DRUGI OBIEG
Niedziela, 4 października 2026
1.
Dziesiątki tysięcy ludzi demonstrowało w Madrycie w związku z niepewnością
wyborczą
Drugi duży marsz w ciągu tygodnia przypisuje winę „rządowi postępowemu” i
prawicy, zapowiadając, że będzie kontynuować walkę „bez względu na to, kto
będzie rządził”.
https://elpais.com/espana/2026-10-03/decenas-de-miles-de-personas-exhiben-en-madrid-la-movilizacion-de-la-izquierda-en-medio-de-la-incertidumbre-electoral.html
Dziesiątki tysięcy ludzi, około 70 000 według Delegacji Rządowej, demonstrowało
w tę sobotę w centrum hiszpańskiej stolicy w zjednoczonym froncie przeciwko
wszystkim sektorom, które utrudniają dostęp do mieszkań i ułatwiają eksmisje, w
tym klasie politycznej i międzynarodowym funduszom sępów , przedstawianym jako
„prawdziwi najeźdźcy”. „Prawo do mieszkania”; „Potrzebny jest natychmiastowy
strajk generalny”; „Wynajemcy precz z naszych dzielnic”; i „To jest walka
klasowa, nie możemy zawrzeć pokoju” – to niektóre z najczęściej skandowanych
haseł. Tłum jasno dał do zrozumienia, że lewica jest aktywna na ulicach,
oburzona niedawną eksmisją 87-letniej Mari Carmen Abascal z jej domu oraz
partiami, które w tym tygodniu uchyliły dekrety, które pomogłyby zapobiec
podobnym eksmisjom, ale także rozgniewana ustawodawstwem i administracjami,
które na nie pozwoliły, w tym rządem centralnym.
Demonstracja dotarła na plac Cibeles około godziny 14:00 po marszu, który
rozpoczął się w czterech różnych punktach stolicy. Pomimo mżawki, po drodze
dołączyły do niej grupy w różnym wieku. Organizatorzy, Związek Lokatorów,
organizacja, która przewodzi protestom od czasu eksmisji Maricarmen, nalegają,
aby strajk generalny został ogłoszony „wkrótce”, aby zwiększyć skalę i wpływ
protestu. Valeria Racu, rzeczniczka związku, ogłosiła, że prowadzi rozmowy z
tradycyjnymi związkami zawodowymi, przede wszystkim CC OO i UGT, i wyjaśniła,
że wspólnie ustalą ostateczną datę. Racu oddziela datę strajku generalnego od
ewentualnych przedterminowych wyborów parlamentarnych pod koniec listopada,
oddzielając w ten sposób mobilizację uliczną od kalkulacji wyborczych. „To
ostrzeżenie dla wszystkich zaangażowanych stron. Protest będzie kontynuowany
niezależnie od tego, kto sprawuje władzę” – podkreśliła. Związek Lokatorów
ostro skrytykował władzę wykonawczą — „Osiem dni poparcia społecznego dało
więcej niż osiem lat postępowych rządów” — oraz „prawicę klęczącą przed
funduszami sępów”.
Protestujący świętowali swoją siłę, gromadząc się na placu Cibeles, gdzie
cztery kolumny maszerowały z różnych punktów stolicy. Tam, przed ratuszem w
Madrycie, ponownie machali kluczami, domagając się prawa do godnego mieszkania
i kierując krytykę pod adresem burmistrza José Luisa Martíneza-Almeidy,
przewodniczącej Wspólnoty Madrytu Isabel Díaz Ayuso i rządu koalicyjnego.
Rola Związku Lokatorów wkracza w nową fazę, ponieważ ogłosili zakończenie
obozowiska na Puerta del Sol, które rozpoczęło się tydzień temu, ale nie
zaprzestaną protestów ulicznych, dopóki ich żądania nie zostaną spełnione. Ich
celem jest teraz przeniesienie protestu „do dzielnic” i innych miast. Podobne
demonstracje do tych w stolicy odbyły się w Bilbao, Walencji, na Wyspach
Kanaryjskich i około pięćdziesięciu innych miastach.
Sobotnia demonstracja była drugim masowym protestem mieszkaniowym w ciągu
zaledwie siedmiu dni. W zeszłym tygodniu tysiące osób – 25 000, według
Delegacji Rządowej – maszerowało ulicami Madrytu w obronie Mari Carmen, ale od
tego czasu temat rozszerzył się o wezwanie do strajku generalnego. To nietypowe
wezwanie do działania, zorganizowane przez związek zawodowy, który nie należy
do tradycyjnych i nie odwołuje się do pracowników fabryk, pracowników ani
urzędników, lecz do najemców.
Jeśli Pedro Sánchez czekał z decyzją o ogłoszeniu przedterminowych wyborów, by
ocenić skalę mobilizacji lewicy, sobotnia demonstracja dostarczyła mu mocnego
obrazu: dziesiątki tysięcy ludzi wyrażających sprzeciw wobec potencjalnego
rządu Partido Popular-Vox, scenariusza przewidywanego przez sondaże.
2.
Megasondaż wykazał, że połowa wyborców brytyjskich chce powrotu do UE, a
poparcie dla tej inicjatywy może zwiększyć poparcie dla Partii Pracy
https://www.theguardian.com/world/2026/oct/03/half-want-to-rejoin-eu-and-backing-it-could-drive-up-labour-vote-megapoll-finds
Sondaż przeprowadzony przez Messina Group (TMG) wykazał, że renegocjacja
relacji Wielkiej Brytanii z UE mogłaby zwiększyć poparcie dla Partii Pracy
nawet o siedem punktów procentowych, gdyby premier zaproponował przeprowadzenie
nowego referendum, w którym opowiadałby się za ponownym przystąpieniem do
bloku.
Prawie jedna trzecia wyborców stwierdziła, że najpierw konieczne będzie
przeprowadzenie referendum w sprawie członkostwa w UE, podczas gdy ponad jedna
szósta uważała, że wystarczający byłby mandat w wyborach powszechnych, a taki
sam odsetek uważał, że decyzję może podjąć parlament.
Ogólne ustalenia wzmocnią stanowisko tych z Downing Street, którzy chcą obiecać
podczas kolejnych wyborów, że Partia Pracy przynajmniej podejmie negocjacje w
sprawie powrotu do UE, co premier, jak sam powiedział, chciałby zobaczyć „za
swojego życia”.
Strategia Downing Street wydaje się polegać na skupieniu się na tych, którzy
złożyli wielkie obietnice dotyczące Brexitu, ale potem ich nie dotrzymali,
zamiast oskarżać tych, którzy głosowali za wyjściem z UE, o podjęcie złej
decyzji. Jednak zmiana stanowiska rządu wywołała pewien niepokój w zespole
Burnhama.
Jeden z ministrów powiedział „Guardianowi”: „Brexit ewidentnie się nie powiódł,
a złożone obietnice nie zostały dotrzymane, więc Andy ma rację, poruszając
kwestię przyszłych relacji. Musi jednak zachować ostrożność, ponieważ nie
chcemy ponownie zaogniać podziałów”.
3.
https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,157211,33058463,zmarl-anatolij-kaszpirowski-dokument-o-uzdrowicielu-mozna-obejrzec.html
Anatolij Kaszpirowski, jedna z najbardziej niezwykłych postaci późnego Związku
Radzieckiego, zmarł 3 października 2026 roku. "Daję ustawienie" -
mówił, a miliony ludzi siadały przed telewizorami. Miał 87 lat. Dokument o nim
można obejrzeć podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego.
Anatolij Kaszpirowski zmarł w sobotę rano 3 października 2026 r.. Informację o
jego śmierci przekazał wieloletni współpracownik uzdrowiciela, Siergiej Rudyh.
Według jego relacji Kaszpirowski przebywał wcześniej w szpitalu, a przyczyną
pogorszenia stanu zdrowia był gwałtowny spadek ciśnienia. O śmierci
poinformował również rosyjski prezenter telewizyjny Andriej Malachow.
Kaszpirowski miał 87 lat.
W Polsce jego nazwisko pamiętają przede wszystkim osoby, które dorastały pod
koniec lat 80. i na początku 90. Telewizor nie był wtedy jeszcze jednym z wielu
ekranów w domu. Był jedynym, który się liczył, a Kaszpirowski potrafił posadzić
przed nim miliony ludzi
Anatolij Kaszpirowski urodził się w 1939 roku w Stawnicy na terenie ówczesnej
Ukraińskiej SRR. Studiował medycynę w Winnicy, został psychiatrą, przez 25 lat
pracował w szpitalu psychiatrycznym. Zajmował się też psychoterapią, był
związany ze sportem: w latach 80. pracował jako psychoterapeuta radzieckiej
reprezentacji ciężarowców.
Ogromną popularność przyniosła mu jednak telewizja. W 1988 i 1989 roku
uczestniczył w telemostach, podczas których prezentował swoje metody
oddziaływania na pacjentów. W 1989 roku ruszyła emisja jego słynnych
"Seansów zdrowia lekarza-psychoterapeuty Anatolija Kaszpirowskiego".
Pierwszy program wyemitowano 9 października 1989 roku, a kolejne odcinki
pojawiały się co dwa tygodnie. Z danych przywoływanych przez nadawcę wynika, że
wszystkie sześć programów obejrzało około 300 milionów osób.
Kaszpirowski przekonywał, że sugestią może wpływać na procesy zachodzące w
organizmie. Podczas telewizyjnych seansów widzowie mieli patrzeć w ekran,
wykonywać określone czynności i poddawać się jego głosowi. Wielu wierzyło, że w
ten sposób można pozbyć się bólu albo wyleczyć chorobę.
Fenomen nie ograniczał się do ZSRR. Seanse docierały do różnych państw bloku
wschodniego, także do Polski. Według materiałów producenta dokumentu o
Kaszpirowskim jego programy miały łącznie dotrzeć do około 290 milionów widzów
w całym bloku radzieckim, a twórcy filmu nazywają go "największym
influencerem końca lat 80.".
Lekarz, uzdrowiciel, celebryta
Kaszpirowski przedstawiał swoje działania jako psychoterapię i oddziaływanie
poprzez sugestię. Jednocześnie przez lata krytycy oskarżali go o szarlatanerię.
W archiwalnych materiałach można znaleźć zarówno zachwyconych pacjentów i
widzów, jak i lekarzy kwestionujących jego metody.
Jednym z najbardziej niezwykłych elementów jego kariery były operacje, podczas
których – jak twierdził – pacjentów znieczulała sama hipnoza lub sugestia.
Telewizja dawała mu dostęp do milionów ludzi jednocześnie, a jego seanse
mieszały język medycyny, psychoterapii i sugestii z niemal magicznym
spektaklem.
Temu fenomenowi przygląda się reżyser Łukasz Konopa w dokumencie
"Kaszpirowski. Under the Spell". Film trwa 82 minuty i znalazł się w
Konkursie Filmów Dokumentalnych 42. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu
Filmowego. Pierwszy festiwalowy pokaz zaplanowano na 12 października o godz.
18:30 w kinie Atlantic, kolejne odbędą się 13 i 14 października. Za zdjęcia do
filmu odpowiada Kacper Czubak. Producentem filmu jest firma Silver Frame.
Twórcy próbują zrozumieć, dlaczego właśnie wtedy tak wielu ludzi chciało mu
uwierzyć. Twórcy filmu opisują Kaszpirowskiego jako postać, którą jedni uważali
za świętego, a inni za szarlatana. W materiałach o projekcie pojawia się
pytanie: czy był uzdrowicielem, czy raczej mistrzem masowej sugestii?
Konopa zainteresował się postacią uzdrowiciela kilka lat temu. Projekt
dokumentu, prezentowany wtedy pod tytułem "Under His Spell", pokazano
w 2024 roku na East Doc Platform w Pradze, gdzie zdobył główną nagrodę.
4.
3 lata temu
1.
3 października 2013 roku, kilkaset metrów od Isola dei Conigli na Lampedusie,
doszło do jednej z najtragiczniejszych katastrof morskich we współczesnej
historii. U progu wyśnionej Europy utonęło 368 migrantów. Rybacy przybyli na
miejsce jako pierwsi. Z katastrofy ocalało 155 osób, z czego 47 uratował jeden
tylko człowiek, mieszkaniec Lampedusy Vito Fiorino.
D.O. był tam wkrótce potem, nakręcił film, rozmawiał z ocalałymi. Filmik
wrzucił tutaj, do D.O. kilka miesięcy temu. Mało kto obejrzał.
2.
3 października 33 lat temu, młody i energiczny D.O. przyleciał z Rzymu do
Warszawy. Jesień w Rzymie była ciepła, drugi raz pięknie kwitły na jego ulicy
drzewka Judasza. Przyleciał w stroju rzymskim, lecz wychodząc z samolotu ze
zdumieniem zobaczył, że pada śnieg. Były 3 stopnie powyżej zera.
Prosto z lotniska pojechał do jedynego bodaj wtedy centrum handlowego w
Warszawie – Promenady – i kupił sobie pierwszy „dorosły” płaszcz a grubej
wełny. Znanej polskiej marki. Jeszcze wtedy robiono je w Łodzi, nie była to
kiepskiej jakości chińszczyzna, jak obecnie.
Wczoraj D.O. chodził w polo po lesie i parku, patrzył na wciąż jeszcze obecną
burzę zieleni, gdzieniegdzie poprzetykaną pierwszymi, pożółkłymi liśćmi. (…)
8.
W światowej, kolektywnej wyobraźni pojawiają się czasem bohaterzy.
Niekwestionowanym bohaterem globalnej, kolektywnej wyobraźni był Lech Wałęsa. I
nadal jest.
Ale numerem jeden, człowiekiem, którego szanuje się jak glob długi i szeroki
jest dzisiaj Wołodymyr Zełenski. Ta sympatia, la lawina pieniędzy, to morze
broni, które płynie do Ukrainy to w ogromnym, ogromnym stopniu zasługa jednego
człowieka: Wołodymyra Zełenskiego.
Właśnie w Kijowie, pod rosyjskimi bombami, odbył się szczyt ministrów Spraw
Zagranicznych państw UE. Dadzą dodatkowe 5 miliardów euro na pomoc Ukrainie,
spróbują roztoczyć nad nią „parasol energetyczny” na nadchodzącą zimę.
I w takiej sytuacji - trudno to sobie wyobrazić – pojawiło cię cuchnące błoto,
które przybrało formy człekokształtne, które zaczęło na Zełenskiego napadać,
ostro go krytykować, grozić mu „niech prezydent Zełenski nie waży się obrażać
Polaków”! I sądzi zapewne, że ktoś to błoto weźmie poważnie, że postawiwszy
Zełenskiego i błoto na wadze, szalki ustawią się na tym samym poziomie?
Jedyni ludzie, którzy w ten sposób potrafią się wypowiadać o najważniejszym,
najbardziej obecnie szanowanym polityku świata, mieszkają w Moskwie.
D.O. tak sobie myśli, że po ewentualnym zwycięstwie demokracji w Polsce, to
błoto człekokształtne dołączy do swoich przyjaciół i mocodawców właśnie w
Moskwie.
Do Azji precz, potomku Dzingis-Chana!
9.
Na niedzielnym Marszu Miliona Serc było – już to wspólnie z Czytelnikami
ustaliliśmy – fajnie.
Ale – autor pyta jakby był influencerem – czy aby do wszystkich kolorowych
ludzi spośród tego miliona uczestników Marszu dotarł apel: „przekonaj choćby
jednego człowieka, by poszedł na wybory i zagłosował przeciwko szajce?”
Tak, tak, to nie jest łatwe, zwłaszcza w małych miastach i we wsiach. Można się
narazić, nawet proboszcz z ambony może skrytykować.
No, ale, drodzy Piechurzy, bez tej waszej cegiełki, bez tego jednego człowieka,
którego przekonacie, Polska nie będzie dla nikogo dobrym miejscem do życia.
Szajka nadal będzie się utożsamiała z Polską, chociaż oni nie są Polakami. Bo
Polacy – poczytajcie, sięgnijcie wstecz pamięcią – są zdolni do
najszlachetniejszych czynów i postaw. Oni – tylko do najpodlejszych,
najobrzydliwszych.
Nie pozwólcie jej na to, nie pozwólcie na zaszarganie na wieki opinii o Polsce
i Polakach.
A kiedyś podziękują wam nawet najbardziej zawzięci sąsiedzi.
10.
A płaszcz kupiony wtedy w Warszawie posłużył D.O. wszystkiego rok. Pojechał w
nim półtora roku później w lutym przemawiać na jakimś sympozjum w Bank od
Austria do Wiednia i bardzo go sobie chwalił. Kiedy wrócił do Rzymu było ponad
20 stopni, więc płaszcz zdjął w pociągu z Fiumicino na Stazione Termini. I go
tam zostawił.
Ciekawe, kto w nim potem chodził?
Powstrzymajmy tych zdrajców zanim przyłączą nas do „federacji” rosyjskiej.
Zgaśmy im te uśmiechy na pyskach.
5.
3 lata temu
Podaj dalej:
Października piętnastego
Pogonimy Kaczyńskiego!
1.
Kiedy tak D.O. jeździ lub chodzi po Rzymie, raz po raz natyka się na miejsca,
które przypominają mu a to Marka Lehnerta, a to Agnieszkę Gawerską.
Tyle wspomnień, tyle wspomnień…
I właściwie wszystkie z uśmiechem.
To dlaczego D.O. smutno?
2.
Właściwie to D.O. miał inne plany, ale w Circus Maximus był koncert jakiegoś
amerykańskiego przytupasa (wywołał trzęsienie ziemi i panikę w okolicznych
dzielnicach) i stójkowi zamknęli ulice dojazdowe, więc, chciał nie chciał,
znowu trafił na Zatybrze.
Ale bardziej chciał niż nie chciał.
A na Zatybrzu kościołów w bród, więc poszedł o jednego, koło którego
przejeżdżał tysiąc razy, ale ani razu nie wszedł do środka.
Właściwie częściej stał niż przejeżdżał. Bo zna Rzym już od ponad 50 lat, przez
te wszystkie lata zmieniło się bardzo wiele, zwłaszcza autobusy i samochody,
ale Viale Trastevere, bulwar, przecinający Zatybrze na dwie części, południową
i północną, nadal, jak wtedy, w 1972 r. jest pułapką. Na odcinku 400 metrów
jest 6 świateł ulicznych i mają swoje indywidualne rytmy sprawiające, że nie
sposób przejechać choćby dwóch z nich za jednym zamachem na zielonym. Trzeba
odstać przy każdym. Z tego oczywiście robią się kosmiczne korki, ale… minęło 50
lat, a kolejne władze miasta nic z tym nie zrobiły.
3.
Wielu Czytelników D.O. z mniejszą lub większą emfazą pisze o potędze Kościoła.
A D.O. ma wrażenie, że nie wiedzą, o czym piszą.
Dopiero tu, w Rzymie, można to pojąć, choć ogarnąć się tego nie da.
W dwumilionowej Warszawie są 283 kościoły, wliczając w to większe kaplice.
W 2,8-milionowym Rzymie kościołów jest ponad tysiąc, a odejmując skonsekrowane
– ponad 900; 19 ma status bazylik, z czego cztery są papieskie.
Reprezentują tak niewiarygodne bogactwo; artystyczne, oczywiście, ale też
materialne. W jednej z książek sprzed ćwierćwiecza jakiś nieprzychylny
Kościołowi autor obliczał, że wartość nieruchomości kościelnych w samym Rzymie
wynosi 64 miliardy euro.
Ale chyba nie liczył budowli sakralnych; ich wartość jest nieobliczalna,
kolosalna, bezbrzeżna.
Weźmy jeszcze pod uwagę fakt, że Rzym w latach 50 XX wieku miał 600 tysięcy
mieszkańców i ogromna większość z tych 1000 kościołów mieściła się na
spłachetku terenu, który nazywamy dziś „historycznym centrum”, a który można
było przejść spokojnym spacerkiem z krańca w kraniec w niecałą godzinę. Parafie
peryferyjne pobudowano w ciągu ostatnich 60 lat i nie jest ich wcale tak wiele.
4.
Więc D.O. wszedł do bazyliki św. Chryzogona w Rzymie.
D.O. się założy, że prawie nikt z Czytelników o św. Chryzogonie nigdy nie
słyszał. Google też nie słyszało, bo podkreśla to imię jako błąd, na czerwono.
Tymczasem Chryzogon z Akwilei (nie wiedzieć czemu; tam go zesłano i tam zmarł
śmiercią męczeńską w 303 r., ale skąd pochodził – nie wiadomo, mówi się, że w
Rzymie, ale to la celów dydaktycznych, bo tam kazano go czcić). Jak głosi
hagiograficzna legenda, Chryzogon był Rzymianinem, vicariusem Urbe (wysoka
funkcja administracyjna) i opiekunem duchowym świętej Anastazji z Sirmium,
która towarzyszyła mu do ostatnich chwil życia, a sama została spalona rok po
nim, w 304 roku. Więziony w czasie prześladowań, został przewieziony do Akwilei
w obecności Dioklecjana, który kazał go ściąć. Ciało Chryzogona, wrzucone do
morza, lecz jego głowa została wyrzucona przez fale na brzeg i znaleziona przez
kapłana Zoilusa, który ją zakopał. Głowę przewieziono później do dalmackiego
miasta Zara (Dziś Zadar), gdzie została złożona w poświęconym mu kościele.
Święty Chryzogon jest jednym z wymienianych świętych w Communicantes Kanonu
Rzymskiego.
5.
Kolejna legenda głosi, że Chryzogon za życia przerobił swój obszerny domus na
kościół i z tego powodu został aresztowany w okresie dioklecjańskich
prześladowań.
Że dzisiejsza bazylika stoi nad starym domus rzymskim nie ma wątpliwości, bo za
jedne 3 euro (nie za wstęp, ale za obowiązkowy folder) można zejść o podziemi i
się naocznie o tym przekonać. Są tam obszerne pomieszczenia z resztkami fresków
i długimi „wannami”, co każe archeologom domyślać się, że może niekoniecznie to
była pierwotnie budowla mieszkalna, ale fabryka foluszowania wełny.
W każdym razie freski i niektóre odnalezione w podziemiach przedmioty wskazują,
że istotnie, pomieszczenia te używane były do celów sakralnych w pierwszych
wiekach chrześcijaństwa.
Bazylika była przez wieki kościołem narodowym Sardyńczyków i Korsykanów
mieszkających w Rzymie: pochowanych jest tu kilku Korsykanów służących i w
Papieskiej Gwardii Korsykańskiej. Obecnie bazylika powierzona jest zakonnikom
trójcarzom, msze odprawia m.in. polski ksiądz, który chętnie opowiada o tym, co
widać, a czego nie widać.
6.
Podczas kolejnej wyprawy w upatrzone miejsca nie poszło już D.O. tak dobrze i
kilkakrotnie pocałował klamkę.
Nawa główna bazyliki św. Chryzogona.
No jaka to podłoga, no jaka? Polscy fachowcy od historii sztuki nazywają to,
Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego, „cosmati”, D.O. będzie to nazywał „posadzką
kosmatejską” (pavimento cosmatesco).
Ołtarz główny bazyliki i absyda
Podziemia bazyliki – stary domus romane
Właściciel tego sarkofagu raczej nie był chrześcijaninem, choć w tych scenach
rozwiązłości są postaci jak z chrześcijańskich opisów piekieł.
Resztki fresków protokatolickich w podziemiach bazyliki
A Zatybrze – jak zawsze fascynujące i pełne niespodzianek
A to pierwsza z klamek, które D.O. pocałował: piękny kościół Santo Stefano
Rotondo, zamknięty z powodu wakacji, mimo, że jest własnością Collegio
Teutonico, czyli Kolegium Niemieckiego. Ale cóż: zew Jeziora Garda jest
silniejszy od obowiązków wobec wiernych. Dziedziniec przed Kościołem, na
drzwiach kartka, żeby spadać, bo zamknięte.
Całego interesu pilnuje ten oto osobnik.
Druga klamka pocałowana: cudowny kościół świętych Jana i Pawła, zbudowany na
pozostałościach jednego z najświetniejszych rzymskich domus patrycjuszowskich.
Jak D.O. wpuszczą, to więcej napisze, bo to fascynujące.
A to zachodnie wejście do jednego z ulubionych przez D.O. rzymskich parków:
Villa Celimontana. Bo leży na Monte Celio, czyli na jednym z rzymskich siedmiu
– Mons Celius.
Acha, Plutarch i Cyceron się walnęli. Na ich oficjalnej liście figurują:
Palatyn, Kapitol, Awentyn, Kwirinał, Wiminał, Eskwilin i Celium. Zapomnieli –
drobiazg – o trzech: Pinciua, Janikulum i …Watykan. Czyli 10!
A to jest wejście wschodnie, paradne, na lewo od – a jakże! – bazyliki Santa
Maria in Domnica. Kłócą się historycy, co zacz ta Domnica, jedni, że od
dominicum - „Pańska”, inni, że tam gdzieś mieszkała Domnica, czyli „poświęcona
Panu”.
A na pierwszym planie przeurocza fontanna „della Navicella” – stateczku.
Umieszczona już w starożytności na małym placu przed kościołem, następnie
zaginiona i odbudowana za czasów papieża Leona X Medyceusza, czyli na początku
XVI wieku.
Kto zgadnie, co to tam wystaje ponad rzymskie kamienice?
6.
8 lat temu
SOUNDTRACK 2
Chlupot. To takie egzotyczne. Ryk silników drogich samochodów, pisk opon na
rondach, charakterystyczny warkot autobusów, pokrzykiwania podpitych gości
okolicznych restauracji… To wszystko chwilowo znikło, zastąpił je chlupot.
Luby, miły dla ucha chlupot wody na lagunie, pomarszczonej dziobem jakiejś
łodzi.
Pewnie, jest i szum silników spalinowych; ale przeważa pyrkotanie skuterów,
piskliwe, pełne wysiłku „pięćdziesiątek”, dobroduszne, basowe popularnych
„czterysetek”.
A zamiast szpaków rybitwy, krzykliwe, jak małpy na widok intruza. Czasami jest
to chichot, czasami sardoniczne porykiwanie ze śmiechu. Ale widziałem, kiedy
jedna goniła drugą, pewnie facet dziewczynę, bo uciekająca błagalnie piszczała,
a w jej głosie słychać było wyraźny strach, zaś goniący rzucał jej brutalne,
przerażające pogróżki. Nie wiem, jak się gonitwa skończyła, bo ptaki zniknęły
mi z pola widzenia. Happy end czy tragedia? A może skończyło się gwałtem?
Bezkrwawo? I czy to można uznać za happy end?
A kto powiedział, że woda jest tylko dla czterołapych?
Ale model!
Laguna. W głębi Dolomity
Ulubiona knajpa D.O. na palach w Lagunie Grado.
7.
8 lat temu
Na Graben, głównej promenadzie Wiednia, stolicy środkowej Europy, stoi
wielki bilbord. Po jednej stronie płonący dom, po drugiej – ruiny jakiejś
okazałej kamienicy. Bez podpisu.
Ja bym to kazał obowiązkowo: w każdej unijnej stolicy, w jej głównych punktach:
wielkie bilbordy z ruinami każdego z tych miast. Dodałbym jednak podpis: „tak
było, gdy Europa nie była zjednoczona”.
Gry i zabawy szatanów w ludzkich ciałach wokół Unii Europejskiej bywają
chwytliwe. To, czego nie mówią, to do czego to doprowadzi: do tego. Niech się
nikt nie łudzi, że będzie inaczej, taka złuda to głupota.
Moje peregrynacje lagunowe zaprowadziły mnie do ujścia spokojnej, leniwej
rzeki: Isonzo. Ta nazwa mówi cokolwiek tylko tym, którzy bardzo uważali na
lekcjach historii. Nie mówi nic Microsoft Wordowi, bo mi ja podkreśla jako
błąd.
Cztery lata temu spędziłem milą noc w Kranjskiej Gorze, sennej wiosce, która
ożywa zimą, podczas zawodów Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim i podczas
konkursu lotów na pobliskiej Planicy. Nad Kranjską Górą góruje olśniewający
masyw Triglavu, jeden z najbardziej fascynujących w całych Alpach.
Trzeba odwagi i zimnej krwi, by wybrać się wąską, krętą szoską na wskroś
Triglava. Ja to zrobiłem, a minąwszy przełęcz natknąłem się na górski strumień.
Nazywa się Soča. Cudo. Wije się a to wśród skał, a to spowalnia w zielonych
dolinach. Latem unosi się nad nią mgiełka – woda jest lodowata, a słońce
grzeje. Potem jednak prawdziwie kozią dróżką odbiłem w prawo w kierunku Udine i
Soča znikła mi z oczu.
I – ja głupi – dopiero teraz skojarzyłem, że Soča to nic innego, jak Isonzo,
tylko po słoweńsku.
11 włoskich ofensyw 100 lat temu nie przyniosło rezultatu. O wiele mniej
liczebne wojska austro-węgierskie – złożone jednak głównie z mieszkańców
Słowenii i Chorwacji – odparły wszystkie ataki. Dwunasta ofensywa przyniosła
Włochom straszliwą klęskę, bo niespodziewanie do bitwy, u boku Austriaków,
stanęli Niemcy, którzy rozpuścili nad włoskimi żołnierzami śmiertelny gaz
bojowy, dwufosgen. Uciekali w popłochu, zatrzymali się dopiero 200 kilometrów
dalej, nad rzeką Piave.
1 milion dwieście pięćdziesiąt osiem tysięcy ofiar po stronie włoskiej, prawie
pół miliona po stronie austriackiej.
Teraz, na moście, tuż obok ujścia Isonzo do Adriatyku, stoi napis: „Isonzo,
święta rzeka narodów Europy”.
Napis ten bardzo drażni prawdziwych włoskich patriotów. Niszczą te tabliczki,
zamalowują. „Nie dla narodów Europy, ale dla ojczyzny”! – gardłują.
Szczęścia… Moje szczęście zależy częściowo od Państwa.
Oto lista rzeczy, które sprawią, że będę szczęśliwy:
1. Żeby nie było wojny.
2. Żeby mojej Rodzinie i moim Przyjaciołom się dobrze działo.
3. Żebym znów mógł być dumny z mojej ojczyzny i z moich rodaków (to zależy
całkowicie od Państwa)
4. Żeby informacja przestała być towarem, a zaczęła być dobrem społecznym.
(j/w)
5. Żeby sztuka stała się dla każdego jedną z palących potrzeb życiowych.
Byłbym też bardzo wdzięczny za sporą wygraną w totolotka, bo całe życie w
wygibasach, żeby powiązać jakoś dziury w sakiewce to cholernie męczące. Ale,
jak nie wygram, to też pięknie.
Graben.
Z drugiej strony.
Isonzo, święta rzeka narodów Europy.
8.
9 lat temu
No to już wiem, jak można znokautować facebooka. Wystarczy spróbować
odpowiedzieć na tysiąc życzeń na osi czasu. Choćby likem, tak, żeby Nadawca
wiedział, że obżyczeniowany odbiorca przeczytał, ucieszył się i docenił. Po
sześćdziesięciu procesor zastępuje kaloryfer, dmuchawa działa jak szalona; przy
stu pojawia się komunikat: „ta strona nie odpowiada, co zrobić, poczekać czy
zamknąć”? Jak mu powiedzieć „Zaczekam”, to grzeje i sapie, a po kwadransiku
mówi … „kurza twarz, coś poszło nie tak”… I każe zamknąć stronę. Próbowałem od
góry, od dołu, to samo. Ale udało się, co wraz z dwoma punktualnymi samolotami,
które mnie dowiozły do domu i urodzinowymi kluskami na homarze w Civetcie
uważam za największy sukces dnia.
Życzycie mi wspaniałych rzeczy. Między innymi, „wszystkiego, co mi daje
szczęście”.
Właśnie: co mi je daje?
Dobre pytanie, jak pewien krakowski klasyk, odpowiadając na pytanie, czemu
kapował do SB na kolegów z opozycji.
- Kiedy jestem z moimi dziećmi i kiedy na mnie nie wrzeszczą.
- Kiedy moje wnuki, prawdziwe lub prawie, przytulają się do mnie i każą sobie
czytać książeczkę.
- Kiedy cazzeggio (niecenzuralne słowo, oznaczające gadanie o głupstwach) z
Przyjaciółmi.
- Kiedy na stół wjeżdża coś pysznego, ale wyłącznie, kiedy to coś mogę z kimś
podzielić, nawet najlepsze posiłki, spożywane w samotności są smutne i
niesmaczne. Do tego kieliszek wybornego wina.
A w piątek siedziałem na sardyńskiej plaży, w przerwie między załatwianiem
różnych papierków. Piękna, piaszczysta, wielka, dokoła zielone góry, morze
turkusowe i kryształowe, niebo błękitne, 27 stopni, lekka, ciepła bryza,
bambusowy, zacieniający dach nad głową. Podniosłem do ust filiżankę pysznej
kawy i pomyślałem: „to musi być właśnie szczęście”.
O przewrotności ludzkiej natury!
Natychmiast jednak znalazłem powód, by tę chwilę zabić i przekształcić w
bolesny skurcz serca. Bo z Sardynii moje myśli pobiegły do Polski, deptanej i
zapaskudzanej przez katobolszewików.
Czar prysł i było już po szczęściu.
Więc najlepsze życzenia, jakie mogę sobie obecnie wyobrazić dotyczą ojczyzny.
Niech będzie niedoskonała, ale demokratyczna i normalna, nie robaczywa
moralnie, tak jak teraz.
Czego sobie i wszystkim Kochanym Życzeniodawcnom – życzy dyplomowany od wczoraj
profesor uniwersytetu czwartego wieku.
9.
10 lat temu
10.
10 lat temu
„Jeśli myślisz, że zapłodnione jaja są ludźmi a dzieci uchodźców nie są,
będziesz musiał przestać udawać, że twoje obawy mają charakter religijny. Bóg”
11.
12 lat temu
3:25. Czarna noc. Po ciężkim dniu śpię snem sprawiedliwego. Nagle syrena i z
głośnika w korytarzu, 200 decybeli w trzech językach: "mamy emergence,
prosimy bez paniki natychmiast ewakuować hotel, prosimy nie używać wind, tylko
schody". W pijanym widzie wyskakuję z łóżka, zaspany rozum kombinuje, co
zabierać uciekając. Złapałem telefon, portfel i dokumenty i chodu. Na dole
patrzę: jestem w tekturowych, hotelowych kapciuszkach, ale za to w swetrze i
kurtce. Cholera, zostawiłem komputer, a tam wszystko, co potrzebne do kolejnego
odcinka "Tu Europa"; m.in. kilka godzin tłumaczeń z przeprowadzonych
przez Maćka Sokołowskiego, naszego korespondenta w Brukseli i przeze mnie
wywiadów. I rozterka: iść w ogień po komputer, czy czekać? Przed hotelem, na
ulicy, dwa kroki od Parlamentu Europejskiego kilkaset osób w strojach jeszcze
głupszych niż ja, cześć w gaciach i podkoszulkach. Nieuczesane panie bez makijażu, rozchełstani dżentelmeni,
w tym paru eurodeputowanych. Za cały personel jeden jedyny nocny portier, z
wyglądu Japończyk. Dziwne: nie ma straży pożarnej?
Na szczęście żadnego ognia nie było. Po kwadransie ktoś ostro spytał
Japończyka: to jest ten pożar, czy nie? Portier odpowiadał niejasno, podniósł
się krzyk "is it call off or not"?! "I suppose yes" -
odpowiedział nieszczęśnik i ludzie, bez wyraźnego polecenia, zaczęli wracać do
pokojów. Wróciłem i ja z ciśnieniem powyżej 200, nie wiem, czy z wrażenia, czy
z bieganiny po schodach. Nie zdziwiłbym się, gdybym już Japończyka nie spotkał
za ladą recepcji...
12.
2 lata temu
Super. Nie możemy się doczekać. Tylko czy poseł Tomczyk zdąży, zanim koalicja
się rozleci i szajka, wsparta przez peesel utworzy nowy rząd?
Dobrej niedzieli...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
UsuńDzień dobry
OdpowiedzUsuń