DRUGI OBIEG
Niedziela, 30 sierpnia 2026



2 lata temu

1.
D.O. nie wie, czy każdy człowiek naszego kręgu cywilizacyjnego usiłuje sobie wyobrazić rajski ogród, ale wyobraźnia D.O. nie była zbyt bogata, by wyczarować to, co znajduje się wokół zamku Trauttmansdorff.
Ogrody zamku Trauttmansdorff w Merano zajmują powierzchnię około dwunastu hektarów z różnicą wysokości sięgającą 100 metrów, mają ponad 7 kilometrów ścieżek, jeziora, strumyki, wodospady i... Niepowtarzalną magię.
W sezonie letnim przyjmuje około 400 000 odwiedzających. Spora część z nich była tam wczoraj, razem z państwem D.O.stwem. Ale dało się wytrzymać, bo ludzie interesujący się ogrodami botanicznymi na ogół są kulturalni.
Żeby to cudo stworzyć trzeba było zainwestować 24 miliony euro i mieć fenomenalną wiedzę botaniczną i nieskończoną fantazję.
Inwestycja się opłaciła: park generuje około 40 milionów euro rocznie z czego zysk to około 15 milionów, a do tego tworzy 285 miejsc pracy, z czego 130 bezpośrednio w Trauttmansdorff.
Na miejscu ogromna, ale sprawna i smaczna knajpeczka i kawiarnia z dobrymi lodami.

2.
D.O. był zachwycony i narobił mnóstwo zdjęć, z których tylko cześć jest poniżej, pozostałe pewnie będzie D.O. wrzucał w kolejnych dniach. Proszę nie mieć mu tego za złe, był naprawdę zafascynowany pięknem roślin i ich układu.
A żeby dać do zrozumienia, jak bardzo był zafascynowany, musi porwać się na krótką opowieść:
D.O. ma po operacji kręgosłupa jedną śrubę, która przechodzi częściowo przez kanał kręgowy. To oznacza, że podrażnia ona rdzeń kręgowy. Nie zawsze, tylko wtedy, gdy ma fantazję. A gdy ją ma, D.O. boli stopa. To są niemal nie do wytrzymania uderzenia piekielnym, rozgrzanym do czerwoności młotem. Nie ryczeć wtedy z bólu wymaga niemal bohaterstwa.
Ubiegłej nocy śruba fantazję miała wielką, więc mimo opioidu D.O. miał koszmarną noc, oczywiście zarwaną.
Do tego rano przysiadł na leżaku na tarasie, a kiedy wstawał, trzasnęły mu korzonki. Tak porządnie. Każdy ruch sprawiał piekielny ból, każdy krok – wiele wysiłku.
A mimo to – poszedł. Nie znając terenu zaufał Hołowczycowi i zostawił samochód pół kilometra od wejścia do parku. Pół kilometra i 150 metrów niżej. Droga pod górę jest w takich warunkach piekłem, ale D.O., jęcząc i lamentując, przystając co parę kroków, doszedł.
A kiedy znalazł się w środku tego Edenu na Ziemi, prawie zapomniał o bólu, śmigał od jednego cudu do drugiego, myśląc, jak bardzo rozkręciły się jego marzenia związane z przydomowym ogródkiem. Ogródka D.O. nie ma, bo też nie ma i domu, tylko mieszkanie w bloku. Ale co marzy to marzy. Teraz marzy znacznie bardziej różnorodnie i kolorowo.
Oczywiście po powrocie do hotelu wszystkie dolegliwości wróciły i D.O. faszeruje się przeciwbólowo wszystkimi dostępnymi dragami.
Ma D.O. nadzieję, że poniższe fotki dadzą Czytelnikom choćby blade pojęcie, czym jest ogród botaniczny przy zamku Trauttmansdorff w Merano.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Mostek nad szosą prowadzący do zamku i pierwsze kroki po alejkach.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to widok z ogrodów na zamek.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Parkowe jeziorko, na jeziorku altana, przy jeziorku scena, na której przez cały sezon letni występują naprawdę renomowane orkiestry z całego świata, np. London Symphonia, Dresden Staatskapelle, Kameraliści Wiedeńscy, Pittsburgh Symphony Orchestra, Orchestra dell'Accademia Nazionale di Santa Cecilia z Rzymu itd.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Obie sceny z bliska

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A propos strumyków okolicznych, to kilka przepływa przez ogród. W uszach szumi strumieni śpiew.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
W Merano mają 150 lat tradycji hodowania mrozoodpornych palm i innych roślin tropikalnych. Ale tu, niektóre z nich, są na zimę przykrywane szkłem na przygotowanych metalowych rusztowaniach, które zamieniają ogrody w szklarnie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Zachwycające bugenwille, ale jeśli chodzi o większość roślin, to D.O. jest za cienki bolek, żeby znać ich nazwy i pochodzenie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Płynie z wolna, rozsiewa zioła sierpień.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Kwiecie mniej lub bardziej egzotyczne. Jeśli znasz ich nazwy, Czytelniku, napisz, podziel się wiedzą!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Tu różne cycasy i niecycasy, w każdym razie palmy.


Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Prawdziwe kaskady kwiatów, spływające ze zboczy. Kwiatospady.

Brak dostępnego opisu zdjęcia. Gdzieniegdzie łąki: raj nie tylko dla ludzi, ale dla o wiele ważniejszych żyjątek: pszczół.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Takie już D.O. widział, ale nie w tej ilości i w tym odcieniu.



2 lata temu
1.
- Gdyby nie pojęcie upału nie byłoby pojęcia chłodu – powiedział filozoficznie D.O.
- I na odwrót – równie filozoficznie odpowiedziała Żona D.O. spoglądając rankiem przez okno.
No bo i tyle się D.O. nastękał, nautyskiwał, że gorąco, że wilgotno, że co to za spacery, kiedy pot leje się po plecach i zalewa oczy, że niebo, mając najwyraźniej dosyć zrzędzenia, spuściło na góry a doliny chmury i chmurzyska, te spuściły dżdż. Raz dżdż, raz siąpanie, raz deszcz, a raz ulewę.
Oczywiście prognozy znów okazały się nietrafne, miało padać po południu, a padało od świtu.
Więc znowu włóczęga samochodem, a to w górę, a to w dół…
Przed pierwszą, Hołowczyc, poproszony o wskazanie knajpki w pobliżu, powlókł nas opłotkami nieprzyzwoitymi, pod jeszcze nieprzyzwoitszą górę, na której, samotnie, stała nieprzyzwoita kupa kamieni, a na niej napis „Keller”. To nie była kokieteria, tylko najprawdziwsza piwnica, jadąca pleśnią i stęchlizną, a w niej – słowo Żony D.O. – najlepsze tagliatelle al tartufo, jakie w życiu jadła. A ponieważ jest entuzjastką i znawczynią trufli, więc lepszej laurki wystawić nie można było.
Wieczorkiem, kiedy wydawało się, że niebo się przeciera, poszło państwo D.O.stwo na spacer, spacerów spragnione. Ale nim doszło z drugiego piętra na parter, deszcz już padał rzęsisty. Pod jednym parasolem z portierni poszło państwo D.O.stwo na parking, gdzie w samochodzie, spokojnie, spoczywały dwa przezornie zabrane parasole i poszło na „ahoj”, a może się trafi coś do jedzenia. Trafiło się, więc była i kolacja, a fakt, że krokomierz pokazał ponad 3 kilometry należy w podobnych warunkach uznać za wynik satysfakcjonujący. Buty pewnie wyschną do rana.
D.O. już trzeci dzień z rzędu wypił małe piwo do kolacji. Co może nie byłoby żadnym newsem, gdyby nie fakt, że ostatnie swoje piwo wypił w roku 1985, a potem nic. Raz, że mu szkodzi, dwa, że mu nie smakuje. Po dwóch pierwszych okazało się, że przez te 40 lat nic nie stracił, bo to napój wstrętny w smaku, więc postanowił dać sobie spokój. Zamówił do kolacji kieliszek wina, ale pan kelner, spojrzał nań z tak wielkim zdumieniem, że D.O. stracił kontenans.
- Jakie chcesz wino? – zapytał.
- Dobre – odpowiedział D.O.
- Dobre to my mamy piwo, odpowiedział kelner. – Monachijskie, najlepsze. I tu podał nazwę.
No i kimże jest D.O., by nie posłuchać głosu niebios?
I zamówił piwo po raz trzeci.
No i rzeczywiście było niezłe. Przynajmniej mniej obrzydliwe niż poprzednie.
Ale nie zamierza kontynuować tego niezdrowego procederu.

2.
Żona D.O., Merana niesyta, zażądała, byśmy zostali jeszcze jakiś czas tutaj.
Niestety w naszym hotelu miejsc nie było, więc zaczęliśmy szukać innego, ufni, że już po szczycie sezonu, miejsc będzie bez liku, a ceny spadną.
No więc nie: wolnych miejsc w hotelach, pensjonatach – co kot napłakał i ceny zaczynają się - sprawdźcie sami! – od 2000 złotych za noc, jeśli w hotelu jest klimatyzacja. A ponieważ już dzisiaj temperatura ma znacznie przekroczyć 30 stopni, to wydawanie pieniędzy na coś, co będzie torturą państwo D.O.stwo uznało za bezsensowne.
Znaleźli hotel w sąsiedniej miejscowości: 3000 za dwie noce. Wypełniliśmy, co trzeba, podaliśmy kartę kredytową, Booking pieniądze z karty ściągnął, ale na końcu powiedział, że pokoju nie da.
Po kwadransie przysłał dwa maile, jeden po polsku, że rezerwacja się nie powiodła, drugi, że rozpoczęli procedurę zwrotu pieniędzy, która potrwa 7-12 dni.
Jak myślisz, Czytelniku, czy zwrócą D.O. te pieniądze z procentem, czy procent za ich zaksięgowanie na swoim koncie zatrzymają dla siebie?
No zobaczymy. Coś państwo D.O.stwo zamówiło na gębę, ale czy po przyjeździe do nowego hotelu pokój będzie rzeczywiście na nich czekał, czy nie – o tym skrzętnie potencjalnie bezdomny D.O. doniesie.
Może być zdjęciem przedstawiającym pręgowiec i gołębiak długosterny
A w oczkach nadzieja na okruszek.

Może być zdjęciem przedstawiającym mgła, chmura i góra
Taki oto obrazek objawił się wczorajszego ranka państwu D.O.stwu w Meranie.

Może być zdjęciem przedstawiającym mgła, góra i chmura
Taki też

Może być zdjęciem przedstawiającym mapa i tekst „15.0x Szukaj 11:33 命里里|23.0 C 23.0”
Jak się dobrze przyjrzysz, Czytelniku, zobaczysz temperaturę. Ale parę kilometrów dalej była o jeszcze jeden stopień niższa.

Może być zdjęciem przedstawiającym 2 osoby i ossobuco
Das ist der Keller.

Może być zdjęciem przedstawiającym kluski i makaron
Und das ist najlepsze tagliatelle z truflami w życiu Żony D.O.

Może być zdjęciem przedstawiającym mapa, droga i tekst
Niedziela. Koniec urlopu. Tysiące urlopowiczów wracają do domu z całej Val Venosta wzdłuż Adygi. Przed D.O. droga cała na czerwono. Korek tu, korekt tam i jakoś czas zleci…
Ale od południa na czerwono zrobiło się również w przeciwnym kierunku. To nowa zmiana urlopowiczów, cała w nadziejach, zmierza do swoich hoteli i pensjonatów.
We Włoszech rok rekordowy. O ile liczba turystów nad morzem zwiększyła się rok do roku o 10%, to liczba turystów w górach zwiększyła się o procent piętnaście. Ludzie szukają chłodu, ale znajdują go dopiero na wysokości 2000 metrów – jak przedwczoraj D.O.: na przełęczy Giovo były 22 stopnie, a w Merano, na 350 m npm. – 34, odczuwalna 37.

Może być zdjęciem przedstawiającym droga
O, światełko w tunelu!

Może być zdjęciem przedstawiającym rudbekia i stokrotka afrykańska
A to wspomnienia z poprzednich dni, spacery od zachwytu do zachwytu.

Może być zdjęciem przedstawiającym Villa D'Este w Tivoli
I co się dziwić, że cesarzowa Sissi lubiła tu się przechadzać.

Może być zdjęciem przedstawiającym 4 osoby
Fortepian z kwiatów i pianista z kwiatów.

Może być zdjęciem przedstawiającym 2 osoby i Stary Most w Mostarze
Pasirio wije się o zmierzchu i rzeźba na deptaku wije się jak ta rzeczka.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Gdzie Kurhaus mówi dobranoc.



2 lata temu
1.
O Kerwa!
Żeby człowiek wiedział…
Otóż w Bambergu trwa Kerwa.
Kerwa to frankońskie określenie odpustu.
Miejscowa ludność ma sobie zapewne wiele do odpuszczenia, bo Kerwa trwa 5 dni. Nie licząc nocy.
80-tysięczne miasteczko zmienia się w hałaśliwe pandemonium. Orkiestry dęte, zespoły rockowe, no i obowiązkowe „buc-buc-buc” z gigantofonów w każdej z miliona knajpeczek.
Możesz sobie, Czytelniku, wyobrazić, jak D.O. lubi bawarską muzykę ludową, ostentacyjnie noszone starobawarskie stroje, jak lubi lederhosen i bufiaste historyczne suknie do ziemi u normalnych z pozoru kobiet. Tu znajduje się epicentrum najgorszego europejskiego kiczu.
Ale – nie dlatego, żeby dał się ponieść ogólnemu entuzjazmowi – to w sumie było bardzo fajne, bo takie egzotyczne.
Do i tak ich wielkiej liczby knajpek na co dzień działających, doliczyć trzeba nieskończoną chmarę knajpeczek przewoźnych. Przewoźne kuchnie i stragany, a na obrzeżach miasta tiry, z których wyładowano ławy, krzesła i stoliki.
Zapewne pomyślisz, Czytelniku, że taka Kerwa uświęcona jest wielowiekową tradycją. No, po trosze. Pierwsza odbyła się w r. 1951, więc istotnie ciągnie się już przez drugi wiek. Ale – podkreślają przewodniki – to największa, najsłynniejsza i najchętniej odwiedzana Kerwa w całej Bawarii.
No: i w sam środek takiej Kerwy trafił D.O. spragniony kontaktu z tym wyjątkowym, kulturalnym miasteczkiem. Był tu już kiedyś, kręcąc filmiki do swojej telewizyjnej „zagadki według Jacka” i bardzo mu się tu spodobało, ta senna atmosfera i kultywowanie wyjątkowej przeszłości.
Wyjątkowej, bo miasto to było władane przez lokalnych biskupów i aż do czasów Napoleona świeckim królom i cesarzom było nic do niego. Biskupów, dodajmy, katolickich, taka wyspa w protestanckich Niemczech.
A rządy biskupów bywają jeszcze okrutniejsze niż rządy władców świeckich.
Z tego to powodu w latach 1719–1753 wielu mieszkańców Bambergu zostało sprowadzonych do Poznania i okolic. Dwóch biskupów poznańskich, podróżując po Frankonii, zauważyło, że mimo bardzo żyznej ziemi wielu bamberskich chłopów żyje w skrajnym ubóstwie, bez szans na poprawę.
Zaprosili ich, by zasiedlili opuszczone wsie, które zostały zniszczone podczas wojny północnej i będącej jej skutkiem epidemii cholery.
Oczywiście mogli przyjeżdżać do Poznania wyłącznie katolicy (zgodnie z nakazem króla, Augusta II Mocnego z 1710, dotyczącego wszystkich cudzoziemców osiedlających się w Polsce), ale to w Bambergu było akurat bardzo łatwe. I stąd wzięli się słynni poznańscy Bambrzy. I może stąd wzięli się także Szkoci, czyli Poznaniacy wygnani z miasta za nadmierną rozrzutność.
W każdym razie, z powodu Kerwy, nici wyszły z planowanej przez D.O. cichej kontemplacji kanałów Men-Dunaj, przepływających przez miasto wraz z rzeką Regnitz. Trafił w gargantuicznych rozmiarów odpust, pozbawiony raczej elementów religijnych, w ogromne święto bratwurstów z frytkami i przede wszystkim piwa, piwa, piwa i jeszcze raz piwa.
Jak ci ludzie, przy takim jadłospisie, żyją tyle, co inni, odżywiający się racjonalnie – tego rozum D.O. nie ogarnia.
Sam D.O. boleśnie odpokutowuje nierozważnie zjedzone wstrętne kluski w Bolzano, ale każdy kolejny posiłek w Niemczech jego sytuację pogarsza, co się wyraziło w tym, że zatłoczoną bamberską niedzielę głównie przespał, a jak nie spał, to jęczał.
Dopiero w niedzielę wieczorem, sokole oko Żony D.O. wypatrzyło włoską restaurację dwa kroki od hotelu, gdzie D.O. zjadł uczciwe risotto, z uczciwego riso arborio, uczciwie ugotowane, a nie rozgotowane, odrobina masełka i dużo parmezanu. Wiąże z tą kolacją duże nadzieje na poprawę samopoczucia.
Och, Kerwa!

VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10234054838931479/1522636335288334


VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10234054838931479/1030578002126854


VIDEO: https://www.facebook.com/1201907438/videos/pcb.10234054838931479/871719978199460

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Poranek. Kiełbaski i piwo na śniadanie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Nie była to samotna, romantyczna przechadzka po starym mieście.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Kilkadziesiąt tysięcy innych ludzi wpadło na ten sam, co D.O. pomysł.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Stary ratusz jak okręt przecina bieg Regnitz.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pogoda taka sobie. Z 35 stopni z soboty zostało 15 w niedzielę.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
„Kleine Wendig”. Sehr kleine. Gdyby tak policzyć wszystkie „małe Wenecje Północy”, to by się tego trochę nazbierało.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Co ludzi do takich miejsc przyciąga?
Muzyka? Kiełbaski i piwo? Mają to na co dzień. Towarzystwo? Dobrze czują się w tłumie?
W każdym razie nad hałasem „muzyki” dominuje śmiech przeciągających pod oknami hotelu D.O. tłumów ludzi w każdym wieku, z przewagą średniego.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Grupa maluchów bawiła się wyławiając z fontanny w centrum butelki po piwie, napełniając je wodą, wdrapując się po cementowych blokach i wylewając ją z dużej wysokości. Żaden rodzin na nie nie wrzeszczał, co się D.O. bardzo spodobało. Obok – kościół chrystusowy na ulicy Żydowskiej.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Ma się ku wieczorowi.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Oto Stary Ratusz o zachodzie słońca…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
I całkiem o zmierzchu.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Gute Nacht!



2 lata temu
1.
No i stało się. Jak się D.O. spodziewał, po wczorajszym wydaniu poświęconemu Bayreuth zadzwoniła do D.O. pani Dorota Kozińska i obsobaczyła go od stóp do głów, wytknęła głupstwa i przekłamania i użaliła się przy okazji na ciężki los Wagnera, którego w Polsce mało kto rozumie, a jeszcze mniej wystawia. D.O. pokornie przyjął zbesztanie, bo być zbesztanym przez panią Kozińską to przywilej, a nawet, jak w wypadku D.O. przyjemność.
Na swoją obronę D.O. doda, że pani Kozińska jest kosmitką, jej wiedza o muzyce, o operze i o Wagnerze jest nieziemska, więc nikt jej nie podskoczy, nawet profesorowie, którzy najwyraźniej źle D.O. na studiach uczyli.
Pani Doroto, dziękuję! Pani obsobaczenie zrobiło D.O dzień!

2.
Wczoraj był dzień radosny: D.O. wybierał się do sklepu z cukierkami.
Sklep znajduje się w Dreznie (które samo w sobie jest takim sklepem) i nazywa się Albertinum.
Mieści się w nim muzeum, o które D.O. kłóci się z Żoną. D.O. mianowicie świetnie pamięta, że Żona D.O. dostała głośnej czkawki właśnie w Albertinum w roku 1972, wkrótce potem, jak Gierek z Honeckerem umożliwili podróże przez granicę na dowód osobisty, a Żona fałszywie utrzymuje, że to było w Zwingerze.
Sklep z cukierkami okazał się tylko częściowo z cukierkami, bo niektóre ładnie opakowane kulki były gorzkie.
Po pierwsze, to Albertinum robi straszliwe zamieszanie z biletami, ich sprawdzaniem i aferami, wykręcanymi przez niekompetentny personel.
Jest tam teraz wystawa Caspara Davida Fridricha, nie taka wielka, jak do niedawna w Berlinie, ale całkiem spora i dobrze opracowana. „Swoimi wynalazkami w zakresie konstruowanego obrazu, nastawionymi na efekt estetyczny, wniósł oryginalny wkład do sztuki współczesnej. Główne dzieła Fryderyka stanowią rewolucyjne zerwanie z tradycjami baroku i klasycyzmu w malarstwie pejzażowym. Kanon tematów i motywów tych obrazów łączy przede wszystkim krajobraz i religię, tworząc alegorie samotności, śmierci, idei zaświatów i nadziei na odkupienie. Melancholijne rozumienie świata i siebie przez Friedricha jawi się jako wzorcowy obraz artysty epoki romantyzmu” – piszą znawcy.
Żona chciała koniecznie do Berlina, żeby wystawę Fridricha obejrzeć, ale nie złożyło się. Niemcy promują go na prekursora Romantyzmu i może mają rację, ale D.O. nie porwał. Wśród wystawionych dzieł są potworne kicze, głównie te o tematyce religijnej, ale też dzieła prawdziwie ciekawe. W każdym razie D.O. ma wrażenie, że próby umieszczenia go wśród wielkich mistrzów europejskiego malarstwa raczej są skazane na porażkę.
Bilety (nietanie, ale słusznie, za sztukę trzeba płacić!) sprzedają na określoną godzinę, z 15-minutowymi widełkami. Można kupić tylko na tę czasową wystawę Fridricha albo też na Fridricha i kolekcję stałą. Personel nie wpuszcza, daje fałszywe wskazówki, nie zna angielskiego, diabli wiedzą, który bilet jest który, innymi słowy D.O. stracił nerwy i podniósł głos, kiedy po raz kolejny nie chcieli go wpuścić na wystawę stałą, na którą nie obowiązywał limit czasowy.
Ale w końcu tam wszedł i – cóż – trochę arcydzieł i reszta taka strasznie niemiecka, ciężka, bez fantazji, rzemieślniczo rzetelna, ale nieznośna na dłuższą metę, a czasami wręcz okropnie kiczowata. Muzealnicy bywają jak mówcy, którzy nie wiedzą, kiedy przestać. Mają, więc wystawiają. Czyniąc krzywdę prawdziwym arcydziełom.

