DRUGI OBIEG
Niedziela, 30 sierpnia 2026
2 lata temu
1.
D.O. nie wie, czy każdy człowiek naszego kręgu cywilizacyjnego usiłuje sobie
wyobrazić rajski ogród, ale wyobraźnia D.O. nie była zbyt bogata, by wyczarować
to, co znajduje się wokół zamku Trauttmansdorff.
Ogrody zamku Trauttmansdorff w Merano zajmują powierzchnię około dwunastu
hektarów z różnicą wysokości sięgającą 100 metrów, mają ponad 7 kilometrów
ścieżek, jeziora, strumyki, wodospady i... Niepowtarzalną magię.
W sezonie letnim przyjmuje około 400 000 odwiedzających. Spora część z nich
była tam wczoraj, razem z państwem D.O.stwem. Ale dało się wytrzymać, bo ludzie
interesujący się ogrodami botanicznymi na ogół są kulturalni.
Żeby to cudo stworzyć trzeba było zainwestować 24 miliony euro i mieć
fenomenalną wiedzę botaniczną i nieskończoną fantazję.
Inwestycja się opłaciła: park generuje około 40 milionów euro rocznie z czego
zysk to około 15 milionów, a do tego tworzy 285 miejsc pracy, z czego 130
bezpośrednio w Trauttmansdorff.
Na miejscu ogromna, ale sprawna i smaczna knajpeczka i kawiarnia z dobrymi
lodami.
2.
D.O. był zachwycony i narobił mnóstwo zdjęć, z których tylko cześć jest
poniżej, pozostałe pewnie będzie D.O. wrzucał w kolejnych dniach. Proszę nie
mieć mu tego za złe, był naprawdę zafascynowany pięknem roślin i ich układu.
A żeby dać do zrozumienia, jak bardzo był zafascynowany, musi porwać się na
krótką opowieść:
D.O. ma po operacji kręgosłupa jedną śrubę, która przechodzi częściowo przez
kanał kręgowy. To oznacza, że podrażnia ona rdzeń kręgowy. Nie zawsze, tylko
wtedy, gdy ma fantazję. A gdy ją ma, D.O. boli stopa. To są niemal nie do
wytrzymania uderzenia piekielnym, rozgrzanym do czerwoności młotem. Nie ryczeć
wtedy z bólu wymaga niemal bohaterstwa.
Ubiegłej nocy śruba fantazję miała wielką, więc mimo opioidu D.O. miał
koszmarną noc, oczywiście zarwaną.
Do tego rano przysiadł na leżaku na tarasie, a kiedy wstawał, trzasnęły mu
korzonki. Tak porządnie. Każdy ruch sprawiał piekielny ból, każdy krok – wiele
wysiłku.
A mimo to – poszedł. Nie znając terenu zaufał Hołowczycowi i zostawił samochód
pół kilometra od wejścia do parku. Pół kilometra i 150 metrów niżej. Droga pod
górę jest w takich warunkach piekłem, ale D.O., jęcząc i lamentując, przystając
co parę kroków, doszedł.
A kiedy znalazł się w środku tego Edenu na Ziemi, prawie zapomniał o bólu,
śmigał od jednego cudu do drugiego, myśląc, jak bardzo rozkręciły się jego
marzenia związane z przydomowym ogródkiem. Ogródka D.O. nie ma, bo też nie ma i
domu, tylko mieszkanie w bloku. Ale co marzy to marzy. Teraz marzy znacznie
bardziej różnorodnie i kolorowo.
Oczywiście po powrocie do hotelu wszystkie dolegliwości wróciły i D.O.
faszeruje się przeciwbólowo wszystkimi dostępnymi dragami.
Ma D.O. nadzieję, że poniższe fotki dadzą Czytelnikom choćby blade pojęcie,
czym jest ogród botaniczny przy zamku Trauttmansdorff w Merano.Mostek nad szosą prowadzący do zamku i pierwsze kroki po alejkach.
A to widok z ogrodów na zamek.
Parkowe jeziorko, na jeziorku altana, przy jeziorku scena, na której
przez cały sezon letni występują naprawdę renomowane orkiestry z całego świata,
np. London Symphonia, Dresden Staatskapelle, Kameraliści Wiedeńscy, Pittsburgh
Symphony Orchestra, Orchestra dell'Accademia Nazionale di Santa Cecilia z Rzymu
itd.
Obie sceny z bliska
A propos strumyków okolicznych, to kilka przepływa przez ogród. W uszach
szumi strumieni śpiew.
W Merano mają 150 lat tradycji hodowania mrozoodpornych palm i innych
roślin tropikalnych. Ale tu, niektóre z nich, są na zimę przykrywane szkłem na
przygotowanych metalowych rusztowaniach, które zamieniają ogrody w szklarnie.
Zachwycające bugenwille, ale jeśli chodzi o większość roślin, to D.O.
jest za cienki bolek, żeby znać ich nazwy i pochodzenie.
Płynie z wolna, rozsiewa zioła sierpień.
Kwiecie mniej lub bardziej egzotyczne. Jeśli znasz ich nazwy,
Czytelniku, napisz, podziel się wiedzą!
Tu różne cycasy i niecycasy, w każdym razie palmy.
Prawdziwe kaskady kwiatów, spływające ze zboczy. Kwiatospady.
Gdzieniegdzie
łąki: raj nie tylko dla ludzi, ale dla o wiele ważniejszych żyjątek: pszczół.
Takie już D.O. widział, ale nie w tej ilości i w tym odcieniu.2 lata temu1.
- Gdyby nie pojęcie upału nie byłoby pojęcia chłodu – powiedział filozoficznie
D.O.
- I na odwrót – równie filozoficznie odpowiedziała Żona D.O. spoglądając
rankiem przez okno.
No bo i tyle się D.O. nastękał, nautyskiwał, że gorąco, że wilgotno, że co to
za spacery, kiedy pot leje się po plecach i zalewa oczy, że niebo, mając
najwyraźniej dosyć zrzędzenia, spuściło na góry a doliny chmury i chmurzyska,
te spuściły dżdż. Raz dżdż, raz siąpanie, raz deszcz, a raz ulewę.
Oczywiście prognozy znów okazały się nietrafne, miało padać po południu, a
padało od świtu.
Więc znowu włóczęga samochodem, a to w górę, a to w dół…
Przed pierwszą, Hołowczyc, poproszony o wskazanie knajpki w pobliżu, powlókł
nas opłotkami nieprzyzwoitymi, pod jeszcze nieprzyzwoitszą górę, na której,
samotnie, stała nieprzyzwoita kupa kamieni, a na niej napis „Keller”. To nie
była kokieteria, tylko najprawdziwsza piwnica, jadąca pleśnią i stęchlizną, a w
niej – słowo Żony D.O. – najlepsze tagliatelle al tartufo, jakie w życiu jadła.
A ponieważ jest entuzjastką i znawczynią trufli, więc lepszej laurki wystawić
nie można było.
Wieczorkiem, kiedy wydawało się, że niebo się przeciera, poszło państwo
D.O.stwo na spacer, spacerów spragnione. Ale nim doszło z drugiego piętra na
parter, deszcz już padał rzęsisty. Pod jednym parasolem z portierni poszło
państwo D.O.stwo na parking, gdzie w samochodzie, spokojnie, spoczywały dwa
przezornie zabrane parasole i poszło na „ahoj”, a może się trafi coś do
jedzenia. Trafiło się, więc była i kolacja, a fakt, że krokomierz pokazał ponad
3 kilometry należy w podobnych warunkach uznać za wynik satysfakcjonujący. Buty
pewnie wyschną do rana.
D.O. już trzeci dzień z rzędu wypił małe piwo do kolacji. Co może nie byłoby
żadnym newsem, gdyby nie fakt, że ostatnie swoje piwo wypił w roku 1985, a
potem nic. Raz, że mu szkodzi, dwa, że mu nie smakuje. Po dwóch pierwszych
okazało się, że przez te 40 lat nic nie stracił, bo to napój wstrętny w smaku,
więc postanowił dać sobie spokój. Zamówił do kolacji kieliszek wina, ale pan
kelner, spojrzał nań z tak wielkim zdumieniem, że D.O. stracił kontenans.
- Jakie chcesz wino? – zapytał.
- Dobre – odpowiedział D.O.
- Dobre to my mamy piwo, odpowiedział kelner. – Monachijskie, najlepsze. I tu
podał nazwę.
No i kimże jest D.O., by nie posłuchać głosu niebios?
I zamówił piwo po raz trzeci.
No i rzeczywiście było niezłe. Przynajmniej mniej obrzydliwe niż poprzednie.
Ale nie zamierza kontynuować tego niezdrowego procederu.
2.
Żona D.O., Merana niesyta, zażądała, byśmy zostali jeszcze jakiś czas tutaj.
Niestety w naszym hotelu miejsc nie było, więc zaczęliśmy szukać innego, ufni,
że już po szczycie sezonu, miejsc będzie bez liku, a ceny spadną.
No więc nie: wolnych miejsc w hotelach, pensjonatach – co kot napłakał i ceny
zaczynają się - sprawdźcie sami! – od 2000 złotych za noc, jeśli w hotelu jest
klimatyzacja. A ponieważ już dzisiaj temperatura ma znacznie przekroczyć 30
stopni, to wydawanie pieniędzy na coś, co będzie torturą państwo D.O.stwo
uznało za bezsensowne.
Znaleźli hotel w sąsiedniej miejscowości: 3000 za dwie noce. Wypełniliśmy, co
trzeba, podaliśmy kartę kredytową, Booking pieniądze z karty ściągnął, ale na
końcu powiedział, że pokoju nie da.
Po kwadransie przysłał dwa maile, jeden po polsku, że rezerwacja się nie
powiodła, drugi, że rozpoczęli procedurę zwrotu pieniędzy, która potrwa 7-12
dni.
Jak myślisz, Czytelniku, czy zwrócą D.O. te pieniądze z procentem, czy procent
za ich zaksięgowanie na swoim koncie zatrzymają dla siebie?
No zobaczymy. Coś państwo D.O.stwo zamówiło na gębę, ale czy po przyjeździe do
nowego hotelu pokój będzie rzeczywiście na nich czekał, czy nie – o tym
skrzętnie potencjalnie bezdomny D.O. doniesie.
A w oczkach nadzieja na okruszek.
Taki oto obrazek objawił się wczorajszego ranka państwu D.O.stwu w
Meranie.
Taki też
Jak się dobrze przyjrzysz, Czytelniku, zobaczysz temperaturę. Ale parę
kilometrów dalej była o jeszcze jeden stopień niższa.
Das ist der Keller.
Und das ist najlepsze tagliatelle z truflami w życiu Żony D.O.
