DRUGI OBIEG
Niedziela, 16 sierpnia 2026
1.
Nie masz, Czytelniku, pojęcia, jak denerwują D.O. polskie defilady, jak bardzo
zapowiedzi, że jesteśmy gotowi do wojny. Normalnie 1939, z tym, że nie jesteśmy
silni, nie jesteśmy gotowi, a przede wszystkim nie jesteśmy zwarci.
Kupiliśmy mnóstwo żelastwa, zupełnie zbędnego na współczesnym polu walki.
Zupełnie, jak byśmy zamierzali odeprzeć niemieckie kolumny pancerne na początku
II Wojny Światowej. A nie mamy żadnej obrony przeciwdronowej, żadnej
przeciwrakietowej, bo chyba jest oczywiste, że te trzy baterie patriotów na
krzyż powstrzymają chmary ruskich rakiet balistycznych. Szwankuje koordynacja
między różnymi rodzajami broni, Polacy są nieprzygotowani do jakichkolwiek
wrogich ataków.
A przede wszystkim: jak zamierzamy pokonać wroga zewnętrznego, jak nie
potrafimy sobie poradzić ze znacznie groźniejszym wrogiem wewnętrznym?
Więc cały ten defiladowy pic jest niczym więcej, jak właśnie picem, który dużo
kosztuje, psu za budę służy, a utrzymuje Polaków w przekonaniu, że ewentualną
wojnę z odwiecznym wrogiem wygramy.
2.
Wyjechał D.O. na pola i lasy, tam, gdzie kiedyś często jeździł, ale ostatnio
się postarzał, bierze jakieś prochy, które odbierają mu ochotę do eskapad. I
poczynił szereg smutnych obserwacji. Już jest po żniwach, zieleń ustąpiła żółci
i zrobiło się smutno. Liście na drzewach są najwyraźniej już zmęczone życiem,
straciły jędrność, pomarszczyły się, powyginały. Na asfalcie mnóstwo liści
opadłych, pożółkłych, zbrązowiałych. Może to jeszcze nie efekt pełnej jesieni,
ale z pewnością suszy. Jest katastrofalna. Wisła przypomina smutny siurek, a
większość mazowieckich rzeczek, strumieni i strumyków jest wyschnięta lub
przemieniła się w błoto, zarośnięte gęstą, zieloną rzęsą.
Innymi słowy D.O. jest przygnębiony, bo gołym okiem widać, że to już koniec
lata, za chwilę będzie smutna jesień, a zaraz potem znienawidzona zima.
Żono, żono miła, proszę, nie spędzajmy kolejnej zimy w Polsce! Zima zabiera mi
nie tylko chęć życia, ale i samo zycie.
3.
Myśląc o katastrofalnej suszy nie sposób nie dogonić myślami chama od
OZE-sroze. A potem od razu przychodzi na myśl, że wiele wskazuje na to, że za
chwilę Polacy będą mieli żula i alfonsa za prezydenta i chama i buraka za
premiera.
Minęło tyle lat, a demokraci nadal się dziwią, że człowiek, który zniszczył
Polskę bardziej niż sowieci przez 47 lat powojennej okupacji, wystawia na
najwyższe stanowiska państwowe swoich najgorszych, najgłupszych i
najpodlejszych akolitów. Jeszcze nie zrozumieli, że całe jego życie to zemsta
na elitach, które systematycznie go odrzucały ze względu na jego głupotę i
nieskończoną podłość. Zawsze wystawi kogoś, kto najbardziej oburzy elity, kto
je upokorzy i wprawi w stan zdumionego bezruchu.
To jest ten wróg wewnętrzny, którego Polska nie potrafi pokonać w wojnie, która
trwa już co najmniej 20 lat. Wróg polskiej niepodległości, której rzekomo mają
bronić koreańskie samoloty bez uzbrojenia i koreańskie czołgi, do których nie
pasuje europejska amunicja.
Bardzo, al. to bardzo przydałby się dziś kolejny cud nad Wisłą. Tylko pokonanie
wroga wewnętrznego otworzy nam drogę do ewentualnego zwycięstwa w wojnie, która
nad nami wisi, ale my tańczymy, bo na pokładzie tego Titanica orkiestra nadal
gra.
4.
2 lata temu
1.
Tak. Słusznie się Czytelniku domyślasz, że D.O. dał drapaka
za granicę, żeby nie patrzeć na czołgi pod oknami.
Co za idiotyzm, co za marnotrawstwo środków, co za
bezsensowne zakłócanie życia mieszkańców miasta, zamykanie dróg, mostów i
arterii, niszczenie nawierzchni, pozostawianie śladu węglowego równego małej
wojnie…
Ale ty, Czytelniku, przecież tak lubisz, jak młodzi chłopcy
tak ładnie maszerują w nogę, jak z samolotów wypuszczają kolorowe dymy, jak
prężą się dowódcy czołgów. Najbardziej to lubisz na placu Czerwonym i w
Pjongjangu, ale i Warszawą nie pogardzisz, prawda?
A posłuchajcie entuzjastycznego świergotania media workerów,
podnieconego tomy ad hoc wyłapanych historyków, przysięgających, że to Matka
Boska zesłała Polakom Cud Nad Wisłą…
A stary renegat (lub, jak powiedział o nim kiedyś pewien
Rydzyk w toruńskiej tv) libertyn D.O., woli być z dala.
2.
Więc D.O. jedzie i jedzie. Wczoraj 520 kilometrów. Zaraz po
starcie – katastrofa ekologiczna. Bardzo D.O. ciekaw, co się tam wydarzyło,
może coś w tej sprawie wiesz, Czytelniku? Potem raz cieplutko, raz oberwanie
chmury z piorunami. No, przynajmniej nudy nie ma.
3.
D.O. uprzejmie informuje, że znowu dał szansę wykazania się
kuchni obszaru niemieckojęzycznego, ale obszar z szansy nie skorzystał. Pod
pojęciem „warzywa grillowane” kryła się przypieczona marchewka i parę frytek,
bez smaku, zaś danie główne – bakłażan - z grilla utopiono w zupie. To zapewne
miał być sos, sądząc po brunatnym kolorze, ale było tego tyle, że kelnerka
słusznie podała do dania łyżkę.
4.
Od jutra powinno być lepiej.
A potem zboczenie. Z trasy i zdrowego rozsądku. Państwo D.O.sto postanowiło po
paru dekadach odwiedzić jedno z miejsc, do którego jako trzydziestolatkowie
pielgrzymowali, tj. do Muzeum sztuki w domu, zaprojektowanym przez
Hundertwassera. We Widniu, oczywiście. Byli państwo D.O.stwo wówczas prawie we
wszystkich miejscach, w których stały budowle zaprojektowane przez tego
genialnego wariata. Gdyby nie on, to, zdaniem D.O., do Wiednia nie ma po co
jechać, nic tam ładnego nie ma…
Przedsionek Kunst Museum Hundertwassera. Nie znacie Hundertwassera? Mamma mia
bella! Lećcie do Wikipedii, nadróbcie tę ogromną lukę! Nie będziecie
rozczarowani. Na przykład faktem, że się urodził jako Stowasser, ale uznał to
za mało niemieckie.
W środeczku dziedziniec, na dziedzińcu kawiarenka i knajpeczka. Państwo
D.O.stwo spożyło to i owo.
Stanowisko dowodzenia knajpeczką we wnętrzu. I to jest muzeum w sam raz dla
takiego hippie’sa, jak D.O.
Zjeść można też wewnętrzu. Dla D.O.stwa warte zboczenia z trasy, ba, warte
podróży.
Hudertwasser zaprojektował swojego czasu Rasthaus przy drodze między Wiedniem a
Wiener Neustadt, w Bad Fischau. Przy autostradzie. Młode państwo D.O.stwo
zatrzymywało się tam zawsze, bo cały ten budynek, z zewnątrz i wewnątrz, to
dzieło zwariowanej sztuki. Z obowiązkową wizytą w ubikacji, bo po otwarciu
drzwi wszyscy stawali, jak wryci: tuż za drzwiami siedziała baba, starej daty
pissuardessa. Mijało ładnych parę chwil, nim się człowiek zorientował, że to
wyjątkowo realistyczna rzeźba.
Ale teraz w Bad Fischau państwo D.Ostwo się już nie
zatrzymuje. Z dziesięć lat temu całość kupił McDonald i już z dala cuchnie
rozgrzanym łojem. A i babę z toalety eksmitowali.
Tu jednak, w Kunsthaus, we Widniu wszystko zostało tak, jak
wtedy, gdy byliśmy tam pierwszy raz. Ile? 30, 40 lat temu?
Pantha rei, zwłaszcza podłoga. D.O. bardzo się spodobała, ale Żona D.O., na
pytanie „czy możemy mieć taką w domu”, odpowiedziała: „przecież się będziesz
przewracał w nocy w drodze do łazienki”.
A to już pobliski dom Hundertwassera. Przezeń zaprojektowany i częściowo
wykonany. Ludzie tam mieszkają, choć dookoła hundertwasserowski jarmark. Żona
kupiła kalendarz, bo liczy, optymistka, że dożyjemy do 2025.
Za winklem jest taki. Ależ te drzewa powyrastały, od naszej pierwszej tu
wizyty!
I jeszcze „blok mieszkalny”.
Zamieszkałbyś w takim cacku, Czytelniku? D.O. galopem!
Zakamarki przed domem.
Balkony, schody w mieszkaniach dwupoziomowych…
Fragmenty jarmarczne dookoła.
Furda sztuka, smartphony górą!
Potem, na autostradzie – apfelstrudel w Landzeit, ulubione przyautostradowe
knajpeczki austriackie.
Pokropek austriacki też był.
5.
3 lata temu
1.
W związku ze świętem, o którym poniżej, D.O. się rozleniwił
i nic mu się nie chce. Zwłaszcza pisać. Zakupy, parę drzemek, wieczorem spacer
po starym Rzymie. Na który już teraz zapraszam. Choć to głupio o poranku
oglądać zdjęcia wieczorne.
Ach, gdyby tak człowiek był młodszy… Siedziałby sobie na
którychś z tych schodów, może grał na gitarze, może śmiałby się głośno w gronie
fajnych kumpli… Wciągał w nozdrza zapach bulgocących sosów do klusek,
przysmażanego czosnku, czy pieczonej pizzy… Wystawiałby policzki na wreszcie
niosący trochę ulgi po gorącym dniu zachodni wiaterek rzymski – Ponentino…
2,
Har-Magedon, Góra Zgromadzenia Wojsk, wymawiana u nas
„Armagedon”, choć literami łacińskimi zapisano ją w transkrypcji angielskiej, a
więc poprawna wymowa powinna brzmieć „Har-Megiddon”. Ostatnia batalia między
siłami zła (królami ziemskimi, podjudzanymi przez szatana; paru takich znam) i
dobra (Aniołowie boscy) pod tą właśnie izraelską górą będzie mało ciekawa,
zważywszy, że już od paru tysiącleci znamy jej wynik. Ale, biorąc pod uwagę
udział szatana, może być tam niezły chaos. Podobny zapewne do tego, jaki panuje
na włoskich autostradach 14 sierpnia, w przeddzień Ferragosto, czyli włoskiej
wersji święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
3.
To najważniejszy dzień w roku, ważniejszy od Capodanno -
Głowyroku, czyli Sylwestra, ważniejszy od Giorno di Natale, czyli Bożego
Narodzenia. Tego dnia WSZYSCY, od oseska do staruszka, jeśli tylko zdolni
utrzymać się na nogach, wyjeżdżają z miasta.
Już 6 sierpnia zamknięto na ferie Parlament, rząd pluszcze
się w lazurowych wodach indywidualnie lub w podgrupach, zatrzaśnięto bramy
Fiata i innych wielkich fabryk. No, ale pozostała garstka nieszczęśników,
którzy muszą; w sklepach, szpitalach i innych instytucjach użyteczności
publicznej. 14 sierpnia nic już nie muszą i, niech się pali, niech się wali,
jadą za miasto na Ferragosto.
4,
Z punktu widzenia katolickiego to celebracja najmłodszego z
kościelnych dogmatów: dogmatu o Wniebowzięciu NMP. Uwaga, „wniebowzięcie”, to
zupełnie co innego niż „wniebowstąpienie”! Dogmat ogłosił papież Pius XII w
konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus dopiero w 1950 roku. Wcześniej,
przez wiele stuleci obchodzono święto Zaśnięcia NMP.
5.
Ale dla Włochów to jest i pozostaje Ferragosto.
OK, Agosto to sierpień, ale ten „ferr”?
Sprawa jest prosta.
Termin wywodzi się ze starożytności i jest zniekształceniem
łacińskiego oryginału „Feriae Augusti”, czyli odpoczynek Augusta. Cesarza
Augusta oczywiście, dokładniej rzecz biorąc Gaiusa Iuliusa Caesara Octavianusa
Augustusa, tego samego, który definitywnie skończył z republiką i zastąpił ją
jedynowładztwem.
„Feriae Augusti” to było takie jego 500+; chciał sobie kupić
przychylność ludku, bo w końcu planował bezprawne zmiany ustrojowe. Ustanowił
je w 18 r. p.n.e. by dać ludowi odpoczynek po zakończonych właśnie (inny
klimat!) żniwach, łącząc dotychczasowe, pomniejsze święta, takie jak na cześć
Diany Nemoralia (nie; nie „niemoralia”!) z 13 sierpnia, kiedy to kobiety myły
włosy, a niewolnicy mieli wolne, Vinalia Rustica z 18 sierpnia, kiedy to w
Latium, wokół Rzymu, kapłani zarzynali jagniątko, by sprowadzić dobre zbiory
winorośli i święta boga Consusa z 25 sierpnia, przy czym zadaniem Consusa była
opieka nad ziarnami w spichlerzach.
I tym okresem odpoczynku po żniwach August trafił w sedno;
zyskał popularność, która umożliwiła mu dokonanie bezkrwawego zamachu na ustrój
republikański i na demokrację.
Wolność od wieka wieków sprzedajemy za bardzo niską cenę;
wydaje nam się w życiu zbędna, korzyść materialna lub lenistwo od wolności
stoją znacznie wyżej w hierarchii.
Roma. Rim, Rome.
Na straganach kolorowo, handel rzymskimi pamiątkami made in China kwitnie.
Okulary babci Klary
Prawda czasu, prawda ekranu. Via del Corso, Roma.
OK, zdjęcie okropne. Ale ten pałac to siedziba watykańskiej kongregacji
Propagana Fide, Ewangelizacji narodów, dzieło Borrominiego. W głębi, oddzielony
jednym tylko domem – kościół Sant’Andrea della Valle Berniniego.
Wieczorne zorze na rogu Piazza i
Spagna i Via del Babbuino.
No, co D.O. będzie pisał?
Noc zapada: naród rusza w miasto.
Po co rusza? A po to!
I po to.
W tym hotelu Steven
Soderbergh kręcił Ocean 12, George Clooney, Brad Pitt, Catherine Zeta-Jones,
Julia Roberts, Matt Damon...
Buona sera, Rzymie! Wieczór jeszcze długi przed tobą, stary D.O. idzie
pisać.
5.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (12)
Podróże kształcą.
Dziś Ferragosto. Najbardziej ludyczne święto we włoskim
kalendarzu: trzeba wyjechać, trzeba piknikować.
Z punktu widzenia katolickiego to celebracja najmłodszego z
kościelnych dogmatów: dogmatu o Wniebowzięciu NMP. Uwaga, „wniebowzięcie”, to
zupełnie co innego niż „wniebowstąpienie”! Dogmat ogłosił papież Pius XII w
konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus dopiero w 1950 roku. Wcześniej,
przez wiele stuleci obchodzono święto Zaśnięcia NMP.
Ale dla Włochów to jest i pozostaje Ferragosto
Z miejsca, w którym jestem Italia wygląda inaczej. Jestem
wśród grupy pań i panów pod siedemdziesiątkę; panowie wszyscy znają się od
pierwszej klasy szkoły podstawowej, kilka pań dołączyło do paczki w szkole
średniej, inne się wżeniły, ale 50 lat temu, więc wszyscy są jak jedna, wielka,
kochająca się rodzina. Dojeżdżali kolejno, a ja patrzyłem z podziwem i trochę z
zazdrością, jak ich twarze rozjaśniały się na wzajemny widok. A potem
paplanina, jak to w klasie, wino, wspólne recytowanie wierszy i piosenek,
wyuczonych na ławkach szkolnych.
Ich błyskotliwe kariery profesjonalistów już się kończyły
lub kończą, a wiedza i ciekawość świata nadal imponują.
Nikt nie ma tu trosk materialnych, z okien starannie
odrestaurowanego, XVII-wiecznego domu rozciąga się jeden z najpiękniejszych
widoków świata. Między nami a widokiem nie ma starych domów z kruszącym się
tynkiem, nie ma żebrzących narkomanów, nie ma ubogich emerytów, skorumpowanych,
lokalnych polityków… Stąd ich nie widać, a co z oczu to z serca, czego nie
widać, tego nie ma. I w gruncie rzeczy jest obojętne, kto rządzi w stolicy, bo
widok jest ciągle ten sam i ciągle jest piękny, a na jedzenie i mieszkanie
środków wystarczy…
Zanurzamy się w hałaśliwą codzienność tylko, by zrobić
zakupy: ryby od grubej pani Alessandry, która zawsze wie, co jutro zostanie
wyłowione i zna sto sposobów przyrządzania każdego morskiego stworzenia,
focaccię (fügassę w tutejszym dialekcie) alla genovese u pana Alfonsa, potomka
pięciopokoleniowej rodziny, która zawsze się tylko produkcją focacci zajmowała,
więc jest najlepsza w okolicy. Gazety kupujemy w tym samym kiosku i znamy
zarówno pana Sergio, jak i jego żonę Dilettę, którzy dają sobie zmiany za ladą…
O, te na dole, to są Włochy które znam, Włochy pełne
problemów i Włosi pełni wszystkiego rodzaju trosk, Włosi, tacy jak ja, tacy,
jak my.
Te z góry są miłym interwałem w mojej codzienności, ale
interwał dobiega końca i znów zanurzę się w PRAWDZIWOŚCI.
Ale jest jedno, co łączy lokatorów szczęśliwego domu, pana
Alfonsa, Sergio, Dilettę i Alessandrę: to żylaki, proszki, łykane pospiesznie
przy śniadaniu i Ona, coraz natrętniej obecna.
Huffington Post publikuje wyniki bliżej nieokreślonych
„badań naukowych” które ustaliły autorytatywnie, że jest 9 cech, które łączą
wszystkich ludzi, określających się jako „szczęśliwych”.
Ciekawe. Na pierwszym miejscu badanie wymienia pozytywne
stosunki międzyludzkie; innymi słowy
- TO PRZYJACIELE CZYNIĄ CIĘ SZCZEŚLIWYM. Bez tego wszystkie pozostałe mogą iść
na spacer.
Potem idą, w kolejności:
- mieć dużo czasu dla siebie; to dla ludzi szczęśliwych jest ważniejsze od
pieniędzy.
Ale, warunek trzeci:
- trzeba mieć zawsze tyle pieniędzy, by bez szczególnych wyrzeczeń płacić
rachunki. (Ba!)
- Umieć zatrzymywać się i cieszyć ducha i oczy pięknem
przyrody oraz pięknem wytworów ludzkiego geniuszu.
- Być uprzejmym; uprzejmość bardziej uprzyjemnia życie
uprzejmemu niż korzystającemu z uprzejmości.
- Często pracować fizycznie; podobno fizyczna praca
zmniejsza ryzyko depresji i chorób umysłowych.
- Bawić się; umiejętność bezmyślnej zabawy oczyszcza umysł z
toksycznych myśli. A to oznacza wydawać pieniądze na podróże, koncerty,
wystawy; wszystko to, co sprawia przyjemność, a nie na przedmioty i gadgety.
- Medytować. Umiejętność medytowania nad sobą i nad życiem w
ciszy podobno bardzo dobrze robi na stan ducha.
I na koniec – wracamy do punktu pierwszego – spędzać jak
najwięcej czasu z przyjaciółmi.
I, proszę sobie wyobrazić, naukowcy, którzy opracowali to
zestawienie, ani słowem nie wspomnieli o Kaczyńskim!
Gdzie jest najbliższy kant d…, o który można sobie potłuc
takie badanie?
W kwietniu spędziłem tydzień na takim hiszpańskim Helu, o którym na szczęście
mało kto wie, choć wyrastają, jeden po drugim brzydkie apartamentowce dla
spragnionych morza mieszkańców uciążliwych miast. Tam, niedaleko, jest
sympatyczne miasteczko z porcikiem. Szedłem sobie obiadową porą po nabrzeżu,
zastanawiając się w której knajpeczce przysiąść na posiłek. Przypadkowo
wybrałem jedną, tylko dlatego, że wystawione na zewnątrz stoliki były
odgrodzone od portu i zatoki szybami, a, choć słońce paliło, to wiał ostry,
nieprzyjemny wiatr. Zamówiłem rybę, nadjechała i młody kelner wziął się za
czyszczenie jej z ości. Nadszedł kelner starszy, władczym gestem odgonił
młodszego, wziął dwie łyżki i niesamowicie szybkimi i sprawnymi ruchami
podzielił mi tę dużą, morską doradę na cztery fileciki. Zjadłem wszystko z
trudem, bo ryba okazała się naprawdę spora. Czekałem, by zamówić kawę, kiedy
nadszedł znów ten sam, starszy kelner, popatrzył na mój talerz i z autentyczną
rozpaczą w głosie zaczął mnie przepraszać. Za co? – nie mogłem w pierwszej
chwili pojąć. Wskazał palcem na JEDNĄ ość, którą odłożyłem na brzeg talerza.
„Perdóname, señor, esto no debería ocurrir, nunca deje a un solo hueso en el
pescado que doy a mis clientes” – czyli przepraszał mnie, za tę jedną ość, którą
nieuważnie pozostawił w mięsie ryby.
Ooooo! Popatrzyłem bliżej: na drzwiach tej restauracji
przyklejona była gwiazdka Michelina.
Kiedy przygotowywałem w latach 90. duży reportaż o Kraju
Basków, raz po raz natykałem się na pomniki Miguela de Unamuno, pisarza,
filozofa, erudyty, rektora uniwersytetu w Salamance. Zapragnąłem dowiedzieć się
czegoś więcej o Unamuno i odkryłem, jak ciekawa i złożona była to postać.
Podczas hiszpańskiej Wojny Domowej poparł wojsko i generała Franco. Wystosował
nawet apel do intelektualistów europejskich, by oni również poparli wysiłki
Falangi zmierzające do „zachowania w Hiszpanii cywilizacji chrześcijańskiej i
zachodniej”. Potem jednak, wręcz podczas jednego z wieców triumfujących
zwolenników reżimu, wygłosił żarliwe przemówienie przeciwko żołdactwu, czego o
włos nie przypłacił linczem. „Wygracie, ale nie przekonacie. Zwyciężycie, bo
macie aż nadto brutalnej siły, ale nie przekonacie, bo żeby przekonać trzeba
mieć środki do przekonywania. By przekonać trzeba mieć coś, czego brakuje w tej
waszej walce: rozumu i prawa”.
Przypomniał mi teraz o nim najlepszy bodaj obecnie polonista
włoski, Francesco Matteo Catalucio, wrzucając na swój profil okładkę włoskiego
przekładu książki Unamuno pt. „El fascismo se cura leyendo y el racismo se cura
viajando”. Co znaczy: „Faszyzm leczy się czytaniem, rasizm leczy się
podróżowaniem”.
Amen.
Bardzo mi to pasuje do tych moich spacerów po Titanicu.
A Miguel de Unamuno spędził ostatnie lata w areszcie
domowym, uznany za wroga faszyzującego reżimu. Bez zaszczytów i stanowisk, a za
to otoczony szacunkiem.
Szacunek – zaszczyty, szacunek, zaszczyty… Niełatwy wybór…
A orkiestra nadal gra.
Exodus A.D. 2017
Poszło o jedną ość...
6.
9 lat temu
SPACERY PO TITANICU (9)
Podróże kształcą.
Najpiękniejsze miejsca świata mają jedną wadę: wszyscy chcą
je obejrzeć, wszyscy pooddychać ich atmosferą. No i efekt jest taki, że te
cudowne miejsca przeradzają się w piekło.
Że do Wenecji nigdy nie pojadę latem pogodziłem się już 30
lat temu. Bo to oznacza stać w tłumie, nie mogąc porządnie złapać oddechu,
podrygiwać w miejscu, jak cały tłum dookoła, udając, że się idzie. Ale się nie
idzie, tylko się tupie. Koło 13 cały ten ścisk rzuca się na poszukiwanie
wolnego krzesła przy restauracyjnym stoliku. To, co wtedy podają do jedzenia, a
zwłaszcza ceny, tego, co podają do jedzenia i do picia, powinno okryć hańbą to
miasto raz na zawsze. No, ale wystarczy pojechać tam we wrześniu, kiedy na Lido
rozpoczyna się Festiwal Sztuki Filmowej, potocznie zwany Festiwalem, by się z
Wenecją przeprosić.
Ryczący tłum już zniknął, wszyscy zasiedli przy swoich
biurkach, stanęli za maszynami lub za pulpitami katedr. Nie, miasto nie świeci
pustkami, ale się da wytrzymać. No i wtedy każdy pałac przy Canal Grande
krzyczy do ciebie, wabi osłabiającym rozum pięknem, opowiada historie z czasów,
kiedy Najjaśniejsza Republika panowała nad ekumenosem, tj. nad całym znanym
światem, a cały znany świat – oczywiście – leżał na brzegach Morza
Śródziemnego.
Ta Wenecja to tylko tak, tytułem egzemplifikacji, bo jest
sierpień i nawet by mi do głowy nie przyszło tam jechać.
Wyjechałem z Alp i znalazłem się na poziomie morza, gdzie
cykady wpadają w muzyczny trans z pożądania, gdzie spontanicznie rosną kolorowe
krzewy, gdzie porośnięte zielenią skały graniczą z przebłękitną wodą, gdzie
uprzywilejowani, budząc się, mają widoki, jak na załączonym obrazku.
Jestem w miejscu, o którym zwykłem kiedyś mawiać, że trzeba
się tam przynajmniej raz do roku pojawić, żeby zmagazynować pod powiekami
piękno na sezony, które w okolicach 21 równoleżnika nie są już tak ponętne,
które serwują ci kolorową agonię i białą śmierć.
Wczoraj i jeszcze kilka godzin temu byłem na Lazurowym
Wybrzeżu nałapać piękna pod powieki, lecz miast cieszyć się widokami
powszechnie uznawanymi za szpicę geograficznej estetyki, byłem w stanie
nieustannego poirytowania.
Wjechałem na Promenade des Anglais w Nicei koło lotniska. A
tam trwa generalna przebudowa wszystkiego! Żadna ulica się nie ostała: wykopki
wszędzie, wąziutkie sinusoidy dla samochodów, które dotąd miały tam wygodne
trzy pasma. Na Promenade jeden wielki korek. Trzy kilometry, do Rue Lech Wałęsa
koło portu – 2 godziny. Wszystkie możliwe samochody, wszystkie możliwe tablice
rejestracyjne. Mistral, ale gorąco, rozgrzane karoserie nagle uwierają, choć
ryczą kompresory klimatyzatorów. Czy w takich warunkach można czymś się
zachwycać? Ledwie zwróciłem uwagę na olśniewająco lazurowy kolor wody: fale
naniosły ku brzegowi dużo nowego, żółciutkiego piasku.
Dziś rano pojechałem do supermarketu, szukać konkretnej
przyprawy – będę gotował dla Przyjaciół – takiej, jaka w każdym ze sklepów tej
sieci w Polsce jest i zalega. Tu nie, tu mają inny repertuar i – powiedziałbym
– gorszy. OK, „rozrzut” etniczny jest większy, a elementy kuchni maghrebskiej w
wielkich ilościach, ale już cała reszta lepiej prezentuje się w Polsce.
Wszędzie napisy: „Bądź czujny, jest zagrożenie turystyczne, jeśli zauważysz coś
podejrzanego, natychmiast alarmuj”.
No, ale my zagraniczne supermarkety będziemy z Polski
eliminować, tak, jak będziemy eliminować telewizje, które mają zagranicznych
właścicieli, bo przecież promujemy nasze, polskie. Odbierzemy FSM Fiatowi i
znów zaczniemy robić tam kosy, tak, jak odebraliśmy pieniądze weteranom walki o
wolną Polskę i daliśmy je człowiekowi, którzy zawstydziłby Goebbelsa. Moje
zagraniczne Dzieci, które nadziwić się nie mogły obfitości oferty w polskich
sklepach, nie będą już miały kompleksów, ba, powróci im uzasadnione poczucie
wyższości…
Chciałem zjeść strzemienną sałatę we Francji, więc zjechałem
z góry na Boulevard du Garavan w Mentonie. Knajpek obfitość, ale ani jednego
miejsca na samochód. Obszedłem się smakiem, skazany na smutne jedzenie na
autostradzie. Zdziwiłem się, że granicy włosko-francuskiej (ten sam budynek,
który widać na filmie z Bourvillem i Luisem de Funesem) stoją uzbrojeni po zęby
„Alpini”, czyli specjalna jednostka wysokogórska włoskiej armii. Każdemu patrzą
głęboko w oczy i przepuszczają lub każą się zatrzymać i sprawdzają papiery. Nie
straż graniczna; żołnierze!
W Ventimiglia wywindowałem się na autostradę i tu dopiero
okazało się, jakie miałem szczęście. W przeciwnym kierunku korek. Z małymi
przerwami trwał aż do Genui, 150 km.
15 sierpnia to dla Włochów dzień święty. Z punktu widzenia
religijnego, owszem, ale przede wszystkim tego dnia kto żyw i może się ruszać
NIE MOŻE BYĆ W DOMU! A tu długi weekend, więc sobota 12 sierpnia to najgorszy
dzień w roku, najsłuszniej w świecie od dawna zwany przez włoskie media „Dniem
Exodusu”. 150 kilometrów: zaimponowali mi!
Kiedy w Nicei jest mistral, tu, w Zatoce Genueńskiej jest
libeccio. Też silny i złośliwy, ale ciepły. Siedzę w ogromnej, starej willi nad
miastem znanym z jednego Traktatu i jednego Układu. Zwłaszcza ten Układ z 1922
r. był Polsce solą w oku. Ostro krytykował go Piłsudski i historia przyznała mu
rację. Kto zgadnie?
Jeżdżenie po Alpach jest ważne aż z dwóch powodów: pierwszy,
oczywisty – bo jest pięknie. Drugi, bo można czerpać przyjemność z prowadzenia
samochodu, rzucać sobie samemu wyzwania i (miejmy nadzieję!) wychodzić z nich
zwycięsko, z satysfakcją.
Ta satysfakcja to musi być fenomenalny motor ludzkich
poczynań, bo na najostrzejszych górach, na najbardziej stronnych podjazdach
spotykałem rowerzystów i spora ich cześć, to byli ludzie w moim wieku, tyle, że
szczupli. Nie potrafię dostrzec żadnego innego powodu zadania sobie takiego
bólu i trudu, jak tylko owo pożądane, słodkie poczucie satysfakcji.
Z tym prowadzeniem samochodu dla przyjemności to sprawa jest
poważna. Jak bardzo? Cóż – jechaliśmy kiedyś jedynym, kilkunastokilometrowym
kawałkiem górskiej, krętej drogi, jaką mają Węgry, niedaleko Wyszehradu, wzdłuż
Dunaju na granicy ze Słowacją. Prowadził Tomuś P., cudny człowiek i świetny
operator. Spokojnie i pewnie, jak to on. No, ale Tomuś jest z wielkopolskich
równin, co on może wiedzieć o zakrętach, toteż robił błędy w trajektoriach.
To ja mu na to: „powiedziałbym ci, że robisz w prowadzeniu
drobne błędy, ale mężczyźnie nigdy nie należy mówić dwóch rzeczy: że ma małego
i że źle prowadzi”.
A Tomuś po chwili namysłu: „To już wolę, żebyś mówił, że mam
małego”!
A orkiestra gra.
Na
serpentynach do Nicei
Menton z góry
Onże
ci
A to znowu Menton, tyle, że nadmorskim bulwarem jadąc.
Rapallo a dalej Portofino
7.
10 lat temu
Chyba trochę czasu minie, zanim znów zdecyduję się na podróż promem.
W Porto Torres na północnym-zachodzie Sardynii jest nowa
stacja morska, ale w łazience drzwi są powyrywane z futryn i nie wygląda, żeby
ktokolwiek tam sprzątał. Dlaczego!? Toż to wizytówka miasta i kraju!
Ale cóż – porty są démodé. Kolejowe bocznice pozarastały
perzyną, z rozmachem pobudowane fabryki obracają się w ruinę… Wyspa dostała
skrzydła, nikt nie ma już cierpliwości do powolnych, pracochłonnych statków
drobnicowych…
Tym razem oczekiwanie mi się nie dłużyło, również dlatego,
że włoskie służby musiały dostać jakiś cynk, bo z wielką pompą medialną
zdecydowanie wzmożono kontrole osób i samochodów, wjeżdżających na promy. Moje
dokumenty i bilet sprawdzono trzykrotnie, raz z bieganiem do biura, no, ale
najwyraźniej na czarnej liście mnie nie było. Dwukrotnie za pomocą nowoczesnego
lustra – czyli metalowego drąga z przymocowaną kamerką i oświetleniem ledowym,
oraz, oczywiście – monitorem, sprawdzono, czy nie mam nic przyklejonego do
spodu samochodu. Ja nie będę opowiadał, żeby nie dawać cynku potencjalnym wśród
Państwa terrorystom, ale tak głupich kontroli dawno nie widziałem. Więcej picu
niż rzeczywistych kontroli. Na szczęście terroryści tego dnia postanowili iść
spać wcześniej i obyło się bez „bum” na środku morza.
Znowu o dopłacie do kabiny nie można było marzyć, wszystko
wykupione miesiące wcześniej, więc wybrałem sobie najspokojniejszy moim zdaniem
kąt na statku i zacząłem pompować mój chiński materac dmuchany moją chińską
ręczną pompką, do niego dołączoną i już po godzinie naciskania harmonijki to
lewą, to prawą ręką, otrzymałem zaskakująco dobry i wygodny efekt. Wyjąłem
kocyk i poduszkę, książkę i okulary do czytania i się ułożyłem.
Po chwili nie wierzyłem własnym uszom, bo oto z promowych
głośników moja ukochana Ewa Bem zaśpiewała „wyśmienita pogoda na szczęście”, co
wprowadziło mnie w doskonały humor. Potem jednak za konsoletą pojawiła się dama
i… zaczęła śpiewać. Okazało się, że ułożyłem się tuż za gigantofonami, przez
które produkcja owej nieszczęśliwej damy była nagłaśniana. Śpiewała okropnie:
nieczysto, manierycznie, nie znała słów do angielskich piosenek, ale za to
śpiewała bardzo, bardzo głośno.
Włożyłem do uszu korki, najlepsze, jakie mam; dostaliśmy je
od sternika płaskodennej, aluminiowej łodzi z dwoma ośmiocylindrowymi silnikami
z chevroleta, napędzającego dwa ogromne wiatraki, które umożliwiały dość
szybkie prześlizgiwanie się między aligatorami na Everglades, na dalekiej
Florydzie. Tam uratowały mnie przed dwoma niewygłuszonymi silnikami „chevy”; tu
nic nie mogły poradzić przeciwko dwóm potwornym kolumnom głośnikowym.
Jak ja tej kobiety nienawidziłem!
Przez kilka godzin była moim wrogiem numer 1 na świecie.
Zmieniła moje życie w koszmar. Kiedy jednak zszedłem z promu, spadła z podium,
na który powróciły dawne nieprzyjacioły.
„Przeczekam ją” – mówię sobie i zakrywam uszy dodatkowo
poduszką: na darmo. Zbliża się 22, ona nic – ryk. Zbliża się 23, a ona zaprasza
ludzi do karaoke! I, na moje nieszczęście pojawił się jakiś 35-latek, który
oznajmił, że pała. Oczywiście chęcią zaśpiewania. Okazał się lepszy od pani
piosenkarki pokładowej, ale głośniki jeszcze bardziej podkręcił.
Co pan zrobił z moim życiem panie profesorze Ludwiku
Erhardcie!? Uczył mnie Pan muzykologii, a ja tak to sobie wziąłem do serca, że
toleruję tylko klasykę! Chętnych do karaoke było wielu, a ja myślałem o Panu i
wszczepionej mi – pewnie mimo woli – niechęci do wszelkiej tandety, muzycznego
bzdetu, czczego hałasu dla podniety…
Włoskich kanconetek szczerze nie znoszę, 30 lat, rok po
roku, starannie udawałem, że nie ma żadnego festiwalu w San Remo, nie
przyjmowałem do wiadomości kolejnych sensacji ze świata show biznesu.
Zasadniczo tematyka jest jedna: kiedy śpiewa pan, to wszystkie niemal teksty da
się sprowadzić do jednego prostego zdania: „chętnie wszedłbym w bliższy kontakt
z twoimi pierwszorzędnymi cechami płciowymi, dziewczyno”. Kiedy śpiewa pani, to
teksty dadzą się streścić: „Chętnie bym ci udostępniła moje pierwszorzędne
cechy płciowe, ale nie jestem pewna, czy mnie potem będziesz jeszcze szanował”.
I tak od co najmniej stulecia…
Wygrali. Ze mną i z profesorem Erhardtem. Krótko przed
północą zabrałem nieporęczny materac, torbę i poszedłem szukać cichszego
miejsca. Znalazłem. Czy statek był większy, czy więcej pokładów, ale w tym,
który mi przysługiwał, w porównaniu z poprzednią podróżą było całkiem dużo
miejsca. Nawet ze trzy godziny na raty się przespałem.
Na raty, bo na pokładowych telewizorach szła transmisja z
Rio, a jakiś przedsiębiorczy, włoski gentleman przysposobił swojego
smartphone’a do funkcji pilota i kiedy tylko pokazywali jakiegoś Włocha, on
podkręcał głośniki. Na raty, bo leżałem na trasie do toalety, a wiadomo, że
panie lubią chodzić tam grupowo i opowiadają sobie przy tym anegdoty,
wymagające bardzo głośnego reagowania. Na raty, bo przed 6 rano przestało spać
jakieś dziecko, o czym zakomunikowało światu przeciągłym rykiem o mocy 140
decybeli. 3 minuty ryku, 1 minuta ciszy, 3 minuty ryku. I tak już do samego
portu.
Ale dobiłem do Genui o czasie, jakimś cudem wypakowano
wszystkie, jakimś cudem wcześniej zapakowane auta (chociaż z 600 2 się zepsuły
i trochę tarasowały wyjazd) i mogłem zacząć się cieszyć autostradą.
No, ale o tym już w następnym odcinku.
Ja wiem: czas płynie zupełnie inaczej po dwóch stronach drzwi do toalety, ale,
żeby aż tak?
Katedry na pustyni, czyli przemysł przetwórczy surowców sardyńskich nie ma się
najlepiej... Archeologia przemysłowa w Porto Torres.
Ciężka, ogromna i pot ze mnie spływa..
VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10210385416490711/10210385347168978
VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10210385416490711/10210385389410034
Dzień dobry w niedzielę...
OdpowiedzUsuń