DRUGI OBIEG
sobota, 11 kwietnia 2026
1.
Dawnych wspomnień czar...
Sobota więc bez polityki. Przegląda D.O. swoje stare posty i robi mu się rzewno.
Tak niedawno miał jeszcze obie sprawne ręce i z upodobaniem pisał nimi - trudno
to inaczej nazwać - jak literaturę. Jednak z punktu widzenia literackiego
stukanie w klawiaturę daje lepsze rezultaty niż dyktowanie. Bardzo tego D.O. brakuje.
Podejrzewa, że kiedy za parę lat poczyta swoje teksty z ostatnich miesięcy, to
nie będzie ani dumny, ani zadowolony.
To jedno. Deugie, to, że mógł podróżować i napawać oczy tym, co dodaje mu
energii twórczej. Teraz choróbska nie pozwalają. Może nie tyle choróbska, co brak
powagi chirurgów. D.O. dostał komunikat, że na kolejną operację zostanie
wezwany "po świętach". Ale nikt mu nie powiedział, po których. Takie
tkwienie w zawieszeniu z bombą w środku, to żaden komfort. Z drugiej strony operacja
to też żadna przyjemność. Może nie tyle sama operacja, co perspektywa spędzenia
dłuższego czasu w sali pooperacyjnej, w szpitalu, w którym materace pamiętają
gomółkę, a może nawet Piłsudskiego. Ale i tak są komfortowe w porównaniu z
tymi, antyodleżynowymi, które znajdują się w sali pooperacyjnej i które
poprzednim razem, w przeciągu niespełna dwóch dni, oczywiście spowodowały na
plecach D.O. krwawe odleżyny. Goiło się tygodniami.
Nic to: takie jest życie i nie ma co rozpaczać, zwłaszcza że to w niczym nie
pomaga. Ale chciałoby się, żeby mieć to już za sobą i spróbować wieźć w miarę
normalne życie. Jakie jest normalne życie? Ano takie, jakie się D.O. śni! Może chodzić,
biegać bez wysiłku, a właściwie frunąć między jednym postawieniem stopy na
ziemi a drugim. I oczywiście może wszystko robić, może się sam ubierać, może
gotować i może robić to, co robił od 50 lat, czyli pisać ładne teksty. Jest już
w wieku, w którym nie musi nikogo słuchać, może robić i pisać, to na co ma
ochotę, no a tu z tym pisaniem wcale nie jest najlepiej…
2.
A tymczasem już za kilka godzin, około 10:00, na portalu natemat.pl, ukaże się
najnowszy odcinek cyklu "Allegro ma non
troppo".
3.
2 lata temu
1.
D.O. jest smutno, bo umarła najlepsza, najcieplejsza, najżyczliwsza gwiazda,
jaką kiedykolwiek poznał: wielka aktorka i wielki człowiek Zofia Kucówna.
D.O. miał zaszczyt ją znać i wielbić. Za jego młodości była idolką, grała w
najważniejszych przedstawieniach.
Już D.O. opisywał, jak to, pracując jako asystent literacki dyrektora w Teatrze
Narodowym zaniemógł. Rano obudził go dzwonek do jego gomułkowskiego M3 z
wielkiej płyty i na progu objawił się Adam Hanuszkiewicz, jej ówczesny mąż, z
garnkiem ciepłej zupy: „Zosia dla ciebie ugotowała” – wyjaśnił.
Potem jakoś jej się odwdzięczyliśmy, kiedy zachorowała w Rzymie, w jakimś
klasztorze zakonnic, gdzie przemieszkiwała, pielgrzymując, załatwiliśmy lekarza
i lekarstwa.
Jakaż to była dobra osoba!
Agata Tuszyńska, przyjaciółka D.O. od czasu studiów, przyjaźniła sięz nią,
odkąd D.O. pamięta.
Agato, wyrazy współczucia.
2.
Gdyby ta wspaniała gwiazda nie zaszła, to D.O. mógłby próbować określić swój
stan ducha jako szczęście.
Ma ciepło, ma pięknie, ma błękit przechodzący w granatowy i to na dole i na
górze, ma kolorowe kwiaty i krzewy, które ukochał, ma palmy, ma ostrygi po 1
euro i ośmiornice po 9. Ma smaki i zapachy, które są jego. Ma wreszcie
Giovinazzo, miasteczko apulijskie, do którego stosunkowo niedawno trafił
przypadkiem i które ukochał.