Niedziela. Koniec urlopu. Tysiące urlopowiczów wracają do domu z całej
Val Venosta wzdłuż Adygi. Przed D.O. droga cała na czerwono. Korek tu, korekt
tam i jakoś czas zleci…
Ale od południa na czerwono zrobiło się również w przeciwnym kierunku. To nowa
zmiana urlopowiczów, cała w nadziejach, zmierza do swoich hoteli i pensjonatów.
We Włoszech rok rekordowy. O ile liczba turystów nad morzem zwiększyła się rok
do roku o 10%, to liczba turystów w górach zwiększyła się o procent piętnaście.
Ludzie szukają chłodu, ale znajdują go dopiero na wysokości 2000 metrów – jak
przedwczoraj D.O.: na przełęczy Giovo były 22 stopnie, a w Merano, na 350 m
npm. – 34, odczuwalna 37.
O, światełko w tunelu!
A to wspomnienia z poprzednich dni, spacery od zachwytu do zachwytu.
I co się dziwić, że cesarzowa Sissi lubiła tu się przechadzać.
Fortepian z kwiatów i pianista z kwiatów.
Pasirio wije się o zmierzchu i rzeźba na deptaku wije się jak ta
rzeczka.
Gdzie Kurhaus mówi dobranoc.
2 lata temu
1.
O Kerwa!
Żeby człowiek wiedział…
Otóż w Bambergu trwa Kerwa.
Kerwa to frankońskie określenie odpustu.
Miejscowa ludność ma sobie zapewne wiele do odpuszczenia, bo Kerwa trwa 5 dni.
Nie licząc nocy.
80-tysięczne miasteczko zmienia się w hałaśliwe pandemonium. Orkiestry dęte,
zespoły rockowe, no i obowiązkowe „buc-buc-buc” z gigantofonów w każdej z
miliona knajpeczek.
Możesz sobie, Czytelniku, wyobrazić, jak D.O. lubi bawarską muzykę ludową,
ostentacyjnie noszone starobawarskie stroje, jak lubi lederhosen i bufiaste
historyczne suknie do ziemi u normalnych z pozoru kobiet. Tu znajduje się
epicentrum najgorszego europejskiego kiczu.
Ale – nie dlatego, żeby dał się ponieść ogólnemu entuzjazmowi – to w sumie było
bardzo fajne, bo takie egzotyczne.
Do i tak ich wielkiej liczby knajpek na co dzień działających, doliczyć trzeba
nieskończoną chmarę knajpeczek przewoźnych. Przewoźne kuchnie i stragany, a na
obrzeżach miasta tiry, z których wyładowano ławy, krzesła i stoliki.
Zapewne pomyślisz, Czytelniku, że taka Kerwa uświęcona jest wielowiekową
tradycją. No, po trosze. Pierwsza odbyła się w r. 1951, więc istotnie ciągnie
się już przez drugi wiek. Ale – podkreślają przewodniki – to największa,
najsłynniejsza i najchętniej odwiedzana Kerwa w całej Bawarii.
No: i w sam środek takiej Kerwy trafił D.O. spragniony kontaktu z tym
wyjątkowym, kulturalnym miasteczkiem. Był tu już kiedyś, kręcąc filmiki do
swojej telewizyjnej „zagadki według Jacka” i bardzo mu się tu spodobało, ta
senna atmosfera i kultywowanie wyjątkowej przeszłości.
Wyjątkowej, bo miasto to było władane przez lokalnych biskupów i aż do czasów
Napoleona świeckim królom i cesarzom było nic do niego. Biskupów, dodajmy,
katolickich, taka wyspa w protestanckich Niemczech.
A rządy biskupów bywają jeszcze okrutniejsze niż rządy władców świeckich.
Z tego to powodu w latach 1719–1753 wielu mieszkańców Bambergu zostało
sprowadzonych do Poznania i okolic. Dwóch biskupów poznańskich, podróżując po
Frankonii, zauważyło, że mimo bardzo żyznej ziemi wielu bamberskich chłopów
żyje w skrajnym ubóstwie, bez szans na poprawę.
Zaprosili ich, by zasiedlili opuszczone wsie, które zostały zniszczone podczas
wojny północnej i będącej jej skutkiem epidemii cholery.
Oczywiście mogli przyjeżdżać do Poznania wyłącznie katolicy (zgodnie z nakazem
króla, Augusta II Mocnego z 1710, dotyczącego wszystkich cudzoziemców
osiedlających się w Polsce), ale to w Bambergu było akurat bardzo łatwe. I stąd
wzięli się słynni poznańscy Bambrzy. I może stąd wzięli się także Szkoci, czyli
Poznaniacy wygnani z miasta za nadmierną rozrzutność.
W każdym razie, z powodu Kerwy, nici wyszły z planowanej przez D.O. cichej
kontemplacji kanałów Men-Dunaj, przepływających przez miasto wraz z rzeką
Regnitz. Trafił w gargantuicznych rozmiarów odpust, pozbawiony raczej elementów
religijnych, w ogromne święto bratwurstów z frytkami i przede wszystkim piwa,
piwa, piwa i jeszcze raz piwa.
Jak ci ludzie, przy takim jadłospisie, żyją tyle, co inni, odżywiający się
racjonalnie – tego rozum D.O. nie ogarnia.
Sam D.O. boleśnie odpokutowuje nierozważnie zjedzone wstrętne kluski w Bolzano,
ale każdy kolejny posiłek w Niemczech jego sytuację pogarsza, co się wyraziło w
tym, że zatłoczoną bamberską niedzielę głównie przespał, a jak nie spał, to
jęczał.
Dopiero w niedzielę wieczorem, sokole oko Żony D.O. wypatrzyło włoską
restaurację dwa kroki od hotelu, gdzie D.O. zjadł uczciwe risotto, z uczciwego
riso arborio, uczciwie ugotowane, a nie rozgotowane, odrobina masełka i dużo
parmezanu. Wiąże z tą kolacją duże nadzieje na poprawę samopoczucia.
Och, Kerwa!
VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10234054838931479/1522636335288334
VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10234054838931479/1030578002126854
VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10234054838931479/871719978199460
Poranek. Kiełbaski
i piwo na śniadanie.
Nie była to samotna, romantyczna przechadzka po starym mieście.
Kilkadziesiąt tysięcy innych ludzi wpadło na ten sam, co D.O. pomysł.
Stary ratusz jak okręt przecina bieg Regnitz.
Pogoda taka sobie. Z 35 stopni z soboty zostało 15 w niedzielę.
„Kleine Wendig”. Sehr kleine. Gdyby tak policzyć wszystkie „małe Wenecje
Północy”, to by się tego trochę nazbierało.
Co ludzi do takich miejsc przyciąga?
Muzyka? Kiełbaski i piwo? Mają to na co dzień. Towarzystwo? Dobrze czują się w
tłumie?
W każdym razie nad hałasem „muzyki” dominuje śmiech przeciągających pod oknami
hotelu D.O. tłumów ludzi w każdym wieku, z przewagą średniego.
Grupa maluchów bawiła się wyławiając z fontanny w centrum butelki po piwie,
napełniając je wodą, wdrapując się po cementowych blokach i wylewając ją z
dużej wysokości. Żaden rodzin na nie nie wrzeszczał, co się D.O. bardzo
spodobało. Obok – kościół chrystusowy na ulicy Żydowskiej.
Ma się ku wieczorowi.
Oto Stary Ratusz o zachodzie słońca…
I całkiem o zmierzchu.
Gute Nacht!
2 lata temu
1.
No i stało się. Jak się D.O. spodziewał, po wczorajszym wydaniu poświęconemu
Bayreuth zadzwoniła do D.O. pani Dorota Kozińska i obsobaczyła go od stóp do
głów, wytknęła głupstwa i przekłamania i użaliła się przy okazji na ciężki los
Wagnera, którego w Polsce mało kto rozumie, a jeszcze mniej wystawia. D.O.
pokornie przyjął zbesztanie, bo być zbesztanym przez panią Kozińską to
przywilej, a nawet, jak w wypadku D.O. przyjemność.
Na swoją obronę D.O. doda, że pani Kozińska jest kosmitką, jej wiedza o muzyce,
o operze i o Wagnerze jest nieziemska, więc nikt jej nie podskoczy, nawet
profesorowie, którzy najwyraźniej źle D.O. na studiach uczyli.
Pani Doroto, dziękuję! Pani obsobaczenie zrobiło D.O dzień!
2.
Wczoraj był dzień radosny: D.O. wybierał się do sklepu z cukierkami.
Sklep znajduje się w Dreznie (które samo w sobie jest takim sklepem) i nazywa
się Albertinum.
Mieści się w nim muzeum, o które D.O. kłóci się z Żoną. D.O. mianowicie
świetnie pamięta, że Żona D.O. dostała głośnej czkawki właśnie w Albertinum w
roku 1972, wkrótce potem, jak Gierek z Honeckerem umożliwili podróże przez
granicę na dowód osobisty, a Żona fałszywie utrzymuje, że to było w Zwingerze.
Sklep z cukierkami okazał się tylko częściowo z cukierkami, bo niektóre ładnie
opakowane kulki były gorzkie.
Po pierwsze, to Albertinum robi straszliwe zamieszanie z biletami, ich
sprawdzaniem i aferami, wykręcanymi przez niekompetentny personel.
Jest tam teraz wystawa Caspara Davida Fridricha, nie taka wielka, jak do
niedawna w Berlinie, ale całkiem spora i dobrze opracowana. „Swoimi wynalazkami
w zakresie konstruowanego obrazu, nastawionymi na efekt estetyczny, wniósł
oryginalny wkład do sztuki współczesnej. Główne dzieła Fryderyka stanowią
rewolucyjne zerwanie z tradycjami baroku i klasycyzmu w malarstwie pejzażowym.
Kanon tematów i motywów tych obrazów łączy przede wszystkim krajobraz i
religię, tworząc alegorie samotności, śmierci, idei zaświatów i nadziei na
odkupienie. Melancholijne rozumienie świata i siebie przez Friedricha jawi się
jako wzorcowy obraz artysty epoki romantyzmu” – piszą znawcy.
Żona chciała koniecznie do Berlina, żeby wystawę Fridricha obejrzeć, ale nie
złożyło się. Niemcy promują go na prekursora Romantyzmu i może mają rację, ale
D.O. nie porwał. Wśród wystawionych dzieł są potworne kicze, głównie te o
tematyce religijnej, ale też dzieła prawdziwie ciekawe. W każdym razie D.O. ma
wrażenie, że próby umieszczenia go wśród wielkich mistrzów europejskiego
malarstwa raczej są skazane na porażkę.
Bilety (nietanie, ale słusznie, za sztukę trzeba płacić!) sprzedają na
określoną godzinę, z 15-minutowymi widełkami. Można kupić tylko na tę czasową
wystawę Fridricha albo też na Fridricha i kolekcję stałą. Personel nie
wpuszcza, daje fałszywe wskazówki, nie zna angielskiego, diabli wiedzą, który
bilet jest który, innymi słowy D.O. stracił nerwy i podniósł głos, kiedy po raz
kolejny nie chcieli go wpuścić na wystawę stałą, na którą nie obowiązywał limit
czasowy.
Ale w końcu tam wszedł i – cóż – trochę arcydzieł i reszta taka strasznie
niemiecka, ciężka, bez fantazji, rzemieślniczo rzetelna, ale nieznośna na
dłuższą metę, a czasami wręcz okropnie kiczowata. Muzealnicy bywają jak mówcy,
którzy nie wiedzą, kiedy przestać. Mają, więc wystawiają. Czyniąc krzywdę
prawdziwym arcydziełom.
3.
People watching w muzeach jest szczególnie atrakcyjny, bo ma się tam korowód
przerażająco znudzonych dzieci, zdenerwowanych na nie rodziców: „patrz
smarkaczu, ja ci pokazuję wielką sztukę, żebyś nie był smartphone’owym debilem
przez resztę życia, a ty nie uważasz”! Są tam prawdziwi smakosze i państwo,
którzy takich udają – to się poznaje po wzroku, czasem żywym, czasem pustym,
roznamiętnieni studenci różnych akademii, rodziny co to: „jak już
przyjechaliśmy do Kulturstadt, to musimy to zaliczyć”, innymi słowy cała
zabawna ludzka menażeria.
Ale, psiakość, w Albertinum jest też parę sal, w których jest dość przypadkowo
dobrana sztuka „awangardowa” (czyli kpiny z ludzi), a w jednej z nich kilka
wielkich luster.
No i po zabawie: nagle pojawia się przed tobą stary dziad z zatrważająco
ogromnym brzuchem, prawie łysy i do tego w szortach. Koszmar!
Więc potem, kiedy patrzysz na przechodzący tłum, siedząc na ławce w którejś z
muzealnych sal i widzisz pięknych, szczupłych, wysmukłych staruszków, a czasami
nawet z siwymi, lwimi grzywami, zdajesz sobie sprawę, jak bardzo świat jest
niesprawiedliwy.
4.
No, a historia zatoczyła koło. Powinna takie koła zataczać, od początku, do
końca życia.
Państwo D.O.stwo mają pokój w hotelu, z którego okna wychodzą na Wielki dom
przy Gewandhausstrasse. W tym domu, 52 lata temu poznaliśmy Horsta, studenta
drezdeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, z którym się zaprzyjaźniliśmy.
Straciliśmy się z oczu w stanie wojennym, kiedy my byliśmy w Rzymie a on –
gdzie?
On, za znajomość ze mną, został aresztowany. Kiedy nam o tym opowiedział 30 lat
później, autora D.O. zmroziło poczucie nie do opisania winy. Ale Horst wyśmiał
nas, mówiąc, że nam zawdzięcza wolność, bo, owszem, był aresztowany, ale kilka
miesięcy później wykupiony za głupie 400 marek zachodnioniemieckich i „wygnany”
za zachodnią granicę, gdzie mógł rozpocząć nowe życie i karierę wziętego
scenografa.
52 lata temu oprowadzał nas po cuchnącym jeszcze napalmem Dreznie, w którym za
wysokimi płotami leżały jeszcze sięgające nieba kupy gruzów. Stało ledwie kilka
ocalałych lub naprędce odbudowanych zabytków, w tym Zwinger, w którym my,
studenci uczelni artystycznych, po raz pierwszy obcowaliśmy z absolutnymi
arcydziełami światowej kultury i po raz pierwszy doznawaliśmy euforycznych
uniesień.
Dla Horsta było wszędzie „five minutes by feet”, co przeważnie okazywało się
forsownymi, wielokilometrowymi marszami.
Odzyskaliśmy go na parę dosłownie dni, kiedy przyjechał do Rzymu, potem znów
straciliśmy się z oczu: on, jako scenograf, zmieniał miejsce zamieszkania co
kilka miesięcy, a i my parę razy się przeprowadziliśmy. Jeśli się spotkamy, to
tylko gdzieś w zaświatach: Horst umarł w październiku 2017 roku, o czym
dowiedzieliśmy się z facebooka.
Albertinum, kasa biletowa. Powierzchnia chyba większa niż ta, przeznaczona na
wystawę Fridricha.
W hallu – gipsowa kopia Davida z ukraińską flagą
Tu Degasik, tam Degasik…
Klimt. Tytuł dzieła? Bardzo proszę: „Buchenwald”.
No a kto zgadnie, kto to namalował?
To też nie takie trudne do odgadnięcia.
Ani to.
Picasso z Kleem też w jednym stali domu.
Za Kokoschką D.O. nigdy nie przepadał, ale docenia. Otto Dix też nie z jego
bajki, ale też trudno go nie docenić.
D.O. kocha dzieciaki, które gapią się na obrazy, a nie w smartphone’y.
Potem, kiedy już skończyli kopiować, siedli w hallu muzeum i wgapili się w
telefony, ale co popatrzyli na obrazy, to ich. Pewnie nie będą idiotami.
