DRUGI OBIEG
Niedziela, 5 lipca 2026
1.
https://wyborcza.pl/7,75398,32894986,donald-tusk-oczekujemy-od-ukrainy-pierwszego-kroku-po-tej-nieszczesnej.html#s=S.TD-K.C-B.8-L.2.duzy
Tusk chce „jasnych sygnałów” z Ukrainy w sprawie afery z „bohaterami UPA”
https://www.pravda.com.ua/news/2026/07/04/8042383/
========
Pora na zmianę lidera – uważa D.O.
2.
D.O. jest w siódmym niebie, bo ma rzadki, zbyt rzadki przywilej goszczenia
Córki i Wnuka. Bez protestów przyjął całkowite ubezwłasnowolnienie i
zaakceptował rolę pracownika technicznego i szofera. No, a że jego rodzina jest
ukulturalniona, pierwsze wspólne kroki skierowaliśmy do odnowionego Muzeum
plakatu w Wilanowie. Kolekcja arcyciekawa i smutna, bo dowodzi jak nisko Polacy
upadli w reklamie, marketingu i propagandzie. W Muzeum jak na dłoni widać, że kiedyś
granica między nimi, a wyrafinowaną sztuką praktycznie nie istniała, a dzisiaj…
Szkoda gadać: nasza inteligencja jest od rana do nocy obrażana przez rzucane
nam łopatą w twarz cuchnącą substancję prosto z szamba, A dla utrwalenia efektu
geniusze od reklamy jeszcze nam tą łopatą przywalają po głowie.
Niektóre stare plakaty nic nie straciły ze swojej aktualności.
Genialne. A cenzury D.O. nie znosi.
Wow!
No dobrze, wszyscy ten plakat znają, ale nadal jest genialny.
Jakże aktualne, w kraju pełnym „partyjotów”…
Fenomenalny skrót myślowy. Kilka kresek, a przekaz ostry, jak kula karabinowa.
No geniusz!
Ten plakat zrobił światową karierę i jest uważany za klasyka plastycznego
geniuszu.
Jakież to aktualne, jakąż chęć przywrócenia prawdy i sprawiedliwości budzi!
Ten też zrobił ogromną karierę. Zasłużoną…
Wszystkie polskie siły społeczne i polityczne sprzysięgły się przeciwko polskim
kobietom; te katofaszystowskie i te pseudodemokratyczne. Noż q!
3.
A to sprzed kilku dni: D.O. kucnął i pstryknął.
4.
Papież klęka przy grobach migrantów na Lampedusie, a następnie stoi samotnie na
skałach: „Europa jest powołana do podjęcia epokowej odpowiedzialności”.
Lampedusa, Papież: „Migranci są ofiarami decyzji, które już podjęto lub których
nie podjęto”. Europa wezwana do epokowej odpowiedzialności
https://www.repubblica.it/cronaca/2026/07/04/news/leone_xiv_migranti_lampedusa_indipendenza_usa-425450295/?ref=RHLF-BG-P5-S1-T1-s2363
Prevost postanowił odwiedzić wyspę w Dniu Niepodległości Stanów Zjednoczonych:
uklęknął na cmentarzu, gdzie pochowani są ludzie zaginieni podczas podróży
morskich, odwiedził „Bramę do Europy”, spotkał się z gośćmi w punkcie zapalnym,
a następnie odprawił mszę świętą w pobliżu nabrzeża. To nowe przesłanie dla
Stanów Zjednoczonych: „Przyjmujcie obcych z współczuciem i hojnością”.
Migranci, którzy giną na Morzu Śródziemnym, „są ofiarami zarówno podjętych, jak
i niepodjętych decyzji” – powiedział papież Leon XIV podczas mszy odprawionej w
pobliżu wybrzeża Lampedusy, gdzie przebywał dziś z półdniową wizytą, będącą
powtórzeniem wizyty papieża Franciszka z lipca 2013 r., będącej jego pierwszą
wizytą od czasu wyboru.
Kwestia migracji była sednem podróży, a dla papieża urodzonego w Stanach
Zjednoczonych wybór daty – 4 lipca, w 250. rocznicę uzyskania niepodległości
przez Stany Zjednoczone – nadaje wizycie jeszcze większego znaczenia: oddala ją
od restrykcyjnej polityki imigracyjnej Donalda Trumpa.
Papież podkreślił w szczególności konieczność przejścia „od zwykłego
zarządzania kryzysowego do opracowywania kompleksowej i wspólnej polityki” i
zaapelował do całej Europy o zapewnienie „poszanowania godności każdej osoby”.
Decyzje podjęte i niepodjęte
„Zmarli w tym morzu są ofiarami zarówno podjętych, jak i niepodjętych decyzji”
– powiedział Papież: „Lekceważenie dobra wspólnego i korupcja w miejscach ich
pochodzenia, globalny system ekonomiczny generujący ubóstwo i wykluczenie,
strach podsycający uprzedzenia i pogardę, przekonanie, że te problemy nas nie
dotyczą, przestępcze kalkulacje tych, którzy czerpią zyski z losu innych,
powolne i trudne przejście od zwykłego zarządzania kryzysowego do opracowywania
kompleksowej i wspólnej polityki: wszystko to jest dziś odzwierciedleniem
ewangelicznej opowieści o pędzie naprzód”.
Odpowiedzialność Europy
„Z tego najdalszego zakątka Europy, położonego nad Morzem Śródziemnym, możemy
lepiej dostrzec epokowe wezwanie, jakie zjawisko migracji kieruje do
społeczeństw europejskich” – kontynuował Leone. „Również w tym zakresie –
podobnie jak w przypadku transformacji ekologicznej i promowania pokoju –
Europa posiada wyjątkowy potencjał wynikający z jej historii i kultury, a zatem
ponosi równą odpowiedzialność. Ze względu na swoje położenie geograficzne i
strukturę instytucjonalną, Europa jest w stanie – w tym obszarze – organicznie
stawić czoła kryzysowi, włączając pierwszą pomoc do długoterminowego planu
strategicznego, który umożliwia przyjmowanie, ochronę, wspieranie i integrację
migrantów, a jednocześnie działa na rzecz rozwoju, aby nikt nie był zmuszany do
emigracji. Wszystko to przy jednoczesnym zapewnieniu poszanowania godności
każdego człowieka”.
Ostrzeżenie dla turystów
Dla wielu turystów na wyspie, zauważył Papież, „wakacje to po prostu rozrywka,
pogoda i beztroska. Wydaje się więc, że musimy wznieść niewidzialny mur między
morzem rozbitków a morzem wczasowiczów. Miejcie odwagę myśleć inaczej.
Stopniowo, z kreatywnością, uda wam się sprawić, że każdy, kto spędzi jakiś
czas, nawet ten relaksujący, na tej wyspie, będzie mógł stać się bardziej
ludzki, mierząc się z waszą miłością bliźniego, z tym, czego nauczyło was
morze, ze spotkaniami, które was wychowały”.
Dzisiejsi „rozbójnicy”
Dziś, powiedział Papież, Lampedusa i Linosa „znajdują się na niebezpiecznej
drodze, podobnej do tej, która wiodła z Jerozolimy do Jerycha. Widzieliście tu
nie jednego, ale tysiące ludzi, którzy wpadli w ręce bandytów, którzy ograbili
ich ze wszystkiego, pobili do krwi, a następnie odeszli, zostawiając na wpół
żywych. Morze przyjęło pozostałych, tych, którzy nie dotarli tam, gdzie mieli
nadzieję. Czujemy jednak ich obecność, która wzywa nas nie mniej niż tych,
którzy wysiedli, potrzebując opieki i ratunku”.
Hojność wobec migrantów
Papież podziękował mieszkańcom Lampedusy „za bliskość, którą wielu z was” –
powiedział – „zdecydowało się okazać”. Leone podziękował „wolontariuszom,
stowarzyszeniom zgromadzonym na Forum Solidarności Lampedusy”, instytucjom
cywilnym, Straży Przybrzeżnej, burmistrzom i administracjom, które zmieniały
się na przestrzeni lat; diakonom, księżom, zakonnicom, lekarzom, psychologom,
wychowawcom; siłom bezpieczeństwa i wszystkim tym, którzy z wiarą lub bez niej,
postanowili kochać razem”. Papież skierował jednak również szczególną myśl do
obecnych migrantów: „Oni sami” – podkreślił – „nie tylko otrzymali, ale często
okazywali solidarność w swojej podróży, jak ubodzy pomagający najuboższym.
Dziękuję wam, bracia i siostry, ponieważ wasza bliskość nie jest niczym oczywistym,
niczym automatycznym”.
Nie dla dyskryminacji
„Niestety” – powiedział Papież, odwołując się do ewangelicznej opowieści o
„Dobrym Samarytaninie” – „w każdym wieku są ludzie, którzy boją się zarażenia w
kontakcie z innymi, negując w ten sposób – nawet w obliczu cierpienia i śmierci
– nasze wspólne pochodzenie od Boga, nieskończoną godność każdego człowieka i
powołanie do nieograniczonej miłości. Czas uznać i potwierdzić” – powiedział
Leone, wyraźnie odnosząc się do muzułmańskiej i hinduistycznej religii wielu
migrantów przybywających na Lampedusę – „że przynależność religijna nigdy nie
powinna stać się powodem dyskryminacji, tak jakby wiara miała granice i nie
była uniwersalnym powołaniem do zbawienia”.
Papież klęka na grobach migrantów
Po wylądowaniu na Lampedusie o 8:56, Prevost najpierw odwiedził cmentarz, na
którym pochowani są zmarli migranci, w tym kilkoro dzieci, którzy rozbili się
podczas próby przedostania się z Afryki do Europy. Papież uklęknął, aby złożyć
wieniec przed grobem oznaczonym prostym drewnianym krzyżem. Pozostał tam przez
kilka sekund pogrążony w modlitwie, marszcząc brwi.
Prevost samotnie przekracza Bramę Europy
Papież udał się następnie do „Bramy Europy”, pomnika-rzeźby autorstwa artysty
Mimmo Paladino, o wysokości około 5 metrów i szerokości 3 metrów,
symbolizującej powitanie cudzoziemców przybywających na wyspę. Leone podszedł
do rzeźby w towarzystwie trojga afrykańskich migrantów: kobiety w ciąży,
chłopca i dziewczynki. Prevost trzymał ich za ręce. Chłopiec, Leo, który
przybył samotnie na Lampedusę dziesięć lat temu, wręczył papieżowi list i piłkę
nożną.
Następnie Leo, sam, przekroczył drzwi, zatrzymując się, by spojrzeć na horyzont
i w końcu, nadal sam, odważył się wspiąć na skałę przed sobą, gdzie między
rozbawionym uśmiechem a podmuchem wiatru, który zerwał mu czapkę, wspiął się
niemal na brzeg wody, gdzie z poważnym spojrzeniem ponownie kontemplował morski
horyzont.
Spotkanie z gośćmi ośrodka dla uchodźców.
Leone, który podobnie jak Francis nie odwiedził punktu zapalnego na wyspie,
spotkał się z około dwudziestoma gośćmi w Molo Favaloro, dokąd wczoraj
wieczorem przypłynął statek Straży Przybrzeżnej z 17 migrantami na pokładzie.
Uścisnął po kolei dłonie 19 młodym obcokrajowcom przebywającym w ośrodku
prowadzonym przez Czerwony Krzyż.
Tutaj Prevost odsłonił i poświęcił tablicę poświęconą Jorge Marii Bergoglio, na
cześć którego molo zostało przemianowane: „Molo Papieża Franciszka. Miejsce
lądowania, nadziei i człowieczeństwa. Lampedusa, 4 lipca 2026 r. Papież Leon
XIV i wspólnota pelagiańska umieścili je na wyspie”.
Nowy impuls z USA
Tymczasem, z okazji 250. rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych, Papież,
który już wczoraj w przemówieniu przypomniał, jak migranci ukształtowali
historię jego ojczyzny, wystosował nowe orędzie do Stanów Zjednoczonych.
„Obrona ludzkiego życia” – pisze urodzony w Chicago Papież – „oznacza również
przyjmowanie, ochronę i pomoc imigrantom, których nadzieje, poświęcenia i wkład
są częścią historii tego kraju od jego początków. W każdym pokoleniu ci, którzy
przybywali w poszukiwaniu wolności, szans i miejsca, do którego przynależą,
przyczyniali się do kształtowania charakteru narodu. Przyjmowanie ich ze
współczuciem i hojnością to nie tylko akt miłosierdzia, ale także uznanie
godności tkwiącej w każdym człowieku”.
Papież Leon XIV: „Tutaj gesty mówią głośniej niż słowa”.
„Fakt, że zdecydowaliście się nazwać molo w Favaloro imieniem papieża
Franciszka, jest znakiem więzi, jaką mój poprzednik nawiązał z waszą wspólnotą
i naszymi braćmi i siostrami migrantami” – podkreślił Prevost. „Papież był
blisko was w tym bardzo trudnym dla was czasie. A dziś jestem tu, aby
powiedzieć wam, że Papież nadal wam towarzyszy, wspiera was i dodaje otuchy.
Nie przybyłem, aby wygłaszać przemówienia” – kontynuował Papież – „ale aby
celebrować Eucharystię, najwyższy znak obecności Chrystusa pośród nas. Gest
Jezusa łamania chleba, aby dać siebie, nadaje sens i siłę naszym codziennym
gestom pomocy i dzielenia się. Tak, to miejsce, gdzie gesty mówią więcej niż
słowa. Ale gesty, aby być ludzkimi, wymagają serca. Właśnie dlatego się tu
zebraliśmy: aby czerpać z Chrystusa miłość, którą tylko On może nam dać, aby
świat dzisiejszy i jutrzejszy był bardziej ludzki, dla każdego”.
W uroczystości wzięli udział burmistrz Lampedusy Filippo Mannino, arcybiskup
Agrigento Alessandro Damiano , kardynał Baldo Reina, wikariusz papieski dla
diecezji rzymskiej pochodzący z Agrigento oraz podsekretarz przewodniczącego
Rady Alfredo Mantovano.
Prevost przemierza wyspę w papamobile
Następnie, pośród dwóch rzędów tłumów skandujących „Papieżu Leonie!”, Prevost,
jadąc papamobilem, którym poprzedni papież podróżował 8 lipca 2013 roku,
przemierzył część wyspy, głaszcząc i błogosławiąc dzieci. Następnie dotarł do
boiska sportowego, gdzie odbyła się msza święta w obecności 4000 osób.
Przechodząc wyznaczoną trasą do ołtarza, Leon XVI powitał licznie zgromadzonych
ludzi, machając biało-żółtymi flagami, symbolem Watykanu. Po mszy samolot Leona
odleciał o 12:54, by wrócić do Watykanu.
Piąta podróż Prevosta do Włoch
To piąta włoska podróż papieża Leona na Lampedusę, po Pompejach i Neapolu (8
maja), Acerze (23 maja), Pawii i Sant'Angelo Lodigiano (20 czerwca), a przed
tegorocznymi podróżami do Asyżu (6 sierpnia) i Rimini (22 sierpnia). W
Sant'Angelo Lodigiano papież szczególnie przypomniał postać świętej Franciszki
Cabrini , misjonarki, która urodziła się w lombardzkiej wiosce i spędziła życie
pomagając i promując imigrantów (Włochów i innych) w Stanach Zjednoczonych.
Papież poświęcił również ostatnią część swojej niedawnej podróży do Hiszpanii
migrantom, spotykając się z uchodźcami i migrantami na Gran Canarii i
Teneryfie, apelując do Europy o przyjęcie tych, którzy uciekają przed wojną,
przemocą i głodem.
5.
20 000 osób na protestach
Erfurt w stanie wyjątkowym przed konferencją partii AfD
https://www.n-tv.de/politik/Erfurt-vor-AfD-Parteitag-im-Ausnahmezustand-id31047143.html
W otoczeniu migających niebieskich świateł i protestujących: rozpoczyna się
konferencja partii AfD w Erfurcie. Policja odprowadza delegatów na miejsce.
Zbiera się około 20 000 demonstrantów – miasto czeka weekend pełen politycznych
emocji.
Policja eskortowała kilka autobusów na federalną konferencję partii AfD w
Erfurcie przed jej rozpoczęciem. Autobusom towarzyszyło kilka radiowozów z
migającymi niebieskimi światłami, prawdopodobnie przewożącymi delegatów AfD.
Autobusy przejechały przez dzielnicę Schmira w Erfurcie w kierunku terenów
targowych, gdzie o godzinie 10:00 rozpoczęło się dwudniowe spotkanie skrajnie
prawicowej partii. Według policji, w protestach przeciwko konferencji partyjnej
wzięło udział dotychczas około 20. 000 osób.
6.
Weidel nie widzi możliwości koalicji z „tą CDU” – policja naliczyła 31.000
kontrmanifestantów.
https://www.welt.de/politik/deutschland/article6a47904e2e8f13ca8ed2ad55/afd-bundesparteitag-in-erfurt-weidel-sieht-mit-dieser-cdu-keine-koalitionsoption-polizei-zaehlt-31-000-gegendemonstranten-liveticker.html
Liderka AfD, Alice Weidel, krytykuje protesty przeciwko konferencji partyjnej
AfD, nazywając je „procesem antydemokratycznym”. AfD celowo sprowadziła swoich
delegatów na miejsce wcześniej, aby uniknąć potencjalnych zakłóceń, powiedziała
Weidel.
Ponownie wybrany lider AfD, Tino Chrupalla, obiecał znaczące zmiany w
funkcjonowaniu krajowych służb wywiadowczych, jeśli jego partia wygra wybory w
landach wschodnich Niemiec. „Zapewnimy, że partie polityczne w tym kraju nie
będą już monitorowane” – powiedział Chrupalla.
„Nie złamiecie nas! Wręcz przeciwnie, będziemy tylko silniejsi i więksi!” –
krzyknęła Alice Weidel, wywołując gromkie brawa. Wezwała swoją partię do zmiany
dekoracji kraju na czarno-czerwono-złote. Wielu delegatów machało niemieckimi
flagami.
Weidel powiedziała, że AfD ma obecnie 75 000 członków, co stanowi znaczny
wzrost. Pod koniec 2024 roku liczyła nieco ponad 50 000 członków. Weidel była
przekonana, że szybko przekroczy 100 000 członków. Jej przeciwnicy polityczni
przewidywali upadek AfD, ale okazało się inaczej. AfD była na ścieżce wzrostu i
gotowa była wziąć na siebie odpowiedzialność.
Biorąc pod uwagę wysokie notowania partii w sondażach, liderka AfD, Alice
Weidel, ogłosiła, że jej partia ma pretensje do objęcia przywództwa. „Jesteśmy
nową partią ludową w Niemczech” – powiedziała Weidel w sobotę w swoim
przemówieniu na zjeździe partii AfD w Erfurcie. „AfD jest gotowa wziąć na
siebie odpowiedzialność, ponieważ my, ponieważ Niemcy, ponieważ Niemcy
zasługują na dobre rządy”. AfD jest obecnie „politycznym liderem na szczeblu
federalnym”. W wielu krajach związkowych jest „najsilniejszą lub drugą
najsilniejszą partią”.
„CDU prowadzi politykę przeciwko narodowi niemieckiemu, przeciwko Niemcom,
przeciwko interesom naszego kraju” – powiedziała. Opisała SPD jako „kiedyś tak
dumną partię robotniczą”, która teraz „znika bez śladu z niemieckiej historii
partyjnej”. SPD, jak powiedziała, to „partia, która zdradza robotników i
pracowników”.
7.
Ameryka świętuje 250 lat
Obchody 250. rocznicy powstania Ameryki rozpoczęły się w atmosferze upału i
podziałów politycznych
Pomimo upału, wzmożonych środków bezpieczeństwa i narastających protestów,
spodziewano się, że tysiące ludzi przybędą do stolicy kraju, aby uczcić
historyczną rocznicę.
https://www.washingtonpost.com/nation/2026/07/04/celebrations-americas-250th-begin-amid-heat-political-division/
Donald Trump zainaugurował weekend obchodów 250. rocznicy powstania Ameryki
niezwykłym atakiem partyjnym na „komunistyczne zagrożenie” w Ameryce,
przedstawiając jego zwolenników jako „wrogów z 4 lipca 1776 r.”.
Prezydent USA wygłosił w piątek wieczorem półgodzinne przemówienie w Mount
Rushmore w Dakocie Południowej. Był to kolejny przystanek w jego podróży
upamiętniającej rocznicę Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych od
Wielkiej Brytanii.
Przywitany okrzykami „USA! USA!” i na krótko przerwany przelotem samolotów
F-16, Trump chwalił czterech prezydentów, których twarze wyryto w granitowej
górze: George’a Washingtona, Thomasa Jeffersona, Theodore’a Roosevelta i
Abrahama Lincolna.
„Byli ludźmi czynu, ludźmi ambitnymi, ludźmi odważnymi, ludźmi przeznaczenia i
ludźmi o prawdziwie wielkiej inteligencji” – powiedział Trump, który nigdy nie
wykluczył możliwości umieszczenia swojej twarzy na Górze Rushmore. „Przede
wszystkim byli to wielcy ludzie historii”.
Prezydent zapewnił, że wyjątkowość Stanów Zjednoczonych wynika nie tylko z ich
konstytucji, ale także z ich odrębnej kultury i tożsamości. Potępił niedawne
próby „wybicia z nas amerykańskiego ducha” i „oddzielenia nas od naszej
historii”, obiecując przeważającej większości białych: „Przywrócimy naszemu
krajowi jego tożsamość”.
Trump zrezygnował więc z udawania wygłoszenia tradycyjnego przemówienia głowy
państwa, które miałoby wznieść się ponad podziały, zjednoczyć partie polityczne
i trafić do obywateli o różnych przekonaniach.
Zamiast tego, cztery miesiące przed listopadowymi wyborami do Kongresu USA,
podjął temat, który ostatnio wielokrotnie powtarzał: przedstawianie postępowych
Demokratów jako komunistów, którzy stanowią egzystencjalne zagrożenie dla
Ameryki. Wygłosił przemówienie kilka godzin po tym, jak Zohran Mamdani,
burmistrz Nowego Jorku i demokratyczny socjalista, wygłosił proimigranckie
przemówienie, powszechnie postrzegane jako nagana dla Trumpa i jego ruchu „Make
America Great Again”.
Trump powiązał również swoją antykomunistyczną retorykę z antyimigranckim
tematem, który przyczynił się do jego zwycięstwa. „Zbliżając się do tej
wspaniałej rocznicy, widzimy, że nasza amerykańska tożsamość jest ponownie
atakowana” – powiedział.
„Pokolenie po tym, jak walczyliśmy i wygraliśmy zimną wojnę z zagrożeniem
komunizmu, obecnie w naszym kraju obserwujemy odrodzenie się zagrożenia
komunistycznego, wyrażające się także w opiniach przybyszów, którzy wyznają
idee całkowicie sprzeczne z naszym sposobem życia i naszym wielkim sukcesem”.
Opisał komunizm jako większe zagrożenie dla amerykańskiej wolności niż pierwsza
i druga wojna światowa oraz ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku. „To
wróg konstytucji” – oświadczył. „Przede wszystkim to wróg 4 lipca 1776 roku…
Komunizm jest dokładnym przeciwieństwem życia, wolności i dążenia do szczęścia.
To śmierć, tyrania i dążenie do zła”.
Trump argumentował, że komuniści nie kochają Boga ani religii i nie szanują
prawa, sprawiedliwości, zasad, tradycji ani praw nadanych przez Boga. „Można
być lojalnym wobec Karola Marksa albo wobec Ameryki. Można być komunistą albo
patriotą. Nie można być jednym i drugim”.
Prezydent był szeroko krytykowany za wykorzystywanie półpięćsetnej rocznicy do
przepisywania historii, promując narrację skupioną na białych chrześcijanach,
takich jak Washington i Jefferson, jednocześnie ignorując fakt, że obaj byli
właścicielami niewolników. Wykorzystał piątkowe przemówienie do ataku na
progresywne narracje.
„Jeśli chodzi o tych, którzy szerzą marksistowskie kłamstwa o naszym
dziedzictwie, mówią naszym dzieciom, że żyjemy na skradzionej ziemi albo że
nasi bohaterowie byli ciemiężcami, robią coś o wiele gorszego niż oczernianie
naszej przeszłości” – powiedział Trump. „Oczerniają i atakują naszą przyszłość
– nie zamierzamy na to pozwolić”.
Jednakże przemawiał w Górach Czarnych, które rząd USA nielegalnie odebrał
Narodowi Siuksów w 1877 r., po tym jak Kongres zmusił plemię do oddania ziemi
zagwarantowanej mu na mocy traktatu.
Trump porównał rzekome zagrożenie komunistyczne do imigrantów, których – jak
sugerował – można by wydalić. Obiecując „szybkie pokonanie komunizmu” i
„zesłanie ich na wygnanie”, powiedział wiwatującemu tłumowi: „Szybko ich
wyślemy i będziemy nadal budować nasz kraj, większy, lepszy i silniejszy niż
kiedykolwiek wcześniej. Ameryka nigdy nie będzie krajem komunistycznym”.
Trump wezwał Kongres do zakończenia obstrukcji parlamentarnej i uchwalenia
ustawy Save America Act, która spotkała się z powszechną krytyką jako ustawa
ograniczająca prawa wyborcze. „Jeśli to zrobimy, nie przegramy wyborów przez
100 lat” – powiedział. „Partia komunistyczna składa się z nielegalnych
imigrantów, przestępców i wszystkich, którzy nie chcą pracować”.
Wcześniej tego wieczoru aktorzy wcielający się w role Washingtona, Jeffersona,
Roosevelta i Lincolna stali za mównicami na scenie wyłożonej niebieskim dywanem
i wygłosili kilka swoich najsłynniejszych cytatów. Artysta country Chancey
Williams zagrał set. Wśród tłumu można było dostrzec chłopca trzymającego
odręczny transparent z napisem „Trump the GOAT” (koza w historii).
Trump, którego notowania zbliżają się do historycznie niskich, ma w sobotę
przemówić do tłumu na National Mall przed gigantycznym pokazem fajerwerków,
który odbędzie się w czasie upałów zakłócających obchody Dnia Niepodległości w
całych Stanach Zjednoczonych.
W ciepłą amerykańską noc Statua Wolności jaśnieje z zewnątrz, oświetlona
białymi, czerwonymi i niebieskimi światłami, aby uczcić 250. rocznicę
Deklaracji Niepodległości. W mroku wewnątrz powinna zostać wyryta tablica z
napisem „Dajcie mi waszych zmęczonych, waszych biednych”, z kilkoma wyjątkami,
z których ostatni dotyczy kobiet w ciąży. Są dwa punkty widzenia, tak jak są
dwa święta: jeden człowiek, prezydent, który rości sobie prawo do historii i
zdobyczy, oraz cały, choć podzielony, naród, który interpretuje ten sam rytuał
na różne sposoby. I są dwie stolice Czwartego Lipca: Waszyngton, ubrany w
ciemność, z odbijającym światło stawem porośniętym glonami, zbojkotowanym
koncertem i głosem mistrza, który go zastępuje; i Nowy Jork, kolorowy, z dziwną
Damą w pełnym rynsztunku i rozpadającym się chórem, w którym każdy śpiewa swoją
własną pieśń.
Tak jak podczas Igrzysk Olimpijskich obowiązywał rozejm dla narodów w stanie
wojny, tak w Nowym Jorku zdaje się, że rozejm został ogłoszony na czas trwania
Mistrzostw Świata – czas zawieszenia, w którym, zgodnie z Deklaracją,
zagwarantowane są pewne niezbywalne prawa: „życie, wolność i dążenie do
szczęścia”. To ostatnie, przede wszystkim, przenika miasto od trzech tygodni. To
długa fala, wzniecona wydarzeniami sportowymi, ale rozprzestrzeniająca się na
inne sfery życia społecznego. Wszystko zaczęło się od historycznego zwycięstwa
Knicksów w mistrzostwach koszykówki. Ulice zapełnione, ludzie w ekstazie, hasła
wszelkiego rodzaju. Weźmy tę samą scenę dwa tygodnie później, pokolorujmy ją, a
zobaczymy Gay Pride, tysiące ludzi na paradach lub na chodnikach, ubranych w
sposób, którego administracja Waszyngtonu nigdy by nie chciała, i z
niezliczonymi znakami i plakietami z napisem: „Pieprzyć Ice!” – federalna
agencja imigracyjna, na litość boską. Z biegiem dni każda społeczność miała
swoją chwilę radości. Wszystkie „Małe Gdzie indziej” stały się wielkie i
głośne. Ekwadorczycy po zwycięstwie wkroczyli na Times Square, oddając go Meksykanom
po porażce. Paragwajczycy przemaszerowali przez Most Brookliński w noc, kiedy
wyeliminowali Niemcy, śpiewając, z miastami w odwrotnej kolejności, refren
Leonarda Coena: „Najpierw bierzemy Manhattan, potem bierzemy Berlin”, piosenkę,
która dziś byłaby zakazana: autor prowokacyjnie określił ją jako zrodzoną z
podziwu dla „determinacji i bezkompromisowej natury terroryzmu”. Amerykanie
natomiast cieszyli się swoją „najlepszą drużyną wszech czasów”, mając nadzieję,
że przynajmniej zjednoczą kraj, stawią opór, jak to zrobili, do 4 lipca, a
następnie doprowadzą tę „ruchomą ucztę” do końca wyznaczonego przez losowanie,
do ćwierćfinału. Szczęście, bardziej niż cokolwiek innego, jest rewolucyjne;
determinuje tę euforię, która sprawia, że naturalne i nieuniknione jest
dążenie do dalszych zmian w naszym życiu i uczynienie go wolnym, pomimo
warunków dyktowanych przez tych, którzy sprawują władzę.
Dzisiejsza Ameryka, jak mawiał wiceprezydent J.D. Vance, to „naród”, a nie już
„naród narodów”: do rodziny wstępuje się poprzez szacunek dla tradycji i
przekonań. Ostatecznie, nic nowego pod słońcem: w XX wieku 4 lipca był „dniem
amerykanizacji”, z ceremonią, podczas której przedstawiciele 52 obcych państw
wchodzili do tygla i po energicznym przetasowaniu wychodzili wszyscy
identyczni, w garniturach i krawatach, trzymając małą flagę i śpiewając hymn.
Zasymilowani, a jednak mile widziani. Teraz tylko Nowy Jork pozostaje Nowym
Jorkiem, oazą, o której pisarka Fran Lebowitz może powiedzieć: „Tutaj
ortodoksyjny Żyd może usiąść w metrze obok muzułmanina w zasłoniętej twarzy.
Będą się nienawidzić, ale będą jechać obok siebie, a potem każdy wysiądzie na
swoim przystanku i będzie żył, jak mu się podoba”. Bardziej prawdopodobne jest
starcie dwóch Amerykanów, jednego w czerwonym kapeluszu MAGA, a drugiego w
papierowej wersji New Yorkera. Dla pierwszego jest to celebracja nowej-starej
Ameryki z niewielką liczbą imigrantów, wieloma lokalnymi producentami i jedną
wiarą wyrytą w kamieniu. Dla drugiego jest to celebracja schyłku ideału, który
zaczyna się od „wielokulturowości”, a potem można dodać, co się chce:
etniczność, kulturę, płeć.
Ameryka się zmienia, Ameryka jest taka sama. Od 250 lat święto to zawsze było
przeznaczone dla białych o wysokich dochodach. Inni, jak Rzymianie na Piazza
Venezia w 1944 roku, kiedy flaga, o którą zabiegał Roosevelt, została
podniesiona w „pierwszej zdobytej stolicy wroga”, udają, że należą, że mają
swoje miejsce, ale Czwarty Lipca nigdy nie był przeznaczony dla Afroamerykanów,
rdzennych mieszkańców, imigrantów, a dopiero niedawno dla kobiet. Próbował się
nim stać, ale koło się cofnęło. W Filadelfii, w ziemi parku, dziś z rządową
fanfarą zostanie zakopana kapsuła czasu. 50 stanów przyczyniło się do tego,
wysyłając symboliczne przedmioty, które zostaną przekazane potomności, która
przetrwawszy pesymizm i zegar północy, odkopa ją za 250 lat. Zawiera oficjalne
listy i muszle, medale pamiątkowe i miedziane sztabki. Brakuje flagi z 52
gwiazdami (doliczając Grenlandię i Kanadę), jednej z pasami na czarnym tle i
odwróconym wzorem, znaczka ICE i kolejnej, która każe jej iść do diabła. Nawet
epoki są otwarte na interpretację, ale historia je osądza lub zniekształca.
Deklaracja Niepodległości została już w 1951 roku błędnie uznana przez niczego
niepodejrzewających i nieświadomych obywateli za komunistyczny plakat
propagandowy, i jak można jej nie uznać za wywrotową, skoro symbolicznie
potwierdza królobójstwo i daje legitymację do obalenia rządu, który niszczy
prawa?
Dzisiejszym niezrozumiałym wojnom towarzyszą słowa starożytnego
kwakra-pacyfisty: „Chwalebna Czwarta nadchodzi ponownie, dzień dni i rok lat,
gdzie wszystkie wielkie podboje, z całą ich wychwalaną wolnością, są niczym
innym jak zmianą pana”. To, że tym panem mógł być lud, było cudowną, półwieczną
utopią. (https://www.repubblica.it/cronaca/2026/07/04/news/4_luglio_anti_maga_festa_esclusi-425450401/?ref=RHLF-BG-P7-S2-T1-r35678
)
Od czasu, gdy 250 lat temu królowi Jerzemu III wysłano Deklarację
Niepodległości, Stany Zjednoczone zmieniły się wielokrotnie, stając się
wspólnotą obywateli ukształtowaną przez imigrację, wojny oraz wstrząsy
gospodarcze i kulturowe.
„The New York Times” zapytał szereg prominentnych osobistości o idee,
osiągnięcia i ruchy, które wciąż je inspirują. Od Deklaracji Niepodległości po
zdolność do samokorekty, od Rekonstrukcji po wojnie secesyjnej po zniesienie
niewolnictwa, od bibliotek publicznych po badania, a wreszcie wolontariat,
poważne wyzwania i kulturę – wszystko to przyczyniło się do globalnego
przywództwa Stanów Zjednoczonych, mimo że ten ostatni okres, według niektórych
historyków, oznacza schyłek na arenie międzynarodowej. Zobaczmy, co mieli do
powiedzenia niektórzy autorzy wybrani przez amerykańską gazetę.
Thomas Friedman, czołowy publicysta i analityk polityki międzynarodowej gazety,
mówi, że ponownie posłuchał piosenki „America the Beautiful” w wykonaniu Brandi
Carlile przed Super Bowl i uderzyła go myśl, którą do tej pory prawie
ignorował. Dla niego przesłanie poetki Katharine Lee Bates, z której
zaczerpnięto tekst, jest głębokie: dobro nie jest ostatecznym celem. Prawdziwym
ukoronowaniem dobra jest braterstwo. „Naród może być bogaty, potężny i pełen
zasobów naturalnych, ale bez spójności społecznej wszystko to jest kruche i
skazane na to, by stać się źródłem konfliktów” – pisał Bates w 1893 roku, w
Ameryce wciąż naznaczonej wojną secesyjną i niepowodzeniem Rekonstrukcji. Z
tego powodu postrzegał jedność narodową jako ideał, który dopiero ma zostać
osiągnięty. Friedman aktualizuje tę ideę, dostosowując ją do XXI wieku i
proponując własną interpretację zasady „Ameryka przede wszystkim”, składającą
się z dwóch punktów. Wewnętrznie Stany Zjednoczone muszą odnieść sukces w
najbardziej ambitnym eksperymencie w swojej historii: „Budowa wieloetnicznej,
pluralistycznej i prawdziwie równej demokracji, zdolnej przekształcić motto E
pluribus unum („jeden z wielu”) w rzeczywistość”. A zewnętrznie muszą stanąć na
czele globalnej koalicji, która zajmie się wielkimi wspólnymi wyzwaniami
ludzkości — sztuczną inteligencją, zmianą klimatu, migracjami, bronią jądrową i
biologiczną, pandemiami — nie jako dominujący, ale jako pierwsi wśród równych.
Nicholas Kristof, felietonista i gigant dziennikarstwa śledczego i
humanitarnego, laureat dwóch Nagród Pulitzera, twierdzi, że największym
wynalazkiem Ameryki nie jest instytucja polityczna ani przedsięwzięcie
ekonomiczne, lecz system gruntów publicznych, chronionych i udostępnianych
każdemu.
Kristof opowiada o swoich ulubionych odosobnieniach na łonie natury w Oregonie
i Waszyngtonie, gdzie obozuje w miejscach, których nie może kupić żaden
miliarder, ponieważ zostały one chronione przez dalekowzrocznych przywódców dla
przyszłych pokoleń. Według autora, dzicz jest jedną z ostatnich prawdziwie
demokratycznych przestrzeni w Stanach Zjednoczonych: dochody, przynależność
polityczna czy status społeczny nie mają znaczenia. Na szlakach spotyka się
myśliwych i biologów, konserwatystów i postępowców, bogatych i biednych,
zjednoczonych tym samym doświadczeniem natury. Kristof wspomina wędrówkę
Pacific Crest Trail z córką, podróż, podczas której był świadkiem bardzo
różnych ludzi żyjących razem bez hierarchii i uprzedzeń dominujących w
codziennym życiu. Dochodzi do wniosku, że to dziedzictwo istnieje dzięki
politycznym wyborom końca XIX i początku XX wieku, kiedy to ludzie tacy jak
Gifford Pinchot i Theodore Roosevelt zachowali ogromne połacie ziemi jako parki
narodowe i lasy. Dlatego uważa, że grunty publiczne to „najlepszy pomysł, jaki
kiedykolwiek miała Ameryka”: dziedzictwo, które powinno być chronione przez
następne 250 lat, ale które najwyraźniej jest poważnie zagrożone pod rządami
Trumpa.
Frank Bruni, autor piszący o polityce i religii, a także ekspert kulinarny,
wskazuje na PEPFAR (Prezydentowski Plan Awaryjny na rzecz Pomocy w Walki z
AIDS), zainicjowany przez prezydenta George'a W. Busha w 2003 roku, jako jeden
z najszlachetniejszych momentów w historii Ameryki. Zauważając, że samo orędzie
o stanie państwa utorowało drogę do inwazji na Irak, co uznano za poważny błąd,
Bruni argumentuje, że ogłoszenie planu wartego 15 miliardów dolarów na walkę z
AIDS w krajach Afryki i Karaibów było niezwykle hojnym gestem. W tamtym czasie
finansowanie walki z HIV było politycznie trudne, ponieważ choroba ta dotykała
głównie często marginalizowane grupy, a beneficjentami były kraje, od których
Stany Zjednoczone nie oczekiwały niczego w zamian. Autor przyznaje, że za
programem kryły się również strategiczne motywacje i kompromisy polityczne,
takie jak nacisk konserwatystów na edukację w zakresie abstynencji. Uważa
jednak, że ograniczenia te nie przesłaniają osiągnięcia: plan zyskał szerokie
dwupartyjne poparcie, przetrwał ponad dwadzieścia lat, na walkę z HIV/AIDS
przeznaczono ponad 100 miliardów dolarów i – według najbardziej wiarygodnych
szacunków – uratowano ponad 25 milionów istnień ludzkich.
Lekcja, jaką z tego wyciąga, jest taka, że wielkość Ameryki nie jest mierzona
jej siłą militarną, ale chęcią czynienia dobra innym, nawet jeśli nie przynosi
to jej bezpośrednich korzyści.
Jessica Grose , komentatorka kultury, rodziny i społeczeństwa, twierdzi, że
jednym z najlepszych przykładów w historii Ameryki jest Biuro ds. Dzieci
(Children's Bureau), federalna agencja utworzona w 1912 roku w celu poprawy
zdrowia i dobrostanu dzieci. Przypomina, że na początku XX wieku jego pierwsza
dyrektorka, Julia Lathrop , dysponując ograniczonymi funduszami i niewielką
liczbą pracowników, postanowiła skupić się na śmiertelności niemowląt i zdrowiu
kobiet w ciąży. Poprzez gromadzenie danych, badania naukowe, edukację zdrowotną
i wsparcie programów stanowych Biuro przyczyniło się do znacznego zmniejszenia
śmiertelności niemowląt i modernizacji opieki nad matkami i dziećmi. Dla
autorki siła tego doświadczenia tkwiła nie w wielkich gestach politycznych,
lecz w skuteczności kompetentnej administracji publicznej, zdolnej do
wykorzystywania danych, statystyk i wiedzy naukowej do konkretnej poprawy życia
ludzi. Jej ostatnie przesłanie brzmi: w obliczu obecnego ograniczania
inwestycji w badania nad zdrowiem dzieci Stany Zjednoczone powinny odzyskać
ducha Biura ds. Dzieci: inwestowania w naukę, profilaktykę i instytucje
publiczne w celu ochrony najbardziej bezbronnych.
Peruwiańsko-amerykański eseista Carlos Lozada opowiada o swoim doświadczeniu
naturalizacji jako obywatela amerykańskiego, które postrzegał jako głęboko
symboliczny i osobisty moment. Lozada wspomina ceremonię w Baltimore w 2014
roku, podczas której ludzie z całego świata zgromadzili się, aby otrzymać
obywatelstwo Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście idea Ameryki jako „narodu
imigrantów” nabrała konkretnej formy: osoby o różnych językach, pochodzeniu i
kulturach zostały oficjalnie przyjęte jako część jednej wspólnoty. Lozada
zastanawia się nad znaczeniem imigracji do Stanów Zjednoczonych, podkreślając
ciągłe napięcie: z jednej strony inkluzywny ideał narodu otwartego dla
wszystkich, z drugiej – historię nieufności i odrzucenia wobec przybyszów.
Ceremonie naturalizacji reprezentują moment, w którym ta sprzeczność wydaje się
być rozwiązana, przynajmniej tymczasowo, poprzez oficjalne uznanie
przynależności. Przesłania amerykańskich prezydentów do nowych obywateli — od
Ronalda Reagana po Baracka Obamę i innych — potwierdzają różne aspekty
tożsamości narodowej, takie jak zasada, a nie więzy krwi, jako podstawa
obywatelstwa i obowiązek uczestnictwa w życiu obywatelskim.
Autor podkreśla emocjonalną wartość rytuału, co zostało udowodnione na
przykładzie sytuacji, w której brak zaproszenia na ceremonię wywołał protesty.
Jest to znak, że nawet przyłączając się do Ameryki, ludzie nie wymazują swojego
pochodzenia, ale noszą je ze sobą jako część swojej tożsamości.
David Wallace-Wells, eseista i ekspert w dziedzinie zmian klimatycznych i
globalnych zagrożeń, przywołuje postać Normana Borlauga, amerykańskiego
agronoma, który w latach 50. XX wieku opracował nowe odmiany pszenicy o bardzo
wysokiej wydajności, przyczyniając się do zjawiska nazwanego później Zieloną
Rewolucją.
Jego innowacje drastycznie zwiększyły produkcję rolną w krajach takich jak
Indie i Pakistan, pomagając – według niektórych szacunków – uratować nawet
miliard istnień ludzkich przed głodem i klęską głodu. Za to otrzymał Pokojową
Nagrodę Nobla w 1970 roku. Wallace-Wells dostrzega również krytykę Zielonej
Rewolucji: jej zależność od nawozów i pestycydów, wpływ na środowisko, skutki
społeczne dla drobnych rolników oraz zwiększoną emisję. Sam Borlaug przyznał,
że jego praca nie stworzyła utopii, a jedynie znaczącą poprawę. Autor podkreśla
głęboko „amerykański” charakter swojej historii: człowieka o skromnym
pochodzeniu, wykształconego przez instytucje publiczne i organizacje badawcze,
takie jak Fundacja Rockefellera, który pomógł przekształcić świat, nie dążąc do
osobistych korzyści ani praw własności do swoich odkryć. Wniosek jest taki, że
pomimo krytyki biurokracji naukowej, system zorganizowanych badań przyniósł
ogromne rezultaty. A lekcja Borlauga brzmi: „Postęp naukowy może zmienić świat,
gdy napędza go ambicja, silne instytucje i chęć dzielenia się korzyściami w
skali globalnej”. (https://www.repubblica.it/esteri/2026/07/04/news/idee_usa_250_anni_storia_dichiarazione_indipendenza_volontariato_scoperte_scientifiche-425450939/?ref=-BH-I0-P-S3-T1
)
8.
Jeśli znacie angielski, posłuchajcie koniecznie muzułmańskiego burmistrza
Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego i porównajcie z faszystowską przemocą werbalną
(i nie tylko werbalną) tego pomarańczowego debila.
https://www.facebook.com/reel/1465003222320342
9.
Port obwodu leningradzkiego i terminal naftowy trafione w dużym ataku
ukraińskich dronów
https://www.themoscowtimes.com/2026/07/04/leningrad-region-port-oil-terminal-hit-in-major-ukrainian-drone-attack-a93164
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przyznał się do ataku dronów w pobliżu
Sankt Petersburga, którego celem był terminal naftowy w obwodzie kirowskim.
Gubernator Petersburga Aleksandr Biegłow potwierdził, że ukraińskie siły
przeprowadziły „zakrojony na szeroką skalę atak dronów” na miasto i wezwał
mieszkańców do „pozostania w domach i niewychodzenia z domów, dopóki zagrożenie
ze strony dronów nie zostanie wyeliminowane”. Na swoim kanale w Telegramie
Biegłow napisał, że „stracono teren terminalu naftowego w rejonie kirowskim”.
„Siły obrony przeciwlotniczej zestrzeliły 72 drony, z których jeden spadł w
Peterhofie” – dodał gubernator, stwierdzając, że nie zgłoszono żadnych ofiar
śmiertelnych ani rannych.
Pałac, położony nad brzegiem Zatoki Fińskiej, został zbudowany w latach
1714–1723. „Atak uderzył w rejon terminalu naftowego w rejonie kirowskim” w
Petersburgu. „Problemy techniczne zostały rozwiązane. Nie było ofiar” – napisał
gubernator na Telegramie.
„Nasze dalekosiężne sankcje wobec Rosji dotknęły cele w pobliżu Sankt
Petersburga. Ukraińskie Siły Obronne zaatakowały infrastrukturę portu
naftowego, która generuje dochody dla rosyjskiego wysiłku wojennego, a ataki
zostały również skutecznie przeprowadzone na Kronsztad, kluczowy cel wojskowy.
Odległość do granicy państwowej Ukrainy wynosi ponad 850 kilometrów” – napisał
Zełenski w mediach społecznościowych. „Dziękuję wszystkim, którzy dbają o
precyzję działań Ukrainy i wdrażają nasz dalekosiężny plan sankcji”.
„Putin postanowił okłamać świat i prezydenta Stanów Zjednoczonych w sprawie
sytuacji na froncie” – stwierdził Zełenski. „Twierdzi, że siły rosyjskie zajęły
Konstantinowkę w Donbasie. To oczywiście nieprawda”. „To kolejne rosyjskie
kłamstwo, próba stworzenia historii. Gdyby Konstantinówka znajdowała się pod
kontrolą Rosji, Putin prawdopodobnie nie miałby problemu ze spotkaniem się tam
ze mną, aby znaleźć dyplomatyczny sposób na ostateczne zakończenie tej wojny.
Faktem jest jednak, że nie przekroczy linii frontu: rzeczywistość bardzo różni
się od słów Putina”.
„Marynarka Wojenna Ukrainy i inne rodzaje kijowskich sił zbrojnych osiągnęły
kamień milowy, który wielu uważało za niemożliwy, a mianowicie to, że Rosja
utraciła Morze Czarne – ogłosił Zełenski na X.
- Począwszy od wyzwolenia wyspy Wężów i kontynuując nasze działania
przeciwko rosyjskiej flocie, portom i siłom okupacyjnym na Krymie, nadal
pokazujemy, że ten region – Morze Czarne i Morze Azowskie – nigdy nie będzie
dla Rosji oazą spokoju”.
Terminal promowy, lotnisko wojskowe i podstacja energetyczna płoną na Krymie,
okupowanym przez siły rosyjskie, po atakach sił ukraińskich. Według Ukrinformu,
powołującego się na kanał Krymski Wiatr Telegram, ukraińską organizację
dziennikarstwa obywatelskiego i monitoringu okupowanego Krymu, doszło do
pożaru. „Terminal promowy Krym w Kerczu został zaatakowany i płonie” – napisał
Krymski Wiatr. Kanał poinformował również o pożarze na lotnisku wojskowym w
Dżankoj i kolejnym pożarze w podstacji energetycznej Polimer 35 kV w
Krasnoperekopsku.
Moskwa ogłosiła odpowiedź na zakrojone na szeroką skalę ukraińskie ataki na
Petersburg, twierdząc, że przechwyciła ponad 500 celów powietrznych, głównie
dronów, ale także 10 pocisków Flamingo wystrzelonych z Kijowa. Rosyjskie
Ministerstwo Obrony oświadczyło, że „próba Zełenskiego, by wyrządzić szkody
celom cywilnym w Federacji Rosyjskiej, nie pozostanie bezkarna ze strony Sił
Zbrojnych Rosji”.
Dobrego dnia w niedzielę...
OdpowiedzUsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuńja już nie wiem... zawsze czytam D.O. z przyjemnością niestety gdy czytam o niedoskonałościach Trzaskowskiego lub dzisiaj o wymianie premiera Tuska opadają mi ręce (innym też mogą odpaść) starzy ludzie mawiają wszystkie ręce na pokład w czasach kryzysu , a D.O. już znudziła się krucha stabilność i chce zmiany ? .Nie pojmuję tego tyle osób czyta D.O. czy trzeba zasiać w nich niepewność co do wyboru , pewnie ,że Piłsudski wziąłby za "mordę" , ale znanych Józefów w historii polski i świata było kilku i nie chciałbym aby to szło w tym kierunku . Przesyłam serdeczności , aczkolwiek dzisiaj mniej intensywne .
OdpowiedzUsuń