Znacie włoski? I wydaje wam się, że wiecie, że Giovinazzo znaczy tyle, co
młokos?
A tu figę!
Jesteśmy wszak w Magna Grecia, Wielkiej Grecji okresu doryckiego. Więc niech
was nie dziwi, że ta Giovinazzo to zwłoszczone „Jovis Natio”, bo tę osadę
grecką założył ni mniej, ni więcej tylko to Perseusz, syn Jowisza. No i co wy
na to?
Na Tabula Peutingeriana pod nazwą Natiolum.
A co to jest Tabula Peutingeriana – zapytacie?
To XII-wieczna kopia starożytnej rzymskiej mapy przedstawiającej szlaki drogowe
Cesarstwa Rzymskiego, od Wysp Brytyjskich po region śródziemnomorski i od
Bliskiego Wschodu po Indie i Azję Środkową.
Miasto, a raczej mała osada rybacka, była obiektem walk między Longobardami a
Bizantyjczykami aż do podboju Normanów, kiedy to stała się ważnym normańskim
castrum (zamkiem, twierdzą) pod panowaniem Roberta Guiscarda.
No a obszerne fragmenty owej twierdzy, a raczej to, co na tych fragmentach w
nieco późniejszych wiekach wybudowano w wieku XIII, stoją tam do dziś, potężne,
dumne i oczywiście wykorzystywane przez miejscowych na bed and breakfasty.
3.
Podróże samolotem są jak pobyt w szpitalu.
Nagle znajdujesz się, Człowieku, w całkowicie odmiennym środowisku, w którym
jesteś nikim, w którym jesteś pozbawiony swojej osobowości, podmiotowości, a
twoje nazwisko służy tylko do celów porządkowych.
Poddajesz się procedurom, których nie zaakceptowałbyś w żadnym „normalnym”
środowisku, które cię otacza na co dzień.
D.O kilka razy w życiu latał Ryanairem i obiecał sobie, że więcej nie. Stopień
odpodmiotowienia ciebie jest nie do przyjęcia, fotele – łoże madejowe było z
pewnością wygodniejsze, przestrzeń życiowa jak w karcerze i to takim, w którym
jesteś wyłącznie bankomatem, a nie człowiekiem.
D.O. wolał Wizzaira, ale już nie woli. Stał się Ryanairem, wypisz, wymaluj.
Tylko drogim i oszukańczym: strona internetowa pokazuje ci sumę do zapłacenia,
ale kiedy już wbijesz dane karty kredytowej, suma ta w magiczny sposób
powiększa się o 20-30%. Być może gdzieś jest jakieś wytłumaczenie, dlaczego,
ale D.O. nie znalazł. Może dlatego, że nie szukał, ale D.O. zajmuje się na co
dzień czymś innym, a nie rozgryzaniem pułapek, w które wciskają cię dranie z
linii samolotowych.
Na dodatek, jak D.O. wielokrotnie wspominał, ciąży nad nim przekleństwo. I tym
razem, rząd przed nim, dwa rzędy przed nim po prawej i jeden rząd bezpośrednio
za nim, zajęte były przez małe, ryczące w niebogłosy dzieci. Reszta samolotu
była bezdzietna, a D.O. jak zwykle, trafił w epicentrum wrzasku.
I właściwie jedyna pozytywna rzecz w lotniskach i samolotach to ta, że można
bezkarnie podpatrywać i podsłuchiwać wspólników w nieszczęściu. People watching
– tego D.O. nauczył się kilkadziesiąt lat temu i znajduje tę czynność
wspaniałym sposobem na zabijanie czasu.
A podsłuchiwanie… Obok D.O. siedziała podfruwajka w poprzecieranych jeansach.
Podejrzewał D.O., że leciała pierwszy raz w życiu, a może po prostu pierwszy
raz w życiu leciała sama. Była podniecona i rozkojarzona, nie potrafiła na
niczym skupić uwagi. I, niedługo przed lądowaniem w Bari, podeszła do niej
koleżanka:
- Wszystko w porządku? – zapytała.
- Tak, w porządku. Trochę nudno.
- Mam dla ciebie ciekawą książkę.
- Jaką?
- Nie mogę ci powiedzieć teraz.
Ale nie wytrzymała. D.O. siedział przy korytarzu, podfruwajka na środkowym
(pożal się Boże!) fotelu. Po chwili wahania koleżanka pochyliła się nad głową
D.O., który pilnie grzebał coś w telefonie i udawał, że go nie ma.
- To książka o tym, jak rozmawiać z mężczyznami – wyszeptała.
D.O. oczywiście ani drgnął, ale nie wyklucza, że uszy mu się nastawiły, jak
wyżłowi.
- Ojoj, fajnie – odpowiedziała podfruwajka.
- No wiesz, taka ciekawa… jak pociągać za sznureczki, te właściwe…
- Super!
- Jest trochę archaiczna, bo napisana była w roku 2008, ale zobaczysz, że
prawie wszystko się tam przydaje.
- To daj mi ją, jak tylko wylądujemy!
Jak by to powiedzieć? Nie, nie da się lepiej: właściwy człowiek na właściwym
miejscu.
Nel blu dipinto di blu.
Kto taki cwaniak i powie, gdzie na każdym z tych zdjęć kończy się morze, a
zaczyna wszechświat?
O, ten port właśnie, cudowny, jeden z niewielu, który nie kończy się nabrzeżem,
pionową ścianą z betonu, który urywa morze i przemocą narzuca ziemię: tutaj
morze przechodzi w ziemię łagodnie, a ziemia w morze równie łagodnie. I zielono
od wodorostów, które wolą rosnąć poza wodą (podczas odpływu)
No więc D.O. zdecydowanie to lubi. Lubi gigantyczne i obłędnie pachnące
glicynie, lubi palmy, zieloną trawę i błękitne niebo.
Bugenwilla czepia się płota, a z braku płota – czepia się ściany.
„Łuk Trajana”, nazwany na cześć cesarza, który kazał wzmocnić mury obronne
miasta, jest jedną ze starożytnych bram wioski: ma dwa ostrołukowe łuki na
kapitelach wsparte na czterech kamiennych kolumnach Via Trajana (która to droga
jednak nie przechodziła przez tę osadę).
Wieża Aragońska, zwana w miejscowej gwarze u tammurre. Po włosku byłoby
"il tamburo" - bęben.
D.O z zazdrością patrzył na tego psa, który oszalał z radości na widok morza:
wskoczył doń, grzebał łapami, pakował pysk do solanki, a potem prychał. Czyż
może być pełniejszy obraz szczęścia? D.O. o mały włos nie poszedł w jego ślady.
A potem mówicie, że De Chirico sobie wymyślał…
Sklepik z dewocjonaliami i literaturą religijną vis-a-vis konkatedry.
Konkatedra Santa Maria Assunta, zbudowana w 1113 roku w stylu
romańsko-apulijskim, z elementami normańskimi i orientalnymi; konsekrowana w
1283 r. Przebudowano ją w 1747 r., zachowując jednak ostrołukowy portal po
prawej stronie i piękną część absydy, zamkniętą pomiędzy dwiema dzwonnicami
Znajdują się wzdłuż długiej nawy budowli, coś niezwykłego!); wewnątrz,
przekształcona (niestety!) w okresie późnego baroku,
Ojojoj! Jak D.O. lubi się po takich zaułach plątać!
Po lewej uliczka, po prawej kościół Santa Maria di Costantinopoli, zbudowany w
1528 roku na miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się dawna siedziba szlachty. W
kościele znajduje się piękna rozeta, a poniżej, w dużej niszy, mamucia statua
św. Krzysztofa, dzieło miejscowego rzeźbiarza Antonio Altieriego.
Ale zawsze kolorowo jest wśród nas!
No więc na przystawkę była sałatka z owoców morza, a potem cartoccio z owoców
morza. I kieliszeczek czerwonego wina amabile z Murgi. To Włochy, więc żaden
policjant nie miałby do D.O. żalu za tę ociupinkę wina we krwi. W Polsce D.O.
nigdy nie siądzie za kierownicę nawet po łyku wina, a we Włoszech – owszem. Ale
to nie znaczy, że nie jest odpowiedzialny: na stare lata wie doskonale, kiedy
może, a kiedy nie może. A kilka łyków wina, może 50, może 70 ml, z 11 stopniami
alkoholu
4.
2 lata temu
1.
Może frywolne głupstewka D.O. poprawią ci, Czytelniku, smak goryczy w ustach.
A może tylko zirytują, że D.O. tu o pięknotkach opowiada, a tu larum grają?
D.O. jest kryty, D.O. mówił pisał, apelował.
Bo w polityce wyższością moralną można sobie…
2.
Z tą Apulią to jest tak, że to pierwsza, no, prawie pierwsza miłość D.O. i
późna miłość.
Bo przyjaciele zabrali go do Apulii na camping w dalekim 1979 roku z malutką,
nieco ponad dwuletnią córeczką, wiele się nie naoglądał, ale to co widział było
porywające.
Potem było ze 40 lat przerwy, aż D.O wrócił. Raz, drugi, trzeci. Za każdym razem
uczucie rosło. Bo to i włoskie, i greckie, bo aragońskie i normańskie, trochę
arabskie i trochę afrykańskie, ale przede wszystkim – bardzo, ale to bardzo
śródziemnomorskie.
3.
Ale tym razem… Tym razem to D.O. jest przewodnikiem swojej Żony. Bo ona NIGDY
dotąd w Apulii nie była.
Więc oczywiście bardzo D.O. zależy, żeby jej się spodobało. Na początek
przepędził ją zaułkami Giovinazzo, dziś kilometry i kilometry po starym mieście
w Bari, a na podwieczorek – pocztówkowe Polignano al Mare. Jedzonka, kawy i lody
w najlepszym (ale nie najdroższym) wydaniu.
Czy jej się podoba?
A widzieliście kiedyś Sfinksa?
Albo uśmieszek Giocondy?
4.
W każdym razie D.O. Apulii od tej strony nie znał, bo bywał poza sezonem
turystycznym.
Niby kwiecień też nie high season – powiecie – ale nie będziecie mieli racji,
tak, jak racji nie miał D.O.
Na głównych, wąziutkich uliczkach Bari, Giovinazzo i Polignano – pandemonium!
Jak w najgorszych miesiącach między Ponte Rialto a Piazza San Marco w Wenecji.
Człek przy człeku, przy czym ogromna większość owych człeków to Włosi, więc
chodzą, stają i siadają zupełnie anarchistycznie. Kiedy jest jakieś wąskie
przejście – wtedy mur beton stanie w nim grupka pań lub panów Włoszek i Włochów
i je kompletnie zablokują, bo co tam inni!
Skąd oni się wszyscy tam wzięli?
Żona D.O. wytłumaczyła: pierwsze ciepłe dni po zimie, weekendy kwietniowe, to
nagromadzona tęsknota za słońcem, morzem i zaułkami, obejmującymi, chroniącymi
przed słońcem, morskimi wichrami, a często nawet deszczem – musi znaleźć ujście.
I znalazło.
Bóg z nimi, ale trochę przyjemności ze znalezienia się w magicznych miejscach
tłumy odejmują.
Ale w sumie – D.O. jest szczęśliwy.
Chociaż wszystko go boli: nogi, stopy, krzyże, kark i co tam jeszcze D.O. na
zewnątrz i w środku ma.
5. No i niby D.O. wiedział, ale kiedy zszedł z uliczek „turystycznych” i
trafiał w zaułki znane tylko miejscowym i ci miejscowi zaczynali ze sobą
rozmawiać w miejscowym dialekcie, to D.O. nie rozumiał ani słowa. Ani, ani.
Nawet o czym ci państwo rozmawiali donośnymi głosami. Zero, nul, nada.
Więc na pytanie: „czy znasz włoski”? Musi znowu odpowiedzieć: „ani w ząb”.
Ahoj.
Jutro kolejne perełki, może tłumy rozejdą się po kościach, tj. wrócą do pracy.
To mogłaby być dla ciebie, Czytelniku, zagadka, ale z tych banalnie łatwych,
skoro jesteśmy w Bari: jak się nazywa ten rodzaj pasty, nierozłącznie związany
z Apulią, jak wódka i zakąska z Polską?
Tutaj tricolore, a więc w barwach narodowych Italii.
Zaułki są zaułkami, dlatego, że są puste, a jakie to zaułki, kiedy wypełniają
je tłumy, jak bita śmietana rurki?
A jak się jest w Apulii, to zaułek i knajpeczka stają się nierozłączkami.
Turyści stanowili w niedzielę większość, ale przy „odwiecznych” sklepikach dla
tutejszych miejscowi zawsze mają o czym pogadać.
Ale, jak zejść ze szlaku między bazyliką świętego Mikołaja a katedrą, tj.
omijać Strada del Carmine, , to trafiają się jeszcze zaułki prawdziwe. Ale
jakie kolorowe w palącym, kwietniowym słońcu śródziemnomorskim.
Świat jakiś bardziej kolorowy, nieprawdaż? Piazza Mercantile, na zdjęciu niżej,
jeszcze pusta, choć południe minęło. Pusta, bo knajpki – a jest ich tam
kilkanaście – zaczynają wpuszczać klientów później: niektóre o 12.30, inne o
13.
A 13, trzeba ci, Czytelniku, wiedzieć, to dla Włocha Święta Pora Obiadowa.
D.O. uwielbia różnorodność, a tej na ulicach i placach Bari nie brakuje. Na
balkonach też.
Napis nad drzwiami na zdjęciu z lewej, głosi: Kościół Chrześcijański
Ewangeliczny. Hmmm. No, ale zasadniczo, wszystkie drogi i zaułki prowadzą do
jakiegoś kościoła, obowiązkowo bardzo starego i bardzo zabytkowego.
No, ale najważniejszy, to oczywiście bazylika świętego Mikołaja, czczona
zwłaszcza przez prawosławnych. Zawsze oblegana przez Rosjan, teraz nie, bo
napadli na Ukrainę i muszą zadowolić się Cyrylem i jego metodami.
No, a jeśli chodzi o katolików, to… Sobór Watykański II orzekł, że nigdy nie
istniał, ale katolikom to zupełnie nie przeszkadza czcić świętego, jak i tobie,
Czytelniku, przebierać się na Wigilię za świętego Mikołaja, ani tobie, Czytelniczko,
przyjmować prezenty na mikołajki.
A i ten święty Mikołaj, którego posąg stoi u wejścia bazyliki jego imienia, to
nie byle jaka sensacja. Bo święty Mikołaj jest …czarnoskóry! Czarna twarz,
czarne ręce. Gdyby to nasi naziole wiedzieli, to od razu zrobiliby się mniej
pobożni!
Kandinsky? Klee? Arp?
A to obiecane pocztówki z Polignano al Mare. D.O. lubić!
Z tym, że tłum był dziki, najdzikszy! Władze miasteczka pozamykały ulice w
centrum i trzeba było, góry i wądoły, drałować parę kilometrów, żeby to cudo
zobaczyć.
Polaków moc.
A to jedzonko: krem z młodego bobu z liśćmi baby-szpinaku i panierowanymi
krewetkami królewskimi.
A tak się podaje filet z dorady
No, a to… To D.O. odesłał do kuchni, bo było upiornie słone.
5.
2 lata temu
1.
Po kilku intensywnych dniach i kaskadzie wrażeń, państwo D.O.stwo przeszli w
tryb emerycki. Spokojne cornetto i cappuccino na Piazza Vittorio Emanuele II w
Giovinazzo, niespieszny spacer po starym mieście w Bari. Tłok może nie taki,
jak w niedzielę, ale nadal spory, jednak Ryanair i Wizz robią miastu robotę.
Mnóstwo Polaków.
Caffè i aperitivo z przymrużonymi oczami w pełnym słońcu na Piazza Mercantile, people
watching, spacerek deptakiem handlowym, ławeczka pod palmami, obiadek… Lekki
tym razem, emeryckie żołądki wyraźnie informowały, że nie wypada się już
statecznym staruszkom zachłystywać owocami morza na śniadanie, obiad i kolację.
Poobiednia drzemka w numerze, a potem centrum handlowe, bo damskie buty były
urgently needed.
I D.O., człowiek małej wiary, musiał odszczekać: buty się znalazły, świetne,
bardzo markowe, w outlecie, za mniej niż połowę oryginalnej ceny! Żona
szczęśliwa – szczęśliwy D.O.
2.
Z hotelami zawsze jest loteria, ale we Włoszech gra się na pewniaka: zawsze
czeka cię rozczarowanie. Z naszym hotelem pod Giovinazzo od początku były
kłopoty i handryczenie się. Sam hotel kilkaset metrów od morza, ale ma
apartamenty w willach czterorodzinnych nad samym morzem. Więc my – apartament.
Ale do morza dojścia nie ma, jeszcze nie sezon, bramy na łańcuchy i kłódki,
portier spod szlabanu mówi, że przecież możemy dookoła, będzie nie więcej niż
kilometr. A my od morza 50 metrów. I ten kilometr w kurzu polnej drogi, wśród
zwałów jakichś odpadów.
Apartament jest, jest kuchenka, ale ani jednego sztućca, talerza, szklanki –
zero. „Przecież było napisane, że za dodatkową opłatą” - mówi niegrzeczna
recepcjonistka.
Ale to nic: ściany w naszym „apartamencie” są z papieru, nawet nie kartonu: z
cieniutkiego pergaminu muszą być, bo słychać dosłownie wszystko, co dzieje się
u sąsiadów.
Ona – excusez le mot – drze mordę od rana do późnego wieczora. Nie potrafi
mówić normalnie: krzyczy: na partnera – trusię, na dziecko dziesięcioletnie, do
telefonu, krzyczy i krzyczy i to takim knajackim głosem i knajackim słownikiem,
z jakiegoś skrajnego marginesu społecznego. Borze zielony, cóż to za
nieszczęście trafić w życiu na takie babsko – potwora.
Państwo D.O.stwo dają z „apartamentu” dyla z rana i starają się wrócić jak
najpóźniej, żeby nie wsłuchiwać się w ten nieznośny jazgot.
3.
Dzisiaj na szczęście zmiana szerokości geograficznej i co za tym idzie hotelu.
Jedziemy na południe, zobaczyć, jak wygląda podbicie obcasa włoskiego kozaczka.
D.O. był tam raz i zakochał się w tym miasteczku. Hotel tym razem rzeczywiście
nad samym morzem, nad zatoką, może będzie lepszy. D.O. będzie woził Żonę tym,
co uważa za jedną z najpiękniejszych nadmorskich dróg Europy, a sporo ich
zjeździł, bo go zawsze do morza ciągnęło.
Może po drodze uda się wskoczyć do Alberobello, pokazać Żonie trulli. Bo zna je
tylko, jak i ty, Czytelniku, ze zdjęć, jakie D.O. robił podczas dwóch
poprzednich pobytów.
Niespieszny spacer zawsze czarodziejskimi zaułkami Bari.
Piesy baryjskie w symbiozie z zaułkami
Zaułki, placuszki, aleje Bari
Gdyby ktoś chciał się umocnić w swoim antysemityzmie, to może wstąpić do
księgarni: są tam wydzielone stoliki z dokładnym wytłumaczeniem, dlaczego
Izraelczycy są źli, a Palestyńczycy – dobrzy.
A to outlet taki
6.
Kim jest Péter Magyar, człowiek prowadzący sondaże na Węgrzech przygotowujących
się do wyborów?
Były zwolennik Viktora Orbána i jego partia Tisza (Cisa po polsku, jak rzeka) cieszą
się błyskawicznym wzrostem poparcia w miarę rozwoju ruchu opozycyjnego
https://www.theguardian.com/world/2026/apr/10/peter-magyar-leading-polls-hungary-election-tisza-opposition
Dorastając w Budapeszcie, Péter Magyar miał nad łóżkiem plakat Viktora
Orbána – wówczas czołowej postaci ruchu prodemokratycznego w kraju. Orbán był
jedną z kilku postaci politycznych, które zdobiły jego sypialnię, powiedział
Magyar w podcaście w zeszłym roku, dając do zrozumienia, że ekscytuje się
zmianami, jakie ogarnęły kraj po upadku komunizmu.
Teraz 45-letni Magyar jest siłą napędową tego, co może okazać się kolejną
doniosłym wydarzeniem politycznym na Węgrzech: odsunięciem Orbána, którego 16
lat u władzy zamieniło kraj w „płytkę Petriego dla nieliberalizmu”.
Niewielu mogło przewidzieć błyskawiczny wzrost popularności Magyara i jego
partii Cisa. „Zbudował ruch opozycyjny w niesamowitym tempie” – powiedział
Gábor Győri z Policy Solutions, budapeszteńskiego instytutu badań politycznych.
„Nigdy w historii Węgier po transformacji nie widzieliśmy tak szybkiego wzrostu
popularności partii”.
Rozmowy z osobami znającymi Magyara często przeplatają się z podziwem i
antypatią. Wielu chwali ogromny ruch, jaki zbudował i dyscyplinę, jaką wykazał,
przemierzając kraj, wygłaszając do sześciu przemówień dziennie, a jednocześnie
opisuje go jako osobę porywczą i o agresywnym stylu.
Inni uważają go za idealnego kandydata do tak ważnej chwili. „Myślę, że jak
wszyscy politycy, potrafi być trudną osobą” – powiedział Tamás Topolánszky,
filmowiec, który był członkiem zespołu, który przez ostatnie 18 miesięcy
śledził losy Magyara, tworząc film o szerszych zmianach zachodzących w
społeczeństwie węgierskim.
Topolánszky opisał Magyara jako osobę autentyczną i pełną pasji, ale też osobę,
która czasami bywała niecierpliwa. „Myślę, że my, Węgrzy, uważamy to za coś, co
było konieczne, abyśmy dotarli do tego punktu”.
Zza obiektywu Topolánszky śledził Magyara, który zaczął pojawiać się we wsiach
i miasteczkach na terenie całych Węgier, stopniowo osłabiając apatię, która od
dawna charakteryzowała węgierską politykę. „Energia tych wieców była czymś,
czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem” – powiedział.
Do wyjątkowego wzrostu popularności Magyara przyczyniają się jego głębokie
powiązania z partią Fidesz Orbána. Większość życia spędził, obracając się w jej
elitarnym kręgu. Wśród jego bliskich przyjaciół byli Gergely Gulyás, szef
sztabu Orbána, a w 2006 roku Magyar poślubił Judit Vargę, byłą minister
sprawiedliwości Fideszu. Pełnił funkcję węgierskiego dyplomaty w Brukseli i
zajmował wysokie stanowiska w organach państwowych.
Magyar znalazł się w centrum uwagi w 2024 roku, gdy wyszło na jaw, że rząd
Orbána – który przez lata budował swoją markę na obronie rodzin
chrześcijańskich i ochronie dzieci – ułaskawił mężczyznę skazanego za pomoc w
tuszowaniu skandalu związanego z wykorzystywaniem seksualnym w domu dziecka.
Varga, która była wówczas byłą żoną Magyara, zrezygnowała ze stanowiska wraz z
prezydentką Węgier Katalin Novák.
Magyar odpowiedział na tę wiadomość zamieszczonym w mediach społecznościowych
ostrym wpisem, w którym oskarżył przedstawicieli Fideszu o robienie z dwóch
kobiet kozłów ofiarnych, lub jak sam napisał: „ukrywanie się za damskimi spódnicami”.
Następnie zabrał głos, wstrząsając węgierskim społeczeństwem jako prominentny
insider, który teraz obnaża działanie tego, co określił jako zgniły system.
Według Magyara, Fidesz był „produktem politycznym”, który został sprzedany
obywatelom, podczas gdy urzędnicy powiększali swoją władzę i bogactwo kosztem
zwykłych Węgrów.
Przesłanie odbiło się szerokim echem, docierając do wielu mieszkańców kraju,
którzy zmagali się z rosnącymi kosztami utrzymania, słabnącymi usługami
publicznymi i od dawna niepodwyższanymi pensjami. Po tym, jak w marcu 2024 roku
na proteście zorganizowanym przez Magyara pojawiło się około 35 000 osób,
zainicjował on swój ruch.
Choć jego status byłego członka Fideszu przykuł uwagę opinii publicznej, okazał
się on skomplikowany dla jego nowego życia politycznego. W filmie dokumentalnym
Topolánszky'ego „Wiosenny wiatr” Magyar został zapytany: „Z kim się teraz
przyjaźnisz?”. Po chwili odpowiedział: „To dobre pytanie. Trudno powiedzieć,
czy w takiej sytuacji ma się prawdziwych przyjaciół”.
Podczas gdy wielu w kraju entuzjastycznie popiera Magyara i jego partię Tisza,
część jego własnych wyborców nadal odnosi się do niego sceptycznie.
„Magyar nie jest święty, ale Fidesz musi odejść” – powiedziała 33-letnia Anita,
wyprowadzając psa na spacer w parku w Kecskemét, małym miasteczku około 80
kilometrów na południe od Budapesztu. Przyznała, że głosowanie na Cisę było
ryzykowne, zrodzone z desperackiej nadziei, że Magyar okaże się fundamentalnie
inny niż pozostali członkowie Fideszu.
Ale nie widziała innego wyjścia, powiedziała, biorąc pod uwagę szerzącą się
korupcję, która doprowadziła do tego, że kraj stał się najbardziej skorumpowany
w UE, zagarniając fundusze na usługi publiczne i pozostawiając zwykłych Węgrów,
takich jak ona, z trudem wiążących koniec z końcem. „Wszystko jest lepsze niż
ta cicha śmierć”, powiedziała.
Topolánszky uważa nietypowe pochodzenie Magyara za atut, ponieważ czyni go
osobą bliską w kraju, w którym głęboki wpływ rządu na lokalną politykę, kulturę
i uniwersytety sprawił, że wielu boi się mówić otwarcie. „To człowiek z
wewnątrz, który zrezygnował ze wszystkiego – wszystkich korzyści – płynących z
poparcia Fideszu” – powiedział filmowiec.
Pomimo ponad dwóch lat kampanii i 240-stronicowego manifestu wyborczego,
szczegóły dotyczące tego, co dokładnie zrobi Magyar, jeśli zdobędzie władzę,
pozostają niejasne. Wiele z tego jest celowe: prowadził on spójną kampanię,
trzymając się przekazu, starając się jednocześnie unikać dostarczania pożywki
dla około 80% węgierskich mediów kontrolowanych przez zwolenników Fideszu.
„To bardzo czarny koń” – powiedziała Győri. „Niewiele o nim wiemy”.
Z wyjątkiem kwestii migracji, w której zapowiedział bardziej stanowcze
podejście niż Orbán i wycofanie programu dla pracowników gościnnych, Magyar
zobowiązał się do wyeliminowania wielu najbardziej problematycznych elementów
programu Orbána.
Obiecał przywrócić demokratyczne mechanizmy kontroli i równowagi, naprawić
relacje z UE, aby odblokować zamrożone fundusze unijne, oraz rozprawić się z
korupcją. Obiecał położyć kres zależności od rosyjskiej energii do 2035 roku,
dążąc jednocześnie do „pragmatycznych relacji” z Moskwą.
Jeśli chodzi o Ukrainę, Magyar nadal sprzeciwiałby się wysyłaniu broni do tego
kraju i przyspieszenia akcesji Kijowa do UE. Mimo to, niewiele potrzeba, aby
zresetować relacje Węgier z UE, powiedziała Győri. „Myślę, że ludzie nie
doceniają tego, że jeśli Węgry przestaną wetować kluczowe działania UE w Radzie
Europejskiej, będzie to przełom” – powiedział. „Nie trzeba, żeby Péter Magyar mówił
otwarcie: »Jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do pomocy Ukrainie czy do
wszystkiego, co robi UE«”.
Jeśli chodzi o inne kluczowe kwestie, takie jak starania Orbána i jego rządu o
zakaz organizacji Parady Równości, Magyar unikał tematu. „A więc kwestii
mniejszości seksualnych i płciowych po prostu go nie porusza” – powiedziała
Győri. „Wszyscy zakładają, że będzie w tych kwestiach znacznie bardziej
przyjazny niż rząd Fideszu, i prawdopodobnie to prawda, ale on po prostu o nich
nie mówi. To spekulacja”.
Nad kampanią wisi pytanie, co realnie byłby w stanie zrobić rząd pod wodzą
Tiszy, gdyby wygrał wybory. Podczas 16 lat rządów Fideszu partia ta zgromadziła
wokół siebie zwolenników w państwie, mediach i sądownictwie; ich reakcja na
potencjalną zmianę rządu pozostaje niepewna.
A do zmiany konstytucji i kluczowych ustaw potrzebna jest większość dwóch
trzecich, co oznacza, że możliwości Tiszy w zakresie zmiany Węgier mogą być
ograniczone, jeśli partia wygra, ale nie uzyska większości kwalifikowanej.
Mimo wszystko, Węgrzy licznie zjednoczyli się wokół Magyara, powiedział Ákos
Hadházy, węgierski poseł niezależny i wieloletni krytyk Orbána. Dla wielu w
kraju Magyar – ze wszystkimi jego wadami – był teraz najlepszą nadzieją na
odwrócenie głębokich zmian wprowadzonych przez Orbána i jego partię Fidesz.
„Jeśli chodzi o Pétera Magyara, pojawiają się zarówno znaki zapytania, jak i
wykrzykniki” – powiedział. „Ale społeczeństwo węgierskie to zaakceptowało”.
7.
https://wyborcza.pl/7,75398,32720509,efektu-czarnka-nie-widac-ko-zwieksza-przewage-nad-pis-i-konfederacjami.html#s=S.TD-K.C-B.2-L.1.duzy
8.
Dzień dobry
OdpowiedzUsuń