Caspar David Fridrich w pełnej krasie. Hmmm…
Spośród wszystkich Fridrichów ten się D.O. najbardziej spodobał.
D.O. się wścieka, kiedy najpiękniejsze place Europy są zastawiane transzejami
przeciwczołgowymi, oszpecając je do urzygu. Tu, przed Frauenkirche, odbudowanym
stosunkowo niedawno, będzie festiwal muzyki. Na szczęście klasycznej, ale czy
nie można było tego zrobić mniej centralnie, a bardziej kameralnie? Jest w
końcu w Dreźnie kilka pięknych parków, które aż się proszą o koncerty!
A tu najwyraźniej na gościnne występy przyjechał Trzaskowski. To jest – choć
trudno w to uwierzyć – dziedziniec Zwingeru. Piękny trawnik z klombami, duma
miasta od kilku stuleci, poszedł pod buldożery. Pewnie kiedyś będzie znów
piękny, ale D.O. ego zapewne nie dożyje. Psiakość!
Alegoryczne figury, obrazujące wielkość Fryderyka Augusta II Wettyna, mają na
oczach przepaski z napisem „policja – przemoc”. Drezno to jedna ze stolic
odradzającego się niemieckiego faszyzmu.
A to jest Semperoper w Dreźnie, czyli majestatyczny gmach opery,
zaprojektowanej przez Gottfrieda Sempera, cudo neoklasycyzmu. Semper, zwolennik
ruchów radykalnie demokratycznych został z królestwa Saksonii wygnany, ale
zgodził się zaprojektować to dzieło w Wiedniu, a budowę nadzorował jego syn.
Gdyby Pani Dorota Kozinska spytała D.O. skąd się bierze jego niechęć do
Wagnera, to z kilku powodów: nadęcia, zadęcia, nadmiaru fanfar i czyneli,
germańskości fantastycznej, oraz z faktu, że w środku tego budynku, 50 lat
temu, D.O. przecierpiał potworne pięć i pół godziny Latającego Holendra w
najnudniejszej inscenizacji, jaką można sobie wyobrazić, z prowincjonalnymi
śpiewakami z DDR-u.
Katedra Świętej Trójcy i Residenzschloss z Grünes Gewölbe – Zieloną Kryptą,
skąd kilka lat temu grupa złoczyńców (Z Polski oczywiście) rąbnęła
najcenniejsze królewskie klejnoty.
Pałac hrabiny Cosel rano, wieczór od stolika i soczysty apfelstrudel w sosie
waniliowym. Mniam
Drezdeńskie widoczki.
Jeszcze więcej widoczków.
To mozaika na Kulturpalast. Była to już w latach 70, apoteoza DDR-u, wraz z
jego herbem i czerwoną flagą. Sypało się to, więc Kulturpalast został
przebudowany, ale mozaika została. Słusznie, Czytelniku?
2 lata temu
1.
Sentymentalnej podróży ciąg dalszy.
Państwo D.O.stwo pojechało do Moritzburga. Kilkanaście kilometrów od centrum
Drezna stoi to cudo. Niemieckie biuro turystyczne usiłuje przyciągnąć jego
fotografią turystów, namówić ich do spędzenia wakacji w Niemczech.
I jak widać działa, bo państwo D.O.stwo dało się namówić.
Tak po prawdzie, to niemieckie i wszystkie inne biura turystyczne nie miały
wpływu na podróżnicze decyzje państwa D.O.stwa, bo tu decyzje podejmuje
bezdyskusyjny autorytet Kierowniczki Wycieczki.
A państwo D.O.stwo w Moritzburgu już było. W 1972 roku. Pojechało tam z Drezna
jawą Sebastiana.
Sebastiana młody D.O. poznał w 1971 r. Jako student był na wakacjach w Polsce i
stał, jak D.O. na autostopie pod Tczewem. Którego polskiej nazwy Sebastian
wymówić za licho nie potrafił i pytał, czy ja znam niemiecką nazwę tego miasta.
Sebastian był jakimś geniuszem fizyki, ale miał duszę artysty. Też wykupiony z
NRD-owskiego więzienia za 400 marek, na wolności, rzucił prawie natychmiast
dobrą pracę w jakimś instytucie naukowym i zapisał się do Monachijskiej
Akademii Sztuk Pięknych. Czy odniósł jakieś sukcesy artystyczne – tego nie
wiemy, bo znikł nam z oczu jakoś w latach 90. Ma parę profili na fb, ale
praktycznie martwych, bez żadnych wpisów, kilka zdjęć profilowych, dzięki
którym wiemy, że to on.
Sebastian się jąkał, ale był kawał chłopa i wariat oczywiście. I jakimś cudem
zawsze miał u swego boku piękne dziewczyniny.
Jąkał się, ale tylko do pewnego czasu, Kupił sobie jakąś budę na
brandenburskiej wsi i wziął się za jej remontowanie. Miał stareńkiego
Mercedesa, zapakował weń ze dwa kwintale białej farby i nocą ruszył z Berlina
na tę swoją wieś. Zasnął, wpadł do rowu, przekoziołkował. Wyżył, ale był ranny.
I przede wszystkim, od stóp do głów skąpany w białej farbie.
Dowlókł się na skraj szosy i usiłował zatrzymać jakiś samochód z prośbą o
pomoc. Ale kierowcy, widząc w nocy na skraju lasu białą, bezkształtną postać i
to jeszcze zakrwawioną, dodawali tylko gazu. Jakoś rano dopiero zainteresowała
się nim policja i owinąwszy w jakieś plastiki zawiozła go do powiatowego
szpitala. Gdzie Sebastian zorientował się, że przestał się jąkać!
Kiedy odwiedziliśmy go ze 30 lat temu w Berlinie już się nie jąkał. Ale podobno
potem mu jednak wróciło.
W każdym razie, w tym 1972 roku, choć był jeszcze studentem, za swój talent
dostawał od Honeckera jakieś zacne stypendium, za które wynajmował mieszkanko
na Rehnitzgasse w drezdeńskim Neustadt, niedaleko złotej, konnej statuy Augusta
II i jeździł jawą.
I tę jawę nam pożyczył, żebyśmy zwiedzali okolice Drezna. Radził pojechać do
Moritzburga. Pojechaliśmy i oniemieliśmy. Choć to byłą późna jesień albo
wczesna zima, a zamek szary, to jednak monumentalne założenie robiło kolosalne
wrażenie.
Zamek powstał w połowie XVI wieku, jednak swoją dzisiejszą bryłę zawdzięcza
Augustowi II Mocnemu, królowi Polski i elektorowi saksońskiemu. Nad głównym
wejściem widnieje jego herb w piaskowcu, a powyżej dwa kolejne, pozłacane.
Chodząc po zamku i okolicach D.O. zorientował się, że robi te same zdjęcie, co
52 lata temu. Tylko więcej, bo wtedy klisze orwowskie wcale nie były tanie, a
wywołanie jeszcze droższe.
2.
Potem była jeszcze Miśnia. Była na trasie naszej autostopowej podróży w owym
1972. Gdzieś pokutuje zdjęcie młodego, brodatego D.O. na skraju drogi gdzieś
pod Miśnią; w rękach trzyma spory kartonik z napisem „Weimar”.
Z Miśni wspomnienia są bolesne z dwóch powodów: to miasteczko leży na wzgórzu
całkiem stromym i zanim nawet młody i sprawny człowiek podejdzie pod zamek, to
już ma ochotę położyć się i kilka godzin odpoczywać. Teraz też ojcowie miasta
zadbali, żeby im się po starówce wraże samochody nie plątały.
Drugie bolesne wspomnienie to wizyta w muzeum porcelany. Takiego nagromadzenia
kiczu nigdy przedtem ani nigdy potem D.O. nie oglądał. Oczywiście ani mu do
głowy nie przyszło, by wizytować to muzeum po raz drugi: Koło Frauenkirche jest
miśnieński sklep firmowy. Chociaż nie ma tam cudeniek barokowych, które
uczulonego artystycznie obywatela mogą doprowadzić do mdłości, to jednak widać,
że współcześni projektanci nie zamierzają odchodzić od wielowiekowej tradycji
psucia burżuazyjnych gustów Niemców i ich sąsiadów.
W Miśni był obiadek, który ponownie wzbudził niedowierzanie D.O., że Niemcom
udaje się dożyć sędziwego wieku przy takiej diecie. I tu nie chodzi tylko o
jakość (fryta i góra mięsa, albo wysokoprzetwarzanych wędlin), ale i o ilość:
nawet gruby obżartuch D.O. nie zje nawet połowy zwyczajowej porcji, jaka
zostaje przed nim postawiona w każdej kolejnej Kneipe czy innym Gaststätte.
3.
OK, dosyć tych wspominek. Drezno w życiu państwa D.O.stwa odgrywa istotną rolę,
byliśmy tam wielokrotnie później, przez te inne lata, kilkanaście lat temu D.O.
nakręcił tu filmik do Zagadki według Jacka, musiał, jeżdżąc na włoskich
numerach, wysłuchiwać „makaroni, makaroni” podgolonych i na czarno ubranych
wyrostków… Jest to miasto magiczne, chociaż nie sposób o nim myśleć bez
wspomnienia tego, co wydarzyło się tu z winy nazistów 13–14 lutego 1945 roku.
Być może – z wielu względów zresztą, głównie tych oczywistych – nasza ostatnia
tu wizyta. Ale z tych nieoczywistych też: 1 września odbędą się w Saksonii (i
kilku innych Landach też) wybory krajowe. W Saksonii, gdzie AfD jest znacznie
bardziej faszystowskie niż w całych Niemczech, zdobędzie niemal na pewno ponad
30% głosu i będzie pierwszą partią. Bez której nie będzie można utworzyć żadnej
większości, zwłaszcza, że liberałowie z FPD i Zieloni najprawdopodobniej nie
zdobędą 5% głosów i nie wejdą do lokalnego parlamentu. Problem z wejściem może
mieć także rządząca Niemcami SPD.
A D.O. do krajów faszystowskich, komunistycznych i opresyjnych z zasady nie
jeździ, a już na pewno nie dla przyjemności.
Tak się pałac w Moritzburgu prezentuje dziś z daleka…
Tak sobie igra ze słońcem i wodą…
A tak wygląda z bliska.
Pewien artysta, z kaercherem, pędzlami i pędzelkami, odczyszcza piaskowcowe
rzeźby z patyny czasu (czyli czarnego syfu).
Fajne detale, nie?
August Sax Rex, herb nad wejściem i dwa kolejne, z orzełkiem, a jakże, na
balkonie.
Widoczek z zamku,
Bliźniaki
Widoczek w lewo, widoczek w prawo.
A to już zaułki miśnieńskiej starówki.
Jeszcze więcej zaułków.
Rathaus.
Marktplatz przed Rathausem.
11 lat temu
1.
No to się dzisiaj pani Marzenie ode mnie oberwało. Lżyłem ją słowy najgorszemi.
Chciałem jechać po Deutsche Alpenstrasse a znalazłem się na autostradzie
GAP-Monachium. Na znak protestu wyjechałem na pierwszym zjeździe, ale zawrócić
nie mogłem, bo w kierunku „Top of Germany” był 12-kilometrowy korek. Och, jak
ją wtedy zjechałem! Zmieniłem trasę z „optymalnej” na „krótką”. Pojechałem na
wschód, ustawiając jako cel miejsce, w którym musiałem się połączyć z
panoramicznymi szosami alpejskimi. Pozwoliła mi odjechać nawet z 50 kilometrów,
potem zaczęła kluczyć. Nabrałem podejrzeń, ale zanim zdążyłem zjechać i
sprawdzić, znalazłem się na czteropasmowej autostradzie Salzburg-Monachium a w
chwilę potem w samym mieście (Bo wszystkie rządy i bawarskie i związkowe
obwodnicy nie zbudowały, więc wschód-zachód, północ-południe, musisz się
przeczłapać przez całe Monachium. Szlag mnie trafił jasny, a pani Marzenie do
teraz płoną uszy. Powtórzenie choćby najdelikatniejszych z obelg, jakie
wypowiedziałem pod jej adresem podpadałoby pod Kodeks, więc Państwa szanownego
wyobraźni je pozostawiam.
2.
Wczoraj, jak tylko dotarłem na miejsce u stóp słynnej góry, zażądałem w
hotelowej recepcji roweru. No cudo było, jeszcze tak dobrze działającej
przerzutki nie widziałem. Przerzutka działała, cała reszta też, niestety, jak
zwykle ja okazałem się najsłabszym ogniwem. Dojeżdżając samochodem cieszyłem
się, że jest tu tak płasko. Płasko!? Okazało się, że są mordercze przepaście i
podjazdy, które uznałbym za nieludzkie, gdyby nie para sympatycznych
staruszków, która na jednym z nich minęła mnie dziarsko, jak Szozda Ruskich na
wyścigu Pokoju. Przy wjeździe do miasteczka, jak i do innych, ustawiony jest
radar; nie z aparatem – pułapką, jak u nas, tylko, jak w cywilizowanym świecie
z display’em, pokazującym ile jedziesz: jeśli w granicach limitu – to – hop –
pokazuje się zielona, uśmiechnięta twarzyczka, jeśli powyżej – czerwona i
groźna. Para staruszków jechała na podjeździe 18 km/h, ja – 7 pedałując do
imentu. Wszystkie miastowe tak majo?
3.
Za cenę jedynki dostałem przypadkiem trzypokojowy apartament z tarasem tuż nad
samym wodospadem. Hammersbach ryczał tak głośno, że pomyślałem, że nie zasnę,
ale okazało się, że nic tak do snu nie kołysze, jak szum wodospadu. Nie
potrafię opisać koloru wody w tym strumieniu: szaro-seledynowa? Miałem kiedyś
xantię takiego koloru, bardzo ja lubiłem. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić i
choć przyjemność była droga, to wjechałem kolejką linową na szczyt Zugspitze, a
zjechałem pociągiem. Można powiedzieć, że użyłem, jak pies w studni. Gondola
kolejki była maleńka, a wpakowano do niej 36 osób, więc staliśmy stłoczeni jak
śledzie w beczce i figę zobaczyłem. Ale może to i lepiej, bo przepaście były
przepastne. Na szczycie chodziłem głównie z zamkniętymi oczami, bo napadł na
mnie lęk wysokości. Panorama Alp – jak z samolotu! Poczułem się jak Chevy Chase
w National Lampoon’s vacation na brzegu Wielkiego Kanionu.
4.
M.O. przytoczyła Borgesa: „W końcu każdy człowiek zawsze upodabnia się do
swojego wroga”. I to chyba mam najbardziej za złe obrzydliwcom, rwącym się do
upodlenia mojej ojczyzny. Pewnie to pompatyczne, ale staram się być dobrym
człowiekiem w granicach rozsądku oczywiście, bez żadnych aspiracji do świętości
i bez żadnych złudzeń, że mi się to uda. Ale traktuję rzecz poważnie. Tymczasem
oni wyzwalają we mnie tyle złości, że wszystkie moje starania biorą w łeb. Mogę
im darować wiele rzeczy; wszak „nie wiedzą, co czynią”. Ale tego, że się do
nich upodabniam – nie.
5.
Myśl na dzisiaj: „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. Od starożytności
przewija się w literaturze myśl, że gdyby światem rządziły kobiety, byłoby
mądrzej i bardziej pokojowo. Dotychczas zaobserwowane przykłady nie
potwierdzają tej teorii. Radziłbym zatem zastosować w praktyce inną, wyrażoną
przez Jana Gerharda w „Niecierpliwości” (szkoda, że go chciwy gówniarz
zamordował; kto wie, co by jeszcze napisał? Mam nadzieję, że morderca nadal
siedzi): kastrować. Chcesz do polityki? Ciach – i proszę bardzo! I jeśli dodać
to tego jeszcze zakaz zajmowania się sprawami publicznymi dla ludzi poniżej 175
cm wzrostu i świat od razu byłby znośniejszy…
Widok z Zugspitze.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń