DRUGI OBIEG
Niedziela, 9 sierpnia 2026
1.
Broniła się Żona jak mogła, ale w końcu uległa perswazji i zgodziła się na
jeszcze jedno muzeum. No bo wiadomo: być w Berlinie i Bramy Brandenburskiej nie
widzieć to można, ale nie zwiedzić żadnego muzeum na Wyspie Muzeów to grzech i
nie dostanie się rozgrzeszenia tłumacząc, że się już w każdym z tych muzeów po
kilkakroć było. Ale, jak już D.O. wspominał, teraz na Wyspie wszystko
rozgrzebane, rozkopane, zagrodzone, więc jako środek odstraszający turystów
działa bardzo skutecznie. Dlatego w Starej Galerii Narodowej przeważnie dało
się chodzić i nawet zatrzymywać przed co ciekawszymi obrazami czy rzeźbami. Alte
Nationalgalerie jest alte nie dlatego, że budynek jest stary (powstał w r.
1876), ale, że w środku są dzieła stare. Tj. w większości pochodzą z przełomu
XIX i XX wieku, ale nakoś trzeba ją odróżnić od Neue Nationalgalerie, gdzie
dzieła są nowoczesne.
Żona dała się namówić głównie ze względu na obecność kilku Degasów, którego
obrazy i rzeźby (na zdjęciach oczywiście) zdobiły jej dziecinny i panieńsko
pokój. I jej Degasa nigdy dość. D.O. był zainteresowany całokształtem ze
szczególnym uwzględnieniem Cezanne’a, do którego miłość Żona zaszczepiła mu
ponad pół wieku temu.
Oczywiście popsioczyliśmy z dużą swadą na politykę kulturalną rządu
federalnego, który daje za frico bilety do państwowych muzeów wszelkim
wyrostkom do lat 18, natomiast ma głęboko w zupie staruszków: maja siedzieć w
domu, a nie trwonić emeryturę na drogie bilety i plątać się po domostwach Muz. Strach
pomyśleć, ile, w przeliczeniu na złote, państwo D.O.stwo przepuściło na
dokulturalnianie się!
A Alte Nationalgalerie… Naprawdę niemało arcydzieł, głownie impre- i
okołoimpresjonistycznych, ale francuskich i do tego, jak na solidnych
historyków sztuki przystało, niemieckie dzieła z epoki. D.O. nie może
zrozumieć, jak mogła kuratorom nie zadrżeć ręka, kiedy umieszczali obok siebie
ciężkie szkaradztwa i arcydzieła lekkości, słońca i geniuszu. Może natomiast
świetnie zrozumieć, dlaczego impresjoniści i wszyscy po nich tak gwałtownie
starali się zerwać z tradycją malarstwa niemieckiego: sos monachijski to
frywolności w porównaniu z sosem pruskim, a zwłaszcza z jego potwornym
zadęciem. No, wszystkim polskim naziolkom by się pewnie spodobało, D.O. patrzył
na to z przerażeniem, a często z odrazą.
„Każdy naród ma jednak swój charakter, który odbija się w sztuce” – powiedziała
Żona.
- No tak, każdy ma w głowie swój własny kisiel, energicznie mieszany przez
władze i presję środowiskową – odparł D.O.
- Pewnie, samodzielne myślenie jest dla władzy groźne.
- Bo wyzwala krytyczne myślenie, a krytyczne myślenie zawsze jest antyrządowe…
W sumie żadne z nas nie żałowało ani tych euro na bilety, ani bolesnego łażenia
po salach i korytarzach i przede wszystkim po bardzo nieergonomicznych schodach
przez wszystkie trzy wysokie piętra.
Tu po prawej jest Wyspa Muzeów, to białe to Nowe, tam głębiej Muzeum Pergamonu
w remoncie i dalej jeszcze – Bode Museum, też w remoncie. A ta woda to Sprewa,
ze wszystkich stron Wyspy oczywiście.
Zapatrzeni w starożytną Grecję i dobrze, tylko po o tyle schodów? W środku jest
jedna salka ze zdjęciem, jak Rosjanie gmach urządzili w 45-tym.
Jak by to powiedzieć? Impresjonizm niemiecki to nie to samo…
Okulus w głównej kopule.
OK, teraz proszę pisać, czyje obrazki widać na tym zdjęciu!
I na tym też!
A na tym - to już każdy zgadnie, choć autor był Czechem z pochodzenia i jego
nazwisko kończyło się tak naprawdę na „a”, a nie na „o”.
Pierre-Auguste Renoir, „Popołudnie dzieci w Wargemont” z 1884 roku
Paul Cézanne, „Młyn nad rzeką Couleuvre w Pontoise”, ok. 1861 r.
Pierre'a-Auguste Renoir, „Le marronnier en fleurs” - Kwitnący kasztanowiec, ok.
1881
Édouard Manet, „Dans la serre” - W szklarni, 1979 r,
Claude Monet, „Domy w Argenteuil”, 1873 r,
Édouard Manet, „Dom w Rueil”, 1883 r.
Pierre-Auguste Renoir, „En été” – Latem, przedstawiający Lisę Tréhot w
charakterystycznej białej bluzce i pasiastej spódnicy. 1868 rok.
Edgar Degas, „Muzycy w orkiestrze”, 1872 r.
Vincent van Gogh, Autoportret (F 345),
Paul Cézanne, Mężczyzna ze smartphonem, 1890–1892
Tan naprawę tytuł jest trochę inny; ten nadała mu Żona D.O., dodając, że
„popatrz, jak artyści wyprzedzają swoją epokę”.
2.
46 lat temu, młody D.O. z głupia frant wysłał do ambasady RFN w Warszawie z
pytaniem, czy Senat Berlina Zachodniego nie przyjąłby na tydzień grupy
studentów teatrologii z Warszawy, którzy
chcieliby się zapoznać najżywszym wówczas w Europie ruchem teatrów „off” i
„Off-off”.
Ha! Senat Berlina Zachodniego się zgodził, z tą zgodą D.O. pobiegł do dziekana
Jerzego Koeniga, który też się zgodził, a n koniec zgodził się jeszcze rektor
Tadeusz Łomnicki i tak oto, pewnego lutowego ranka cały rok wydziału Wiedzy o
Teatrze znalazł się na dworcu Berlin Friedrichstrasse, wśród dzieciątek
volkspolicajów z psami, pepeszami i w bryczesach, czyste gestapo z kiepskich
filmów wojennych.
D.O. spotkał się z Kolegami dopiero na tym dworcu, bo przedtem, ze Szwagrem,
zawiózł pół Łady bibuły do skrzynki kontaktowej w Dreźnie.
Volkspolicaje z psami, pepeszami i w bryczesach przeszukali nas dokładnie, pod
każdy wagon, pod każdą oś i pod każdy kibel wleźli z lustrami na długich kijach
i stwierdziwszy, że nikt nie próbuje z DDR-u uciekać na Zachód, przepuścili
nas.
Oczywiście chodziliśmy wszyscy na przedstawienia offowe w maleńkich teatrzykach
i raczej nic nam z tego w głowach nie pozostało, bo też nie miało co,
zwłaszcza, że nasz niemiecki był nietęgi. Mieliśmy za to sporo przygód o
charakterze politycznym, ale o tym przy innej okazji, jeśli jeszcze o tym D.O.
nie pisał, no i jedną niezapomnianą przygodę: poszliśmy do KaDeWe, Kaufhaus Des
Westens, jednego z najbardziej luksusowych domów towarowych w całej Europie
zachodniej. To nas, przybyszy zza szarej, żelaznej kurtyny po prostu oślepiło!
Tony wszelkiego dobra w najlepszym wydaniu, kapiącego złotem, blichtrem i
snobizmem. I to piętro spożywcze! Wszystko, czego dusza i żołądek na tym
świecie mogą zapragnąć, nikt nie stał w kolejkach, a obsługa klientom
nadskakiwała.
Oczywiście nikogo nie było stać na cokolwiek, zrzuciliśmy się tylko na puszkę
Koenig bier, w prezencie dla Dziekana Koeniga, który wydawał się wzruszony.
A D.O. pisze o tym wszystkim dlatego, że udało mu się namówić Żonę, by po
zwiedzeniu Alte i zjedzeniu w Neue Museum, pojechać do KaDeWe. Bo D.O. zawsze
poszukuje majtek i skarpetek najwyższej jakości, takich dla rozpieszczonych w
dobrobycie, a w Polsce takich nie ma. Są we Włoszech i D.O. wie, gdzie ich
szukać, no ale opór Żony sprawił, że zamiast we Włoszech znaleźliśmy się w
Berlinie.
Ani odpowiednich majtek, ani skarpetek nie było, a samo KaDeWe, choć nadal
superluksusowe, już takiego wrażenia na nas, przybyszach z Warszawy nie
zrobiło. Szóste piętro z jedzeniem nadal imponuje, ale zmniejszył się
repertuar; przeważają kawy i słodycze. Zrobiły wrażenie rozgrzebane ulice
dookoła, polikwidowane miejsca postojowe dla samochodów przy krawężnikach i
ogólny bałagan dookoła Wittenbergplatz, będący niegdyś wizytówką Berlina
Zachodniego.
Szóste pięto KaeWe.
3.
Na zakończenie wycieczki Żona zapytała ironicznie: „A nie pochodziłbyś po
jeszcze jakimś muzeum”?
No, D.O. by pochodził.
Bo, psiakość, trzeba przyznać, że ten milion na wpół zamkniętych ulic,
przewężeń, rozkopów, dziur w asfalcie, to niewielka cena za to, że znalazł się
człowiek miłujący sztukę w prawdziwym sklepie z cukierkami. Muzeów tu moc,
jakieś niesamowite ilości i wiele z nich wartych jest grzechu. I żeby jeszcze
dawali staruszkom zniżki, to byłby normalnie raj.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń