci z takich krajów, jak Węgry, Bułgaria, Austria,
Niemcy, a nawet Estonia (jeden z najzagorzalszych zwolenników Kijowa) częściej
sprzeciwiają się przyjęciu Ukrainy „w obecnej sytuacji” niż są za.
12.
Czy Weidel jest popularniejszay niż Merz? Jak ten sondaż dzieli opinie w
badaniach.
https://www.welt.de/politik/deutschland/plus6a1927e3bf5b78f90d00787c/afd-alice-weidel-beliebter-als-merz-wie-diese-umfrage-die-meinungsforschung-spaltet.html
Na Facebooku AfD opublikowała już nagłówek „Kanclerz serc”, będący
podsumowaniem najgorszych koszmarów milionów Niemców. Według najnowszego
sondażu INSA, Alice Weidel jest najbardziej ukochaną polityczką Niemców, co już
samo w sobie jest przerażające. Zajmuje piąte miejsce w ogólnym rankingu –
gdzie od lat dominuje minister obrony Boris Pistorius, socjaldemokrata – ale
jest najpopularniejszą kobietą.
Co więcej, w swoim ogłoszeniu na Facebooku jej partia już teraz przewiduje jej
miejsce w parlamencie, który przez szesnaście lat należał do najpotężniejszej
kobiety świata, Angeli Merkel. I nie jest to aż tak szalone dążenie: najnowsze
sondaże dają skrajnej prawicy 29% poparcia, osiem punktów procentowych za
CDU/CSU.
Rząd Merza wydaje się obecnie niezdolny do powstrzymania nieodpartego wzrostu
skrajnej prawicy. To szczególnie bolesna porażka dla kanclerza, który
przesuwając CDU na prawo, obiecał „zmniejszyć o połowę” AfD. Teraz musi uważać,
aby nie dać się zepchnąć skrajnej prawicy. Kiedy Merkel odeszła z partii pięć
lat temu, siła polityczna kierowana przez Weidel miała 10%.
Tymczasem liderka AfD, przez lata znacznie ostrożniejsza niż radykalne skrzydło
jej partii w popieraniu Rosji, stała się niepowstrzymaną proputinistką. Zamiast
pogratulować Aleksandrowi Zverevowi jego niezwykłego zwycięstwa na Roland
Garros w Paryżu – pierwszego Wielkiego Szlema wygranego przez niemiecką
tenisistkę rosyjskiego pochodzenia – Weidel entuzjastycznie skomentowała
zwycięstwo urodzonej w Rosji tenisistki Mirry Andreievej na francuskim
turnieju. Post na X spotkał się z ogromną krytyką w Niemczech. Ale, co
oczywiste, również komplementy od Kirilla Dimitrieva, lojalnego wobec Putina i
zaufanego negocjatora Kremla: „Droga Alice Wiedel, liderko najpopularniejszej
partii w Niemczech i głosie narodu niemieckiego, dziękuję za miły komentarz na
temat Mirry i jej poparcia dla apolityczności sportu”. Przede wszystkim
apolityczności.
13.
https://www.dw.com/pl/j%C3%B3zef-tusk-na-li%C5%9Bcie-ocalonych-z-cap-arcony-sprawdzili%C5%9Bmy-t%C4%99-histori%C4%99/a-70433852
Trzy dni po śmierci Hitlera w berlińskim bunkrze, kilkadziesiąt wiernych
Niemcom jednostek kotwiczących na wodach Zatoki Lubeckiej słyszy alianckie
ultimatum: do 14:00 zdjąć z masztów nazistowską banderę.
Kilka minut po 14:00 samoloty Hawker Typhoon Mk. IB z dywizjonów RAF 197,198 i
26 bombardują te jednostki, które się nie poddały. Z pokładów zarekwirowanego
przez Kriegsmarine liniowca "Cap Arcona" i mniejszego
"Thielbeka" wyskakują do zimnego Bałtyku ludzie. Brytyjczycy
strzelają do nich z karabinów maszynowych.
Nie wiedzą, że strzelają do więźniów obozów koncentracyjnych, którzy przetrwali
piekło kacetu. Czy strzelali też do Józefa Tuska, dziadka obecnego premiera
Polski?
Dramat w Zatoce Lubeckiej
Chaos – to słowo najlepiej opisuje sytuację w Trzeciej Rzeszy, gdy „Ordnung”
ukształtowanego żelazną pięścią NSDAP państwa sypał się w gruzy. W miarę
postępów aliantów Niemcy – w chaotyczny sposób – ewakuowali kolejne obozy
koncentracyjne.
Wyjątkiem było Neuengamme koło Hamburga. Zarządcy obozu metodycznie zniszczyli
większość dowodów swoich zbrodni i dokumentacji obozowej. Część pozostałych
przy życiu więźniów wysłali do Bergen-Belsen, a część nad Zatokę Lubecką.
3 maja 1945 r. o godzinie 14:00 "Cap Arcona" i "Thielbek"
są pełne więźniów z Neuengamme oraz nielicznych ocalałych z marszu śmierci z
podobozu KL Auschwitz w Wesołej (Fürstengrube).
"Thielbek" idzie na dno w piętnaście minut. "Cap Arconę"
ogarnia pożar, statek wywraca się do góry dnem. Ginie prawie sześć tysięcy
ludzi.
Pięć dni później kończy się wojna.
Na niewiedzę Brytyjczyków złożyły się zbiegi okoliczności, wojenny chaos i
niekompetencja osób odpowiedzialnych za przepływ informacji w alianckich
wojskach. Historycy do dziś spierają się, czy niemieccy naziści mieli plan
użycia więźniów jako karty przetargowej w negocjacjach, czy chcieli zatopić
statki i pozbyć się świadków zbrodni, czy też działali bez planu.
Tropy wiodą w nieznane
Kilka miesięcy badaliśmy historię "Cap Arcony". Odtworzyliśmy
przebieg wydarzeń, który doprowadził do bombardowania, dotarliśmy do krewnych
ocalonych. Ale ilu ich właściwie było?
79 lat po wojnie i krytycznej kwerendzie źródeł historycznych Arolsen Archives
w różnych swoich publikacjach piszą i mówią o około 400-600 osobach. Tymczasem
w archiwum znajdują się dwie listy – jedna z 20 sierpnia 1946 roku, stworzona
przez Search Bureau, Control Commission for Germany – czyli okupacyjną
administrację aliancką w Niemczech, druga z lat późniejszych. Na tej z 1946
roku widnieje nie 400, a dokładnie 1212 samych tylko nazwisk polskich i
żydowskich.
Skąd ta rozbieżność? Jednym z najlepiej ilustrujących to przykładów jest
historia człowieka, którego nazwisko widnieje pod numerem 1006 „wykazu
imiennego więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy 3 maja 1945
r. (statki Cap Arcona, Deutschland, Thielbeck)”. Józefa Tuska.
Wykaz imienny więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy
"Cap Arcony" 3 maja 1945 r. Na czerwono zaznaczone nazwisko
"Tusk"
Według tego dokumentu w maju 1945 r. Józef Tusk znalazł się nad Zatoką Lubecką
i na pewno skontaktował się z okupacyjnymi władzami alianckimi. Czy jednak
rzeczywiście uratował się z jednego ze zbombardowanych statków? A jeśli tak, to
jak w ogóle się tam znalazł?
Przenieśmy się do roku 1976.
3 lutego tego roku Józef Tusk wysyła list do Arolsen. Pisze, że od września 1939
r. do 26 sierpnia 1941 r. był więźniem politycznym Stutthofu o numerze obozowym
3366, a następnie do sierpnia 1942 r. - więźniem obozu Hamburg-Neuengamme o
numerze 5939. I prosi o urzędowe potwierdzenie swojej obozowej odysei.
Odpowiedź przychodzi po pięciu miesiącach.
List Józefa Tuska do Arolsen Archives z 1976 r.
Dowody na cierpienie
Sześćdziesięciodziewięcioletni wówczas dziadek Donalda Tuska nie był jedynym
Polakiem piszącym do instytucji, która dziś nazywa się Arolsen Archives -
Międzynarodowe Centrum Badań Prześladowań Nazistowskich.
Niemcy skrupulatnie zapisywali, kto dostał się w ich ręce: imię, nazwisko, data
urodzenia, zawód, rodzina, nazwa obozu, numer obozowy, gdzie został
przeniesiony, kiedy zginął. Rzeczy osobiste więźniów również katalogowali. Po
wojnie do Arolsen – małego miasteczka w Hesji – zwieziono całą ocalałą
buchalterię Trzeciej Rzeszy i pieczołowicie skatalogowano.
Gdyby ułożyć tylko część zgromadzonych papierów jeden na drugim, ten, jak
nazywają go pracownicy archiwum, "Pomnik z papieru” przewyższyłby
najwyższy szczyt Niemiec, Zugspitze (2,962 m n.p.m.). W latach 50. XX w. baza
wiedzy z Arolsen pomagała w poszukiwaniach rozdzielonych wojną rodzin. W
kolejnych dekadach stała się podstawą do wypłat odszkodowań i do domagania się
przez osoby represjonowane świadczeń od własnego państwa.
Obecnie, w ramach akcji Stolen Memory (ang. "skradziona pamięć"),
pracownicy Arolsen Archives wraz z wolontariuszami szukają krewnych ofiar,
którym – po potwierdzeniu tożsamości – zwracają zagrabione przez hitlerowców
rzeczy osobiste: zegarki, papierośnice, medaliki, krzyżyki, biżuterię, listy.
Jeszcze kilkaset polskich dusz czeka na powrót z Niemiec. Wraz z nimi do rodzin
wracają kryjące się za pamiątkami historie bólu i straty. A czasem – jak na
„Cap Arconie” – ocalenia.
Zbyt długa lista ocalonych
"Nazwisko TUSK, Josef, urodzony 23.03.1907 r. w Gdańsku, […], pojawia się
– wraz z numerem obozowym 5939 z Neuengamme – w dokumentach zatytułowanych
"Wykaz imienny więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy 3
maja 1945 r. (statki Cap Arcona, Deutschland, Thielbeck) – brzmi fragment
odpowiedzi na list Józefa Tuska.
Odpowiedź Arolsen Archives na list Józefa Tuska ws. dokumentacji jego
niewoli w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych Stutthof i
Neuengamme
Wydaje się, że oto kolejne klocki układanki wojennej tułaczki Józefa Tuska
trafiają na właściwe miejsce. Ale
ekspertki archiwum, Małgorzata Przybyła i Anna Meier-Osiński – przestrzegają,
że – jak to z puzzlami bywa – trzeba mieć stuprocentową pewność, że do siebie
pasują. Sprawdzamy.
29 lipca 1976 r. pracownicy archiwum odpisują Józefowi Tuskowi także na jego
pytania dotyczące Stutthofu i Neuengamme. Po pierwsze, że podany w jego wniosku
numer więźnia 3366 nie występuje w niekompletnych dokumentach obozu
koncentracyjnego Stutthof dostępnych w archiwum, ale według wiedzy jego
pracowników numer taki musiał zostać nadany między 1 września a 16 listopada
1939.
Ten fragment odpowiedzi nie potwierdza ani nie wyklucza, że był to numer Józefa
Tuska. Jak trafił do Stutthofu?
Pierwszy dzień wojny w Gdańsku
1 września 1939 roku trzech niemieckich szturmowców wpada do mieszkania Tusków
przy ulicy Rothaenchengang 25, obecnie Goszczyńskiego w Gdańsku. Pałkami
wyganiają go na korytarz. Wykorzystuje okazję i ucieka. Przez następne godziny
przemieszcza się po przejmowanym przez hitlerowców mieście, unikając patroli. W
końcu jednak, bojąc się o swoje dzieci, zgłasza się na policję i trafia w ręce
Niemców – czytamy w relacji Józefa Tuska zanotowanej przez Brunona Zwarrę w
książce „Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków – Gdańszczan”. Dopytywany na
przesłuchaniu w Viktoriaschule (budynku szkoły dla dziewcząt przy Holzgasse 24,
dziś Kładki 24) „od kiedy należy do polskiej mniejszości”, Józef odpowiada:
„tak zostałem wychowany”.
2 września trafia do więzienia na Schiesstange (dziś Kurkowa 12), a około 20
września – nie jest pewny – do obozu jenieckiego w Nowym Porcie. Stamtąd
zostaje wysłany na prace przymusowe w gospodarstwie rolnym na Żuławach, w Gross
Lesewitz (dziś Lasowice Wielkie), gdzie pracuje „w dość przyzwoitych warunkach”
do 19 marca 1940 r. A stamtąd do Stutthofu, ale dosłownie po kilku dniach
przydzielają go do pracy w stoczni Schichaua w Elblągu.
Dlaczego więc w swoim liście do Arolsen Archives Tusk pisze po prostu, że 14
września 1939 r. trafił do Stutthofu? Być może dlatego, że – jak zwraca uwagę
Małgorzata Przybyła – list zawiera błąd w nomenklaturze: gdy przebywał w
Stutthofie, był to jeszcze "tylko" obóz dla osób cywilnych,
przeciwników reżimu nazistowskiego, nie zaś – jak nazwał go Tusk – obóz
koncentracyjny. Do systemu kacetów Stutthof został włączony 7 stycznia 1942 r.
Po drugie zaś – to właśnie obóz w Nowym Porcie był formalną siedzibą wszystkich
cywilnych obozów jenieckich dla osób z anektowanego przez Rzeszę Wolnego Miasta
Gdańska, a jego więźniowie i Komendantura Obozów Jenieckich Gdańsk istotnie
została później przeniesiona właśnie do Stutthofu.
Obozowa Odyseja
Napisaliśmy do Muzeum Stutthof w Sztutowie z pytaniem o ślady bytności w nim
Józefa Tuska. W zbiorach muzeum znajdują się m.in. dwie deski z wyrytymi na
nich napisami „J. Tusk” i datą 25 września 1939 r. Jak podkreślają w
korespondencji z Deutsche Welle pracownicy muzeum, nie da się ze stuprocentową
pewnością potwierdzić, że dziadek premiera wyrył w nich te napisy.
Do Neuengamme Józef Tusk trafia – tak podaje w życiorysie zanotowanym przez
Brunona Zwarrę – w sierpniu 1941 r.
Opisuje, że ściągnęli go nagle ze stoczni do Stutthofu, gdzie dostał
zwolnienie z obozu, ale nie pozwolono mu go zatrzymać, tylko przewieziono do
prezydium policji w Gdańsku, a potem do Gestapo. Tam pomierzono mu czaszkę i
ponownie aresztowano, a kilka dni później – jako „fanatycznego Polaka
zagrażającego bezpieczeństwu Rzeszy” – wysłano do Neuengamme. Na tym kończy się
jego relacja. W liście do Arolsen podaje datę końcową pobytu w Stutthofie –
26.08.1941.
W odpowiedzi z Arolsen czytamy, że w archiwach Neuengamme istnieje numer 5939 i
rzeczywiście został przypisany więźniowi między 22 a 29 sierpnia 1941 r.
I ta informacja również nie potwierdza, że więźniem tym był Józef Tusk, ale
tego nie wyklucza. Niemcom udało się zniszczyć przed końcem wojny znaczną część
akt Neuengamme. Podczas wizyty w Arolsen dziennikarze Deutsche Welle widzieli
wykazy przydziałów więźniów w KL. To rezultat lat pracy archiwum – sprawdzania
list transportowych więźniów przybyłych w danym dniu i zakres wydawanych w
tymże dniu numerów więźniarskich. Wykorzystywano też relacje naocznych
świadków, czyli osób, które po wojnie korespondowały z archiwum i podawały
numer obozowy oraz dzień przybycia do obozu. Co ciekawe, numer 5932 przyznano
19 sierpnia, a numer 5943 – 22 sierpnia. Numer 5939 musiałby zostać przyznany –
inaczej niż podano w liście archiwum do Tuska – dosłownie jeden lub dwa dni
przed tą datą.
– Nie mamy żadnych dokumentów, w których występowałby Józef Tusk wraz z numerem
obozowym – przyznaje Małgorzata Przybyła z Arolsen Archives. Podkreśla, że
informacja taka – wraz z numerem i powołaniem się na źródło – Muzeum Pamięci
Neuengamme – widnieje na stronie IPN. Sprawdziliśmy – jest.
Zrzut ekranu ze strony polskiego Instytutu Pamięci Narodowej, dotyczący
Józefa Tuska
Napisaliśmy też do Miejsca Pamięci Neuengamme – instytucji, która zawiaduje
ocalałymi dokumentami dotyczącymi obozu – z prośbą o przesłanie dokumentów i
wszelkich zachowanych informacji o Józefie Tusku. Skoro bowiem strona IPN
powołuje się na to źródło, to tam powinno znajdować się potwierdzenie, że Józef
Tusk więźniem Neuengamme rzeczywiście był, a 5939 to jego numer obozowy.
"W naszych archiwach nie ma również jednoznacznych dowodów na to, że Józef
Tusk był więźniem nr 5939 w obozie koncentracyjnym Neuengamme" – odpisuje
Christian Römmer z archiwum Miejsca Pamięci Neuengamme. Jak dodaje, numer 5939
wskazuje, że Tusk musiałby – co zgadza się z datami podanymi w jego liście oraz
w życiorysie z książki „Gdańsk 1939” – przybyć do obozu około 20 sierpnia 1941
roku. Römmer dodaje też, że nie jest możliwe na podstawie dostępnych danych
stwierdzenie, kiedy dziadek Donalda Tuska obóz opuścił. Sam Józef Tusk w swoim
liście pisze, że przebywał w Neuengamme do sierpnia 1942 roku.
Według relacji najstarszej córki Józefa, z którą w 2006 roku rozmawiała
pomorska reporterka Barbara Szczepuła, święta Bożego Narodzenia 1943 r. jej
ojciec celebruje w domu. Gedanopedia – encyklopedia dziejów Gdańska i jego
mieszkańców – podaje, że po powrocie pracuje jako palacz w gdańskiej fabryce
mydła i kosmetyków G. Schatza, który – na prośbę żony Józefa – wyjednał jego
zwolnienie.
Branka do Wehrmachtu
Ale rodzinne szczęście trwa krótko. Między 2 sierpnia a 12 października 1944 r.
(dokładna data nie jest znana), jak wielu Kaszubów, których Niemcy uznali za
źródło rekruta do wykrwawiających się sił zbrojnych Trzeciej Rzeszy, Józef Tusk
zostaje wcielony do 328. Grenadier-Ersatz-und-Ausbilldungsbatallion Wehrmachtu,
czyli batalionu rezerwowo-szkoleniowego wojsk III Rzeszy – jak podały w 2005 r.
"Wiadomości" TVP na podstawie dokumentów Deutsche Dienststelle
(WASt), czyli niemieckiego urzędu informującego rodziny o poległych w
Wehrmachcie.
Tę samą informację opublikował też tygodnik "Sieci", podając też
numer nieśmiertelnika Tuska: 8241.
Informacja od Deutsche Dienststelle (WASt) dotycząca orientacyjnej daty
wcielenia Józefa Tuska do Wehrmachtu
Z książeczki wojskowej oddelegowanego do tego batalionu żołnierza wiemy, że
jeszcze 19 września 328. Batalion Rezerwy i Szkoleniowy Grenadierów stacjonował
w miejscowości Minden w Westfalii (zachodnie Niemcy), 300 km na północny wschód
od Roetgen. Dziennikarze Deutsche Welle dotarli do dokumentów, które wskazują,
że 328. Batalion stacjonował we wrześniu 1944 roku w regionie Eupen, w
okolicach niemieckiego miasteczka Roetgen przy belgijskiej granicy i brał
udział w walkach z Amerykanami o to miasto. Wielu żołnierzy Wehrmachtu poddało
się tam – trafili do utworzonego naprędce obozu jenieckiego.
W październiku – jak podaje leksykon Wehrmachtu – batalion kilkakrotnie
przekształcono, rozdzielono, połączono, jego żołnierzy wcielano do innych
jednostek. Jest prawdopodobne, że żołnierze batalionu brali udział – ale
niekoniecznie jako batalion 328 – w morderczej, nierozstrzygniętej bitwie o
pobliski las Hürtgen – właściwie serii bitew Amerykanów z Niemcami od 19
września 1944 do 10 lutego 1945, w której USA straciły 24 tysiące ludzi, a
Niemcy odnotowali 28 tys. zabitych i rannych.
To początek najtrudniejszej do weryfikacji części historii dziadka Donalda
Tuska. Ślad w niemieckich dokumentach urywa się bowiem na orientacyjnej dacie
wcielenia do Wehrmachtu – 12 października 1944 roku. Istnieją wprawdzie kolejne
dokumenty, ale działania weryfikacyjne dziennikarzy różnych mediów – a także
relacje samego Józefa Tuska – podważają wynikające z nich wnioski. Należy je
jednak przypomnieć.
Biała plama
"To Polish Forces" – brzmi opatrzona datą 24 listopada 1944 roku
notatka również znaleziona w Deutsche Dienststelle (WASt). W archiwach tych
znajdują się dokumenty, które Niemcy otrzymali od Brytyjczyków, dotyczące osób,
które zgłosiły się do alianckich wojsk, gdy te zajmowały tereny III Rzeszy. Z
dokumentu tego wynikałoby zatem, że Józef Tusk spędził w kompanii pomocniczej
Wehrmachtu maksimum cztery miesiące, a potem dołączył do sił polskich na
Zachodzie. Tak też o swoim dziadku mówił sam Donald Tusk w nagraniu z marca
2023 roku.
Notatka dotycząca przeniesienia osoby nazwiskiem Józef Tusk do Polskich Sił
Zbrojnych na Zachodzie. Źródło: Bundesarchiv
Jak jednak pisze Barbara Szczepuła w swoim obszernym cyklu dotyczącym osób z
Pomorza wcielanych przymusowo do niemieckiego wojska, pod koniec lipca 2006
roku Donald Tusk otrzymał z archiwum brytyjskiego Ministerstwa Obrony, gdzie
przechowywane są także dokumenty Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie,
informację: "Józef Tusk, urodzony 23 marca 1907 roku w Gdańsku, syn
Józefa, nie figuruje w żadnym wykazie".
Nie ma – sprawdziliśmy – imienia i nazwiska „Józef Tusk” w kolekcji akt
żołnierzy powracających z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w latach
1945-1948 Wojskowego Biura Historycznego. Nie ma – w amerykańskich National
Archives. Jak podaje serwis Pomorskie.Naszemiasto.pl, w gdańskim oddziale
Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych znajduje się napisany w 1948
roku przez Józefa Tuska życiorys. A w nim: "25 sierpnia 1944 roku Niemcy
wysłali mnie do Niemiec na roboty przy budowie okopów i pracowałem przy budowie
bunkrów, rowów przeciwpancernych itd".
Z kolei – jak podaje portal wpolityce.pl – w życiorysie napisanym w 1975 roku
do "Gdańskiego Słownika Biograficznego", Józef Tusk napisał: "Od
26.8.1944 do 5.3.1945 przy kopaniu okopów". Przy czym jest to jedyne
miejsce, gdzie pojawia się data 5 marca 1945 roku. Wszystkie informacje zawarte
w tych życiorysach pochodzą od samego Józefa Tuska, który nie podaje też
szczegółów tego, co działo się z nim później. Jego nazwisko wypływa dopiero na
liście ocalonych z majowego bombardowania "Cap Arcony”. Ale listę też
trzeba krytycznie zweryfikować.
Pobojowisko III Rzeszy
W 1972 roku Arolsen Archives wydaje swoim pracownikom instrukcję, która
nakazuje przy korespondencji dotyczącej listy uratowanych z "Cap
Arcony" szczególną ostrożność.
W szczególności, gdy zgłaszający się do Arolsen pisali, że byli więzieni w
obozach Stutthof, Auschwitz i Mittelbau, archiwum nakazywało odpisywać, że
osoba taka – choć figuruje na liście uratowanych z "Cap Arcony" – po
prostu "została zarejestrowana jako ocalona z obozu koncentracyjnego w
regionie Neustadt/Holstein". Lista ocalonych "Nominal roll..."
nie powinna być – jak podkreśla mgr Anna Meier-Osiński, historyczka z Arolsen
Archives – traktowana jako stuprocentowy dowód tego, że osoby na niej się
znajdujące na pewno były na "Cap Arconie" lub innych statkach. Jakie
fakty i okoliczności z maja 1945 r. kazały ekspertkom z Arolsen przyjąć takie
założenie?
Po pierwsze: liczby ofiar i ocalonych. Zgodnie z danymi podawanymi przez Muzeum
Pamięci Neuengamme i Arolsen Archives, w bombardowaniu Zatoki Lubeckiej zginęło
około 6-7 tys. ludzi. Tyle mniej więcej było tego dnia na "Cap
Arconie" i "Thielbeku". Uratować zdołało się zaś nie ponad 1200
osób – jak wskazywałaby lista zawierająca nazwisko Józefa Tuska – ale między
400 a 600, Skąd te różnice?
Trzecia Rzesza na przełomie maja i czerwca 1945 r. to imperium, w którym
załamał się stary porządek. Dyktator popełnił samobójstwo. Wierchuszka władzy
ucieka lub siedzi w areszcie. Administracja się rozpada. Kraj jest pełen
alianckiego wojska, pojmanych niemieckich żołnierzy i urzędników, szukających
pomocy uchodźców wojennych, dipisów – osób przemieszczonych, zmuszonych do
opuszczenia miejsca, w którym żyły przed wojną, dezerterów z Wehrmachtu,
zdezorientowanej ludności cywilnej. Alianci próbują zapanować nad chaosem.
Jeden z obozów dla dipisów organizują w Neustadt nad Zatoką Lubecką.
Nieopodal miejsca bombardowania "Cap Arcony".
Józef Tusk na liście ocalonych
Badacze i badaczki z Arolsen dopuszczają po prostu, że na listach jako
uratowani z katastrofy mogli zostać zapisani zarówno prawdziwi ocaleni, jak i osoby,
które – po oswobodzeniu z obozów koncentracyjnych – znalazły się w regionie
Neustadt/Holstein. I mogły nawet nie wiedzieć, że na tych listach się znalazły.
– Przekazywanie informacji o pobycie na jednym ze statków miało ścisły związek
z danymi przekazanymi nam we wniosku. W przypadkach, gdy podano nam we wniosku
numery więźniarskie z Auschwitz, Stutthof i Mittelbau, przekazywaliśmy
informacje o tym, że osoba ta została zarejestrowana jako ocalały więzień obozu
koncentracyjnego w rejonie Neustadt/Holstein. Jeśli wnioskodawca chciał uzyskać
od nas zaświadczenie o pobycie w KL Neuengamme i jednocześnie podał, że był na
pokładzie jednego ze statków, wtedy informacje z tych wykazów były przekazywane
– tłumaczy Małgorzata Przybyła z Arolsen Archives.
W przypadku Tuska jest jeszcze inaczej. W korespondencji z dziadkiem premiera,
która nastąpiła cztery lata po wydaniu wspomnianej instrukcji, archiwum
informuje go, że figuruje na liście ocaleńców z katastrofy. Tusk – choć w swoim
liście nie wspominał nic o "Cap Arconie" – podał oba numery obozowe –
ze Stutthofu i z Neuengamme. Numer z Neuengamme zgadzał się z tym na powstałej
trzy dekady wcześniej liście ocalonych z "Cap Arcony". – Więc można
byłoby przyjąć, że był na statku, gdyby nie dalsze ustalenia – zaznacza
Małgorzata Przybyła.
Z dalszych ustaleń wynika zaś, że z Neuengamme został wypuszczony, wrócił do
Polski, a potem padł ofiarą branki do Wehrmachtu. Czyżby trafił ponownie do
obozu, a potem na "Cap Arconę", "Thielbeka" lub
"Athen”?
Christian Römmer z archiwum Miejsca Pamięci Neuengamme odpisuje nam, że jego
archiwum nie ma informacji, które wskazywałyby, że Tusk mógł zostać więźniem
Neuengamme po raz wtóry.
– Doświadczenie i praktyka wskazują, że przy ponownym wtrąceniu do obozu Tusk
dostałby raczej nowy numer, a nie pozostawiono by mu starego – 5939 – mówią
zgodnie Anna Meier-Osiński i Małgorzata Przybyła. Druga z badaczek podkreśla,
że jest to teza oparta na przykładach innych więźniów obozów koncentracyjnych,
którzy kilkakrotnie trafiali do tego samego obozu i za każdym razem otrzymywali
nowy numer.
Jeśli więc Tusk w kwietniu 1945 roku nie znajdował się w Neuengamme, w jaki
sposób miałby trafić na "Cap Arconę"?
Dipis
Wiemy na pewno, że najpóźniej w lipcu 1945 roku Józef Tusk znalazł się
dokładnie tam, gdzie wydarzyła się katastrofa – we wspomnianym obozie dla
dipisów w Neustadt. Świadczą o tym kolejne dokumenty z Arolsen – karta dipisa –
osoby przemieszczonej, zmuszonej do opuszczenia miejsca, w którym żyła przed
wojną – i aliancka karta z centrum rejestracji. I są to wiarygodne świadectwa
losów Józefa Tuska.
Zgadzają się dane personalne, data i miejsce urodzenia, wykonywany zawód i
imiona dzieci, imię i nazwisko panieńskie matki. Na pytanie, czy jest jeńcem
wojennym, Tusk zaznacza "nie". Gdyby został schwytany jako żołnierz
Wehrmachtu, ta opcja nie wchodziłaby w grę. To, że w lipcu 1945 r. trafił do
obozu dla dipisów, nie budzi więc wątpliwości badaczy. Ale jak się tam znalazł?
Czy podczas rejestracji jako dipis podał numer z ostatniego obozu, w jakim był?
Czy w ten sposób wywołał łańcuch czynności urzędowych, na których końcu jest
lista ocalonych z "Cap Arcony" z jego nazwiskiem? Czy jednak
rzeczywiście uratował się z któregoś ze statków, ale po wojnie o tym – tak
samo, jak o przymusowej służbie w Wehrmachcie – po prostu milczał?
Na te pytania w świetle wiedzy, którą udało się zgromadzić badaczom z Arolsen,
oraz dokumentów, do których z ich pomocą dotarliśmy, nie można udzielić
jednoznacznej, przesądzającej odpowiedzi.
– To, jak Tusk trafił do alianckiego obozu dla dipisów w Neustadt, nie jest
udokumentowane. Sprawdziłam cały materiał archiwalny z tego obozu i nie
odnalazłam w nich jego nazwiska. Natomiast karta rejestracji w obozie jest w
zupełności trafna i nie wzbudza żadnych podejrzeń – mówi Małgorzata Przybyła.
Karta rejestracji Józefa Tuska jako osoby przemieszczonej w obozie w
Neustadt nad Zatoką Lubecką
Wiemy zatem, że od 28 lipca do 24 listopada 1945 r. Józef Tusk przebywał w
Neustadt. Tego dnia bowiem – jak zaświadcza aliancka karta z centrum
rejestracji – "wyruszył do Polski".
Aliancka karta rejestracji Józefa Tuska w obozie w Neustadt z informacją, że
wyjechał do Polski
W 2014 roku dalecy krewni Donalda Tuska wystawiają na aukcję zbiór pamiątek po
dziadku premiera. Ostatecznie sprzedano tylko skrzypce zbudowane przez Józefa –
był znanym i cenionym lutnikiem – zaś dokumenty nabyła, jak piszą wówczas
media, "osoba prywatna".
Dziennikarze docierają jednak do informacji, że wśród urzędowych papierów była
też wydana w Szczecinie jesienią 1945 roku Karta Państwowego Urzędu Repatriacyjnego
i poświadczenie obywatelstwa polskiego dla całej rodziny w 1950 r. A także
legitymacja Związku b. Więźniów Ideowo-Politycznych z 1946 r. nr. 0233,
podająca jego numer ze Stutthofu – 3366.
Powojenna komunistyczna Polska uznała polskość Józefa Tuska. Dla świetnie
mówiącego po niemiecku Kaszuba – już na starcie "elementu
podejrzanego" – było to przepustką do normalnego życia w nowej,
PRL-owskiej rzeczywistości.
Na aukcji była też "legitymacja wydana w 1945 r. przez Związek Polaków na
miasto Neustadt", co stanowiłoby kolejne potwierdzenie jego bytności nad
Zatoką Lubecką.
Dowody i białe plamy
Odnalezione w Arolsen Archives dokumenty wyjaśniają część wojennej historii
dziadka premiera Donalda Tuska. Dzięki nim wiemy dziś, że Józef Tusk wnosił o
urzędowe potwierdzenie swojej niewoli w niemieckich obozach. Gdyby w nich nigdy
nie był – poszukiwania te nie miałyby sensu.
Wiemy też, że między sierpniem a październikiem 1944 roku został – jak wielu
Kaszubów czy Ślązaków – przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Istnieje dokument
wskazujący, że najpóźniej w listopadzie tego roku dołączył do polskich sił
zbrojnych, ale nie jest opatrzony ani datą, ani podpisem, nie znajduje też
potwierdzenia w alianckich archiwach. Istnieją rozbieżności w dostępnych
źródłach oraz wątpliwości co do dokładności dokumentów dotyczących jego
tułaczki od jesieni 1944 roku do lipca 1945, kiedy to został zarejestrowany
jako osoba przeniesiona (dipis) w obozie w Neustadt nad Zatoką Lubecką.
Wiemy, że istnieją dokumenty, które wskazują, że Józef Tusk, gdański kolejarz,
więzień polityczny III Rzeszy, wcielony do Wehrmachtu Kaszub i Polak, dipis,
ojciec i dziadek licznej rodziny i znany lutnik mógł przeżyć jeden z
najtragiczniejszych epizodów II wojny światowej – bombardowanie i zatonięcie
"Cap Arcony". Obecna wiedza i dostępne dokumenty i źródła nie
pozwalają jednak przesądzić o tym ze stuprocentową pewnością, a on sam w swojej
korespondencji z archiwum Arolsen nie wspomina, jakoby przeżył to wydarzenie.
– Historie takie jak Józefa Tuska pokazują, jak ważne jest zajmowanie się epoką
narodowosocjalistyczną również dzisiaj – powiedziała Deutsche Welle w 2024 roku
ówczesna dyrektorka Arolsen Archives, dr Floriane Azoulay.
–Jako szefowa instytucji, która przechowuje miliony dokumentów, zwłaszcza
dotyczących polskich ofiar niemieckich nazistowskich prześladowań przez reżim
hitlerowski, Chciałabym zaapelować o wykorzystanie tych ważnych świadectw do
badania, odkrywania i uzupełniania historii. Dla młodszych pokoleń wiedza i
refleksja na temat prześladowań i marginalizacji mogą stać się główną motywacją
do obrony różnorodności i demokracji.
***
Arolsen Archives jako pierwsze poinformowało oficjalnie premiera RP Donalda
Tuska o odnalezionych dokumentach dotyczących jego dziadka. Redakcja Polska DW
również podejmowała próby kontaktu z premierem. Do czasu publikacji artykułu
nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Reportaż video po polsku pod tym samym adresem
14.
No brawo.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuńDzień dobry. Dziękuję za tak obszerne informacje
OdpowiedzUsuń