3.
People watching w muzeach jest szczególnie atrakcyjny, bo ma się tam korowód przerażająco znudzonych dzieci, zdenerwowanych na nie rodziców: „patrz smarkaczu, ja ci pokazuję wielką sztukę, żebyś nie był smartphone’owym debilem przez resztę życia, a ty nie uważasz”! Są tam prawdziwi smakosze i państwo, którzy takich udają – to się poznaje po wzroku, czasem żywym, czasem pustym, roznamiętnieni studenci różnych akademii, rodziny co to: „jak już przyjechaliśmy do Kulturstadt, to musimy to zaliczyć”, innymi słowy cała zabawna ludzka menażeria.
Ale, psiakość, w Albertinum jest też parę sal, w których jest dość przypadkowo dobrana sztuka „awangardowa” (czyli kpiny z ludzi), a w jednej z nich kilka wielkich luster.
No i po zabawie: nagle pojawia się przed tobą stary dziad z zatrważająco ogromnym brzuchem, prawie łysy i do tego w szortach. Koszmar!
Więc potem, kiedy patrzysz na przechodzący tłum, siedząc na ławce w którejś z muzealnych sal i widzisz pięknych, szczupłych, wysmukłych staruszków, a czasami nawet z siwymi, lwimi grzywami, zdajesz sobie sprawę, jak bardzo świat jest niesprawiedliwy.

4.
No, a historia zatoczyła koło. Powinna takie koła zataczać, od początku, do końca życia.
Państwo D.O.stwo mają pokój w hotelu, z którego okna wychodzą na Wielki dom przy Gewandhausstrasse. W tym domu, 52 lata temu poznaliśmy Horsta, studenta drezdeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, z którym się zaprzyjaźniliśmy. Straciliśmy się z oczu w stanie wojennym, kiedy my byliśmy w Rzymie a on – gdzie?
On, za znajomość ze mną, został aresztowany. Kiedy nam o tym opowiedział 30 lat później, autora D.O. zmroziło poczucie nie do opisania winy. Ale Horst wyśmiał nas, mówiąc, że nam zawdzięcza wolność, bo, owszem, był aresztowany, ale kilka miesięcy później wykupiony za głupie 400 marek zachodnioniemieckich i „wygnany” za zachodnią granicę, gdzie mógł rozpocząć nowe życie i karierę wziętego scenografa.
52 lata temu oprowadzał nas po cuchnącym jeszcze napalmem Dreznie, w którym za wysokimi płotami leżały jeszcze sięgające nieba kupy gruzów. Stało ledwie kilka ocalałych lub naprędce odbudowanych zabytków, w tym Zwinger, w którym my, studenci uczelni artystycznych, po raz pierwszy obcowaliśmy z absolutnymi arcydziełami światowej kultury i po raz pierwszy doznawaliśmy euforycznych uniesień.
Dla Horsta było wszędzie „five minutes by feet”, co przeważnie okazywało się forsownymi, wielokilometrowymi marszami.
Odzyskaliśmy go na parę dosłownie dni, kiedy przyjechał do Rzymu, potem znów straciliśmy się z oczu: on, jako scenograf, zmieniał miejsce zamieszkania co kilka miesięcy, a i my parę razy się przeprowadziliśmy. Jeśli się spotkamy, to tylko gdzieś w zaświatach: Horst umarł w październiku 2017 roku, o czym dowiedzieliśmy się z facebooka.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Albertinum, kasa biletowa. Powierzchnia chyba większa niż ta, przeznaczona na wystawę Fridricha.
W hallu – gipsowa kopia Davida z ukraińską flagą

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Tu Degasik, tam Degasik…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Klimt. Tytuł dzieła? Bardzo proszę: „Buchenwald”.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
No a kto zgadnie, kto to namalował?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
To też nie takie trudne do odgadnięcia.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Ani to.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Picasso z Kleem też w jednym stali domu.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Za Kokoschką D.O. nigdy nie przepadał, ale docenia. Otto Dix też nie z jego bajki, ale też trudno go nie docenić.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
D.O. kocha dzieciaki, które gapią się na obrazy, a nie w smartphone’y.
Potem, kiedy już skończyli kopiować, siedli w hallu muzeum i wgapili się w telefony, ale co popatrzyli na obrazy, to ich. Pewnie nie będą idiotami.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Caspar David Fridrich w pełnej krasie. Hmmm…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Spośród wszystkich Fridrichów ten się D.O. najbardziej spodobał.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
D.O. się wścieka, kiedy najpiękniejsze place Europy są zastawiane transzejami przeciwczołgowymi, oszpecając je do urzygu. Tu, przed Frauenkirche, odbudowanym stosunkowo niedawno, będzie festiwal muzyki. Na szczęście klasycznej, ale czy nie można było tego zrobić mniej centralnie, a bardziej kameralnie? Jest w końcu w Dreźnie kilka pięknych parków, które aż się proszą o koncerty!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A tu najwyraźniej na gościnne występy przyjechał Trzaskowski. To jest – choć trudno w to uwierzyć – dziedziniec Zwingeru. Piękny trawnik z klombami, duma miasta od kilku stuleci, poszedł pod buldożery. Pewnie kiedyś będzie znów piękny, ale D.O. ego zapewne nie dożyje. Psiakość!

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Alegoryczne figury, obrazujące wielkość Fryderyka Augusta II Wettyna, mają na oczach przepaski z napisem „policja – przemoc”. Drezno to jedna ze stolic odradzającego się niemieckiego faszyzmu.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to jest Semperoper w Dreźnie, czyli majestatyczny gmach opery, zaprojektowanej przez Gottfrieda Sempera, cudo neoklasycyzmu. Semper, zwolennik ruchów radykalnie demokratycznych został z królestwa Saksonii wygnany, ale zgodził się zaprojektować to dzieło w Wiedniu, a budowę nadzorował jego syn.
Gdyby Pani Dorota Kozinska spytała D.O. skąd się bierze jego niechęć do Wagnera, to z kilku powodów: nadęcia, zadęcia, nadmiaru fanfar i czyneli, germańskości fantastycznej, oraz z faktu, że w środku tego budynku, 50 lat temu, D.O. przecierpiał potworne pięć i pół godziny Latającego Holendra w najnudniejszej inscenizacji, jaką można sobie wyobrazić, z prowincjonalnymi śpiewakami z DDR-u.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Katedra Świętej Trójcy i Residenzschloss z Grünes Gewölbe – Zieloną Kryptą, skąd kilka lat temu grupa złoczyńców (Z Polski oczywiście) rąbnęła najcenniejsze królewskie klejnoty.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pałac hrabiny Cosel rano, wieczór od stolika i soczysty apfelstrudel w sosie waniliowym. Mniam

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Drezdeńskie widoczki.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Jeszcze więcej widoczków.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
To mozaika na Kulturpalast. Była to już w latach 70, apoteoza DDR-u, wraz z jego herbem i czerwoną flagą. Sypało się to, więc Kulturpalast został przebudowany, ale mozaika została. Słusznie, Czytelniku?


2 lata temu
1.
Sentymentalnej podróży ciąg dalszy.
Państwo D.O.stwo pojechało do Moritzburga. Kilkanaście kilometrów od centrum Drezna stoi to cudo. Niemieckie biuro turystyczne usiłuje przyciągnąć jego fotografią turystów, namówić ich do spędzenia wakacji w Niemczech.
I jak widać działa, bo państwo D.O.stwo dało się namówić.
Tak po prawdzie, to niemieckie i wszystkie inne biura turystyczne nie miały wpływu na podróżnicze decyzje państwa D.O.stwa, bo tu decyzje podejmuje bezdyskusyjny autorytet Kierowniczki Wycieczki.
A państwo D.O.stwo w Moritzburgu już było. W 1972 roku. Pojechało tam z Drezna jawą Sebastiana.
Sebastiana młody D.O. poznał w 1971 r. Jako student był na wakacjach w Polsce i stał, jak D.O. na autostopie pod Tczewem. Którego polskiej nazwy Sebastian wymówić za licho nie potrafił i pytał, czy ja znam niemiecką nazwę tego miasta.
Sebastian był jakimś geniuszem fizyki, ale miał duszę artysty. Też wykupiony z NRD-owskiego więzienia za 400 marek, na wolności, rzucił prawie natychmiast dobrą pracę w jakimś instytucie naukowym i zapisał się do Monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych. Czy odniósł jakieś sukcesy artystyczne – tego nie wiemy, bo znikł nam z oczu jakoś w latach 90. Ma parę profili na fb, ale praktycznie martwych, bez żadnych wpisów, kilka zdjęć profilowych, dzięki którym wiemy, że to on.
Sebastian się jąkał, ale był kawał chłopa i wariat oczywiście. I jakimś cudem zawsze miał u swego boku piękne dziewczyniny.
Jąkał się, ale tylko do pewnego czasu, Kupił sobie jakąś budę na brandenburskiej wsi i wziął się za jej remontowanie. Miał stareńkiego Mercedesa, zapakował weń ze dwa kwintale białej farby i nocą ruszył z Berlina na tę swoją wieś. Zasnął, wpadł do rowu, przekoziołkował. Wyżył, ale był ranny. I przede wszystkim, od stóp do głów skąpany w białej farbie.
Dowlókł się na skraj szosy i usiłował zatrzymać jakiś samochód z prośbą o pomoc. Ale kierowcy, widząc w nocy na skraju lasu białą, bezkształtną postać i to jeszcze zakrwawioną, dodawali tylko gazu. Jakoś rano dopiero zainteresowała się nim policja i owinąwszy w jakieś plastiki zawiozła go do powiatowego szpitala. Gdzie Sebastian zorientował się, że przestał się jąkać!
Kiedy odwiedziliśmy go ze 30 lat temu w Berlinie już się nie jąkał. Ale podobno potem mu jednak wróciło.
W każdym razie, w tym 1972 roku, choć był jeszcze studentem, za swój talent dostawał od Honeckera jakieś zacne stypendium, za które wynajmował mieszkanko na Rehnitzgasse w drezdeńskim Neustadt, niedaleko złotej, konnej statuy Augusta II i jeździł jawą.
I tę jawę nam pożyczył, żebyśmy zwiedzali okolice Drezna. Radził pojechać do Moritzburga. Pojechaliśmy i oniemieliśmy. Choć to byłą późna jesień albo wczesna zima, a zamek szary, to jednak monumentalne założenie robiło kolosalne wrażenie.
Zamek powstał w połowie XVI wieku, jednak swoją dzisiejszą bryłę zawdzięcza Augustowi II Mocnemu, królowi Polski i elektorowi saksońskiemu. Nad głównym wejściem widnieje jego herb w piaskowcu, a powyżej dwa kolejne, pozłacane.
Chodząc po zamku i okolicach D.O. zorientował się, że robi te same zdjęcie, co 52 lata temu. Tylko więcej, bo wtedy klisze orwowskie wcale nie były tanie, a wywołanie jeszcze droższe.

2.
Potem była jeszcze Miśnia. Była na trasie naszej autostopowej podróży w owym 1972. Gdzieś pokutuje zdjęcie młodego, brodatego D.O. na skraju drogi gdzieś pod Miśnią; w rękach trzyma spory kartonik z napisem „Weimar”.
Z Miśni wspomnienia są bolesne z dwóch powodów: to miasteczko leży na wzgórzu całkiem stromym i zanim nawet młody i sprawny człowiek podejdzie pod zamek, to już ma ochotę położyć się i kilka godzin odpoczywać. Teraz też ojcowie miasta zadbali, żeby im się po starówce wraże samochody nie plątały.
Drugie bolesne wspomnienie to wizyta w muzeum porcelany. Takiego nagromadzenia kiczu nigdy przedtem ani nigdy potem D.O. nie oglądał. Oczywiście ani mu do głowy nie przyszło, by wizytować to muzeum po raz drugi: Koło Frauenkirche jest miśnieński sklep firmowy. Chociaż nie ma tam cudeniek barokowych, które uczulonego artystycznie obywatela mogą doprowadzić do mdłości, to jednak widać, że współcześni projektanci nie zamierzają odchodzić od wielowiekowej tradycji psucia burżuazyjnych gustów Niemców i ich sąsiadów.
W Miśni był obiadek, który ponownie wzbudził niedowierzanie D.O., że Niemcom udaje się dożyć sędziwego wieku przy takiej diecie. I tu nie chodzi tylko o jakość (fryta i góra mięsa, albo wysokoprzetwarzanych wędlin), ale i o ilość: nawet gruby obżartuch D.O. nie zje nawet połowy zwyczajowej porcji, jaka zostaje przed nim postawiona w każdej kolejnej Kneipe czy innym Gaststätte.

3.
OK, dosyć tych wspominek. Drezno w życiu państwa D.O.stwa odgrywa istotną rolę, byliśmy tam wielokrotnie później, przez te inne lata, kilkanaście lat temu D.O. nakręcił tu filmik do Zagadki według Jacka, musiał, jeżdżąc na włoskich numerach, wysłuchiwać „makaroni, makaroni” podgolonych i na czarno ubranych wyrostków… Jest to miasto magiczne, chociaż nie sposób o nim myśleć bez wspomnienia tego, co wydarzyło się tu z winy nazistów 13–14 lutego 1945 roku.
Być może – z wielu względów zresztą, głównie tych oczywistych – nasza ostatnia tu wizyta. Ale z tych nieoczywistych też: 1 września odbędą się w Saksonii (i kilku innych Landach też) wybory krajowe. W Saksonii, gdzie AfD jest znacznie bardziej faszystowskie niż w całych Niemczech, zdobędzie niemal na pewno ponad 30% głosu i będzie pierwszą partią. Bez której nie będzie można utworzyć żadnej większości, zwłaszcza, że liberałowie z FPD i Zieloni najprawdopodobniej nie zdobędą 5% głosów i nie wejdą do lokalnego parlamentu. Problem z wejściem może mieć także rządząca Niemcami SPD.
A D.O. do krajów faszystowskich, komunistycznych i opresyjnych z zasady nie jeździ, a już na pewno nie dla przyjemności.
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Tak się pałac w Moritzburgu prezentuje dziś z daleka…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Tak sobie igra ze słońcem i wodą…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A tak wygląda z bliska.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Pewien artysta, z kaercherem, pędzlami i pędzelkami, odczyszcza piaskowcowe rzeźby z patyny czasu (czyli czarnego syfu).

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Fajne detale, nie?

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
August Sax Rex, herb nad wejściem i dwa kolejne, z orzełkiem, a jakże, na balkonie.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Widoczek z zamku,

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Bliźniaki

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Widoczek w lewo, widoczek w prawo.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
A to już zaułki miśnieńskiej starówki.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Jeszcze więcej zaułków.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Rathaus.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Marktplatz przed Rathausem.


11 lat temu
1.
No to się dzisiaj pani Marzenie ode mnie oberwało. Lżyłem ją słowy najgorszemi. Chciałem jechać po Deutsche Alpenstrasse a znalazłem się na autostradzie GAP-Monachium. Na znak protestu wyjechałem na pierwszym zjeździe, ale zawrócić nie mogłem, bo w kierunku „Top of Germany” był 12-kilometrowy korek. Och, jak ją wtedy zjechałem! Zmieniłem trasę z „optymalnej” na „krótką”. Pojechałem na wschód, ustawiając jako cel miejsce, w którym musiałem się połączyć z panoramicznymi szosami alpejskimi. Pozwoliła mi odjechać nawet z 50 kilometrów, potem zaczęła kluczyć. Nabrałem podejrzeń, ale zanim zdążyłem zjechać i sprawdzić, znalazłem się na czteropasmowej autostradzie Salzburg-Monachium a w chwilę potem w samym mieście (Bo wszystkie rządy i bawarskie i związkowe obwodnicy nie zbudowały, więc wschód-zachód, północ-południe, musisz się przeczłapać przez całe Monachium. Szlag mnie trafił jasny, a pani Marzenie do teraz płoną uszy. Powtórzenie choćby najdelikatniejszych z obelg, jakie wypowiedziałem pod jej adresem podpadałoby pod Kodeks, więc Państwa szanownego wyobraźni je pozostawiam.

2.
Wczoraj, jak tylko dotarłem na miejsce u stóp słynnej góry, zażądałem w hotelowej recepcji roweru. No cudo było, jeszcze tak dobrze działającej przerzutki nie widziałem. Przerzutka działała, cała reszta też, niestety, jak zwykle ja okazałem się najsłabszym ogniwem. Dojeżdżając samochodem cieszyłem się, że jest tu tak płasko. Płasko!? Okazało się, że są mordercze przepaście i podjazdy, które uznałbym za nieludzkie, gdyby nie para sympatycznych staruszków, która na jednym z nich minęła mnie dziarsko, jak Szozda Ruskich na wyścigu Pokoju. Przy wjeździe do miasteczka, jak i do innych, ustawiony jest radar; nie z aparatem – pułapką, jak u nas, tylko, jak w cywilizowanym świecie z display’em, pokazującym ile jedziesz: jeśli w granicach limitu – to – hop – pokazuje się zielona, uśmiechnięta twarzyczka, jeśli powyżej – czerwona i groźna. Para staruszków jechała na podjeździe 18 km/h, ja – 7 pedałując do imentu. Wszystkie miastowe tak majo?

3.
Za cenę jedynki dostałem przypadkiem trzypokojowy apartament z tarasem tuż nad samym wodospadem. Hammersbach ryczał tak głośno, że pomyślałem, że nie zasnę, ale okazało się, że nic tak do snu nie kołysze, jak szum wodospadu. Nie potrafię opisać koloru wody w tym strumieniu: szaro-seledynowa? Miałem kiedyś xantię takiego koloru, bardzo ja lubiłem. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić i choć przyjemność była droga, to wjechałem kolejką linową na szczyt Zugspitze, a zjechałem pociągiem. Można powiedzieć, że użyłem, jak pies w studni. Gondola kolejki była maleńka, a wpakowano do niej 36 osób, więc staliśmy stłoczeni jak śledzie w beczce i figę zobaczyłem. Ale może to i lepiej, bo przepaście były przepastne. Na szczycie chodziłem głównie z zamkniętymi oczami, bo napadł na mnie lęk wysokości. Panorama Alp – jak z samolotu! Poczułem się jak Chevy Chase w National Lampoon’s vacation na brzegu Wielkiego Kanionu.

4.
M.O. przytoczyła Borgesa: „W końcu każdy człowiek zawsze upodabnia się do swojego wroga”. I to chyba mam najbardziej za złe obrzydliwcom, rwącym się do upodlenia mojej ojczyzny. Pewnie to pompatyczne, ale staram się być dobrym człowiekiem w granicach rozsądku oczywiście, bez żadnych aspiracji do świętości i bez żadnych złudzeń, że mi się to uda. Ale traktuję rzecz poważnie. Tymczasem oni wyzwalają we mnie tyle złości, że wszystkie moje starania biorą w łeb. Mogę im darować wiele rzeczy; wszak „nie wiedzą, co czynią”. Ale tego, że się do nich upodabniam – nie.

5.
Myśl na dzisiaj: „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. Od starożytności przewija się w literaturze myśl, że gdyby światem rządziły kobiety, byłoby mądrzej i bardziej pokojowo. Dotychczas zaobserwowane przykłady nie potwierdzają tej teorii. Radziłbym zatem zastosować w praktyce inną, wyrażoną przez Jana Gerharda w „Niecierpliwości” (szkoda, że go chciwy gówniarz zamordował; kto wie, co by jeszcze napisał? Mam nadzieję, że morderca nadal siedzi): kastrować. Chcesz do polityki? Ciach – i proszę bardzo! I jeśli dodać to tego jeszcze zakaz zajmowania się sprawami publicznymi dla ludzi poniżej 175 cm wzrostu i świat od razu byłby znośniejszy…
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Widok z Zugspitze.
































































Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga