DRUGI OBIEG
Sobota, 11 lipca 2026
Już za kilka godzin, na portalu natemat.pl, ukaże się najnowsza rozmowa z cyklu
„Allegro ma non troppo”.
3 lata temu
Wydanie specjalne, tyrolskie, pocztówkowe. Yolly ho!
1.
Życie górala to podobno raj.
D.O. postanowił sprawdzić to osobiście i zostać góralem.
Sprawdzał w Tyrolu austriackim, teraz sprawdza w Tyrolu włoskim.
Chwilowo nie jest źle, ale ma dosyć specku dodawanego do każdej potrawy.
Postanowił nauczyć się jodłować i poszukuje personal trainera.
Do lederhosen jeszcze nie dorósł.
2.
Zrobiło się słonecznie i ciepło.
Na tyle, na ile może być na wysokości ponad 2000 m npm.
W dzień 22, ale w nocy nawet 7stopni.
Malowniczość jest porywająca: jak oni to robią, że trawa jest tak olśniewająco
zielona, a niebo tak olśniewająco błękitne?
Więc D.O. zachwycony i w swoim żywiole, bo wakacje, w których nie pojeździł
szybko po alpejskich przełęczach uważał za zmarnowane.
Ale zmierzył sobie ciśnienie i mina mu zrzedła: wysokie, niebezpiecznie wysokie
dla staruszka.
Do kolacji potraktował się wazodylatacyjnym płynem koloru czerwonego, zacnym w
smaku, ale – okazuje się – mało skutecznym. Więc trzeba do prochów.
3.
Jeśli chodzi o czerwony płyn, to D.O., snob zdemoralizowany na włoskich
hiszpańskich i francuskich w swoich świetnych czasach Slow Foodu i uczestnictwa
w dziennikarskim stowarzyszeniu food & wine, z pełną pogardy wyższością na
wina austriackie, ale odkąd pewnego razu w Soelden trafił na knajpiarza –
fanatyka enologii, który dał mu do popróbowania swoje najlepsze z cierpliwością
godną lepszej sprawy, D.O. odkrył, że austriaccy producenci poczynili
największe (obok sycylijskich) postępy w produkcji win wysokiej jakości i
bardzo przyjaznych w smaku. Wchodzą bez najmniejszego trudu, bez wysiłku, z
imponującą łatwością.
Zapewne nie wytrzymają 20 lat, jak niektóre wielkie wina tradycyjnych
producentów, ale do posiłków są – wybaczcie ortodoksi! – lepiej się nadają niż
niejedno włoskie, nie wspominając o średniej krajowej z Francji czy Hiszpanii.
4.
Państwo D.O.stwo połączyli się na owych wysokościach z ukochaną siostrzeniczką
wraz z małżonkiem i dwójką przemiłych, mądrych Ptasząt. No – rozkosz sama,
zwłaszcza, że jedna z Ptaszyn upodobała sobie ogromny kałdun D.O. za poduszkę.
5.
No to tak: przez przełęcz Brenner/Brennero przejeżdża 11 milionów samochodów
osobowych i 2,4 miliona tirów rocznie. Kiedy najwięcej?
W lipcu i sierpniu.
Czy w związku ze wzmożonym ruchem wakacyjnym, przypominającym pandemonium,
autostrada jest przejezdna bez przeszkód?
No gdzie!?
Zarówno po stronie austriackiej, jak i włoskiej – praca wre, aż miło!
Przewężenia, wyłączenie pasów ruchu, rozebrane wiadukty – raz po raz.
Jedźcie przełęczami. Wolniej, ale malowniczo.
No, chyba, że macie torsje na agrafkach, lęk wysokości, albo jedno i drugie.
Wtedy Brenner, kanapki, chłodna woda i dużo, dużo cierpliwości. Chociaż, jeśli
się załapiecie na godziny bardzo poranne, to da się wytrzymać, choć na
przewężeniach napięcie zawsze jest wysokie, zwłaszcza, kiedy się bardzo wąskim
pasem – 2,10 metra – wyprzedza TIR-a: jeśli wasze auto ma 1,80 szerokości – a
większość tyle ma z lusterkami - to macie 15 cm po lewej do barierki. Ale pal
licho barierkę: macie 15 cm do kręcących się, ogromnych kół ciężarówki z
kiszoną kapustą, jak u Gałczyńskiego.
Alpejskie spotkania o poranku po ulewach.
Autostrada del Brennero, czyli 100 remontów na 50 kilometrów.
No, ale boczne dróżki alpejskie nigdy nie zawodzą.
Górki. Po niemiecku – „gurken”. Zieloniutkie.
Zieloniutkie hale, po których jeżdżą – nie uwierzycie! - kosiarki, a to na
gąsienicach, a to na bardzo grubych choć niezbyt wielkich kołach. I strzygą
trawę! No i domki w osadach typowo tyrolskie. To lokalna metropolia, bo ma
sklepik!
A w tej metropolii kościółek z XIII wieku (niestety zbarokizowany!), a
vis-a-vis mała, sezonowa pizzeria pod markizą. Bodaj jedyna niehotelowa w
promieniu co najmniej 30 km.
Wspomniany kościółek z widokiem…
I wzruszającym cmentarzem, okalającym cały kompleks.
I, w ogóle, gdziekolwiek spojrzeć – tam malowniczość wybitna.
A to „jezioro”, w rzeczywistości sztuczny zalew, pod powierzchnią którego kryją
stare domy i kościołek. Zasilany górskimi strumieniami, ale ocieplenie planety
dotarło i tu, bo widać na brzegach, że woda była tu o dobre pięć metrów
głębsza.
W tych krzaczkach jest rwący strumień, nad strumieniem miedzianymi dzwonami
pobrzękują stada krów. Rozkosz!
Oto jest spowiedź górala
Życie górala to łza
Któraż pokocha – ach - lala
Takiego górala, jak ja?
========
1.
Autostrada, autostrada, góry, góry, tłok, upał. No, upałek, bo 31 stopni to nie
wielkie mecyje. Po wielu godzinach w końcu we Włoszech i co chwila znajduję
powód do narzekania i wyrzekania. Nakręcam się na „wszystko źle i głupio”.
Zbliżamy się do miejsca noclegu i niebo robi się granatowe. Zrywa się wiatr tak
silny, że boimy się, że jakiś dach, albo jakieś drzewo zwali się nam na
samochód. Drzewa wyglądają groteskowo: przygięte i wszystkie liście z jednej
strony. Wysokie trawy leżą pokotem. W ciągu 10 minut, z 31 stopni temperatura
spada do 17,5. Zostawiam Żonę pod podcieniami jednego budynku i idę do drugiego
po klucze od pokoju. Ale nie mogę już wrócić, bo z nieba woda płynie wiadrami.
Po pół godzinie gaśnie światło w okolicznych miasteczkach. I u nas też. Nie ma
prądu, nie ma wi-fi.
Wieczorem już spokój, niebo znów różowe na zachodzie, drobne pasma chmurek
dodają landszafcikowi głębi.
Kolacja w pobliskiej restauracji „Da Michele”. Gdy wchodzimy widać tylko świece
i łunę od pieca na pizzę. Siadamy. Po chwili – pstryk – jest światło! Aaaa!
Mruczy z aprobatą wypełniona sala.
Czekając na spaghetti alle vongole przyglądam się starszemu kelnerowi. Pewnie e
moim wieku. Widać, że nogami pociąga. Ale twardo chodzi. Ogląda każdy wolny
stolik, poprawia serwetkę, żeby była równiutko, przesuwa kieliszki, wygładza
nakrochmalony obrus. No i weź tu się nie rozchmurz. Nie ma chyba drugiego
kraju, w którym tak kultywowany byłby etos kelnera. Cameriere. Robi to od
niepamiętnych czasów i robi to dobrze. Dąży do perfekcji. Uwielbiam takich.
Kiedy wychodzimy, wylewnie stoi przy kasie, gotów do rozmowy, do żartu.
Wylewnie dziękuje i zaprasza, do chóru ze szpakowatym przystojniakiem, jak z
włoskiej klasyki filmowej, który nas obsługiwał. Szkoda, że wyjeżdżamy, bo,
gdybym przyszedł da Michele jutro, pewnie by mnie od progu zapytał: „Dottore,
to, co zwykle?”
Raniutko pobudka i trzeci i ostatni etap. Na styk z wyjeżdżającym Synem i
Synową.
2.
Kiedy D.O. był młodszy często jeździł na trasie Warszawa – Rzym. Ruszał o 4
rano i 21-22 był na miejscu. Poza Włochami nie było prawie autostrad. Rzadkie
dwupasmówki w Austrii i Czechach, gierkówka w Polsce. D.O. brał, ile samochód
dawał i chyba tylko dwa razy zapłacił jakiś mandat, tłok na drogach był
rzadkością. A i samochody bywały gorsze, niektóre po prostu stare graty. Teraz
radary, kontrole odcinkowe, ale przede wszystkim tłok taki, że choć nie
trafiliśmy na żaden zator, nasza podróż będzie trwała co najmniej 24 godziny.
Postęp, panie dziejaszku.
3.
Nie wiecie, co to są spaghetti alle vongole?
Baaardzo współczuję. Ale nie namawiam do poszukiwań, bo w Polsce o dobre
vongole jest już naprawdę bardzo trudno. Zresztą wszędzie trudno, we Włoszech z
chłamowego jedzenia stały się rarytasem.
D.O. ma zamiar odwiedzić kilka miejsc, w których jadał rewelacyjne i sprawdzić,
czy są tak samo dobre, czy może się zmieniły. Albo czy D.O. się zmienił? Tyle
rzeczy już mu nie wolno…
"Wy mnie prowokujecie, t ja was zjem"...
Powiedział słynny komik Toto w równie słynnym filmie. Edit: a ja jeszcze miałem
lewą rękę, do trzymania chleba…
========
1.
Zjeżdżaj, D.O.!
I D.O. zjechał. Z rześkich 21 stopni do 32. Dziś będą 34.
Tak, tak, D.O. ci dzisiaj nie zaimponuje, Czytelniku, bo przecież u ciebie są
„temperatury afrykańskie”: masz 28, a może nawet 29 stopni.
No, ale D.O. znalazł pensjonat, w którym nie ma klimatyzacji, ani nawet
wentylatora. W pokoju – balkon z pięknym widokiem na dolinę i otaczające góry –
stopni jest 35, bo ekspozycja jest na południowy zachód. Czyli – pod zimny
prysznic co kwadransik.
Zjechał D.O. z 2200 m npm z pieca na łeb do 325. Średnia spalania: 1,1 l/100
km.
I choć D.O. hamował na tyle, na ile się dało motorem, to na dole jego hamulce z
powodu zjawiska zwanego fading, rozgrzane do czerwoności, prawie że przestały
działać. Ale szybko się ostudziły i wróciły do normy.
Co innego D.O.: prawie przestał działać i nadal dyszy, zwłaszcza pod górkę.
Kwestia aklimatyzacji.
2.
Każde kolejne pierwsze zetknięcie D.O. ze swoimi Włochami jest nieco
traumatyczne. Nawet w tym wymuskanym, niemieckojęzycznym Południowym Tyrolu
jest tyle śródziemnomorskiego bałaganu i niedbałości. Kwestia aklimatyzacji.
Ale już są palmy, już są kwiatki, rabatki i kluski. Co prawda ze speckiem, ale
za to al dente.
Tylko woda w kranie nadal taka twarda, że nie chce zmywać mydła.
To jedno z ulubionych miasteczek D.O.; bywał tam dość często, ale zawsze w
upale.
Powstała po powodzi rzeki Passir/Passirio w 1817 r. wieku promenada nadrzeczna
w owym miasteczku. Kilkaset metrów wcześniej do Passiru wpada Adyga i przez
miasteczko płyną już razem, wartko, ale nie na tyle, żeby mieszkańcy i
przyjezdni nie moczyli w nich nóg w upalne dni.
O, to jest punkt, w którym Passir łączy się z Adygą (ten biały wir po lewej)
A na promenadzie kolorowo.
Rabatki w Merano
Uliczuszki Merano
========
1.
W przeciwieństwie do D.O., jego Żona wyraża się eleganckim, literackim
językiem, w skład którego nie wchodzą wyrazy powszechnie uznane za, ani też zwroty
żargonowe. Aż tu nagle…
- Tylko mi nie wciskaj kitu, że jest jakieś miejsce na ziemi ładniejsze niż to
– powiedziała, siedząc na tarasie restauracji w Sankt Leonhard im Passeiern.
D.O. nawet nie miał zamiaru wciskać kitu w jakiejkolwiek sprawie, a tym
bardziej w tej właśnie.
No bo górki wysokie i lasem porośnięte. No bo łąki zielone, aż w oczy raziło.
No, bo niebo błękitne, ale tak głęboko i bardzo mu było do twarzy z kilkoma
białymi obłoczkami. No bo domki z wysmołowanego drewna, tyrolskie takie, a na
każdym parapecie czerwone pelargonie.
D.O. nie śmiałby robić klasyfikacji najpiękniejszych miejsc na świecie, ale,
choć dużo ich zwiedził, sporo sfilmował i obfotografował, to to, z pewnością
znalazłoby się w czołówce.
Nasycenie malowniczością – rzeczywiście do Księgi Guinnessa!
2.
Obiecywali 34 stopnie i 34 stopnie dali.
Ale D.O.stwo nie w ciemię bici i pojechali w górę. Wywindowali się zaledwie o
320 m w górę, a tam już było rozkoszne 25,5 stopnia.
Zamierzali jechać dalej, do Jaufenpaass, czyli przełęczy Giovo, 2094 m npm, ale
w Sankt Leonhard halt! I dalej nie pojedziecie, bo wyścig kolarski.
Pojechaliśmy więc przecudnej urody, ale i przerażającą szoską do Plan, 1627 m
npm.
Szoska była tak wąska, że na niektórych zakrętach ledwo się mieścił jeden
samochód. I tak, szczęśliwie, z powodów kolarskich uczyniono ją
jednokierunkową, ale mieszkający po drodze miejscowi o tym nie wiedzieli i było
kilka przyspieszających bicie serca mijanek.
Stamtąd do Moso, 1007 m npm. I tam znów ten sam wyścig kolarski, ale tylko
jedną stroną szosy. Jechali z Sankt Leonhard, pod górę, ale to pod taką górę,
ale to pod taką stromiznę, że D.O. nie wierzył, że w ogóle można ją pokonać na
rowerze! A tymczasem kolarzy były tysiące! Dosłownie tysiące. Nieprzerwany
sznur ludzi na rowerach, najwyraźniej amatorów, bo byli w bardzo różnym wieku.
3.
Jako że się nie dało na północ, wrócili D.O.stwo do Merano, a stamtąd na
wschód, też ostro pod górę, do Hafling Oberdorf (Avelengo Alto), 1350 m npm,
gdzie kiedyś, dawno temu, D.O. się zatrzymał na rozkosznych kilka dni w uroczym
hotelu z dobrą kuchnią. I tam, dzięki sokolemu oku Żony, D.O. zjadł pierwszą w
tym sezonie poziomkę.
Tak nas wita "nasze" miastusio. Nie jest przypadkiem, że nazywa się
„Scena”.
Tak nas budzi…
A tak do snu kołysze.
Wspinaczka rowerowa
Ten strumyk to Passiria, przepłynie przez Merano
Oczekiwanie na risotto mit pfifferlingen się nie dłuży, a te motocykle to z
Polski.
Samotny kościółek św. Katarzyny na hali w pobliżu Avelengo
Malowniczość duża jest
========
2.
https://bialystok.wyborcza.pl/bialystok/7,35241,32903417,jedwabne.html
„Jestem załamana. Nie wiedziałam, że będzie tu tyle szumowiny. Polska
brunatnieje” - nie kryła zdenerwowania jedna z uczestniczek obchodów 85.
rocznicy mordu dokonanego przez polskich sąsiadów na Żydach w Jedwabnem.
Grzegorz Braun domagał się aresztowania naczelnego rabina Polski Michaela
Schudricha.
Policja skierowała w piątek do Jedwabnego ponad setkę funkcjonariuszy i
wprowadziła zakaz lotów dronów w promieniu pół kilometra od miejsca
uroczystości. Bezpieczeństwa pilnowali też także funkcjonariusze Służby Ochrony
Państwa, izraelskiej agencji Mosad i amerykańskich służb Secret Service. Hołd
pomordowanym Żydom w Jedwabnem oddali m.in. przedstawiciele ambasad Izraela i
Stanów Zjednoczonych, marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska oraz
marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Prezydenta Karola Nawrockiego
reprezentował minister Wojciech Kolarski z jego kancelarii. A w tym samym
czasie na sąsiedniej działce Grzegorz Braun i jego miłośnicy kwestionowali
udział Polaków w zbrodni i postawili krzyż z antysemicką tablicą.
Obchody 85. rocznicy mordu dokonanego przez polskich sąsiadów na Żydach w
Jedwabnem zorganizowano tradycyjnie pod tutejszym pomnikiem, upamiętniającym
ofiary tej zbrodni. Znajduje się on w miejscu stodoły, gdzie Polacy, z
inspiracji hitlerowców, spalili żywcem co najmniej 340 żydowskich sąsiadów. Na
obchody zapraszał naczelny rabin Polski Michael Schudrich oraz zarząd Gminy
Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie.
Nie było przemówień. Rabin Schudrich z ks. Wojciechem Lemańskim oraz pastorem
Michałem Jabłońskim z Kościoła ewangelicko-reformowanego, odmówili modlitwę za
zmarłych. Jak co roku odczytano także imiona i nazwiska ofiar jedwabieńskiej
zbrodni. Zostały złożone kwiaty, na obelisku położono kamienie, zapalono
znicze. Mieszkańców i burmistrza Jedwabnego na tych uroczystościach, tak jak w
latach poprzednich, nie było. Pomnik i teren wokół niego tym razem otaczał
tymczasowy namiot.
Braun i Sumliński w tym samym czasie, w tym samym miejscu
Kiedy pod pomnikiem trwały obchody, kilkadziesiąt metrów dalej swoje wydarzenie
zorganizował Grzegorz Braun i działacze jego Konfederacji Korony Polskiej wraz
ze środowiskiem skupionym wokół skrajnie prawicowego pisma "Najwyższy
CZAS!". Zgromadzili się na położonej po sąsiedzku działce, należącej do
Fundacji Osuchowa, która została założona przez Brauna w 2015 roku. Głównym
punktem tego wydarzenia było wzniesienie na tej działce katolickiego (??? –
D.O.) krzyża. (…)
Marszałek Czarzasty podkreślił w rozmowie z dziennikarzami: - Historii nie
można zakłamywać. Żadnej, bez względu na to, czy to jest zbrodnia wołyńska, czy
popełniona w Jedwabnem. (…)
3.
https://wyborcza.pl/7,75968,32905774,jedwabne-i-wolyn-by-zatriumfowal-faszyzm-wystarczy-by-dobrzy.html#s=S.TD-K.C-B.2-L.2.autor
Tak oto wioska "prawdziwej Polski" - miejsce kultu jedwabieńskiego
kłamstwa, dzięki bierności i indolencji państwa rządzonego przez demokratów z
koalicji 15 października, ma się świetnie i dynamicznie się rozwija. W tym
sensie Braun już wygrał.
Nie trzeba być prorokiem, by wiedzieć, co dziś wydarzy się w Jedwabnem w 85.
rocznicę mordu sąsiadów na sąsiadach. Wydarzy się to samo, co w poprzednich
latach, a w zeszłym roku szczególnie. Panami Jedwabnego znów będą agresywni
negacjoniści, będzie Grzegorz Braun i jego bojówki, a ludzie dobrej woli –
obywatele, społecznicy, demokraci, rabini i nieliczni sprawiedliwi księża –
będą musieli przedzierać się przez naziolskie blokady pośród wrzasków i krzyków
o "Szachraju Schudrichu".
Grzegorz Braun Jedwabne nacjonalizm rzeź wołyńska
Policja będzie się przyglądać, tajniacy będą się przyglądać i prokurator będzie
się przyglądał, jak opodal jedwabieńskiego pomnika powstaje samowolka –
wielometrowy krzyż z tablicą, że w Jedwabnem zbrodni dokonali Niemcy.
Czy demokratyczna Polska upadnie jak Republika Weimarska?
W zeszłym roku skrajna prawica ustawiła na sąsiedniej działce (odkupionej od
miejscowego rolnika) głazy głoszące "prawdę", że to nie Polacy
zamordowali żydowskich sąsiadów, że Żydzi cieszyli się z utraty przez Polskę
niepodległości, że na terenach okupowanych Żydzi "żyli z Niemcami w
symbiozie", że "wielu Żydów sympatyzowało z komunizmem"... Stoją
już dwa kontenery, centrum informacyjne, a teraz będzie wielki krzyż. Tak oto
wioska "prawdziwej Polski" - miejsce kultu jedwabieńskiego kłamstwa -
dzięki bierności i indolencji państwa rządzonego przez demokratów z koalicji 15
października ma się świetnie i dynamicznie się rozwija. W tym sensie Braun już
wygrał. W obliczu jego spektaklu nie ma już znaczenia, co na miejscu po
spalonej stodole powiedzą oficjele.
Tak upadała Republika Weimarska, której elity brały za błazeństwo to, co było
groźne. Czy tak upadnie demokratyczna Polska? W 2013 r. białostocka prokuratura
uznała swastykę za symbol szczęścia i umorzyła sprawę o propagowanie faszyzmu.
Bo bezpieczniej nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Żeby zatriumfował faszyzm,
wystarczy, by dobrzy ludzie nie robili nic.
Być może tym razem z uwagi na obecność marszałków Sejmu i Senatu oraz
przedstawicieli Prezydenta RP Służba Ochrony Państwa zadziała bardziej
zdecydowanie. Nie zmieni to jednak ogólnego obrazu samowoli Brauna. Ile to już
lat ciągnie się sprawa o chuligańskie zerwanie wykładu prof. Jana Grabowskiego?
Ile minęło od zgaszenia gaśnicą świec chanukowych? Braun to cyniczny
antysemita, który "świadomie, publicznie i wbrew faktom" zaprzecza
istnieniu komór gazowych. Ustawa o IPN przewiduje za to trzy lata więzienia.
Jak widać, teoretycznie. Praktycznie zaś oświęcimski kłamca w 85. rocznicę
kaźni jedwabieńskich Żydów bezkarnie głosi "prawdę" i robi happening,
który powtórnie odziera z godności zagnanych do stodoły i spalonych żywcem
ludzi.
Chcemy siebie widzieć wyłącznie jako ofiary.
Historia zetknęła ze sobą daty dwóch tragedii, 10 lipca i 11 lipca. Jedwabne i
Wołyń.
Okrucieństwo obu mordów sięga końca skali. Strach ukrywającego się w zbożu Żyda
przed sąsiadem z Jedwabnego był taki sam jak Polaka ukrywającego się przed
ukraińskim sąsiadem z UPA.
I oto dokładnie ci sami ludzie, którzy kwestionują mord Polaków na swoich
żydowskich sąsiadach, domagają się od Ukraińców tego, do czego sami nie są
zdolni - uznania moralnej odpowiedzialności za historyczne zbrodnie swoich
rodaków.
Pokazuje to jak na dłoni, że chcemy siebie widzieć wyłącznie jako ofiary,
jakbyśmy nie rozumieli, że cała historia ludzkości jest opowieścią o tym, że
status ofiary nie chroni od tego, by ta stała się katem.
Mam jednaką awersję wobec wszelkich nacjonalizmów: czy to niemieckiego,
żydowskiego, czy ukraińskiego, ale szczególną awersję mam do nacjonalizmu
polskiego, bo z mym narodem się identyfikuję.
I może będzie to trudno zrozumieć polskim faszystom, ale nie jest lepiej
urodzić się Polakiem niż np. Niemcem czy Ukraińcem. Z faktu, że jest się
Polakiem - jak pisał Jan Józef Lipski - nie wynika żadna moralna wyższość.
Natomiast wynika obowiązek do poczucia odpowiedzialności, uznania i
zadośćuczynienia za nasze winy wobec innych, choćby wina tamtych była po
wielekroć większa. Taki jest bowiem nakaz etyki chrześcijańskiej, którą prawica
tak chętnie wyciera sobie usta, choć najwyraźniej ma ją w nosie. Winy innych
narodów wobec nas nie wymazują naszych win wobec innych. Taka właśnie jest
logika "wybaczamy i prosimy o wybaczenie". Tu się nic nie bilansuje,
przemoc nie usprawiedliwia przemocy.
Nie muszę zapewniać o swej wrogości do nacjonalistów spod flagi OUN i UPA,
którzy w imię narodowej czystości przeprowadzili na Wołyniu i w Galicji
Wschodniej czystkę etniczną nie tylko wobec Polaków. Nie zapominajmy o udziale
ukraińskiej policji w Holocauście.
To, że to obywatele polscy II RP mordowali obywateli polskich II RP, mało kogo
dziś obchodzi.
Tak to w demokratycznej Polsce odradza się duch Romana Dmowskiego, triumfuje
endecka, etniczna logika obywatelstwa nakręcana przez Dorotę Gawryluk,
Przemysława Czarnka czy Janusza Kowalskiego tropiących "Ukraińców" w
polskim rządzie i administracji. Zupełnie jak przed wojną. Numerus clausus, a
nawet nullus, bojkot sklepów, rasowa nienawiść dla Żydów i zakaz zatrudniania w
administracji państwowej dla Ukraińców, których jeszcze w 1939 r.
polonizowaliśmy na siłę! Rozbieraliśmy cerkwie na Chełmszczyźnie,
przeciągaliśmy na katolicyzm, pozbawiali samorządu i szkolnictwa,
przeprowadzali tzw. pacyfikacje wsi, kolonizowaliśmy osadnictwem cywilnym i
wojskowym, dając Polakom ukraińską ziemię na specjalnych warunkach, a nie dając
jej Ukraińcom, teoretycznie takim samym polskim obywatelom.
Większość ukraińska miała u siebie stać się mniejszością, a mniejszość miała
zostać wchłonięta przez polski żywioł. Tak w II RP endecy i sanacyjni
pułkownicy majaczący o wielkiej Polsce nakręcali nienawiść na tzw. Kresach - na
zgubę własnych obywateli. Opresja rodziła terror i hodowała zbrodniczy,
nacjonalistyczny ekstremizm ukraińskich braci syjamskich ówczesnego ONR-u,
polskich piewców Hitlera i Mussoliniego i dzisiejszych negacjonistów,
antysemitów i prorosyjskich ukrainofobów Brauna i Konfederacji.
Gdy zapewniona jest bezkarność, objawia się nienawiść
Wytykamy braciom Ukraińcom kolaborację z Niemcami, podczas gdy w 2018 roku
ówczesny polski premier Mateusz Morawiecki oddał cześć polskim kolaborantom z
Brygady Świętokrzyskiej. Wytykamy Ukraińcom czystki etniczne, ale nie chcemy
wiedzieć, że w marcu 1944 roku Armia Krajowa z Batalionami Chłopskimi na
Chełmszczyźnie zaatakowała ukraińskie wsie, m.in. Andrejewkę, Sahryń,
Szychowice, Łasków, Modryń, Mienkie (Miagke), Turkowicze i Wereszyn, które
zostały niemal całkowicie spalone. W dwa tygodnie zmordowaliśmy w tych wsiach
ok. 1200 ukraińskich cywilów.
Nasz IPN nie uznał przesiedlenia 140 tys. Ukraińców w ramach akcji
"Wisła" za zbrodnię, bo akcja była "konieczna" i
"prewencyjna". Wytykamy Ukraińcom brak poszanowania dla ofiar rzezi
wołyńskiej, ale sami pozwalamy na niszczenie pomników ofiar polskich rzezi na
Ukraińcach w Pawłokomie, Hruszowicach, Radrużu, Werhracie i na górze Monasterz.
Niewiele się mówi o ukraińskim podobozie w Jaworznie, gdzie w strasznych
warunkach przetrzymywano ok. 4 tys. osób, w tym ok. 800 kobiet i dzieci.
Piszę to wszystko w obliczu fali etnicznej nienawiści wobec Ukraińców
wylewającej się z forów internetowych naszego chrześcijańskiego narodu, w 25.
rocznicę pielgrzymki Jana Pawła II do Lwowa, gdzie mówił: "Czas już
oderwać się od tej bolesnej przeszłości! [...] Niech dawne urazy ustąpią
miejsca dążeniu do wzajemnego zrozumienia. Niech oczyszczenie pamięci
historycznej rozjaśni drogę wszystkich ku przyszłości opartej na miłości i
braterskiej solidarności".
Gdy braknie państwa, gdy zapewniona jest bezkarność, całkowite panowanie w
okolicy i gdy zbrodni towarzyszy, jeśli nie błogosławieństwo, to milcząca
aprobata lokalnego Kościoła i nacjonalistycznych formacji politycznych,
nienawiść objawia się paroksyzmem mordu.
Gdy na to nakładają się sąsiedzkie krzywdy i zaszłości oraz zwykła żądza
rabunku, gdy towarzyszy temu demoralizacja i inflacja wartości ludzkiego życia
spowodowana zbrodniczym niemieckim nazizmem i Holocaustem, to dzieje się
Jedwabne, Radziłów, Szczuczyn, Wąsosz, Wołyń i Galicja Wschodnia.
Bliżej mi do ukraińskich ofiar Sahrynia i Pawłokomy niż do faszystów od Brauna
Naród, który nie potrafi zmierzyć się z własną historią i łamie się jak patyk
pod naporem faktów, jest narodem słabeuszy. Krytyczny patriotyzm zaś jest
patriotyzmem odwagi, choć prawica nazywa go "pedagogiką wstydu".
Naprawdę wolę tę "pedagogikę wstydu" od pedagogiki samochwalstwa i
narodowej tromtadracji. Wstyd jest uczuciem szlachetnym, wynikającym z poczucia
solidarności z własnym narodem. Parafrazuję więc Romana Dmowskiego, który
mówił: "Polakiem jestem i polskie mam obowiązki": Tym większym jestem
Polakiem, im większą odczuwam odpowiedzialność za grzechy, haniebne czyny i
niedostatki mojego narodu.
Dlatego bliżej mi do sprawiedliwych Ukraińców, którzy z narażeniem życia
ratowali i ukrywali polskich sąsiadów przed rodakami z UPA, którzy często sami
płacili za to życiem, bliżej mi do ukraińskich ofiar Sahrynia i Pawłokomy niż
do faszystów od Brauna, choć są moimi rodakami.
Nigdy nie przerwiemy spirali tego obłędu, jeśli będziemy bili się w cudze, a
nie we własne piersi. Ta sama uwaga dotyczy Ukraińców. Niech każdy rozlicza
własne winy i krzywdy. Nie te, których doznał, ale te, które popełnił.
Inaczej nigdy - ku uciesze zbrodniarza Putina - nie znajdziemy porozumienia z
Ukraińcami, a Ukraińcy nie znajdą porozumienia z nami. Nie pomagają w tym
nacjonaliści po obu stronach. Trafnie napisał Radosław Sikorski, że jest
wdzięczny Zełeńskiemu i Nawrockiemu za to, że przy okazji szczytu NATO w
Ankarze rozmawiali przez godzinę, próbując rozwiązać problem, który sami
wcześniej stworzyli.
Czy dziś jednak można mówić o symetrii między sytuacją Warszawy i Kijowa, gdy
na ukraińskie miasta lecę rakiety, gdy co miesiąc giną tysiące ukraińskich
wojskowych i cywilów? Jeżeli Ukraińcy płacą dziś za naszą wolność krwią, to my
odpłaćmy im nie tylko defensywnymi rakietami Patriot, których tak skąpią im
dzisiaj PiS i Konfederacja, ale zwykłą ludzką, sąsiedzką empatią.
Wszak mimo wojny - ku rozpaczy Moskwy - ekshumacje trwają, Ukraina dzielnie
walczy, a my zawsze będziemy żyli obok siebie. To znaczy, że nie wszystko
przekreślone, a wszystko jeszcze możliwe.
4.
https://wyborcza.pl/7,75399,32905366,35-statkow-w-96-godzin-tak-ukraina-walczy-z-rosyjska-flota.html
Siły Systemów Bezzałogowych ukraińskiej armii praktycznie przejęły kontrolę nad
akwenem Morza Azowskiego, polując na rosyjskie tankowce. To element trwającej
operacji izolowania Krymu.
Tylko w nocy 9 lipca ukraińskie drony trafiły 14 rosyjskich statków na Morzu
Azowskim.
„Flota cieni robaków chudnie: w ciągu 96 godzin zaatakowano 35 tankowców,
statków towarowych i jednostek specjalnych" – poinformował 9 lipca w
sieciach społecznościowych Robert Browdi (ps. Madziar), dowódca Siły Systemów
Bezzałogowych (SSB) ukraińskiej armii.
Ukraińcy polują na Morzu Azowskim na rosyjskie statki
6 lipca Browdi w codziennym raporcie poinformował o „upolowaniu dwóch
zbiornikowców", które zmierzały z rosyjskiego portu w Taganrogu na Krym.
„Dwa tankowce floty cieni dostarczały przez Morze Azowskie na Krym paliwo z
Taganrogu, każdy po 7 tys. ton oleju napędowego (objętość 200 wagonów
cystern)" – napisał Madziar.
Następnego dnia Siły Systemów Bezzałogowych poinformowały o kolejnych
rosyjskich statkach trafionych na morzu.
„Walka o benzynę dla Krymu na Morzu Azowskim trwa. W nocy z 7 na 8 lipca
powietrzno-morska bitwa osiągnęła skalę przemysłową: trafiono 8 tankowców z
paliwem, 1 statek towarowy i 1 prom" – zakomunikował Madziar, dodając, że
zostały one „dobrze popsute".
Zaznaczył również, że wszystkie rosyjskie jednostki zostały zidentyfikowane i
znajdują się pod międzynarodowymi sankcjami. Zostały zwodowane w latach 2006 –
2012, mają długość 140 metrów i nośność 7 tys. ton.
W raporcie SSB z 8 lipca znowu znalazły się rosyjskie tankowce, tym razem
trafiono 5 jednostek tego typu oraz cztery statki handlowe floty cieni.
Kolejnego dnia do tej liczby dodano jeszcze 12 zbiornikowców i dwie inne
jednostki.
Celem Ukrainy jest izolacja Krymu
Zanim rozpoczęły się ataki na jednostki morskie, ukraińskie drony znacząco
utrudniły transport drogowy na okupowanym południu Ukrainy. Celem stały się
między innymi cysterny zaopatrujące Krym w paliwo. Ukraińskie uderzenia
faktycznie sparaliżowały jego dostawy na Krym tym korytarzem lądowym.
Miesiąc temu Robert Browdi w wywiadzie dla agencji Reuters zapowiedział
izolację Krymu „w najbliższej przyszłości".
Stwierdził, że w ostatnim czasie ruch na tak zwanej trasie „Noworosja",
która jest kluczowym szlakiem logistycznym prowadzącym przez okupowane południe
Ukrainy na Krym, zmniejszył się w wyniku ukraińskich uderzeń o ponad dwie
trzecie. Zdaniem dowódcy Ukraina jest w stanie przejąć pełną kontrolę nad
drogą. Porównał to zadanie do polowania: - Tak samo łatwo [to robić], jak
polować na kuropatwy na otwartym polu - podsumował.
5.
Super jastrząb, sojusznik Putina: „Europa dąży do eskalacji; trzeba ją mocno
uderzyć”.
Politolog Karaganow: „Użycie zachodniej broni przeciwko Rosji wymaga
odpowiedzi: jeśli będzie to konieczne, nawet broni jądrowej”.
https://www.repubblica.it/esteri/2026/07/10/news/il_politologo_vicino_al_cremlino_l_europa_cerca_l_escalation_va_colpita_in_modo_drastico-425461831/?ref=RHLF-BG-P7-S1-T1-r35678
Moskwa powinna rozważyć ograniczone ataki nuklearne na cele w Europie , aby
zmusić NATO do wycofania wsparcia militarnego dla Kijowa. Jest to znane
stanowisko Siergieja Karaganowa, politologa bliskiego Kremlowi i honorowego
przewodniczącego think tanku Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej. Teraz, gdy
ukraińskie drony codziennie atakują głęboko na terytorium Rosji, twierdzi on,
że to „tylko kwestia czasu”, zanim Moskwa ucieknie się do „drastycznych
środków” przeciwko Europie.
- Na ostatnim szczycie NATO Trump poparł ukraińskie ataki, uderzające
głęboko w terytorium Rosji, twierdząc, że mogą one doprowadzić do deeskalacji
konfliktu. Co Pan o tym sądzi?
Oczywiste jest, że ataki na Rosję mogą doprowadzić jedynie do eskalacji
konfliktu i prędzej czy później do rosyjskich ataków – do których osobiście mam
nadzieję, że nie dojdzie – najpierw z użyciem broni konwencjonalnej, a
następnie broni jądrowej przeciwko niektórym krajom europejskim. Trumpowi łatwo
jest mówić o eskalacji i deeskalacji: jest po drugiej stronie oceanu. To
nieodpowiedzialne gadanie.
- Często argumentował pan za koniecznością eskalacji nuklearnej przez Rosję
właśnie po to, aby zmusić drugą stronę do deeskalacji...
Nie jestem zwolennikiem użycia broni jądrowej, ale przywrócenia wiarygodności
odstraszania nuklearnego. Zaproponowałem nawet naszemu Naczelnemu Dowódcy, aby
wyznaczył dowódcę europejskiego teatru działań wojennych, który miałby prawo
autoryzować jej użycie w razie potrzeby. Powtarzam jednak, że nigdy nie
chciałbym, aby Rosja się do niej uciekała, ponieważ wyrządziłoby to poważne
szkody moralne naszym obywatelom.
- Jak wyobraża pan sobie bezpośredni atak Rosji na Europę?
Pierwsza fala ataków miałaby na celu centra logistyczne, głównie w Rumunii,
Polsce i regionie bałtyckim. Jeśli wróg się nie podda, nastąpiłaby druga fala
ataków konwencjonalnych na symboliczne cele w Europie. Jeśli i to nie
wystarczy, atak przesunąłby się w kierunku celów wojskowych, w tym nuklearnych,
a następnie na strategiczną infrastrukturę cywilną.
- Ukraina od lat bombarduje terytorium Rosji bronią zachodnią, nie
spotykając się z żadną reakcją ze strony Moskwy. Co stało się ze słynnymi
„czerwonymi liniami”?
Nadal krytykuję nasz rząd i nie jestem w tym odosobniony: większość obywateli
Rosji i znaczna część elit uważa, że nie karzemy odpowiednio europejskich
agresorów. Wierzę, że w ciągu roku lub dwóch zapadnie decyzja o podjęciu
bardziej drastycznych środków. To tylko kwestia czasu.
- W scenariuszu, w którym Rosja zaatakuje Europę, Artykuł 5 NATO wejdzie w
życie, zmuszając Stany Zjednoczone do wojny z Rosją. Czy nie bierze pan pod
uwagę takiej możliwości?
Jestem gotów przysiąc, że Stany Zjednoczone nigdy nie odpowiedzą na ewentualny
rosyjski atak nuklearny na Europę. Wszystko, co dotyczy Artykułu 5 i związanych
z nim gwarancji, jest, moim zdaniem, blefem.
- Kreml utrzymuje pojednawcze nastawienie wobec Trumpa, mimo że USA nadal
wspierają ataki na Ukrainę, dostarczając dane wywiadowcze i technologię.
Dlaczego, Twoim zdaniem?
Moskwa nie wykluczyła możliwości osiągnięcia porozumienia ze Stanami
Zjednoczonymi w perspektywie średnioterminowej. Jest jednak jasne, że wszystkie
propozycje Trumpa to pułapka i nikt mu nie ufa. Biorąc pod uwagę irracjonalną
wrogość europejskich elit politycznych wobec Rosji, musimy pozostawić otwartą
teoretyczną możliwość osiągnięcia porozumienia z Waszyngtonem.
- Jak pan myśli, w jakim stopniu pańskie stanowisko jest brane pod uwagę na
Kremlu?
Mam liczne kontakty z przywódcami naszego kraju. Regularnie publikuję swoje
analizy, przesyłam dokumenty i propozycje. Oczywiście nie decyduję o polityce
Kremla, ale wiem, że doskonale znają moje stanowisko.
6.
Były premier Rosji Kasjanow: „Putin może zaatakować kraje bałtyckie w
listopadzie”.
Były premier, który uciekł z Moskwy po inwazji na Ukrainę, zwracając się do
samego cara powiedział w Chatham House: „Podczas wyborów uzupełniających w USA
prezydent mógłby wystawić NATO na próbę, przeprowadzając ofensywę przeciwko
Estonii, Litwie lub Łotwie”.
https://www.repubblica.it/esteri/2026/07/10/news/mikhail_kasyanov_ex_premier_russo_putin_attacco_paesi_baltici-425462508/?ref=RHLF-BG-P7-S2-T1-r35678
„Putin mógłby zaatakować kraje bałtyckie i w ten sposób wystawić NATO na próbę
w listopadzie przyszłego roku, kiedy wszyscy będą zajęci wyborami
uzupełniającymi w Ameryce”. Na konferencji London Conference 2026 w Chatham
House, najsłynniejszym brytyjskim think tanku zajmującym się polityką
zagraniczną, przemawiał Michaił Kasjanow: 68-letni były premier Rosji
(2000-2004), który uciekł z kraju po inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku.
Krótko mówiąc, ktoś, kto dobrze zna Rosję i jej cara.
„Mój kraj, reżim Putina” – wyjaśnia Kasjanow – „stanowi zagrożenie. To, czy to
zagrożenie będzie trwałe, zależy również od stanowiska Zachodu w tym
szczególnie kluczowym momencie historycznym. W tym kontekście cieszę się z
komunikatu końcowego ostatniego szczytu NATO w sprawie wojny na Ukrainie.
Potwierdził on jedność transatlantycką, co jest niezwykle ważne, ponieważ
stanowi jedno z narzędzi wywierania presji na reżim Putina”. Ale co tak
naprawdę mogą zrobić Europejczycy? Wierzę, że Europejczycy nie spodziewali się
tego, co wydarzy się w ostatnich latach. Ale dziś musimy uznać, że Europa
konsekwentnie i stanowczo sprzeciwia się tej wojnie, co bardzo różni się od
stanowiska administracji USA, która zazwyczaj mówi o konflikcie i walce dwóch
regionalnych przywódców, a zatem argumentuje, że należy wywierać presję na obu.
Jednak wraz z oświadczeniem NATO, również podpisanym przez Trumpa, uważam, że
mamy wspólne i zdecydowane stanowisko w sprawie wsparcia Ukrainy: poprzez
wsparcie finansowe, dostawy sprzętu oraz presję polityczną i dyplomatyczną na
Putina. Sytuacja w Rosji zmienia się zarówno pod względem ekonomicznym, jak i
psychologicznym, w opinii publicznej.
Ale czego powinniśmy oczekiwać od Rosji w nadchodzącym roku? Z kilku zachodnich
źródeł wywiadowczych doszły nas słuchy, że Putin może próbować wystawiać NATO
na próbę. Wiemy również, że rosyjska gospodarka, mimo że przetrwała wojnę, jest
teraz pod presją. Jak Pana zdaniem reżim zareaguje na obecną sytuację? „Wiele
zależy od tego, co wydarzy się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy” – wyjaśnia
były premier Rosji. „To zależy od wyniku rozmów między Trumpem a Putinem, które
mają się odbyć po podpisaniu porozumienia z Ankary. Jeśli amerykański prezydent
nie zmieni swojego stanowiska w sprawie Turcji – nawet jeśli nie przyzna
Ukrainie licencji na produkcję systemów rakietowych Patriot, kluczowego
komponentu i nie potwierdzi przewagi Zełenskiego dzięki dronom, które są
kluczowe dla atakowania rosyjskich rafinerii – sytuacja pozostanie pozytywna.
Jeśli jednak sytuacja się zmieni, uważam, że w tym roku nadejdzie szczególnie
delikatny moment: listopad, kiedy odbędą się wybory parlamentarne w USA. W tym
czasie uwaga skupiona na wojnie na Ukrainie może osłabnąć, a w takim przypadku
możemy zaobserwować wzmożoną presję na państwa bałtyckie, mającą na celu ocenę
reakcji NATO i skuteczności Artykułu 5. Nie sądzę, aby była to inwazja na dużą
skalę ani atak lądowy, a raczej ograniczone działania mające na celu
przetestowanie reakcji Sojuszu”.
Ale jak możemy jeszcze bardziej zwiększyć presję na Moskwę, aby temu zapobiec?
„Gospodarka Rosji znajduje się obecnie w trudnej sytuacji” – wyjaśnia Kasjanow.
„Po październikowych sankcjach Trumpa 50% rosyjskiej produkcji ropy naftowej
zostało objęte sankcjami. Jeśli dodamy do tego środki przyjęte wcześniej przez prezydenta
Bidena, które objęły dodatkowe 20% produkcji, oznacza to, że 70% rosyjskiej
produkcji i eksportu ropy naftowej jest obecnie objęte sankcjami. Środki te
zostały obecnie tymczasowo złagodzone z powodu wojny w Iranie, ale kiedy
zostały wprowadzone w październiku, miały decydujący wpływ. W pierwszym
kwartale tego roku dochody budżetu federalnego z ropy naftowej spadły o 40%. To
była liczba nadzwyczajna. Wydatki rządowe zwykle rosną w pierwszym kwartale,
ponieważ produkcja wojskowa musi być finansowana z góry. W rezultacie deficyt
budżetu federalnego znacznie wzrósł. Następnie, wraz z postępem wojny, rosnące
ceny energii częściowo zrekompensowały te straty”.
Jednak pierwszy kwartał w Rosji zakończył się spadkiem PKB o 1,5%, jeśli
weźmiemy pod uwagę szacunki niezależnych źródeł – a nie rządu Putina, który
stosuje inną metodologię. To znacząca liczba. Za kilka dni poznamy dane za
drugi kwartał. Uważam, że ten kwartał również będzie ujemny. Jeśli tak się
stanie, będzie to oznaczać, że trajektoria jest teraz wyraźnie ujemna: nie
będzie to już zwykła stagnacja, ale początek prawdziwej recesji. A ta dynamika
z pewnością stworzy ogromne problemy. Obecnie praktycznie wszystkie cywilne
sektory rosyjskiej gospodarki borykają się z trudnościami. Jedynie produkcja
wojskowa w jakiś sposób udaje się zrekompensować straty. Jest jeszcze drugi
czynnik: nieodwracalne straty poniesione na polu bitwy (które według zachodnich
źródeł osiągnęły już monstrualną liczbę 30.000 miesięcznie, wliczając rannych i
zabitych) nie mogą być już rekompensowane za pomocą systemu Putina, który
wykorzystuje do pozyskiwania nowych żołnierzy, oferując kontrakty i zachęty
finansowe. Ten mechanizm już nie wystarcza i Putin jest tego w pełni świadomy.
Wreszcie, istnieje jedność Zachodu. Wszystkie te czynniki łącznie mogą wywrzeć
silną presję na Putina. Co zrobi? Oczywiście, chciałby zakończyć wojnę, ale na
własnych warunkach, czyli skutecznie podporządkowując sobie Ukrainę. Jeśli
jednak ta presja będzie się nasilać, a Trump również potwierdzi swoje
zaangażowanie w to podejście, presja na Putina stanie się naprawdę intensywna i
może on być skłonny zaakceptować zawieszenie broni do końca roku.
Ale jaką rolę odgrywa Pekin w tej wojnie na Ukrainie? Również w tym przypadku
Kasjanow odpowiada bardzo szczegółowo: „Chiny są decydującym graczem w tej
wojnie, ponieważ stanowią dziś główne okno handlowe Putina. Rosja jest krajem
silnie zorientowanym na eksport: około 20% jej PKB pochodzi z eksportu. Dlatego
chiński kanał jest tak ważny. Chiny oczywiście nie są zainteresowane tym, by
Putin podbił Ukrainę i podporządkował ją swojemu reżimowi. Ale jednocześnie nie
chcą zniszczenia Rosji. Pekin potrzebuje słabej Rosji. Tymczasem Chiny nadal na
tym korzystają. Kupują rosyjską ropę z rabatem około 50%, kupują gaz po
znacznie niższych cenach i czerpią wiele innych korzyści ekonomicznych. Dlatego
uważam, że ewentualne spotkanie Trumpa z prezydentem Xi Jinpingiem mogłoby
posłużyć do zbudowania systemu zachęt dla Pekinu, zbliżenia go do Stanów
Zjednoczonych i Europy, a nie do Rosji. To byłby prawdziwy środek nacisku: nie
grożenie Chinom ani karanie ich, ale oferowanie im większych korzyści poprzez
bliższą współpracę z Waszyngtonem i Brukselą. W takim przypadku Pekin mógłby
zmienić swoje stanowisko wobec Putina, stawiając na pierwszym miejscu interesy
handlowe i własny przyszły rozwój gospodarczy”.
7.
Iran uknuł nowy spisek mający na celu zabicie Trumpa, poinformował USA Izrael
Izrael niedawno podzielił się z USA nowymi informacjami wywiadowczymi, które –
jak twierdzą źródła – wskazują na to, że Iran rozważa nowy plan zamachu na
prezydenta
https://www.wsj.com/world/middle-east/iran-hatched-fresh-plot-to-kill-trump-israel-told-u-s-1511d9d2?mod=hp_lead_pos4
Izrael przekazał Stanom Zjednoczonym informacje wywiadowcze sugerujące nowy
irański spisek mający na celu zabicie Donalda Trumpa, poinformowały „Wall
Street Journal” poinformowane źródła. W środę, rozmawiając z dziennikarzami w
Ankarze w Turcji, Trump odniósł się do gróźb pod swoim adresem. „Jestem
pierwszy na liście” – powiedział. „Jak dotąd chyba miałem trochę szczęścia, ale
może to szczęście nie potrwa długo”.
8.
Rozkazy dowódcy, które Trump powiedział „The Post”, że „pozostawił instrukcje”
na wypadek, gdyby Iran go zamordował: „Zbombardujcie ich na poziomach”, jakich
nigdy wcześniej nie widziano
Prezydent Trump powiedział w piątek dziennikowi „The Post”, że „pozostawił
instrukcje”, na wypadek, gdyby irański spisek mający na celu jego zamordowanie
się powiódł — i że spotka go piekło.
https://nypost.com/2026/07/10/us-news/trump-tells-the-post-hes-left-instructions-should-iran-succeed-in-assassinating-its-no-1-target/
Donald Trump „pozostawił instrukcje” na wypadek, gdyby Iranowi udało się
zrealizować plan jego zabicia. Prezydent powiedział w wywiadzie dla „New York
Post”, precyzując, że pozostawił instrukcje, iż „jeśli cokolwiek miałoby się
wydarzyć, musieliby zostać zbombardowani z bezprecedensową siłą”. Dodał, że „od
dawna jestem numerem jeden” na irańskiej liście osób do wyeliminowania.
9.
Tajemnica zamaskowanego mężczyzny na pogrzebie Chameneiego. Pytanie w mediach
społecznościowych: czy to jego syn, Modżtaba?
https://www.repubblica.it/esteri/2026/07/10/video/il_mistero_delluomo_mascherato_al_funerale_di_khamenei_la_domanda_sui_social_e_il_figlio_mojtaba-425463404/?ref=-BH-I0-P-S4-T1
Postać z zasłoniętą twarzą w szeregu starannie wybranych mężczyzn prowadzących
modlitwę pogrzebową za Aliego Chameneiego wywołała burzę w mediach
społecznościowych. Użytkownicy spekulowali, że nowy Najwyższy Przywódca,
Modżtaba Chamenei, ukrył się w tłumie, aby wziąć udział w pogrzebie swojego
ojca w Meszhedzie. Według CNN, debatę podsyciły zdjęcia mężczyzny w czarnej
czapce baseballowej i czymś, co wydaje się być dużą maską zakrywającą twarz,
jak pokazano na nagraniu opublikowanym przez państwowego nadawcę. Mężczyzna był
wyraźnie widoczny w małej grupie na prywatnym wydarzeniu zorganizowanym wczoraj
dla rodziny i bliskich przyjaciół Chameneiego, któremu przewodził inny z jego
synów, Mostafa. W mediach społecznościowych mężczyzna był dokładnie badany,
porównywano jego budowę, okulary i wzrost do nowego Najwyższego Przywódcy, w
celu ustalenia, czy to on jest osobą kryjącą się za maską.
10.
https://wyborcza.pl/7,75398,32907289,cbos-na-poczatku-afera-tylko-nieznacznie-oslabila-ko-teraz.html#s=S.TD-K.C-B.4-L.2.duzy
Dzień dobry
OdpowiedzUsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuń