DRUGI OBIEG
Niedziela, 16 sierpnia 2026


1.
Nie masz, Czytelniku, pojęcia, jak denerwują D.O. polskie defilady, jak bardzo zapowiedzi, że jesteśmy gotowi do wojny. Normalnie 1939, z tym, że nie jesteśmy silni, nie jesteśmy gotowi, a przede wszystkim nie jesteśmy zwarci.
Kupiliśmy mnóstwo żelastwa, zupełnie zbędnego na współczesnym polu walki. Zupełnie, jak byśmy zamierzali odeprzeć niemieckie kolumny pancerne na początku II Wojny Światowej. A nie mamy żadnej obrony przeciwdronowej, żadnej przeciwrakietowej, bo chyba jest oczywiste, że te trzy baterie patriotów na krzyż powstrzymają chmary ruskich rakiet balistycznych. Szwankuje koordynacja między różnymi rodzajami broni, Polacy są nieprzygotowani do jakichkolwiek wrogich ataków.
A przede wszystkim: jak zamierzamy pokonać wroga zewnętrznego, jak nie potrafimy sobie poradzić ze znacznie groźniejszym wrogiem wewnętrznym?
Więc cały ten defiladowy pic jest niczym więcej, jak właśnie picem, który dużo kosztuje, psu za budę służy, a utrzymuje Polaków w przekonaniu, że ewentualną wojnę z odwiecznym wrogiem wygramy.


2.
Wyjechał D.O. na pola i lasy, tam, gdzie kiedyś często jeździł, ale ostatnio się postarzał, bierze jakieś prochy, które odbierają mu ochotę do eskapad. I poczynił szereg smutnych obserwacji. Już jest po żniwach, zieleń ustąpiła żółci i zrobiło się smutno. Liście na drzewach są najwyraźniej już zmęczone życiem, straciły jędrność, pomarszczyły się, powyginały. Na asfalcie mnóstwo liści opadłych, pożółkłych, zbrązowiałych. Może to jeszcze nie efekt pełnej jesieni, ale z pewnością suszy. Jest katastrofalna. Wisła przypomina smutny siurek, a większość mazowieckich rzeczek, strumieni i strumyków jest wyschnięta lub przemieniła się w błoto, zarośnięte gęstą, zieloną rzęsą.
Innymi słowy D.O. jest przygnębiony, bo gołym okiem widać, że to już koniec lata, za chwilę będzie smutna jesień, a zaraz potem znienawidzona zima.
Żono, żono miła, proszę, nie spędzajmy kolejnej zimy w Polsce! Zima zabiera mi nie tylko chęć życia, ale i samo zycie.


3.
Myśląc o katastrofalnej suszy nie sposób nie dogonić myślami chama od OZE-sroze. A potem od razu przychodzi na myśl, że wiele wskazuje na to, że za chwilę Polacy będą mieli żula i alfonsa za prezydenta i chama i buraka za premiera.
Minęło tyle lat, a demokraci nadal się dziwią, że człowiek, który zniszczył Polskę bardziej niż sowieci przez 47 lat powojennej okupacji, wystawia na najwyższe stanowiska państwowe swoich najgorszych, najgłupszych i najpodlejszych akolitów. Jeszcze nie zrozumieli, że całe jego życie to zemsta na elitach, które systematycznie go odrzucały ze względu na jego głupotę i nieskończoną podłość. Zawsze wystawi kogoś, kto najbardziej oburzy elity, kto je upokorzy i wprawi w stan zdumionego bezruchu.
To jest ten wróg wewnętrzny, którego Polska nie potrafi pokonać w wojnie, która trwa już co najmniej 20 lat. Wróg polskiej niepodległości, której rzekomo mają bronić koreańskie samoloty bez uzbrojenia i koreańskie czołgi, do których nie pasuje europejska amunicja.
Bardzo, al. to bardzo przydałby się dziś kolejny cud nad Wisłą. Tylko pokonanie wroga wewnętrznego otworzy nam drogę do ewentualnego zwycięstwa w wojnie, która nad nami wisi, ale my tańczymy, bo na pokładzie tego Titanica orkiestra nadal gra.


4.
2 lata temu
1.

Tak. Słusznie się Czytelniku domyślasz, że D.O. dał drapaka za granicę, żeby nie patrzeć na czołgi pod oknami.

Co za idiotyzm, co za marnotrawstwo środków, co za bezsensowne zakłócanie życia mieszkańców miasta, zamykanie dróg, mostów i arterii, niszczenie nawierzchni, pozostawianie śladu węglowego równego małej wojnie…

Ale ty, Czytelniku, przecież tak lubisz, jak młodzi chłopcy tak ładnie maszerują w nogę, jak z samolotów wypuszczają kolorowe dymy, jak prężą się dowódcy czołgów. Najbardziej to lubisz na placu Czerwonym i w Pjongjangu, ale i Warszawą nie pogardzisz, prawda?

A posłuchajcie entuzjastycznego świergotania media workerów, podnieconego tomy ad hoc wyłapanych historyków, przysięgających, że to Matka Boska zesłała Polakom Cud Nad Wisłą…

A stary renegat (lub, jak powiedział o nim kiedyś pewien Rydzyk w toruńskiej tv) libertyn D.O., woli być z dala.

2.

Więc D.O. jedzie i jedzie. Wczoraj 520 kilometrów. Zaraz po starcie – katastrofa ekologiczna. Bardzo D.O. ciekaw, co się tam wydarzyło, może coś w tej sprawie wiesz, Czytelniku? Potem raz cieplutko, raz oberwanie chmury z piorunami. No, przynajmniej nudy nie ma.

3.

D.O. uprzejmie informuje, że znowu dał szansę wykazania się kuchni obszaru niemieckojęzycznego, ale obszar z szansy nie skorzystał. Pod pojęciem „warzywa grillowane” kryła się przypieczona marchewka i parę frytek, bez smaku, zaś danie główne – bakłażan - z grilla utopiono w zupie. To zapewne miał być sos, sądząc po brunatnym kolorze, ale było tego tyle, że kelnerka słusznie podała do dania łyżkę.

4.

Od jutra powinno być lepiej.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.A potem zboczenie. Z trasy i zdrowego rozsądku. Państwo D.O.sto postanowiło po paru dekadach odwiedzić jedno z miejsc, do którego jako trzydziestolatkowie pielgrzymowali, tj. do Muzeum sztuki w domu, zaprojektowanym przez Hundertwassera. We Widniu, oczywiście. Byli państwo D.O.stwo wówczas prawie we wszystkich miejscach, w których stały budowle zaprojektowane przez tego genialnego wariata. Gdyby nie on, to, zdaniem D.O., do Wiednia nie ma po co jechać, nic tam ładnego nie ma…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Przedsionek Kunst Museum Hundertwassera. Nie znacie Hundertwassera? Mamma mia bella! Lećcie do Wikipedii, nadróbcie tę ogromną lukę! Nie będziecie rozczarowani. Na przykład faktem, że się urodził jako Stowasser, ale uznał to za mało niemieckie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.W środeczku dziedziniec, na dziedzińcu kawiarenka i knajpeczka. Państwo D.O.stwo spożyło to i owo.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Stanowisko dowodzenia knajpeczką we wnętrzu. I to jest muzeum w sam raz dla takiego hippie’sa, jak D.O.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Zjeść można też wewnętrzu. Dla D.O.stwa warte zboczenia z trasy, ba, warte podróży.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Hudertwasser zaprojektował swojego czasu Rasthaus przy drodze między Wiedniem a Wiener Neustadt, w Bad Fischau. Przy autostradzie. Młode państwo D.O.stwo zatrzymywało się tam zawsze, bo cały ten budynek, z zewnątrz i wewnątrz, to dzieło zwariowanej sztuki. Z obowiązkową wizytą w ubikacji, bo po otwarciu drzwi wszyscy stawali, jak wryci: tuż za drzwiami siedziała baba, starej daty pissuardessa. Mijało ładnych parę chwil, nim się człowiek zorientował, że to wyjątkowo realistyczna rzeźba.

Ale teraz w Bad Fischau państwo D.Ostwo się już nie zatrzymuje. Z dziesięć lat temu całość kupił McDonald i już z dala cuchnie rozgrzanym łojem. A i babę z toalety eksmitowali.

Tu jednak, w Kunsthaus, we Widniu wszystko zostało tak, jak wtedy, gdy byliśmy tam pierwszy raz. Ile? 30, 40 lat temu?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Pantha rei, zwłaszcza podłoga. D.O. bardzo się spodobała, ale Żona D.O., na pytanie „czy możemy mieć taką w domu”, odpowiedziała: „przecież się będziesz przewracał w nocy w drodze do łazienki”.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.A to już pobliski dom Hundertwassera. Przezeń zaprojektowany i częściowo wykonany. Ludzie tam mieszkają, choć dookoła hundertwasserowski jarmark. Żona kupiła kalendarz, bo liczy, optymistka, że dożyjemy do 2025.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Za winklem jest taki. Ależ te drzewa powyrastały, od naszej pierwszej tu wizyty!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.I jeszcze „blok mieszkalny”.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Zamieszkałbyś w takim cacku, Czytelniku? D.O. galopem!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Zakamarki przed domem.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Balkony, schody w mieszkaniach dwupoziomowych…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Fragmenty jarmarczne dookoła.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Furda sztuka, smartphony górą!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Potem, na autostradzie – apfelstrudel w Landzeit, ulubione przyautostradowe knajpeczki austriackie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Pokropek austriacki też był.


5.
3 lata temu
1.

W związku ze świętem, o którym poniżej, D.O. się rozleniwił i nic mu się nie chce. Zwłaszcza pisać. Zakupy, parę drzemek, wieczorem spacer po starym Rzymie. Na który już teraz zapraszam. Choć to głupio o poranku oglądać zdjęcia wieczorne.

Ach, gdyby tak człowiek był młodszy… Siedziałby sobie na którychś z tych schodów, może grał na gitarze, może śmiałby się głośno w gronie fajnych kumpli… Wciągał w nozdrza zapach bulgocących sosów do klusek, przysmażanego czosnku, czy pieczonej pizzy… Wystawiałby policzki na wreszcie niosący trochę ulgi po gorącym dniu zachodni wiaterek rzymski – Ponentino…

2,

Har-Magedon, Góra Zgromadzenia Wojsk, wymawiana u nas „Armagedon”, choć literami łacińskimi zapisano ją w transkrypcji angielskiej, a więc poprawna wymowa powinna brzmieć „Har-Megiddon”. Ostatnia batalia między siłami zła (królami ziemskimi, podjudzanymi przez szatana; paru takich znam) i dobra (Aniołowie boscy) pod tą właśnie izraelską górą będzie mało ciekawa, zważywszy, że już od paru tysiącleci znamy jej wynik. Ale, biorąc pod uwagę udział szatana, może być tam niezły chaos. Podobny zapewne do tego, jaki panuje na włoskich autostradach 14 sierpnia, w przeddzień Ferragosto, czyli włoskiej wersji święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

3.

To najważniejszy dzień w roku, ważniejszy od Capodanno - Głowyroku, czyli Sylwestra, ważniejszy od Giorno di Natale, czyli Bożego Narodzenia. Tego dnia WSZYSCY, od oseska do staruszka, jeśli tylko zdolni utrzymać się na nogach, wyjeżdżają z miasta.

Już 6 sierpnia zamknięto na ferie Parlament, rząd pluszcze się w lazurowych wodach indywidualnie lub w podgrupach, zatrzaśnięto bramy Fiata i innych wielkich fabryk. No, ale pozostała garstka nieszczęśników, którzy muszą; w sklepach, szpitalach i innych instytucjach użyteczności publicznej. 14 sierpnia nic już nie muszą i, niech się pali, niech się wali, jadą za miasto na Ferragosto.

4,

Z punktu widzenia katolickiego to celebracja najmłodszego z kościelnych dogmatów: dogmatu o Wniebowzięciu NMP. Uwaga, „wniebowzięcie”, to zupełnie co innego niż „wniebowstąpienie”! Dogmat ogłosił papież Pius XII w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus dopiero w 1950 roku. Wcześniej, przez wiele stuleci obchodzono święto Zaśnięcia NMP.

5.

Ale dla Włochów to jest i pozostaje Ferragosto.

OK, Agosto to sierpień, ale ten „ferr”?

Sprawa jest prosta.

Termin wywodzi się ze starożytności i jest zniekształceniem łacińskiego oryginału „Feriae Augusti”, czyli odpoczynek Augusta. Cesarza Augusta oczywiście, dokładniej rzecz biorąc Gaiusa Iuliusa Caesara Octavianusa Augustusa, tego samego, który definitywnie skończył z republiką i zastąpił ją jedynowładztwem.

„Feriae Augusti” to było takie jego 500+; chciał sobie kupić przychylność ludku, bo w końcu planował bezprawne zmiany ustrojowe. Ustanowił je w 18 r. p.n.e. by dać ludowi odpoczynek po zakończonych właśnie (inny klimat!) żniwach, łącząc dotychczasowe, pomniejsze święta, takie jak na cześć Diany Nemoralia (nie; nie „niemoralia”!) z 13 sierpnia, kiedy to kobiety myły włosy, a niewolnicy mieli wolne, Vinalia Rustica z 18 sierpnia, kiedy to w Latium, wokół Rzymu, kapłani zarzynali jagniątko, by sprowadzić dobre zbiory winorośli i święta boga Consusa z 25 sierpnia, przy czym zadaniem Consusa była opieka nad ziarnami w spichlerzach.

I tym okresem odpoczynku po żniwach August trafił w sedno; zyskał popularność, która umożliwiła mu dokonanie bezkrwawego zamachu na ustrój republikański i na demokrację.

Wolność od wieka wieków sprzedajemy za bardzo niską cenę; wydaje nam się w życiu zbędna, korzyść materialna lub lenistwo od wolności stoją znacznie wyżej w hierarchii.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Roma. Rim, Rome.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Na straganach kolorowo, handel rzymskimi pamiątkami made in China kwitnie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Okulary babci Klary

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Prawda czasu, prawda ekranu. Via del Corso, Roma.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
OK, zdjęcie okropne. Ale ten pałac to siedziba watykańskiej kongregacji Propagana Fide, Ewangelizacji narodów, dzieło Borrominiego. W głębi, oddzielony jednym tylko domem – kościół Sant’Andrea della Valle Berniniego.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Wieczorne zorze na rogu Piazza i Spagna i Via del Babbuino.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
No, co D.O. będzie pisał?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Noc zapada: naród rusza w miasto.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Po co rusza? A po to!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
I po to.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
W tym hotelu Steven Soderbergh kręcił Ocean 12, George Clooney, Brad Pitt, Catherine Zeta-Jones, Julia Roberts, Matt Damon...

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Buona sera, Rzymie! Wieczór jeszcze długi przed tobą, stary D.O. idzie pisać.


5.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (12)

Podróże kształcą.

Dziś Ferragosto. Najbardziej ludyczne święto we włoskim kalendarzu: trzeba wyjechać, trzeba piknikować.

Z punktu widzenia katolickiego to celebracja najmłodszego z kościelnych dogmatów: dogmatu o Wniebowzięciu NMP. Uwaga, „wniebowzięcie”, to zupełnie co innego niż „wniebowstąpienie”! Dogmat ogłosił papież Pius XII w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus dopiero w 1950 roku. Wcześniej, przez wiele stuleci obchodzono święto Zaśnięcia NMP.

Ale dla Włochów to jest i pozostaje Ferragosto

Z miejsca, w którym jestem Italia wygląda inaczej. Jestem wśród grupy pań i panów pod siedemdziesiątkę; panowie wszyscy znają się od pierwszej klasy szkoły podstawowej, kilka pań dołączyło do paczki w szkole średniej, inne się wżeniły, ale 50 lat temu, więc wszyscy są jak jedna, wielka, kochająca się rodzina. Dojeżdżali kolejno, a ja patrzyłem z podziwem i trochę z zazdrością, jak ich twarze rozjaśniały się na wzajemny widok. A potem paplanina, jak to w klasie, wino, wspólne recytowanie wierszy i piosenek, wyuczonych na ławkach szkolnych.

Ich błyskotliwe kariery profesjonalistów już się kończyły lub kończą, a wiedza i ciekawość świata nadal imponują.

Nikt nie ma tu trosk materialnych, z okien starannie odrestaurowanego, XVII-wiecznego domu rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków świata. Między nami a widokiem nie ma starych domów z kruszącym się tynkiem, nie ma żebrzących narkomanów, nie ma ubogich emerytów, skorumpowanych, lokalnych polityków… Stąd ich nie widać, a co z oczu to z serca, czego nie widać, tego nie ma. I w gruncie rzeczy jest obojętne, kto rządzi w stolicy, bo widok jest ciągle ten sam i ciągle jest piękny, a na jedzenie i mieszkanie środków wystarczy…

Zanurzamy się w hałaśliwą codzienność tylko, by zrobić zakupy: ryby od grubej pani Alessandry, która zawsze wie, co jutro zostanie wyłowione i zna sto sposobów przyrządzania każdego morskiego stworzenia, focaccię (fügassę w tutejszym dialekcie) alla genovese u pana Alfonsa, potomka pięciopokoleniowej rodziny, która zawsze się tylko produkcją focacci zajmowała, więc jest najlepsza w okolicy. Gazety kupujemy w tym samym kiosku i znamy zarówno pana Sergio, jak i jego żonę Dilettę, którzy dają sobie zmiany za ladą…

O, te na dole, to są Włochy które znam, Włochy pełne problemów i Włosi pełni wszystkiego rodzaju trosk, Włosi, tacy jak ja, tacy, jak my.

Te z góry są miłym interwałem w mojej codzienności, ale interwał dobiega końca i znów zanurzę się w PRAWDZIWOŚCI.

Ale jest jedno, co łączy lokatorów szczęśliwego domu, pana Alfonsa, Sergio, Dilettę i Alessandrę: to żylaki, proszki, łykane pospiesznie przy śniadaniu i Ona, coraz natrętniej obecna.

Huffington Post publikuje wyniki bliżej nieokreślonych „badań naukowych” które ustaliły autorytatywnie, że jest 9 cech, które łączą wszystkich ludzi, określających się jako „szczęśliwych”.

Ciekawe. Na pierwszym miejscu badanie wymienia pozytywne stosunki międzyludzkie; innymi słowy
- TO PRZYJACIELE CZYNIĄ CIĘ SZCZEŚLIWYM. Bez tego wszystkie pozostałe mogą iść na spacer.

Potem idą, w kolejności:
- mieć dużo czasu dla siebie; to dla ludzi szczęśliwych jest ważniejsze od pieniędzy.

Ale, warunek trzeci:
- trzeba mieć zawsze tyle pieniędzy, by bez szczególnych wyrzeczeń płacić rachunki. (Ba!)

- Umieć zatrzymywać się i cieszyć ducha i oczy pięknem przyrody oraz pięknem wytworów ludzkiego geniuszu.

- Być uprzejmym; uprzejmość bardziej uprzyjemnia życie uprzejmemu niż korzystającemu z uprzejmości.

- Często pracować fizycznie; podobno fizyczna praca zmniejsza ryzyko depresji i chorób umysłowych.

- Bawić się; umiejętność bezmyślnej zabawy oczyszcza umysł z toksycznych myśli. A to oznacza wydawać pieniądze na podróże, koncerty, wystawy; wszystko to, co sprawia przyjemność, a nie na przedmioty i gadgety.

- Medytować. Umiejętność medytowania nad sobą i nad życiem w ciszy podobno bardzo dobrze robi na stan ducha.

I na koniec – wracamy do punktu pierwszego – spędzać jak najwięcej czasu z przyjaciółmi.

I, proszę sobie wyobrazić, naukowcy, którzy opracowali to zestawienie, ani słowem nie wspomnieli o Kaczyńskim!

Gdzie jest najbliższy kant d…, o który można sobie potłuc takie badanie?


W kwietniu spędziłem tydzień na takim hiszpańskim Helu, o którym na szczęście mało kto wie, choć wyrastają, jeden po drugim brzydkie apartamentowce dla spragnionych morza mieszkańców uciążliwych miast. Tam, niedaleko, jest sympatyczne miasteczko z porcikiem. Szedłem sobie obiadową porą po nabrzeżu, zastanawiając się w której knajpeczce przysiąść na posiłek. Przypadkowo wybrałem jedną, tylko dlatego, że wystawione na zewnątrz stoliki były odgrodzone od portu i zatoki szybami, a, choć słońce paliło, to wiał ostry, nieprzyjemny wiatr. Zamówiłem rybę, nadjechała i młody kelner wziął się za czyszczenie jej z ości. Nadszedł kelner starszy, władczym gestem odgonił młodszego, wziął dwie łyżki i niesamowicie szybkimi i sprawnymi ruchami podzielił mi tę dużą, morską doradę na cztery fileciki. Zjadłem wszystko z trudem, bo ryba okazała się naprawdę spora. Czekałem, by zamówić kawę, kiedy nadszedł znów ten sam, starszy kelner, popatrzył na mój talerz i z autentyczną rozpaczą w głosie zaczął mnie przepraszać. Za co? – nie mogłem w pierwszej chwili pojąć. Wskazał palcem na JEDNĄ ość, którą odłożyłem na brzeg talerza. „Perdóname, señor, esto no debería ocurrir, nunca deje a un solo hueso en el pescado que doy a mis clientes” – czyli przepraszał mnie, za tę jedną ość, którą nieuważnie pozostawił w mięsie ryby.

Ooooo! Popatrzyłem bliżej: na drzwiach tej restauracji przyklejona była gwiazdka Michelina.

Kiedy przygotowywałem w latach 90. duży reportaż o Kraju Basków, raz po raz natykałem się na pomniki Miguela de Unamuno, pisarza, filozofa, erudyty, rektora uniwersytetu w Salamance. Zapragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o Unamuno i odkryłem, jak ciekawa i złożona była to postać. Podczas hiszpańskiej Wojny Domowej poparł wojsko i generała Franco. Wystosował nawet apel do intelektualistów europejskich, by oni również poparli wysiłki Falangi zmierzające do „zachowania w Hiszpanii cywilizacji chrześcijańskiej i zachodniej”. Potem jednak, wręcz podczas jednego z wieców triumfujących zwolenników reżimu, wygłosił żarliwe przemówienie przeciwko żołdactwu, czego o włos nie przypłacił linczem. „Wygracie, ale nie przekonacie. Zwyciężycie, bo macie aż nadto brutalnej siły, ale nie przekonacie, bo żeby przekonać trzeba mieć środki do przekonywania. By przekonać trzeba mieć coś, czego brakuje w tej waszej walce: rozumu i prawa”.

Przypomniał mi teraz o nim najlepszy bodaj obecnie polonista włoski, Francesco Matteo Catalucio, wrzucając na swój profil okładkę włoskiego przekładu książki Unamuno pt. „El fascismo se cura leyendo y el racismo se cura viajando”. Co znaczy: „Faszyzm leczy się czytaniem, rasizm leczy się podróżowaniem”.

Amen.

Bardzo mi to pasuje do tych moich spacerów po Titanicu.

A Miguel de Unamuno spędził ostatnie lata w areszcie domowym, uznany za wroga faszyzującego reżimu. Bez zaszczytów i stanowisk, a za to otoczony szacunkiem.

Szacunek – zaszczyty, szacunek, zaszczyty… Niełatwy wybór…

A orkiestra nadal gra.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.Exodus A.D. 2017


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Poszło o jedną ość...



6.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (9)

Podróże kształcą.

Najpiękniejsze miejsca świata mają jedną wadę: wszyscy chcą je obejrzeć, wszyscy pooddychać ich atmosferą. No i efekt jest taki, że te cudowne miejsca przeradzają się w piekło.

Że do Wenecji nigdy nie pojadę latem pogodziłem się już 30 lat temu. Bo to oznacza stać w tłumie, nie mogąc porządnie złapać oddechu, podrygiwać w miejscu, jak cały tłum dookoła, udając, że się idzie. Ale się nie idzie, tylko się tupie. Koło 13 cały ten ścisk rzuca się na poszukiwanie wolnego krzesła przy restauracyjnym stoliku. To, co wtedy podają do jedzenia, a zwłaszcza ceny, tego, co podają do jedzenia i do picia, powinno okryć hańbą to miasto raz na zawsze. No, ale wystarczy pojechać tam we wrześniu, kiedy na Lido rozpoczyna się Festiwal Sztuki Filmowej, potocznie zwany Festiwalem, by się z Wenecją przeprosić.

Ryczący tłum już zniknął, wszyscy zasiedli przy swoich biurkach, stanęli za maszynami lub za pulpitami katedr. Nie, miasto nie świeci pustkami, ale się da wytrzymać. No i wtedy każdy pałac przy Canal Grande krzyczy do ciebie, wabi osłabiającym rozum pięknem, opowiada historie z czasów, kiedy Najjaśniejsza Republika panowała nad ekumenosem, tj. nad całym znanym światem, a cały znany świat – oczywiście – leżał na brzegach Morza Śródziemnego.

Ta Wenecja to tylko tak, tytułem egzemplifikacji, bo jest sierpień i nawet by mi do głowy nie przyszło tam jechać.

Wyjechałem z Alp i znalazłem się na poziomie morza, gdzie cykady wpadają w muzyczny trans z pożądania, gdzie spontanicznie rosną kolorowe krzewy, gdzie porośnięte zielenią skały graniczą z przebłękitną wodą, gdzie uprzywilejowani, budząc się, mają widoki, jak na załączonym obrazku.

Jestem w miejscu, o którym zwykłem kiedyś mawiać, że trzeba się tam przynajmniej raz do roku pojawić, żeby zmagazynować pod powiekami piękno na sezony, które w okolicach 21 równoleżnika nie są już tak ponętne, które serwują ci kolorową agonię i białą śmierć.

Wczoraj i jeszcze kilka godzin temu byłem na Lazurowym Wybrzeżu nałapać piękna pod powieki, lecz miast cieszyć się widokami powszechnie uznawanymi za szpicę geograficznej estetyki, byłem w stanie nieustannego poirytowania.

Wjechałem na Promenade des Anglais w Nicei koło lotniska. A tam trwa generalna przebudowa wszystkiego! Żadna ulica się nie ostała: wykopki wszędzie, wąziutkie sinusoidy dla samochodów, które dotąd miały tam wygodne trzy pasma. Na Promenade jeden wielki korek. Trzy kilometry, do Rue Lech Wałęsa koło portu – 2 godziny. Wszystkie możliwe samochody, wszystkie możliwe tablice rejestracyjne. Mistral, ale gorąco, rozgrzane karoserie nagle uwierają, choć ryczą kompresory klimatyzatorów. Czy w takich warunkach można czymś się zachwycać? Ledwie zwróciłem uwagę na olśniewająco lazurowy kolor wody: fale naniosły ku brzegowi dużo nowego, żółciutkiego piasku.

Dziś rano pojechałem do supermarketu, szukać konkretnej przyprawy – będę gotował dla Przyjaciół – takiej, jaka w każdym ze sklepów tej sieci w Polsce jest i zalega. Tu nie, tu mają inny repertuar i – powiedziałbym – gorszy. OK, „rozrzut” etniczny jest większy, a elementy kuchni maghrebskiej w wielkich ilościach, ale już cała reszta lepiej prezentuje się w Polsce. Wszędzie napisy: „Bądź czujny, jest zagrożenie turystyczne, jeśli zauważysz coś podejrzanego, natychmiast alarmuj”.

No, ale my zagraniczne supermarkety będziemy z Polski eliminować, tak, jak będziemy eliminować telewizje, które mają zagranicznych właścicieli, bo przecież promujemy nasze, polskie. Odbierzemy FSM Fiatowi i znów zaczniemy robić tam kosy, tak, jak odebraliśmy pieniądze weteranom walki o wolną Polskę i daliśmy je człowiekowi, którzy zawstydziłby Goebbelsa. Moje zagraniczne Dzieci, które nadziwić się nie mogły obfitości oferty w polskich sklepach, nie będą już miały kompleksów, ba, powróci im uzasadnione poczucie wyższości…

Chciałem zjeść strzemienną sałatę we Francji, więc zjechałem z góry na Boulevard du Garavan w Mentonie. Knajpek obfitość, ale ani jednego miejsca na samochód. Obszedłem się smakiem, skazany na smutne jedzenie na autostradzie. Zdziwiłem się, że granicy włosko-francuskiej (ten sam budynek, który widać na filmie z Bourvillem i Luisem de Funesem) stoją uzbrojeni po zęby „Alpini”, czyli specjalna jednostka wysokogórska włoskiej armii. Każdemu patrzą głęboko w oczy i przepuszczają lub każą się zatrzymać i sprawdzają papiery. Nie straż graniczna; żołnierze!

W Ventimiglia wywindowałem się na autostradę i tu dopiero okazało się, jakie miałem szczęście. W przeciwnym kierunku korek. Z małymi przerwami trwał aż do Genui, 150 km.

15 sierpnia to dla Włochów dzień święty. Z punktu widzenia religijnego, owszem, ale przede wszystkim tego dnia kto żyw i może się ruszać NIE MOŻE BYĆ W DOMU! A tu długi weekend, więc sobota 12 sierpnia to najgorszy dzień w roku, najsłuszniej w świecie od dawna zwany przez włoskie media „Dniem Exodusu”. 150 kilometrów: zaimponowali mi!

Kiedy w Nicei jest mistral, tu, w Zatoce Genueńskiej jest libeccio. Też silny i złośliwy, ale ciepły. Siedzę w ogromnej, starej willi nad miastem znanym z jednego Traktatu i jednego Układu. Zwłaszcza ten Układ z 1922 r. był Polsce solą w oku. Ostro krytykował go Piłsudski i historia przyznała mu rację. Kto zgadnie?

Jeżdżenie po Alpach jest ważne aż z dwóch powodów: pierwszy, oczywisty – bo jest pięknie. Drugi, bo można czerpać przyjemność z prowadzenia samochodu, rzucać sobie samemu wyzwania i (miejmy nadzieję!) wychodzić z nich zwycięsko, z satysfakcją.

Ta satysfakcja to musi być fenomenalny motor ludzkich poczynań, bo na najostrzejszych górach, na najbardziej stronnych podjazdach spotykałem rowerzystów i spora ich cześć, to byli ludzie w moim wieku, tyle, że szczupli. Nie potrafię dostrzec żadnego innego powodu zadania sobie takiego bólu i trudu, jak tylko owo pożądane, słodkie poczucie satysfakcji.

Z tym prowadzeniem samochodu dla przyjemności to sprawa jest poważna. Jak bardzo? Cóż – jechaliśmy kiedyś jedynym, kilkunastokilometrowym kawałkiem górskiej, krętej drogi, jaką mają Węgry, niedaleko Wyszehradu, wzdłuż Dunaju na granicy ze Słowacją. Prowadził Tomuś P., cudny człowiek i świetny operator. Spokojnie i pewnie, jak to on. No, ale Tomuś jest z wielkopolskich równin, co on może wiedzieć o zakrętach, toteż robił błędy w trajektoriach.

To ja mu na to: „powiedziałbym ci, że robisz w prowadzeniu drobne błędy, ale mężczyźnie nigdy nie należy mówić dwóch rzeczy: że ma małego i że źle prowadzi”.

A Tomuś po chwili namysłu: „To już wolę, żebyś mówił, że mam małego”!

A orkiestra gra.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.Na serpentynach do Nicei

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Menton z góry

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Onże ci


Brak dostępnego opisu zdjęcia.A to znowu Menton, tyle, że nadmorskim bulwarem jadąc.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Rapallo a dalej Portofino


7.
10 lat temu
Chyba trochę czasu minie, zanim znów zdecyduję się na podróż promem.

W Porto Torres na północnym-zachodzie Sardynii jest nowa stacja morska, ale w łazience drzwi są powyrywane z futryn i nie wygląda, żeby ktokolwiek tam sprzątał. Dlaczego!? Toż to wizytówka miasta i kraju!

Ale cóż – porty są démodé. Kolejowe bocznice pozarastały perzyną, z rozmachem pobudowane fabryki obracają się w ruinę… Wyspa dostała skrzydła, nikt nie ma już cierpliwości do powolnych, pracochłonnych statków drobnicowych…

Tym razem oczekiwanie mi się nie dłużyło, również dlatego, że włoskie służby musiały dostać jakiś cynk, bo z wielką pompą medialną zdecydowanie wzmożono kontrole osób i samochodów, wjeżdżających na promy. Moje dokumenty i bilet sprawdzono trzykrotnie, raz z bieganiem do biura, no, ale najwyraźniej na czarnej liście mnie nie było. Dwukrotnie za pomocą nowoczesnego lustra – czyli metalowego drąga z przymocowaną kamerką i oświetleniem ledowym, oraz, oczywiście – monitorem, sprawdzono, czy nie mam nic przyklejonego do spodu samochodu. Ja nie będę opowiadał, żeby nie dawać cynku potencjalnym wśród Państwa terrorystom, ale tak głupich kontroli dawno nie widziałem. Więcej picu niż rzeczywistych kontroli. Na szczęście terroryści tego dnia postanowili iść spać wcześniej i obyło się bez „bum” na środku morza.

Znowu o dopłacie do kabiny nie można było marzyć, wszystko wykupione miesiące wcześniej, więc wybrałem sobie najspokojniejszy moim zdaniem kąt na statku i zacząłem pompować mój chiński materac dmuchany moją chińską ręczną pompką, do niego dołączoną i już po godzinie naciskania harmonijki to lewą, to prawą ręką, otrzymałem zaskakująco dobry i wygodny efekt. Wyjąłem kocyk i poduszkę, książkę i okulary do czytania i się ułożyłem.

Po chwili nie wierzyłem własnym uszom, bo oto z promowych głośników moja ukochana Ewa Bem zaśpiewała „wyśmienita pogoda na szczęście”, co wprowadziło mnie w doskonały humor. Potem jednak za konsoletą pojawiła się dama i… zaczęła śpiewać. Okazało się, że ułożyłem się tuż za gigantofonami, przez które produkcja owej nieszczęśliwej damy była nagłaśniana. Śpiewała okropnie: nieczysto, manierycznie, nie znała słów do angielskich piosenek, ale za to śpiewała bardzo, bardzo głośno.

Włożyłem do uszu korki, najlepsze, jakie mam; dostaliśmy je od sternika płaskodennej, aluminiowej łodzi z dwoma ośmiocylindrowymi silnikami z chevroleta, napędzającego dwa ogromne wiatraki, które umożliwiały dość szybkie prześlizgiwanie się między aligatorami na Everglades, na dalekiej Florydzie. Tam uratowały mnie przed dwoma niewygłuszonymi silnikami „chevy”; tu nic nie mogły poradzić przeciwko dwóm potwornym kolumnom głośnikowym.

Jak ja tej kobiety nienawidziłem!

Przez kilka godzin była moim wrogiem numer 1 na świecie. Zmieniła moje życie w koszmar. Kiedy jednak zszedłem z promu, spadła z podium, na który powróciły dawne nieprzyjacioły.

„Przeczekam ją” – mówię sobie i zakrywam uszy dodatkowo poduszką: na darmo. Zbliża się 22, ona nic – ryk. Zbliża się 23, a ona zaprasza ludzi do karaoke! I, na moje nieszczęście pojawił się jakiś 35-latek, który oznajmił, że pała. Oczywiście chęcią zaśpiewania. Okazał się lepszy od pani piosenkarki pokładowej, ale głośniki jeszcze bardziej podkręcił.

Co pan zrobił z moim życiem panie profesorze Ludwiku Erhardcie!? Uczył mnie Pan muzykologii, a ja tak to sobie wziąłem do serca, że toleruję tylko klasykę! Chętnych do karaoke było wielu, a ja myślałem o Panu i wszczepionej mi – pewnie mimo woli – niechęci do wszelkiej tandety, muzycznego bzdetu, czczego hałasu dla podniety…

Włoskich kanconetek szczerze nie znoszę, 30 lat, rok po roku, starannie udawałem, że nie ma żadnego festiwalu w San Remo, nie przyjmowałem do wiadomości kolejnych sensacji ze świata show biznesu. Zasadniczo tematyka jest jedna: kiedy śpiewa pan, to wszystkie niemal teksty da się sprowadzić do jednego prostego zdania: „chętnie wszedłbym w bliższy kontakt z twoimi pierwszorzędnymi cechami płciowymi, dziewczyno”. Kiedy śpiewa pani, to teksty dadzą się streścić: „Chętnie bym ci udostępniła moje pierwszorzędne cechy płciowe, ale nie jestem pewna, czy mnie potem będziesz jeszcze szanował”.

I tak od co najmniej stulecia…

Wygrali. Ze mną i z profesorem Erhardtem. Krótko przed północą zabrałem nieporęczny materac, torbę i poszedłem szukać cichszego miejsca. Znalazłem. Czy statek był większy, czy więcej pokładów, ale w tym, który mi przysługiwał, w porównaniu z poprzednią podróżą było całkiem dużo miejsca. Nawet ze trzy godziny na raty się przespałem.

Na raty, bo na pokładowych telewizorach szła transmisja z Rio, a jakiś przedsiębiorczy, włoski gentleman przysposobił swojego smartphone’a do funkcji pilota i kiedy tylko pokazywali jakiegoś Włocha, on podkręcał głośniki. Na raty, bo leżałem na trasie do toalety, a wiadomo, że panie lubią chodzić tam grupowo i opowiadają sobie przy tym anegdoty, wymagające bardzo głośnego reagowania. Na raty, bo przed 6 rano przestało spać jakieś dziecko, o czym zakomunikowało światu przeciągłym rykiem o mocy 140 decybeli. 3 minuty ryku, 1 minuta ciszy, 3 minuty ryku. I tak już do samego portu.

Ale dobiłem do Genui o czasie, jakimś cudem wypakowano wszystkie, jakimś cudem wcześniej zapakowane auta (chociaż z 600 2 się zepsuły i trochę tarasowały wyjazd) i mogłem zacząć się cieszyć autostradą.

No, ale o tym już w następnym odcinku.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.Ja wiem: czas płynie zupełnie inaczej po dwóch stronach drzwi do toalety, ale, żeby aż tak?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Katedry na pustyni, czyli przemysł przetwórczy surowców sardyńskich nie ma się najlepiej... Archeologia przemysłowa w Porto Torres.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.Ciężka, ogromna i pot ze mnie spływa..

VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10210385416490711/10210385347168978


VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10210385416490711/10210385389410034



Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga